24 czerwca 2017

Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie,
Jaki nam koniec zgotują bogowie

Młoda, dziewiętnastoletnia artystka, której nie w głowie są oceny i dobre wyniki w nauce. Uczy się tyle ile musi, aby przejść do następnej klasy i coś wiedzieć. Do szkoły dojeżdża metrem, a podróż umila jej muzyka Eda Sheerana, której oficjalnie nie lubi. Nie potrafi zrozumieć fenomenu sportów zespołowych, co nie przeszkadza w chodzeniu na mecze i kibicowaniu szkolnej drużynie. Nigdy nie nauczyła się pływać, lecz mimo to często przesiaduje nad jeziorem Michigan, które ją uspokaja.
Spod swojej ręki wypuszcza wiele rysunków, jednak nie jest do nich szczególnie przywiązana i często je gubi. Nie ma cierpliwości do farb i pędzelków. Upodobała sobie ołówki a także cienkopisy, z którymi się nie rozstaje. Jej ulubionym zajęciem jest rysowanie ludzi w ruchu oraz tworzenie dziwnych historyjek obrazkowych. Podczas tworzenia często traci kontakt z rzeczywistością, do której niechętnie powraca.
Mówiąc przekracza wszelkie normy i limity wypowiadanych słów, a wyłączyć ją można jedynie poprzez dotyk. Pomimo tego, nie mówi zbyt dużo o sobie. Potrafi dopasować się do prawie każdej sytuacji. I nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu z drugą osobą. Jednak ma niemały problem z zaufaniem. Dlatego tylko nieliczni wiedzą, że Jessie to jedynie zdrobnienie od Jassemine. Nie użala się nad sobą, bo nie ma aż tylu problemów. Nie śmieje się z byle czego, bo nie jest jedną z tych świrniętych wariatek. Unika imprez, bo mdli ją od zapachu piwa. Woli posiedzieć w domu i obejrzeć po raz enty ulubiony odcinek serialu. Ewentualnie pójść na dobry koncert. Dużo czyta, a najbardziej lubi powieści fantasy i francuską poezję miłosną.
Często marudzi i jeszcze częściej zapomina odpisywać na smsy. Poszukiwania telefonu stały się codzienną tradycją. Odnajduje go w różnych dziwnych miejscach, nie mogąc pojąć, jak on się tam dostał. Nie lubi swojego tabletu do rysowania i trzyma go tylko dlatego, że ma ładny kolor. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia i czeka, aż w końcu i w nią Amor strzeli strzałą. Pragnie prawdziwych listów miłosnych, fioletowych goździków i romantycznych wieczorów spędzonych przy blasku ognia z kominka.
Żyje zgodnie z zasadą Carpe Diem. Brzydzi się ciem i motylków, ma uczulenie na imbir, chciałaby zaadoptować pingwinka, a jedyne o czym naprawdę marzy, to rzucenie wszystkiego w cholerę i podróż dookoła świata.

24.08.1998 // Chicago // Streeterville // Klasa IV // Koło plastyczne // Język francuski i historia // Grafik w szkolnej gazetce // Pracuje w kiosku z komiksami
Powiązania // Dodatkowe // 1.  Kradzież kota


Tutaj ukrył się tekst

93 komentarze:

  1. [Cześć, bardzo ładnie opisana postać, a ona sama wydaje się być naprawdę sympatyczną osobą. Ilustrator w gazetce szkolnej brzmi naprawdę fajnie! Chciałabym umieć ładnie rysować, ale dostałam do tego dwie lewe ręce. Napisałabym wątek z Tobą o ile będziesz miała ochotę oczywiście.]

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  2. [Raz, dwa tezy zaklepane!!! Biorę ja na przyjaciółkę dla Khloè!❤ Której jeszcze nie ma, ale będzie!
    Baw się dobrze, obyś znalazła tu wątki których szukasz. :D]

    Za niedługo Khloè Quatermaine
    Xander Bolton

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć, ale ona fajna! Przypomina mi trochę mnie, więc może to zabrzmi egoistycznie, jak powiem, że chciałabym z nią wątek, ale co zrobić, chcę wątek! Nie wiem dokładnie, jak ją połączyć z Dorianem, ale są w jednej klasie i oboje rozszerzają francuski, więc to już coś, na pewno znają się chociaż trochę. Dory dużo się rusza, też czasem rano biega, jeśli mieszkają blisko, mogliby się przy tym widywać. No i jeśli Jessie chciałaby kiedyś poszkicować pływaka w akcji, z jego wiedzą lub bez, wpadaj do Doriana, masz to jak w banku.]

    Dorian Darcy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dziękuję za tak dużo miłych słów, aż nie wiem co powiedzieć, naprawdę bardzo mi miło. Wydaje mi się,że Twój pomysł jest dobry i tak naprawdę nie trzeba nic do niego dodatkowo wymyślać. Z racji, że to Ty wymyśliłaś nam historię ja zacznę. Postaram się nawet zrobić to już za chwilkę.]

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  5. [Hej, cześć i tutaj. Jest nam niezmiernie miło czytać tyle ciepłych słów, szczególnie, że pan powstał trochę na kolanie i trochę z nieprzemyślanego kaprysu.
    Ah Shelley, Shelley... Strasznie nie mogłam jej przeboleć w Teen Wolf; postać denerwowała mnie do tego stopnia, że zniechęciła mnie do samej aktorki. Ale chyba właśnie przełamałaś ten zły czar, bo Jessie z jej wizerunkiem jest po prostu urocza 💕 Chyba lubisz takie artystyczne duszyczki c: I kto nie chciałby swojego Jace`a Waylanda...
    Kto wie, kto wie, może uda mu się zrobić tam trochę bałaganu. Jeśli założymy, że nasi bohaterowie znają się, nawet dosyć dobrze, Jessie może próbować namówić Gasparda na kurs tańca, o którym marzy. Choć czy on potrafi tańczyć... Cóż, musiałybyśmy się przekonać. Zawsze możemy zostać w temacie gazetki szkolnej, albo albo... Gaspard będzie kolekcjonerem wyrzuconych lub zgubionych prac Twojej panienki. Co o tym myślisz? W którą stronę ich poprowadzimy? Oczywiście możemy myśleć o czymś zupełnie innym c:]

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
  6. Dostał kilka wersji tego samego artykułu. Przeglądał je teraz, rozłożony wygodnie w swoim fotelu przy biurku, który przez wiele godzin w nim spędzonych wygniótł i dopasował do kształtów swojego ciała. W jednym nie odpowiadał mu tytuł, w drugim nie pasowała konstrukcja pierwszego zdania. Przy czytaniu czwartego doszedł do wniosku, że nic nie jest w stanie go zadowolić. Coś było nie tak, może po prostu miał gorszy dzień. Wszystko na nie; poranna kawa smakowała inaczej niż zwykle, automat nie chciał wydać mu jego ulubionego batona orzechowego i porwał dwa dolary, laptop zawieszał się i długo zastanawiał się nad każdym ruchem właściciela. Mimo to Ross starał się nie tracić dobrego nastroju. A przynajmniej nie ukrywać się pod płaszczykiem niezadowolenia, bo tego zwyczajnie nie potrafił. Wpatrywał się w migający ekran z subtelnym, majaczącym w kącikach ust uśmiechem i próbował przekonać samego siebie, że doprowadzenie surowego artykułu do wersji nadającej się do druku jest na wyciągniecie jego ręki. W tej chwili, w tej godzinie, natychmiast. Tylko w jaki sposób opowiedzieć o jubileuszu szkoły, by nie brzmiało to jak reportaż z własnego pogrzebu? Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu; było zasypane walającymi się kartkami papieru, notatnikami i zdjęciami, które były wystarczająco słabe, by nigdy nie wykorzystać ich w gazecie i wystarczająco dobre, by nie wyrzucić ich do kosza. Redakcja pracowała na pełnych obrotach choć bardzo chaotycznie. Wydawało się, że nikt ze sobą nie współpracował i wszyscy starali się ukończyć swoje zadanie jak najszybciej i jak najszybciej pozbyć się obowiązku. Zapewne znowu czekało ich popołudnie po godzinach. Psiakrew. A mógł w tym czasie poskładać zwichniętą zwierzęcą łapkę w klinice wujka, albo zjeść na mieście coś niezdrowego.
    Odsunął się wreszcie od biurka i przetarł dłonią zaspane i nieco nieprzytomne oczy. Musiał się rozciągnąć; wyciągnąć ramiona wysoko ponad głowę i zaczerpnąć kilka głębokich oddechów. Na tyle silnych i łapczywych, że aż zabolały go płuca. Orzeźwiło go to nieco i sprowadziły znad granicy stanu, w którym musiałby walczyć z ciężkimi powiekami. Zbyt ciężkimi, by można było nad nimi zapanować. Sięgnąwszy do swojej torby po kubełek jogurtu jagodowego i niewielką łyżeczkę, które zapakował w biegu przed wyjściem z pokoju przed ósmą rano, był przekonany, że panuje nad wszystkim i nad samym sobą. Nawet jeśli wszystko działo się gdzieś obok i nie miał na to realnego wpływu. Pochłonął drugie śniadanie jeszcze zanim zdążył się w nim zasmakować, a potem tylko szorował po plastikowych ściankach, po grubszym od reszty dnie kubeczka, jak gdyby to pomagało mu w doszukaniu się resztek jogurtu niewidocznych dla jego oczu. Dobrze, że wokół panowało takie zamieszanie; nikomu nie przeszkadzał i nie zwracał na siebie niczyjej uwagi. Nawet zaczynał czuć się z tym dziwnie.
    — Hej, Merrick! — po chwili krótszej niż ta, potrzebna do uporania się z niewielką fioletową plamką kwitnącą na nogawce spodni, Ross zawołał do jednej ze swoich ulubienic. Nie tyle ze względów służbowych, co prywatnych; Jessie była bowiem osobą, przy której czuł się zadziwiająco swobodnie. Cenił jej towarzystwo ze względu na nietuzinkowe poczucie humoru. Poza tym, jak nikt inny, potrafiła znieść jego towarzystwo i uśmiechać się, mimo palącej rządzy mordu w oczach. Te sprzeczności tworzyły w dziewczynie pełną wdzięku i swoistego uroku całość; porywały, czy była tego świadoma, czy nie — Nie udawaj, że pracujesz. Pewnie znowu zajęły cię zdjęcia pływaków z ostatnich zawodów — Gaspard zmiął w dłoniach niewielki kawałek papieru i bezkształtną kulką cisnął prosto w czubek głowy dziewczyny. Trafił tak, że odbiła się swobodnie i spadłszy na podłogę potoczyła się opodal dziewczyny po nylonowej okładzinie. Zahuśtał się przód i w tył, jak gdyby oczekiwał bożonarodzeniowej niespodzianki; z jednym ze swoich firmowych, wyuczonych uśmiechów wymalowanym na twarzy.

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Shh, masz rację. O Teen Wolf lepiej się nie rozgadywać, choć można byłoby wspomnieć o tym i jeszcze o tamtym... Powiem tylko, że jakoś nie leży mi to drugie pokolenie z Liamem i Hayden na czele. Jakoś tęsknię do czasów, gdy przewijał mi się na ekranie Derek :D
      Pozwoliliśmy sobie, o my nikczemni, nie rozdrabniać się więcej i naskrobać nam zaczęcie; gdyby było za długo, za krótko czy coś nie tak - pisz śmiało, a na pewno się poprawimy!]

      Usuń
  7. [Dorian raczej nie wyciągnąłby jej na imprezę, to znaczy mógłby próbować i mógłby zawsze się z jej niechęci do domówek nabijać w czysto przyjacielskim sensie, ale tak naprawdę nie zrobiłby jej na złość, dosłownie ją gdzieś wynosząc haha. Ale on czasem też jest w nastoju na zostanie w domu i obejrzenie jakiegoś filmu, więc jeśli by się znali i lubili, mogliby czasem razem właśnie to robić... no i dobrą plotką mój pan od czasu do czasu też nie pogardzi c;
    I tak, ogólnie to pasuje mi taki początek wątku, Dorian by się pewnie domyślał i nie byłby zły, że został modelem mimo woli, bardziej po prostu ciekawy wyników pracy Jessie i baardzo uparty, żeby je zobaczyć, tak, to zdecydowanie w jego stylu! Potem możemy chyba po prostu zdać się na spontaniczność, Dory na pewno będzie chciał jej wypadek jakoś zadośćuczynić, ale szczegóły chyba wyszłyby w trakcie? c;]

    Dorian Darcy

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie zaliczał się do typowego stereotypu sportowca, nawet wtedy gdy wciąż należał do szkolnej drużyny pływackiej, a jego sportowa kariera się rozwijała. Nie miał w drużynie kolegów, nie był jednym z tych f a j n y c h chłopców. Nie rozumiał więc wtedy, dlaczego niektórzy ludzie tak usilnie próbowali się z nim zaprzyjaźnić. Pewnie, był całkiem znany w sportowym środowisku, a jego rodzice należeli do grupy tych trochę wpływowych. Nie miał jednak nic do zaoferowania, poza ciągłymi rozmowami i pływaniu, treningach, zawodach i samym sobie. W momencie zakończenia swojej pływackiej kariery było tylko gorzej. Nie był ani miły, ani sympatyczny. Nie próbował nawet być! Wręcz przeciwnie, stał się zupełnie innym człowiekiem. Chciał spróbować wszystkiego, czego do tej pory nie zdążył lub nie miał okazji, a na dodatek wciąż się łudził, że w końcu uda mu się przepłynąć chociaż jedną długość basenu, a później kolejną i następną, tak długo, aż w końcu będzie mógł czynnie uczestniczyć w treningach. Nie zwracając uwagi na ciągły ból ramienia, na coraz większe dawki leku. Nie akceptował faktu, że już nigdy więcej nie weźmie udziału w żadnych zawodach i nie zdobędzie już żadnego medalu. Pomimo determinacji i autodestrukcyjnych ambicji, stał się zgorzkniały przez ciągłe, nieustanne poszukiwanie kogoś, kogo mógłby w końcu obwinić za taki, a nie inny stan rzeczy. Myśl, że to wszystko było jego winą, sprawiała, że zachowywał się tylko gorzej.
    Oczywiście, że czuł na sobie spojrzenie kilku par oczu, autentycznie wlepionych w jego osobę. Był do tego przyzwyczajony i nauczył się już ignorowania tego, jednak zauważywszy, że od kilku dni ciągle napotykał gdzieś ciągle jedną, tę samą dziewczynę, zaczął się denerwować, a raczej jej obecność w pobliżu zaczynała go irytować. Nie miał żadnej obsesji na swoim punkcie i miał nadzieję, że nie dostał paranoi, ale czuł, że nie były to całkowicie przypadkowe spotkania, a wcześniej wspomniana dziewczyna po prostu za nim chodziła, śledziła go. Nie miał pojęcia dlaczego mogłoby to się dziać i naprawdę chciał to po prostu zignorować, tak jak te wszystkie inne pary oczu. Problem był na tym, że tamci po prostu się na niego gapili, z pewnością później plotkowali na jego temat, ale nikt nie odważył się jeszcze tak zawzięcie go obserwować, miał wrażenie, że jeszcze chwila, a będzie musiał siedzieć non stop w toalecie, aby nie czuć na sobie tego spojrzenia.
    Ten dzień nie zapowiadał się, aby był jakimś szczególnym. Jak zawsze szedł powoli korytarzem w stronę jednej z klas, w której miał mieć zajęcia tuż po długiej przerwie. Ze względu na ilość czasu, jaka pozostała mu do rozpoczęcia się lekcji, postanowił wyjść ze szkoły do parku, który był w jej pobliżu i nakarmić swojego raka. I wszystko byłoby piękne, gdyby ponownie nie poczuł tego specyficznego uczucia obserwacji. Zaciągnął się mocno, rzucił niedopałek na ziemię, przydepnął go butem, delikatnie wciskając nogą peta w ziemię i wyprostował się, gwałtownie odwracając w stronę ś l e d z ą c e j go dziewczyny.
    – Łazisz za mną od kilku dni. – Stwierdził fakt, uważnie przyglądając się jej twarzy. Może niepotrzebnie wyrzucił tamtego papierosa? Teraz nie miał pojęcia co powinien zrobić ze swoimi dłońmi. Chwycił więc jedną pasek od torby, a drugą swobodnie rozluźnił. – Nie lubię, gdy ktoś za mną łazi bez powodu. Masz jakiś powód? – Ton jego głosu był szorstki i nieprzyjemny. Ktoś mógłby powiedzieć, że niepotrzebnie reagował w ten sposób, ale Timothy von der Heyden nie potrafił trzymać swoich emocji na wodzy. Łatwo można było go wyprowadzić z równowagi, a on sam wszystko odbierał za bardzo emocjonalnie, za bardzo osobiście i dosłownie.

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  9. Obserwował beznamiętnie, jak papierowa kulka odbija się od jego ramienia i ląduje na jego kolanach. Kiedy jednak podniósł wzrok, sprawiał wrażenie człowieka gotowego zemścić się za ten cios w najbardziej brutalny z możliwych sposobów. Choć żaden nie przychodził mu do głowy. Zamknął klapę swojego laptopa, mocno, jakby siłował się z wiekiem ogromnej skrzyni i odepchnął się stopami od biurka. Fotel, chyboczący się lekko na boki i skrzypiący pod ciężarem ciała pasażera prześliznął się na plastikowych kółkach bliżej Jessie. Tam się zatrzymał, a siedzisko opadło nieco w dół. Najlepsze lata miał już bowiem za sobą.
    — Nie mam już nic do jedzenia — Ross obejrzał się ze smutkiem na swoją torbę. Stała oparta o ścianę, niedopięta do końca, a z jej czeluści wystawało kilka książek i zeszytów; ułożone w klejności od największego do najmniejszego egzemplarza. Robił tak zawsze, podobnie jak z banknotami w przegródce portfela, gdzie porządkował je skrupulatnie według nominału. Nawyk, który niewiele wnosił do jego życia, a którego nie umiał się wyzbyć. Tak naprawdę nigdy nawet nie próbował — Ale jeśli jeszcze przez chwilę popatrzę na koślawe nagłówki, zdjęcia dyrektora i tekst, który nie chce się wyjustować... Tak, myślę, że to odpowiedni czas na drugą przerwę śniadaniową.
    Kilka osób siedzących najbliżej Jessie i Gasparda usłyszało tą rozmowę i uznało to za doskonały pomysł. Choć wcześniej panował w redakcji chaos, teraz ten chaos nabrał jeszcze więcej samowoli i rozluźnienia. Zamiast szeleszczenia kartek i szumu pracujących drukarek wypluwających wstępną wersję kolejnego numeru gazetki, zewsząd dało się słyszeć dźwięk otwieranych opakowań, rozwijanych z połyskującej folii kanapek i charakterystyczne pobrzękiwanie puszek z gazowanymi napojami. Trud, z jakim przychodziło Gaspardowi skupienie myśli, najwyraźniej nie był wynikiem jego chwilowej niedyspozycji. Dzień wydawał się być ciężki dla każdego. Być może przez panującą na zewnątrz aurę. Niebo było zasnute grubymi deszczowymi chmurami, które kłębiły się i na horyzoncie przybierały barwę głębokiego granatu. Powietrze było gęste i niezmącone najmniejszym nawet podmuchem wiatru; dusząca wilgoć zalegała w bezruchu i zwiastowała niechybnie nadejście burzy. I tak od samego rana.
    — A więc proponuję romantyczne drugie śniadanie we dwoje, w szkolnej stołówce — poruszywszy brwiami w zawadiackim drygu, Ross wygramolił się z fotela i przewiesił przez ramię swoją sportową marynarkę. Zupełnie dzisiaj niepotrzebną, ale miał do niej dziwny sentyment. Podobnie jak do wielu innych rzeczy, które miał przy sobie niezależnie od sytuacji; małą zapalniczkę zdobioną wygrawerowanym klonowym liściem, choć nie palił papierosów, paczkę miętowych gum do żucia i drobniutki, srebrny łańcuszek z przywieszonym do niego, łukowato wygiętym kłem, który chował w tylnej kieszeni torby i którego nigdy nie założył na szyję — Choć jedzenie w stołówce do najromantyczniejszych nie należy. Za to w barze na przeciwko szkoły serwują genialne naleśniki z bitą śmietaną i owocami. Skusisz się? Gazetka nie ucieknie.
    Nieco teatralnym gestem wyciągnął dłoń ku Jessie, jak gdyby chciał zaprosić ją do tańca. Słodkości nie były dla niego najlepszym rozwiązaniem, podobnie jak kofeina, ale nie umiał funkcjonować zarówno bez jednego, jak i drugiego. Szkodził sobie bardziej niż pomagał, rozstrajając swój organizm do granic możliwości, lecz jego wybredne podniebienie zawsze wygrywało tę nierówną walkę. Wyszczerzył zęby, z czołem zmarszczonym w wyczekującym grymasie. Nie przyjmował nawet słowa odmowy.

    [O, być może się kiedyś skuszę, coby nakarmić swoją malutką obsesję c:]

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
  10. O tej porze nie było w lokalu zbyt tłoczno, toteż nie musieli przejmować się zainteresowaniem ze strony pozostałych klientów. Przynajmniej na razie, póki nie wywiązała się pomiędzy nimi sprzeczka, albo rozmowa na tematy tak absurdalne, że nie sposób się przy nich nie zaśmiać. Stolik w kącie miał to do siebie, że łatwo było się przy nim ukryć, a jednocześnie miało się ogląd na wszystko, co działo się wokół; z bezpiecznej odległości i dyskretnie. Z czego Gaspard skorzystał, zanim kelner wyminął pozostałe stoliki i przedostał się do nich, uśmiechnięty i dumnie wyprostowany. Pracował tutaj od dawna. A może nawet od samego początku? Wiedział, w jaki sposób zachęcać klientów do odwiedzania tego miejsca i w jaki sposób zachęcić ich do samego siebie; najedzony i zadowolony gość to przecież większe napiwki. Poproszony o zapachowe świeczki; choć prośba ta była nietypowa; przyniósł je niemal od razu i ustawił na samym środku stolika, w równych od siebie odległościach. Były ich trzy i utworzyły coś na wzór małego trójkąta, w którym każdy wierzchołek zapłonął ciepłym pomarańczowym płomieniem. Rzucały na jasny obrus wesoło tańczące refleksy i pachniały intensywnie wanilią. Słodkawa woń szybko wgryzała się w ubranie i we włosy.
    — No dobra, świeczki już mamy... — Gaspard rozejrzał się wokół siebie, jak gdyby w poszukiwaniu inspiracji. Kelner zniknął na drugim końcu sali, przyjmując po drodze zamówienia od pozostałych gości. Pracował sam, ale radził sobie doskonale; wydawało się, że ma dopracowany pewien system, którego działanie nie jest znane nikomu poza nim samym. Do kogo podejść w pierwszej kolejności, kto może zaczekać chwilę dłużej, a komu brakuje cierpliwości i czasu; był tam, gdzie go najbardziej potrzebowano, a miedziana czupryna podskakiwała w rytm jego energicznych kroków niczym płomyki na ich maleńkich świeczkach. Właściwy człowiek we właściwym miejscu — Ale żeby romantyczności stało się zadość, potrzeba czegoś jeszcze.
    Ross dźwignął się z krzesła i strzepnąwszy z rękawów pyłek i kurz który, zdaje się, był widoczny jedynie dla jego oczu, pomaszerował niespiesznie ku stolikom stojącym bliżej ogromnych szklanych witryn przy wejściu. Te bowiem były ozdobione porcelanowymi wazonami, śnieżnobiałymi z posrebrzanym rąbkiem, w których zatknięto wiązanki świeżych kwiatów, oplecionych różową wstążeczką. Jeden z nich Gaspard zagarnął za plecy; jeszcze przez chwilę maszerował wzdłuż okien, zaglądał przez nie i mrużył oczy poszukując czegoś, co nigdy za nimi nie istniało, nim wrócił na swoje miejsce, zadowolony z siebie, jak po odkryciu czegoś niezwykłego.
    — Dla ciebie, mademoiselle — pochylił się nisko w uprzejmym ukłonie i wręczył Jessie kolorową, pachnącą łąką wiązankę. Z uciętych pod skosem łodyżek nadal skapywały kropelki wody i to one mogły zdemaskować złodzieja; pomiędzy dwoma stolikami pozostała bowiem na podłodze wilgotna ścieżka — Kradzione, ale przyznasz, że urocze — dodał. Siadając na krześle zasłonił swoje usta dłonią, by śmiechem nie zaburzyć powagi sytuacji. A była to wzniosła chwila! Wręcz patetyczna. Na szczęście przeszkodził im kelner, który zniknął zaraz potem, równie szybko jak się pojawił, stawiając przed nimi dwie schludnie podane porcje naleśników. Ciągle ciepłe i parujące, pachniały doskonale i nie pozwalały czekać na skosztowanie ani chwili dłużej.

    [Będę pamiętać! A tutaj masz nasze naleśniki klik, bo zamiast pisać, zaczęłam szukać zdjęć i przepisów *.*]

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
  11. Skinieniem głowy podziękował kelnerowi i natychmiast zabrał się za jedzenie. Można by pomyśleć, że nie był strasznie głodny, bowiem kroił niewielkie kęsy i każdy przeżuwał dokładnie, jak gdyby obawiał się, że może się zadławić. Nie umiał jeść w pośpiechu, nawet wówczas, gdy jego żołądek kurczył się nieprzyjemnie i domagał się uwagi głośnym burczeniem. Naleśniki były doskonałe. Takie, jakie lubił najbardziej. Chrupiące na wierzchu i puszyste, wilgotne wewnątrz. Nigdy nie zawiódł się na tym barze, choć, nie wiedzieć czemu, nie było to najpopularniejsze miejsce. Znajdowało się blisko szkoły, lecz więcej amatorów zaskarbił sobie, zatrzymujący się opodal, uliczny sprzedawca hot – dogów; siwiejący staruszek o poczciwym wyrazie twarzy i z zawadiackim, jak na swój wiek, błyskiem w oku. Miał mylącą, europejską urodę i twardy brytyjski akcent, którym uwielbiał się chełpić i przedrzeźniał nim amerykański bełkot, jak zwykł mawiać. Sympatyczny jegomość.
    — Obłędne — przyznał, ocierając usta wierzchem dłoni. Czuł na nich bowiem coś, co mu przeszkadzało; okruszki naleśnikowego ciasta albo maleńkie pestki z owoców. Pozbywszy się kłopotu i on sięgnął po malinową lemoniadę. Była chłodna i pozostawiała na ścianach szklanki perlistą mgiełkę — Z redakcją to jest tak, że... No właśnie, wybacz na moment — sięgnął do swojej torby, przewieszonej na pasku przez oparcie krzesła, gdzie usłyszał stłumiony materiałem sygnał telefonu. Na jego ekranie przeczytał krótką, za to niezwykle treściwą wiadomość Gdzie jesteś kretynie?!!, wysłaną kilka razy z tego samego numeru. Od zastępcy redaktora. Ross odchrząknął cicho, przez moment bijąc się z własnymi myślami i poczuciem obowiązku. Wiedział, że powinien tam wrócić. Że oboje powinni tam wrócić i dokończyć to, co miało zostać dopięte na ostatni guzik już dawno temu. Spojrzał jednak na Jessie, na wesołe chochliki skaczące w jej oczach i uśmiech czający się w kącikach jej ust, i nie miał sumienia marnować tego na pracę przy komputerze. Wyłączył urządzenie i schował je tam, skąd przed chwilą je wyjął; na samo dno kieszeni zapiętej na szeroki, przycinający się na końcu zamek — Większość materiałów w tym numerze to podsumowanie minionego roku. Sukcesy sportowców, mózgowców, wspomnienia największych szkolnych uroczystości. Dyrektor chce to wykorzystać jako swoją propagandę. Goni naszego opiekuna, opiekun goni mnie, a ja cóż... Niekoniecznie zaganiam do pracy pozostałych. Termin goni, a my jesteśmy, delikatnie rzecz ujmując, w d... No, wiesz gdzie.
    Dokończył swój wywód subtelnym wzruszeniem ramion i przez moment przyglądał się rysunkowi Jessie w milczeniu. Uśmiechał się coraz szerzej, w miarę jak smerf nabierał wyrazistości i smerfnego charakteru. I powstawał ot tak, na kawałku serwetki, z biegu. Zapewne jak wiele rysunków, których posiadaczem Ross stał się przez przypadek; tych znalezionych na szkolnym korytarzu i tych pozostawionych przy koszach na śmieci, jak gdyby nie wiadomo było, czy bardziej nadają się do wyrzucenia, czy pokazania światu. Miał ich całą teczkę, choć nigdy się do tego nie przyznał. Bo i po co? Zepsułby sobie zabawę — A dlaczego kiedyś? — żachnął się i ułożywszy na stole swoją wyprostowaną w łokciu rękę sięgnął po ramię dziewczyny, by zrobiła to samo. Ich przedramiona, zwrócone wnętrzem ku górze, spoczęły obok siebie — Zróbmy sobie jakiś teraz. Jakiś wzór... — wyrwał z jej dłoni cienkopis i wodził nim po skórze w miarę, jak rozwijał swoją wizję — Który będzie zaczynał się powiedzmy w tym miejscu, na mojej ręce, a kończył tu, na twojej. Będziemy na siebie skazani — wyszczerzył zęby — No i zawsze to będzie coś oryginalniejszego, niż tatuowanie swoich imion. Obrazisz się kiedyś na mnie i co wtedy? Już każda moja przyjaciółka, czy dziewczyna będzie musiała mieć na imię Jessie.

    [Omójboziu, Manekin to najlepsze miejsce na ziemi! Postanowione, ja też się jutro wybiorę ^^]

    Gaspard 💕

    OdpowiedzUsuń
  12. Próbował wyobrazić sobie myszkę Minnie na swojej skórze; tak długo, jak obraz pozostawał jedynie w jego głowie, tak długo czuł się bezpieczny. Myszki nie był bowiem bohaterkami jego dzieciństwa, podobnie jak Kubuś Puchatek czy inne, disney’owskie twory. Było w nich coś irytującego, coś, przez co nie mógł się do nich przekonać. Poza tym włosy na czubku głowy jeżyły mu się na samą myśl o chlastającej go igle tatuażysty. Kiedyś wydawało mu się, że to jest jego największa fobia, największy lęk: igły, strzykawki, krew. Sprzęt w gabinecie stomatologicznym i okropny dźwięk, jaki wydaje podczas pracy w sprawnych rękach lekarza. Potem uświadomił sobie, że to nie sama medyczna otoczka napawa go strachem, a ból. Bał się wszystkiego, co mogło sprawiać mu ból. Jeśli ich plany miały zostać zrealizowane, Jessie musiała go obezwładnić, związać sznurem i zakneblować usta czymś dużym i niemożliwym do wyplucia. Ross uśmiechnął się, bardziej do siebie niż do swojej towarzyszki. Wolał jej tego nie proponować. Zapewne gotowa była to zrobić.
    — Po pierwsze, nigdy się nie wymądrzam... Wymądrzam? — podparł podbródek na dłoni i w zamyśleniu spojrzał za okno; na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu, spływające wąskimi krętymi strużkami. Piesi na chodniku przyspieszyli kroku, wyjmowali parasole — Po drugie hm... Okulary mogłyby mi pasować. Wyglądałbym mądrzej. A po trzecie, za naśmiewanie się ze mnie, należy mi się drzemka na twoich kolanach i mizianie za uchem — przeniósł wzrok z powrotem na Jessie i uniósł ku górze jedną brew, jak gdyby to miało przekonać ją do słuszności jego żądań. Na zewnątrz zrobiło się szaro, a ściana wody stała się nieprzenikniona, głośna. Gdzieś w oddali pomrukiwała burza, a wiatr przetaczał ulicami drobne, ułamane gałązki i liście. Gdyby nie ciepło i świadomość zbliżających się wakacji, można by pomyśleć, że to jesień pokazywała swoje najgorsze oblicze. Ross miał nadzieję, że to nie będzie trwało za długo; nie mogli przecież tkwić w barze w nieskończoność.
    — Poza tym — poprawił się nieco na krześle, a stopy oparł na drewnianym łączeniu pomiędz jego nogami. Kolana podciągnął wyżej, pod brodę — Żeby obrazek był pełny, musisz dorysować obok Smerfetkę. Tylko musiałaby mieć coś ze Zgrywusa. O, i zaciśnięte pięści jak u Marudy, pani nie-lubię-niczego i w-kółko-narzekam — nie był pewien, czy nie oberwie po nosie za te spostrzeżenia, dlatego profilaktycznie wyprostował się i nie pochylał już tak nisko nad stolikiem, by utrudnić dziewczynie dosięgnięcie do swojej twarzy. Sam nie miał talentu do rysunku, przynajmniej nie do szkicowania konkretnych przedmiotów czy postaci. Na zajęciach, kiedy nuda sama prowadziła jego dłoń i długopis, potrafił stworzyć ciekawe ornamenty i abstrakcyjne wzory; zazwyczaj nie do odtworzenia za drugim razem. Zamiast tego opanował do perfekcji prostą sztukę origami, a że miękka serwetka nie była do tego najlepszym materiałem, Ross wyjął ze swojej torby notatnik i wyrwał z niego czystą kartkę papieru. Po kilku jej zgięciach i paru brzydkich przekleństwach spływających z ust chłopaka, na stoliku opodal świeczek zasiadł honorowo maleńki piesek, z dorysowanymi cienkopisem oczami i nosem.
    — I jak to nie jesteśmy parą? — wzdrygnął się i zmarszczył brwi. Zrobił to po dłuższej chwili milczenia i nadal w pełnym skupieniu bo zaginaniu i miętoszeniu kartki papieru. Jak gdyby zrozumiał dowcip z opóźnieniem i nie wypadało mu się zaśmiać — To zapachowa świeczka i kradziony bukiet nic dla ciebie nie znaczą? Kobiety są coraz bardziej wymagające... — westchnął, niby to zrezygnowany, niby rozczarowany, choć w jego oczach majaczyło rozbawienie — Możemy zaliczyć jeszcze romantyczną scenę w deszczu. A tak na poważnie – nie wracajmy już do szkoły. Zróbmy... Cokolwiek. Seriale? Kino? Zaproponowałbym rowery i biwak za miastem, ale chyba by nas zalało.

    [Łap odpis, a ja uciekam na naleśnika, zgodnie z planem ^^]

    Gaspard 💕

    OdpowiedzUsuń
  13. Śledził wzrokiem ruchy cienkopisu i z każdą chwilą przekonywał się do tego pomysłu coraz bardziej. Bardziej z pewnością, niż do bajkowych stworów, przypadkowych kształtów i zawijasów, w których próżno byłoby doszukiwać się znaczenia. Podziwiał pomysłowość panienki Merrick i swobodę, z jaką pojawiały się w jej głowie kolejne wizje. Ot tak, jakby zastanawiając się nad śniadaniem, sięgnęła machinalnie po drożdżówkę i kubełek gorącej kawy z automatu. Albo wyciągała z szafy pierwszą lepszą sukienkę, która okazywała się wyborem doskonałym; pasującym do pogody, pasującym do nastroju. W takich chwilach rozumiał o wiele lepiej samego siebie. Jego umysł był analityczny, nie działał tak spontanicznie i o wiele łatwiej było mu wpasować się w schemat, niż się z niego wyłamać. Przynajmniej jeżeli chodziło o kreatywność, fantazję. Dlatego lepiej czuł się w otoczeniu preparatów mikroskopowych i pochylony nad skomplikowanymi wzroami chemicznymi. Były jednoznaczne; wystarczyło zrozumieć jedną regułę, by zrozumieć resztę.
    — Nie powiem, z czym skojarzył mi się ogonek i dziurka, nawet jeśli chodziło jedynie o puzzle — rozbawiony dopił do końca swoją lemoniadę, o której zapomniał w toku rozmowy. Nie była już tak chłodna i orzeźwiająca, jak przed kilkoma minutami i stała się jakby słodsza. Mimo to ciągle zachowywała swój smak. Ze szklanką rozstał się nieco niechętnie i jeszcze przez chwilę przesuwał ją po stoliku, od dłoni do dłoni, odbijając ją niczym małą piłeczkę — Poza tym proponujesz mi miejsce na łóżku, popcorn i film, a potem grozisz, że narysujesz mi Marudę na czole. Żeby tylko! Spijesz mnie, a rano obudzę się przyklejony taśmą do drzewa z twarzą zamalowaną w całości czarnym markerem. Takim, którego nie domyje najlepszy rozpuszczalnik. Już ja cię znam, Jessie Merrick.
    Zawołał kelnera, któremu zapłacił należność za śniadanie i dodał kilka dolarów napiwku, dla których tak bardzo się starał. Obok wejścia tłoczyło się już kilkoro klientów, jednak żaden nie miał odwagi zmierzyć się z okropną ulewą na zewnątrz; wiatr, choć nie słabł, nie rozganiał burzowych chmur kłębiących się na niebie. Może nawet zaganiał ich coraz więcej. Rossa jednak to nie zniechęcało.
    — Chciałem powiedzieć, że pocałunek będzie nagrodą za mizianie za uchem. Ale na mizianie za uchem miałem sobie zasłużyć, więc koniec końców i tak wszystko zależy ode mnie. Psiamać, to takie skomplikowane — przerzucił sobie przez ramię torbę; na skos, jak było mu najwygodniej i zgarnąwszy z oparcia krzesła swoją marynarkę, zarzucił ją na głowę Jessie. W ten sposób zaciągnął ją do drzwi wyjściowych. Prawie niczym porywacz obezwładniający i oślepiający swoją ofiarę workiem, lecz pomiędzy połami ubrania Jessie ciągle mogła zobaczyć drogę przed sobą. Nie zwolnił, nawet gdy przedostawali się przez tłumek ludzi; ci odskakiwali na boki w obawie, że zostaną uderzeni lub potrąceni. Za progiem momentalnie przemoczył ich deszcz.
    — Oczywiście, że możesz mnie tam zabrać — zaczesał mokre włosy ku tyłowi głowy, bowiem deszcz ulizał je i przykleił do jego czoła; stamtąd sięgały prosto do oczu — Będę ci kibicował całym sercem. W tym jestem całkiem dobry. I masz rację, do tego czasu możemy być u ciebie. Prowadź, a ja dalej będę najlepszym parasolem na świecie — uśmiechnął się wesoło, zdając sobie w duchu sprawę z tego, że marynarka już dawno przestała spełniać swoje zadanie.

    [Udały się? :D Bo mnie porcja w Manekinie pokonała, jak zwykle... Baaardzo długo toczyłam się potem do domu.]

    Gaspard 💕

    OdpowiedzUsuń
  14. [Mówiłam, że wpadnę! (Co do MC, wszystko mi pasuje i ja wiem, że powinnam tam od razu wkleić, że możesz zacząć, ale mam paskudny zwyczaj rzucania wszystkich odpisów na raz, żeby nikogo nie faworyzować i tylko witam poza kolejką, eh)
    W każdym razie. Ostatni gif pamiętam jeszcze z przeszłości! :D Twoja pani jak zawsze jest urocza, kochana i idealna do wytulenia. Bardzo lubię Twoje postacie i przyznam, że za nimi tęskniłam. Podoba mi się, że masz tyle punktów zaczepienia, o które można by oprzeć wątek. Oczywiście, chciałabym z Tobą coś napisać, no ale... mój pan tutaj to istne zło wcielone i nie każdy ma ochotę z nim pisać! :D
    Aczkolwiek, gdybyś jednak chciała się z nim podrapać lub napisać coś wybuchowego, to wytulimy (na tyle, na ile możemy) bez pazurków :3]

    Cassian Quatermaine

    OdpowiedzUsuń
  15. Mieszkanie wydawało się przytulne i schludne; wszystko znajdowało się we właściwym miejscu, nie było w nim przesady, ani bezmyślnego przepychu. W takim otoczeniu Gaspard czuł się najlepiej, najbardziej bowiem przypominało mu jego własny pokój. W akademiku, czy w rodzinnym domu w Minneapolis, tam gdzie dbał o każdy detal i nie pozwalał sobie na najmniejsze nawet niedopatrzenie. Nieco chorobliwie i bóg jeden wiedział, po kim to miał. Zostawił na wieszaku swoją torbę i parasol, a przemoczone buty, w których z każdym krokiem chlupotała woda, odstawił na podłogę opodal drzwi.
    — Uwierz mi na słowo — ochoczo sięgnął po ręcznik i suche ubranie; miękkie i ciepłe w dotyku. A może tylko mu się wydawało, przez zmoknięte i wyziębione wiatrem dłonie. Miętosił je przez chwilę niczym kot, który łapkami próbuje wymościć sobie legowisko — Kij od szczotki będzie dla ciebie lepszym partnerem ode mnie. Ponawiam propozycję – będę ci kibicował. Mogę nawet zrobić sobie pompony i założyć spódniczkę cheerleaderki — mruknął w zamyśleniu — No dobra, bez spódniczki. Ale pompony nadal wchodzą w grę.
    Zniknął za drzwiami łazienki i gdy tylko przekręcił w nich zamek, natychmiast pozbył się mokrego ubrania. Miał wrażenie, że zdziera je z siebie jak skórę, bowiem przywarło do niego ciasno i nie tak łatwo poddawało się jego woli. Nienawidził tego, podobnie jak pojedynczych włosów przyklejających się do wilgotnej skóry po prysznicu, albo pasty do zębów spadającej ze szczoteczki, jeszcze zanim włożył ją do ust. Osuszył się puchowym ręcznikiem i włożył na siebie pożyczone ubrania. Spodnie, nieco na niego za luźne, zaciągnął mocniej sznurkiem , by nie zsunęły się z niego i nie plątały między nogami. Był zdecydowanie drobniejszej budowy, niż ich prawowity właściciel. I miał ten przywilej (a może przekleństwo?), że nie była mu straszna żadna ilość jedzenia. Ani żaden jego rodzaj; od wielu miesięcy nie przybrał nawet grama.
    — Przebierz się, a ja zaczekam na ciebie z kocem — było mu zdecydowanie cieplej, gdy wyszedł z łazienki, choć na plecach czuł nadal nieprzyjemne dreszcze — Jakiś na pewno tu znajdę. O, i z gorącym kakao! — dodał i nie czekając na pozwolenie, udał się do salonu. Tam rozejrzał się uważnie po wnętrzu; po niedużych, wyglądających na wygodne fotelach i kanapie usłanej zdobionymi jasnym obiciem poduszkami. Pomiędzy nimi, wciśnięty niedbale i zwinięty w ciasny kłębek, leżał pstrokaty koc, który Ross przerzucił sobie przez ramię. Z taką peleryną powędrował prosto do kuchni, gdzie począł przeglądać szafki w poszukiwaniu kakao. Świadomość, że w mieszkaniu nie ma nikogo poza nimi, odzierała go z resztek przyzwoitości. Nie czuł się gościem, czuł się jak u siebie i tak też się zachowywał. Swobodnie. Upomnienie ze strony Jessie nie wydawało się tak wiążące, jak te pochodzące od jej brata. Na przykład. Dlatego też po chwili wrócił do salonu z dwoma kubkami gorącego napoju. Ze swojego zdążył upić łyk lub dwa, rozsiadając się wygodnie na samym środku kanapy; ułożywszy głowę na jej oparciu, czekał cierpliwie na powrót panienki Merrick. Czuł, jak od ust, poprzez przełyk, aż do żołądka, rozchodzi się po jego wnętrzu cudowne ciepło.

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
  16. — Jeśli powiem, że po prostu znam swoje możliwości i taniec do nich nie należy, to będzie dla ciebie za mało — powiedział to bardziej do siebie, niż do Jessie. Koc, który udało mu się znaleźć w salonie, zarzucił sobie na głowę, a jego poły owinął sobie wokół ramion niczym czarodziejską pelerynę. Otulony prześliznął się w drzwiach do pokoju dziewczyny; do przestronnego pomieszczenia, w którym panował kompletny chaos. Chaos, w którym tkwił pewien urok, może nawet zamysł. Ross stąpał ostrożnie i dokładnie planował każdy krok, by nie nadepnąć na rozrzucone po podłodze prace. Tych na ścianach było jeszcze więcej i przyglądał się im z uwagą, jak gdyby musiał zapamiętać każdy ich szczegół teraz, przy pierwszym poznaniu. Zabałaganione otoczenie oznaczało podobno zabałaganiony umysł. W tym pozytywnym znaczeniu. Pełen pomysłów i gotowy łączyć te pomysły w większą całość. Mieszać je, zamieniać, z jednego coś zabrać i dodać przy drugim. Może w tym tkwił problem Rossa. Może zamiast przypinać do ściany nad łóżkiem kolejne zdjęcia, ułożone w szeregach, barwami od najcieplejszej do najchłodniejszej tonacji, powinien chlasnąć weń kubełkami kolorowych farb. A potem rozmazać plamy palcami, by powstało z nich fantazyjnie abstrakcyjne dzieło — Więc powiem coś, co będzie brzmiało hm... Szlachetnie. Na kurs idzie się po to, by się czegoś nauczyć. A przy mnie za dużej szansy na rozwój to nie masz. Robię to wszystko z troski o ciebie.
    To nie tak, że Ross poruszał się w tańcu jak kłoda drewna, ale nie miał ku niemu wielu sposobności. Wesela, większe rodzinne uroczystości. Czym innym były też pląsy dla zabawy, może trochę dla wygłupu, a czym innym profesjonalny towarzyski taniec, który choć podobał mu się niezmiernie, to nie w jego wykonaniu. Nie wystarczyło oglądać meczów piłki nożnej, by stać się zawodowym sportowcem, ani przeglądać książki kulinarne, by nauczyć się gotować. Potrzebna była praktyka, odrobina samozaparcia. A przede wszystkim – chęci. Tych ostatnich Ross nie mógł znaleźć u siebie za grosz.
    — Coś strasznego. Może schowasz się do szafy i przejdzie ci pomysł z rysowaniem czegoś na moim czole — wskoczył na łóżko, wbił się w miękki materac i odbił się od niego; chwycenie się pościeli w ostatniej chwili uchroniło go przed przetoczeniem się na Jessie. Poprawił się i zaplótł nogi w precel, siedząc prosto i w zniecierpliwieniu, niczym małe dziecko czekające na przedstawienie w cyrku. Pogoda za oknem uspokoiła się nieco. O szyby obijały się kropelki o wiele drobniejsze i rzadsze niż wcześniej, a pomruki burzy ucichły. Razem z najciemniejszą chmurą odpłynęły gdzieś na północ i tam skłębiły się ponownie w granatową masę jakby przypominając, że nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa — Gdyby twoje rysunki obejrzał ktoś, kto się na tym zna... Mam na myśli psychologa, na przykład, pewnie umiałby powiedzieć o tobie niejedno. Albo niejedno zdiagnozować — dźgnął Jessie złośliwie pod żebrami. Jego ciotka, starsza kobieta o haczykowatym nosie i długich, podwiniętych przy końcach kasztanowych włosach, była pedagogiem w szkole podstawowej i na podobnej zasadzie pracowała ze swoimi podopiecznymi. Może u nastolatek też się to sprawdzało?
    — Nie patrz tak na mnie — stwierdził wreszcie, widząc w oczach dziewczyny zawadiacki błysk. Jakby samym tylko spojrzeniem próbowała nagiąć go według swojej woli. Westchnął, rozbawiony — Mam wrażenie, że nie odpuścisz więc znajdź jakąś muzykę i chodź, przekonaj się, że partnera do tańca będziesz musiała poszukać gdzie indziej — wygramolił się z łóżka, z miękkiego materaca, który niemal go pochłonął i zostawiwszy na poduszce swoją pelerynę stanął na środku pokoju, z dłonią wyciągniętą ku Jessie.

    [To ogółem fajnie się złożyło, bo dla mojego brata z kolei każdy chłopak to Sebastian. Może nas znasz, a nawet o tym nie wiesz... ^^]

    Gaspard

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cześć! Taak, Centuries to jedna z moich ulubionych piosenek FOB <3 Hmm, wpadło mi do głowy jedynie tyle, że Jackie mogłaby raz czy dwa dać Jessie korki z jakiegoś przedmiotu, bo któryś z nauczycieli zauważy, że panna Farley sporo umie, a pannie Merrick przyda się pomoc :)]

    JACQUELINE

    OdpowiedzUsuń
  18. [Dziękuję bardzo. c: Może kiedyś przydarzy się jakaś notka lub coś w tym rodzaju...]

    Malva Rowlinson

    OdpowiedzUsuń
  19. [A Jackie może wyglądać jak cień siebie po nieprzespanej nocy i Jessie będzie ją męczyć czy na pewno wszystko w porządku. Może nawet Farley zasłabnie i twoja panna zadzwoni po karetkę? :D Ale to się zobaczy, tak myślę. Kto zaczyna?]

    JACQUELINE

    OdpowiedzUsuń
  20. [Spokojnie, ja grzecznie poczekam :D]

    JACQUELINE

    OdpowiedzUsuń
  21. [Dziękuję za powitanie! :) Mogliby się dogadać, tylko masz pomysł jakby można ich było ciekawie powiązać?]
    Willie

    OdpowiedzUsuń
  22. (Hej :) Dziękuję za miłe słowa. Twoja postać również mi się podoba, jest taka urocza. Nie ma czegoś takiego jak głupie pomysły, więc wal śmiało bo mnie zaciekawiłaś :D raczej się nie znamy no miałam dłuższą przerwę od blogów. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. [Brzmi fajnie :) W sumie to możemy nawet zacząć tę ich znajomość od zera, kiedy Jessie w jakichś okolicznościach zaczepi go i poprosi o pozowanie do rysunku/ewentualnie zacznie to robić bez jego zgody i kiedy Willie się zorientuje to mogłyby wyjść z tego krótkie spięcia. A potem będzie się rozwijać znajomość i mogą wspólnie popróbować coś stworzyć]
    Willie

    OdpowiedzUsuń
  24. ( Cześć! Te gify kupiły mnie całą i zgaduję, że nie tylko mnie. Często narzeka, a do obrażania się potrzebuje naprawdę solidnego powodu. A, no i spodobał mi się ten fragment, chyba dlatego, że mi wystarczy jakaś błahostka i już nie chce mi się z kimś rozmawiać.
    Tak czy siak, na wątek jestem chętna, czy to z Taylorem czy z którąś z moich pozostałych postaci, to znaczy Heathem Cavendishem lub Tristanem Blackbournem. Jeśli jednak wolałabyś mojego policjanta, to obiecuję, że wymyślę coś twórczego! :)

    Taylor R.

    OdpowiedzUsuń
  25. [Dobry pomysł! A jak tutaj go dalej pociągnąć. Hmmm... Tak sobie myślę, że może pan B. uwierzyłby, że te rysunki są prawdziwe i doszedłby do wniosku, że Jessie jest idealnym obiektem do jego badań. Ta jednak wyznałaby mu, że to wszystko był żart i mój pan byłby z tego powodu bardzo niepocieszony... ale Jessie spodobałby się ten eksperyment i zechciałaby za wszelką cenę wziąć w nim udział? Luuuuub, nie powiedziałaby mu w ogóle, że to żarty i zgodziłaby się zostać jego obiektem badawczym przez co mogłyby powstać komplikacje, bo przecież Jessie nie byłaby tak naprawdę tym za kogo się uważa ;) Jeśli chodzi o badania to myślałam coś o badaniach nad snem, bo nie ukrywam, podobnie jak pana B. fascynuje mnie to :D Może być, czy myślimy dalej? :)]
    Mr. B

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Tak na nią patrząc, przyszła mi do głowy jedna myśl. Mianowicie, mógłby być jej mistrzem jeśli chodzi o sztukę. Mimo, że Jess woli raczej cienkopisy, a Chris ukochał sobie pędzle i farby, mogliby się jakoś dogadać, a nauczyciel by ją mocniej podszkalał w tymże kunszcie. :3]

    Christopher Moore

    OdpowiedzUsuń
  27. [Skoro mają być przyjaciółkami, to mamy łatwiej. Cassian czasami ma dobre momenty i wtedy robi Khloe za fotografa. De facto więc, oboje by się kojarzyli, choćby mijając się w domu, gdy akurat byłaby u jego siostry. Tak samo, Jessie chciałaby zwiedzić niektóre europejskie kraje, a Cassian ma to już za sobą (ponadto urodził się w Australii).
    Ewentualnie, oprócz tego, że oni się przyjaźnią... Cassian mógłby się znać z jej starszym bratem! Przecież poniekąd kibluje, bo po prostu sobie wyjechał... no xD. W każdym razie, jej brat i on mieliby niekoniecznie dobrą relację, a dziewczyny przeciwnie. Jessie mogłaby być trochę ostrzegana przez starszego brata, żeby się do Cassa nie zbliżać... ale, może np. gdy byłaby u Khloe, tamta dostałaby jakiś telefon, musiała pilnie gdzieś szybko wyjść i zostawiłaby ją na dosłownie chwilę, samą? Cass mógłby wtedy rządzić w domu i akurat zacząłby grać na gitarze i śpiewać dla Missy (bo to jego oczko w głowie jest!) Jessie mogłaby usłyszeć i zobaczyć, co tam się dzieje i przy okazji się zaskoczyć, że może jednak on nie jest taki zły? Rzecz jasna, pewnie zachowywałby się dobrze ze względu na małą siostrzyczkę. Albo po prostu miałby dobry humor... w każdym razie, potem byśmy to jakoś rozwinęły :D]

    Cassian  

    OdpowiedzUsuń
  28. [Można zrobić, że by go ostrzegała. Rzecz jasna, przyjmijmy, że Khloe, bo Ice usunęła się z bloga, więc będę musiała nową siostrę znaleźć... ale w naszym wątku jest to nieważne. Ostrzeganie przed nim na pewno byłoby typowe... a brat Jessie... nie napisałaś ile ma lat, Twoja wina, pf! :D
    Missy ma 4/5 lat, jest jego malutką księżniczką. I w takim razie czekam ♥]

    Cass

    OdpowiedzUsuń
  29. Cassian był osobą bardzo stabilną i niewiele rzeczy potrafiło wyprowadzić go z równowagi. Stanowił raczej ostoję chłodnej kalkulacji, zamkniętej w dystyngowanej otoczce spokojnego dżentelmena. Za fasadą dobrych manier skrywał prawdziwego potwora z pazurami ostrymi jak brzytwa i szczęką, gotową rozerwać każde najbardziej żylaste mięso. Nie każdy jednak mógł się o tym przekonać; nie lubił tracić czasu na istoty niewarte, a samo czynienie ludziom krzywdy nie napawało go radością. Wolał, gdy ofiara walczyła, opierała się, próbowała przegonić demony własnego ja, wyrzucić nieproszonych lokatorów i nie ulec potędze umysłu. Bo to właśnie on kreował największe monstra; nie potwory spod łóżek, z szafy, czy zza drzwi piwnicy. To właśnie uplastycznione przez jaźń stwory, nieistniejące materialnie stanowiły największe zagrożenie. Wyrastały z lęku, karmione ludzkimi obawami, działały jak sznur wokół szyi, obręcze na kostkach, czy wielkie, srebrne kraty, zakleszczające ofiarę w ramach własnego jestestwa. Wystarczyło trochę wody, trochę słów; zasiać pewne ziarno niepewności, strachu, uderzyć w ofiarę tak, by nie wiedziała, że w nią uderzono. By musiała mierzyć się z samym sobą; bić o zachowanie zmysłów, cierpieć w katuszach pod ciężarem swoich potworów. Uwielbiał to. Naprawdę, uwielbiał to, cholera. Te załzawione oczy, rozszerzone źrenice, drgawki, wstrząsające ciałem, bolesne skurcze mięśni, włoski stające na karku... uwielbiał podziwiać ludzki strach, dający upust w mimice i gestach. Sycił się tym, karmiąc wewnętrzne demony. I czuł się wtedy jak upadły cherubin, diabeł z czeluści piekieł, który pragnął tylko bólu i cierpienia. Choć w rzeczywistości, nie chciał nikogo zabić; chciał jedynie patrzeć, obserwować jak padają, powoli mkną ku zgonowi, rzucają się w agonalnych spazmach, zapominając o cyrografie, który obiecywał nigdy niekończące się katusze. 
    Nawet psychopata, w pełnej krasie, miał jednak swoją słabość. Słabością Cassiana były akurat dzieci — szczególnie Missy, czyli pięcioletnia siostrzyczka, dla której był gotowy nawet zabić. Albo rzucać nożem w ludzi jak to miał w zwyczaju. Bardzo, bardzo często. 
    Dla tej małej, słodkiej istotki był gotowy zrobić wszystko. Czesał jej warkoczyki, ubierał sukieneczki, siedział i siorbał herbatę z różowej filiżanki tylko dlatego, że sobie zażyczyła. Była jego małą księżniczką i jedną z niewielu osób, które mogły go ugłaskać. Nieświadomie rzecz jasna, choć Quatermaine uwielbiał tego małego szkraba.
    Nie mógł mu więc odmówić, gdy w różowej piżamie w jednorożce przyszła do jego pokoju, ciągnąć po ziemi pluszowego królika.
    — Zaglaj my coś — poprosiła, zbliżając się i biorąc go za rękę. Jej wielkie jak spodki oczy zrobiły się jeszcze większe, a on, uśmiechając się, delikatnie uniósł ją jedną ręką, sadzając sobie w zgięciu łokcia.
    — Zagram, kochanie — szepnął, całując ją w czoło i porwał gitarę, ruszając w kierunku jej pokoju. Usiadł na skraju jej łóżka, a ona wczołgała mu się na kolana, ostrożnie umieszczając małe ciałko między nim, a gitarą.
    —  Missy... jak mam grać w takiej pozycji?
    Wydęła dolną wargę i zrobiła smutną minę.
    — Skarbie, naprawdę, tak się nie da...
    Niechętnie zeszła na łóżku i narzucając na głowę różowy kocyk, przytuliła do siebie pana króliczka.
    —  Co Ci zagrać, Missy?
    — Tfoją posenkę.
    Uśmiechnął się delikatnie i zgodnie z prośbą zaczął grać.
    —  Ne tem!
    — Tylko?
    —  Ce być z ynnego śwata.
    Wywrócił oczami i posłusznie zagrał siostrzyczce jej ulubioną piosenkę.
    Nie spodziewał się, że w domu jest ktoś obcy; Khloe często zapraszała koleżanki. Nigdy jednak nie zostawiała ich samych, wiedząc w jak brutalny sposób może skrzywdzić je jej ukochany braciszek. Tym razem jednak... zrobiła inaczej, a dziewczyna przyplątała się do ich pokoju.
    Przestał grać natychmiast, gdy pojawiła się w drzwiach i przywitała miło, najwyraźniej nie wiedząc, z kim tak naprawdę ma do czynienia.
    Missy zabuczała, krzywiąc się nieznacznie. Przyłożyła palce do ust i zrobiła szybkie tśś, patrząc wprost na Jessie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zepsiułaś jego gitalę — zawyrokowała, wytykając ją palcem. — Cassian my ne dzała! — i odwróciła się plecami do Jessie, strzelając pokazowego focha.
      Quatermaine westchnął, spoglądając na siostrzyczkę.
      — Autorskie — zwrócił się do Jessie neutralnym, jak zwykle ochrypłym głosem, odkładając gitarę i biorąc Missy na kolana. Dziewczynka wtuliła się w niego, chowając twarz w jego torsie, a on wywrócił oczami. — Nie mam w zwyczaju zadawać pytań... a właściwie mam — zaczął, wstając i przenosząc Missy na barana w akompaniamencie jej słodkich pisków. — może wyjaśnisz mi, kim jesteś i co robisz w moim domu, hm? Zanim zrobi się bardzo nieprzyjemnie — postawił Missy na ziemi, podając jej króliczka.
      — Będesz rzucał w niom nożem? — spytało maleństwo, przykładając piąstki do twarzy.
      — Nie, Missy. Nie tym razem. Miejmy nadzieję — ponownie przeniósł spojrzenie niebieskich oczu na Jessie.
      — Nie rzucaj w łapky, ona lysuje my ładne oblaski.

      Cassian i Missy  

      Usuń
  30. [Kolory są świetne. Zakreślasz nim najważniejsze rzeczy w notatkach do egzaminu i nagle okazuje się, że masz dwadzieścia stron zamalowanych na żółto. A potem i tak się tego nie uczysz. No, w każdym razie odczuwam dramatyczny brak takich osób, jak Jessie (skojarzenie z Jesse McCartney'em, wybacz), w swoim otoczeniu. Może pocieszę się chociaż blogowo. A połączenie ołówka i cienkopisu rzeczywiście może dać dobry efekt #sprawdzonewykładoweinfo.
    Dzięki dzięki za miłe słowo pod kartą, która trafiła na kilka dni mojego życia, gdzie niekoniecznie miałem na nią czas i rodziła się po kawałeczku i w wielkim bólu. Ale co tam karta, pomyślmy nad jakimś wątkiem. Skoro dla Jessie lacrosse jest jedyną grą zespołową, której nie uważa za idiotyczną, może często wpadałaby na mecze? Wykorzystałbym tu zamiłowanie do rysowania ludzi w ruchu, tylko nie wiem, po co i co zrobić z tym dalej. Albo Tommy zabierze Jessie na swój trening i będzie próbował ją czegoś nauczyć, a resztę domyśliłoby się w trakcie. To chyba za późna pora na myślenie, ale może razem pójdzie nam jutro sprawniej ;D]

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  31. [Poprawiają humor i dają taką małą nutkę optymizmu. To nie to samo, co strony zapisane monotonnie długopisem i depresyjne myśli o poprawce we wrześniu. To radość, że przez najbliższe dwa miesiące i tak nie będziesz mieć z tym do czynienia ;D
    Nie wstawię w twój pomysł słowa, które by tam pasowało, bo nie umiem go sprecyzować. Chociaż je czuję. Ale daję znać, że wszystko mi pasuje i mogę spokojnie oczekiwać zaczęcia. Które chyba mogę potraktować jako nagrodę za odkrycie tajemnicy imienia, mimo że pazerna część mojej osobowości chciałaby dostać jeszcze coś fajnego ;D]

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  32. Bezpośredniość dziewczyny sprawiła, że przez chwilę wpatrywał się w nią, mrużąc tylko oczy. Takiej odpowiedzi z jej strony się nie spodziewał i był zwyczajnie zaskoczony. Nie minęło nawet kilka sekund, gdy na jego ustach pojawił się ironiczny uśmiech, a on sam wydał z siebie cichy dźwięk, coś pomiędzy kaszlnięciem a zduszonym śmiechem.
    — Nie jestem pewny, ale to może wchodzić pod paragraf. Mam załatwić zakaz zbliżania? — Wolną dłonią odgarnął kosmyki czarnych włosów, które były już zdecydowanie za długie i wręcz prosiły się o wizytę u fryzjera, wchodzących mu niekiedy w oczy, jednocześnie przeczesując całą swoją gęstą czuprynę. Jeszcze w zeszłym roku regularnie odwiedzał fryzjera nie pozwalając włosom urosnąć więcej niż centymetr. Zakładając czepek do zawodów i treningów wygodniej było mieć po prostu krótkie włosy, nie martwiąc się o wystające spod sylikonowego nakrycia głowy kosmyki. To był rodzaj jego buntu, najłagodniejszy z wszystkich, które do tej pory miały miejsce. — Nie mam pojęcia o twoich planach i zamiarach. — Oznajmił zagryzając policzek od zewnątrz i marszcząc brwi. — Może jesteś jedną z tych psychofanek? Wyciągniesz swoją pomocną dłoń twierdząc, że tylko dzięki właśnie twojej pomocy moje życie wróci do normy? Że delikatny dotyk twoimi opuszkami palców po moim barku sprawi, że będzie sprawne, jak przed operacją? — Warknął, mierząc uważnie ją wzrokiem. Słyszał już tyle niedorzecznych historii, tak wiele różnych teorii i nierealnych do spełnienia zapewnień, że w pewnym momencie zaczęło go to wszystko bawić. Tym razem podszedł do tego emocjonalnie, co dało się zauważyć po delikatnym drżeniu żuchwy i ocieraniu się zębów o zęby ze zdenerwowania, jak również i zaciśniętych mocno palcach na pasku od torby. Pewnie, gdyby nastolatka się speszyła w momencie, kiedy do niej podszedł, uciekała wzrokiem od jego twarzy, gdyby tylko nie wyglądała na tak pewną siebie, na pewno zareagowałby łagodniej. W tym momencie uznał to za bezpośrednie niebezpieczeństwo, a wiadomo, że najlepszą bronią jest atak. Taką właśnie miał taktykę, od zawsze. Teraz tylko była znacznie bardziej widoczna, wyraźna. — To co, podzielisz się tym swoim powodem czy faktycznie mam iść prosto na komisariat lub do swojego prawnika? — Nie spuszczając spojrzenia z jej oczu, swoje słowa wypowiedział powoli i bardzo wyraźnie. Szczególnie ostatnie kilka słów, jakby miało to ją przestraszyć.

    tim von der hedyen

    OdpowiedzUsuń
  33. [Okej, to w takim razie ja zacznę :D Możemy zacząć jakoś od momentu, gdy Jessie podrzuca mu już te lipne obrazki, ale on jeszcze o tym nie wie ;)]
    Dorian nigdy nie uważał się za pedagoga z prawdziwego zdarzenia. Nie mógł. Jego metody bywały często niekonwencjonalne i kontrowersyjne. Może i nie same metody nauczania, w końcu nie da się zbyt wiele zrobić na zajęciach angielskiego, ale jesli chodzi o jego osobiste badania. Jesli chodzi o to, jest w stanie zrobić wiele, nawet naruszyć etykę zawodową. Przez to, między innymi musiał opuścić poprzednie miejsce pracy. Tym razem obiecał sobie, że nie powtórzy raz popełnionych błędów. Jednakże, zaledwie po dwóch miesiącach złamał daną sobie obietnicę. Nie mógł się powstrzymać, a zwłaszcza, gdy przyuważył, ze jedna z jego uczennic jest artystką. Zawsze fascynował go umysł artystów, był taki skomplikowany. Idealnie nadawał się jako obiekt badawczy.
    Dorian zdawał sobie sprawę, że jest atraktyjny i, że podoba się niejednej uczennicy. Korzystał więc ze swojego atutu jak tylko mógł. Nie oznaczało to jednak, że podrywał wszystko co się ruszało. Jeśli chodzi o tak młode dziewczyny czasem wystarczył tylko uśmiech lub skromny komplement. Jednakże, dziewczynę, którą sobie upatrzył nie interesowały takie zagrywki. Gdy wspomniał coś o jej pracach i, czy podzieliłaby się swoim talenetem z innymi, tylko się spłoszyła. A więc czekał go ciężki orzech do zgryzienia, co jedynie go bardziej zachęcało. Jakże uwielbiał wyzwania. Zauważył, że dziewczyna, której było na imię Jesse czesto gubiła swoje prace. Najpierw myślał, że to przypadek, jednakże gdy sytuacja zaczęła się coraz częściej powtarzać, zaczął myśleć, że robi to specjalnie. Nie to jednak go tak zaskoczyło, a fakt, jakiej treści one były. Były conajmniej niepokojące, co go tylko jeszcze bardziej nakręcało. Zaczął się zastanawiać czy aby specjalnie mu ich nie podrzuca jako takie ciche "wołanie o pomoc". Gdy mieli razem zajęcia nie mógł się powtrzymać by nie spoglądac czasami w jej kierunku, a zwłaszcza gdy coś rysowała.
    Nie mógł się skupić na dzisiejszych zajęciach. Nie po tym co zobaczył na ostatnim obrazku. Krwawe morderstwo. Pomijając te wszystkie tęcze i kucyki, na tym obrazku była również postać niesamoicie do niego podobna. I to ona była sprawcą. Nie mógł już tego dłużej odwlekać. Po zajęciach poprosił ją do siebie. Poczekał az wszyscy opuszczą klasę i zwrócił się do niej.
    -Jesse, chciałbym z tobą o czymś porozmawiać.- zaczął spokojnie po czym podsunął jej wspomniany wcześniej obrazek.- Wypadł ci wczoraj, gdy wychodziłaś z klasy. Chciałabyś o tym porozmawiać?
    Mr B

    OdpowiedzUsuń
  34. [Cześć. Bardzo dziękuję za miłe powitanie i cieszę się, że karta się podoba, bo nie ukrywam, że nie jestem z niej zadowolony, głównie dlatego, że zwyczajnie wydaje mi się za krótka. No ale z drugiej strony moją mocniejszą stroną są wątki, nie pisanie kart, więc chyba nie powinienem się przejmować. :)
    Bardzo chętnie wrzucę Matta do wątku z Jessie, szczególnie że mam swego rodzaju słabość do Shelley (o której staram się nie mówić publicznie, no bo #TeamLydia i #TeamStydia). Masz może jakiś pomysł, czy wolisz przeprowadzić burzę mózgów?]

    Matthew Rose

    OdpowiedzUsuń
  35. [O nie, o nie... Stalia od zawsze była dla mnie złem, do tego stopnia, że ich rozstanie miałem ochotę świętować, nawet mimo tego, że lubię Malię i było mi jej trochę szkoda. :D Za to za Stydią stoję murem od pierwszego sezonu, zawsze w nich wierzyłem, nawet jeśli Lydia co chwilę skakała od jednego do drugiego, a uczuć Stilesa zdawała się nie zauważać. :D
    Tak sobie analizuję wszystkie opcje, i w sumie moglibyśmy zacząć od tego, że mimo że znają się ze szkoły, to tak naprawdę ze sobą nie rozmawiają, a pierwszy normalny kontakt mieliby na tej nieszczęsnej imprezie, o której wspominasz, no i też właśnie wtedy mogłaby się między nimi nawiązać ta "współpraca", co Ty na to? :)]

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  36. [Liczyłem, że o to nie zapytasz, ech. :D Zacznę, ale nie obiecuję, że będzie to dzisiaj. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. :)]

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  37. [Zostawmy ten temat na październik, a teraz udawajmy, że nie istnieje nic podobnego ;D I wszystko mi się podoba. Mi wyszło trochę dłużej, ale Tommy musiał się powymądrzać. Potem będzie lepiej ;>]

    Zjawił się na boisku chwilę przed umówionym czasem, choć wydawało mu się, że jest dawno spóźniony. W drodze rower odmawiał mu posłuszeństwa. Kilka razy zrzucił z siebie łańcuch, a zębatki przy tylnim kole rzęziły głośno, wydając ostatnie, żałosne jęki przemęczenia. Siedział na trybunach, próbując doczyścić ze swoich palców ciemne plamy po smarze i kurzu, a leniwym wzrokiem wodził po zielonej murawie, wyglądającej nietypowo z tej perspektywy. Lata fascynacji grupą mężczyzn uganiających się za piłką i okładających się kijami miał już dawno za sobą. Jako dziecko niewiele z tej gry rozumiał i najbardziej interesowały go ów przepychanki i odrobina brutalności, tylko pozornie pozbawiona zasad. Teraz był częścią tego świata. Żył nim, oddychał i myślał o nim niemal bez przerwy. Wymagał od siebie coraz więcej, trenował do ostatniej kropli potu. Podobne nastawienie próbował wzbudzić w pozostałych członkach drużyny, choć wymagało to więcej nerwów i niewypowiedzianych na głos przekleństw, niż trening, który miał odbyć się już za chwilę. Widząc w oddali znajomą postać, Tommy zgarnął z siedzenia obok potrzebny sprzęt i dołączył do Jessie na środku boiska. Pomysł słuszny czy nie, na pewno lepiej nadawał się na spędzenie popołudnia, niż leżenie odłogiem na kanapie.
    — Chodzisz na mecze, więc zasady z grubsza już znasz — chwycił warkocz przewieszający się przez ramię dziewczyny i pomachał jego końcówką kilka razy, wprawiając ją w ruch przypominający małe śmigiełko — Cały mecz to cztery kwarty po piętnaście minut. Dziesięciu zawodników, w tym bramkarz, trzech obrońców, trzech środkowych i trzech na ataku. Mamy piłeczkę i mamy kije. Każdy o trochę innej długości, w zależności od pozycji zawodnika. Ty będziesz dzisiaj atakującą, więc trzymaj ten. Ma około metra długości — wręczając jej kij, dygnął lekko na ugiętym kolanie, jakby zamiast kija spoczywała w jego dłoni niezwykle ważna nagroda, albo wyróżnienie — Biegamy i trafiamy do bramki. Lacrosse, niestety albo stety, to sport kontaktowy, co nie oznacza, że każdy nokautuje każdego i leje się krew. W granicach rozsądku możesz kogoś, na przykład, odepchnąć, ale celować możesz jedynie od pasa do szyi. No i to dotyczy zawodników posiadających piłkę, albo znajdujących się w jej pobliżu. To znaczy, jeśli będę chciał przewiesić cię sobie przez ramię i znieść z boiska, to będzie niefajne. A jeśli ty w zamian za to skopiesz mi tyłek, to będzie jeszcze mniej fajne. Każda kwarta albo wznowienie gry po zdobyciu gola zaczyna się tak zwanym face-offem, ale zanim będziemy się tu przepychać, zaczniemy od zagarniania piłki z ziemi. To chyba najmniej ryzykowne.
    Rzucił w trawę pomiędzy siebie i Jessie białą gumową piłkę i przytrzymał ją czubkiem buta, żeby nie potoczyła się za daleko — no tak, tego też nie rób — uśmiechnął się i doskoczył do Jessie, by ułożyć w jej dłoniach kij w odpowiedni sposób — Dominująca ręka bliżej kosza, druga bardziej przy końcu. Właśnie tą z tyłu kontrolujesz nachylenie kija nad ziemią. Dobrze by było, żebyś przy zbieraniu piłki trzymała go pod jak najniższym kątem. Łatwiej trafić, poza tym nie wryjesz się w trawę. Wykonujesz ruch jakbyś, no nie wiem, przekopywała ogródek szpadlem. Pochyl się do przodu, ugnij trochę kolana. No, próbuj.
    Odsunął się na kilka kroków, żeby zrobić Jessie więcej miejsca i pokiwał zachęcająco głową. Zabawnie było wracać do samych podstaw. Przyzwyczajony do rzucania prostych haseł zrozumiałych dla wszystkich niemal zapomniał, od czego zaczynał. A kilka lat temu wyglądało to podobnie.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  38. [Ojej, gdzieś w pewnym stopniu przypomina mi ona mnie samą, hahah. Hej, hej! Przychodzę trochę spóźniona z powitania mi, ale chyba na to nigdy na blogach nie jest za późno ;) Fajna dziewuszka, taka pełna energii - mam słabość do artystek. Pewnie dlatego że sama takie często robię. Chodź, może coś wymyślimy!]

    Priscilla // Charlie // Daniel

    OdpowiedzUsuń
  39. [Ale to nie dyskwalifikuje wszystkich innych tematów ;D]

    — A wyobrażasz mnie sobie w takich włosach? Gdybym musiał nad nimi panować, chyba prędzej zrobiłbym krzywdę samemu sobie — o poranku najmniej czasu poświęcał swojemu wyglądowi. Pomiędzy budzikiem, a wyjściem z domu każdą chwilę miał dokładnie zaplanowaną i nie było w tym planie miejsca na sprawy drugorzędne. Wysypiał się, zjadał śniadanie w pośpiechu, a porządek na głowie zaprowadzał odrobiną wody i własnymi palcami. W ostatniej chwili, z plecakiem przerzuconym przez ramię i szczoteczką do zębów wystającą z kącika ust. Wzdrygnął się na myśl o grzebieniu, zupełnie jakby było to narzędzie wszelkiego zła i zniszczenia — Poza tym od mojej grzywki wara. Do zabawy mam twoje włosy.
    Głębokim oddechem uzbroił się w cierpliwość. Spodziewał się pytań, jednak nie zadawanych seriami, jedno za drugim. Wsparty na koszu swojego kija obserwował, jak Jessie przymierza się do poderwania z ziemi piłeczki i próbował uporządkować w swojej głowie odpowiedzi. O wiele łatwiej było stosować się do zasad, niż o nich opowiadać. Weszło mu to w krew. Było odruchem tak naturalnym, jak wypicie butelki wody w pragnieniu, albo mrużenie oczu, gdy raziło go słońce. Mimo to z jego twarzy nie znikał uśmiech. Wyglądało na to, że trafiła mu się uczennica wyjątkowo pojętna i rządna wiedzy.
    — Tutaj akurat kartek się nie dostaje, a kary są uzależnione od przewinienia. Najmniej szkodliwe są faule techniczne, na przykład zagranie ręką albo przytrzymywanie drugiego zawodnika. Wtedy, w zależności od tego, która drużyna posiadała piłkę w momencie faulu, albo przekazuje się piłkę drugiemu zespołowi, albo faulujący schodzi z boiska na 30 sekundową karę. Za faul osobisty można zejść z boiska na 1 – 3 minuty. Na przykład za wykłócanie się z sędzią albo celowe podcięcie drugiego zawodnika. Pięć takich fauli dyskwalifikuje z gry. No i na sam koniec faule dyskwalifikujące. Gdyby na przykład przyszło ci do głowy stłuc kogoś na kwaśne jabłko, zaatakować sędziego albo któregoś z kibiców — odetchnął i kontynuował, przeniósłszy ciężar ciała z kija na skrzyżowane w łydkach nogi — Podział jest potrzebny, jak w każdym innym zespole. Czy to sport czy praca w korpo. Wszyscy nie mogą robić wszystkiego, bo zapanowałby chaos. Nawiasem, gram właśnie w ataku. A co do kija, to owszem, tylną ręką kontrolujesz jego nachylenie, ale przydałoby się nadać mu jeszcze odpowiedni kierunek. A w tym lepsza jest jednak ta sprawniejsza ręka. Podobnie jak w podawaniu górą.
    Stanął tuż za Jessie i chwyciwszy rączkę kija tuż obok jej dłoni, uniósł go energicznie w górę, tak żeby piłeczka nie uciekła z kosza. Czubkiem buta pchnął lewą stopę dziewczyny nieco do przodu — ręką przy koszu kierujesz, w tą niżej wkładasz siłę. I nie bój się pracować całym ciałem, a będzie szybciej i mocniej — zamachnął się razem z nią, jednak nie za mocno, aby nieumyślnie nie zrobić jej krzywdy. Posłali piłeczkę na kilkadziesiąt metrów do przodu, gdzie wylądowała w wytartej niemal do ziemi kępce trawy. Podbiegł po nią i wróciwszy umieścił ją z powrotem w koszyku.
    — Teraz próbuj sama. A o takie rzeczy to chyba ja powinienem pytać ciebie, prawda? — zaśmiał się pod nosem — W porządku, pójdziemy na naleśniki, czy tam deser, pod warunkiem, że w zamian za dzisiejszy trening nauczysz mnie czegoś, w czym ty jesteś dobra.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  40. [I już mamy temat. Gdzie się wybierasz? ;D]

    — Nie zawsze? W takim razie muszę dorzucić to do listy swoich żądań — jego palce drgnęły nieznacznie, gotowe zabawić się włosami Jessie po raz kolejny. Zapanował nad nimi w ostatniej chwili i zacisnął je mocno w pięść za swoimi plecami. Wbił ją w powietrze, jakby było płynnym betonem mogącym unieruchomić go na dobre. Do warkocza zamierzał wrócić tego wieczoru nie raz, jednak wolał zaczekać na dogodniejszą chwilę. Taką, w której dziewczyna nie będzie uzbrojona w kij, a drugi nie będzie leżał w trawie, w zasięgu jej wzroku. Z takim arsenałem i z takim temperamentem, była zbyt niebezpieczna, Tommy natomiast zbyt bezbronny. Z uwagą obserwował, czy jego demoniczne zamiary nie zostały zauważone — Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego twoje rysunki nie miały charakteru. Nie czujesz tej gry takiej, jaką jest naprawdę. Spróbuj następnym razem naszkicować dziesięciu zawodników biegnących z dziesięcioma piłkami. Każdego ze swoją, istna kraina szczęśliwości. Nie będą zgodne z rzeczywistością, ale jak najbardziej prawdziwe. Wiesz, takie od serca.
    Nie mógł zaszczepić w niej miłości do czegoś, czego zasady tak zawzięcie negowała. I nie mógł mieć jej tego za złe. Zachowywałby się podobnie w muzeum sztuki współczesnej, w którym płótno zamalowane jednym kolorem uznawane było za arcydzieło, albo na koncercie muzyki klasycznej, gdzie brzmienia poszczególnych instrumentów zlewałyby się w jeden jazgot. Teraz bawił się jednak coraz lepiej i nie zamierzał pastwić się nad nią, jak to miał w zwyczaju w stosunku do reszty drużyny. Dla nich był to wybór. Dla Jessie tylko niewinna zabawa. Uśmiechnięty potruchtał po wyrzuconą w trawę piłkę i wrócił, przerzucając ją sobie z ręki do ręki.
    — Całkiem nieźle, ale jestem pewien, że z tych chudziutkich ramion jesteś w stanie wykrzesać trochę więcej siły. Dam ci motywację — odrzuciwszy dziewczynie piłkę stanął mniej więcej w tym miejscu, w którym wylądowała ona przed chwilą, a potem cofnął się jeszcze o kilka kroków, żeby zwiększyć dzielący ich dystans — Fajnie byłoby, gdybyś rzuciła w sposób umożliwiający mi jej złapanie — zawołał nieco głośniej, a jego słowa poniosły się po pustym boisku razem z podmuchem wiatru. Zabawnie potargał włosy i wśliznął się pod koszulkę, nadmuchując ją niczym balon — Ale musisz rzucić mocniej więc spróbuj to zrobić tak, jakbyś chciała mnie tą piłką ogłuszyć. Wtedy nie będę drążył tematu, który zacznę już teraz: kiedy kobieta mówi, że nie ma o czym mówić, to znaczy, że cholernie jest o czym mówić. Moja interesowność nie ma tu nic do rzeczy. Z resztą pomyśl, za kilka lat będziesz mogła pochwalić się treningiem z najlepszym zawodnikiem świata. Coś mi się w zamian jednak należy.
    Uniósł kij, jednak nie przygotował go do złapania piłki. Zasłonił nim twarz, zupełnie jakby gruba siatka była w stanie zatrzymać jego wybuch śmiechu.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  41. [Najwyższy czas? Coś ty, studenckie mieszkanka zawsze spoko. Zwłaszcza, jak ma się za ścianą współlokatora potrafiącego grać na komputerze i nie spać przez trzy dni, a potem gotującego sobie obiad w środku nocy, bo przez kolejne trzy nie ogarnia pór dnia ;D]

    Piłeczka przetoczyła się po murawie i zatrzymała się tuż przy jego butach. Popatrzył na nią, przekrzywiwszy głowę na bok i widok ten niemal go rozczulił. Zupełnie jakby oglądał nieporadność małego dziecka, albo szczeniaczka spadającego z ostatniego stopnia schodów, którego nie dał rady pokonać skokiem. Tego pierwszego nie lubił, na sierść drugiego miał uczulenie, ale normalnego człowieka taki widok chwyciłby za serce — Po takim faulu chyba jestem niezdolny do życia — uśmiechnął się złośliwie, mając nadzieję, że Jessie tego nie zauważyła. Przyszło mu do głowy rzucenie się w trawę i udawanie powalonego na kolana siłą jej uderzenia, ale to naprawdę mogło ją sprowokować. Wolał nie pokazywać się w knajpie, o której wspominała Jessie, ani w żadnym innym miejscu, z okiem ozdobionym opuchniętą i siną obwódką. Prędzej czy później i tak miał się doigrać. Tylko dlaczego tak bardzo zależało mu na sprawdzeniu, jak daleko sięga to później?
    — To zabrzmiało prawie jak musimy porozmawiać, a to też nie wróży nigdy niczego dobrego — podobnie jak muszę ci coś powiedzieć, albo rób co chcesz. Pod tym względem dziewczyny, czy też kobiety, wydawały mu się jednakowe. Myślały według tylko sobie znanego schematu, którego działania nie rozumiał i miał nie zrozumieć już nigdy. Mierzenie wszystkich jedną miarą było krzywdzące jak każdy stereotyp i może w tym tkwił dla niego największy problem. To tak, jakby wrzucił do jednego opakowania czekoladowego cukierka, żelki, pierniki i kawałek chałwy twierdząc, że bałagan nie ma żadnego znaczenia, bo przecież wszystko jest słodkie i wszystko można zjeść przy filiżance kawy — I nie, nie czuję, żeby coś tu nie do końca grało. Nie możesz mieć do mnie pretensji o to, że nie zaprosiłem cię pierwszy, bo nie dałaś mi na to szansy. Zaproponowałaś to, jeszcze zanim zdążyłaś zamachnąć się dobrze swoim kijem, a może ja zaplanowałem to na później? Pomijając, że podoba mi się, kiedy dziewczyna przejmuje inicjatywę. A ja zawsze mogę wykazać się po kolacji.
    Kolejny rzut był o wiele silniejszy i chociaż musiał doskoczyć do piłeczki pół kroku, udało mu się przechwycić ją swoim kijem. Przekręcił go między palcami i ułożył tak, jak najbardziej lubił go trzymać. Z dokładnością do milimetrów, które nie miały realnego wpływu na jego technikę, ale zapewniały spokój umysłu. Trochę jak przy nerwicy natręctw. Może to były pierwsze symptomy — I nawet dobrze, że stworzyłaś sobie taki rysunek. Przynajmniej sama zauważyłaś, dlaczego wszyscy nie biegają ze swoimi piłkami. Chociaż mam teraz problem, bo skoro uznałaś, że z tymi rysunkami było coś nie tak, to... Wina twojego talentu, czy tego, że jestem niewystarczająco inspirujący? Skłaniałbym się ku pierwszej możliwości — jego usta wygięły się w nierównym uśmiechu — Dobra, kij wzdłuż ciała, kosz na wysokości głowy. Jeśli to złapiesz, w nagrodę pójdziemy strzelać do bramki. Chyba, że jesteś bardzo bardzo głodna, to do treningu wrócimy jutro. Albo w nocy.
    Zamachnął się, posyłając piłeczkę do dziewczyny w nie za mocnym rzucie. Celował w jej kosz, żeby nie utrudniać jej zadania, choć złośliwość podpowiadała mu o wiele ciekawsze rozwiązanie.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  42. [Toż to nieludzka pora. Człowiek zaczyna funkcjonować jako tako koło 10 ;D A jak u Twojej współlokatorki objawia się ten świr na punkcie HP?]

    — Zaraz zaraz — przetarł dłonią tył swojej głowy, a potem kark, w którym cicho przeskoczyły ścięgna i drobne chrząstki. Bolał go od samego rana i nie było w tym nic dziwnego. Obudził się z głową ułożoną pod nienaturalnym kątem, poniżej poduszki i z kołdrą zawiniętą w rulon pod szyją, a śniadanie zjadł zwisając ponad stołem niczym skazaniec na szubienicy. Dopiero przejechanie kilku kilometrów rowerem pozwoliło mu odzyskać nad sobą pełnię władzy. Teraz przeszkadzało mu jedynie nieprzyjemne strzykanie, ilekroć przekręcał się i rozglądał na boki i dziwne skurcze spinające jego mięśnie gdzieś pod łopatką. Miał wrażenie, że w ciągu minionych godzin przybyło mu nagle kilka lat. Kilka długich lat, które zaczynały rozkładać go na kawałeczki — Nie rozumiesz, dlaczego każdy zawodnik w drużynie ma swoją pozycję, a widzisz różnicę pomiędzy muszę ci coś powiedzieć, a musimy porozmawiać? — wzdrygnął się, zagarniając włosy z czoła — To jest dopiero zabawa w nazewnictwo. A może nawet doszukiwanie się drugiego dna w czymś, co tego dna nigdy nie miało. Oba brzmią groźnie i sugerują, że za chwilę będziesz mieć przechlapane. Trzeba dobierać je jeszcze ze względu na okazję?
    Wyszczerzył zęby w jednym ze swoich głupkowatych uśmiechów. Był chłopakiem prostolinijnym, może aż za bardzo. Usuwał ze swojego świata wszystkie odcienie szarości, skutecznie lub mniej, tak by wszystko miało swój nieskazitelnie czysty kolor i nie pozostawiało miejsca na niedopowiedzenia. Nie zawsze ułatwiało mu to porozumienie z drugim człowiekiem, ale umożliwiało porozumienie z samym sobą. Niczego więcej nie potrzebował. Ostatecznie to on był osobą, z którą przebywał bez przerwy od niemal dwudziestu lat i jedyną, którą musiał znosić bez względu na jej przyzwyczajenia i pokrętną logikę.
    — I nie widzę nic złego w stawianiu warunków. Przecież sama je masz, nawet jeśli nie mówisz o tym głośno. No, może nie warunki, ale oczekiwania. Że się zgodzę, że nie ucieknę w trakcie, nie rzucę w ciebie kawałkiem szarlotki, a po wszystkim nie zwiążę cię i nie wywiozę do lasu. A mój warunek nie jest wyszukany. Z reguły ludzie chętnie opowiadają o tym, w czym są dobrzy i co ich interesuje. To ukłon w twoją stronę — widząc, jak Jessie łapie rzuconą przez niego piłkę, zaklaskał mocno, może zbyt entuzjastycznie, bo poczuł na skórze piekący ból. Próbował się go pozbyć, pocierając dłońmi o nogawki spodni. Delikatnie, żeby nie uzyskać efektu zgoła odwrotnego. Gdy mu się to udało, chwycił kij tkwiący przez moment pomiędzy jego kolanami i truchtem wrócił do dziewczyny, po drodze sięgając palcami do wilgotnej trawy. Dzień był ciepły, a wieczór szybko się ochładzał. Na źbłach zaczęła osadzać się rosa.
    — Prawie wszystkie chwyty dozwolone, a poza tym prawie jest wszystko to, co najciekawsze — skrzyżował ręce na piersi i nieco naburmuszony spojrzał na Jessie — I kto ci udowodni, czy z kimś randkujesz, czy nie? Pomijając, że nie widzę związku pomiędzy randkowaniem, a wydawaniem ostatniego numeru — zahaczywszy swój kij o kij dziewczyny, pociągnął ją w stronę budynku szkoły. Piłkę rzucił w trawę i kopnięciami prowadził ją tuż przed sobą. Ostrożnie,żeby jej nie nadepnąć i nie posłać jej za daleko od siebie, panować nad nią — A, no i wcale cię nie obrażam. Jesteś przewrażliwiona, a ja po prostu złośliwy. I co masz na myśli mówiąc, że przydałoby mi się więcej szaleństwa? Mam skakać po boisku saltami? — opuścił swój kij, a zamiast tego oplótł ramiona Jessie swoim ramieniem. Uwiesił się na niej nieco, zupełnie jakby potrzebował pomocy w utrzymaniu się na nogach. Przez chwilę, żeby nie zwalić jej na kolana i zaraz potem roześmiał się.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  43. (Na wstępie przepraszam za zwłokę! Jakby coś było nie tak, to pisz :) )

    Wybranie między robieniem grupowego projektu, a cierpieniem przez godzinę na coś, co można nazwać odrętwieniem czterech liter w akompaniamencie nudnego wykładu pana McConnerego o układach sił niebieskich, wydaje się być tak prostym wyborem, jak uzasadnienie wyższości kawy z ekspresu nad tym szmatławcem z automatu. Nawet bycie w parze z tą laską z tej samej ławki obok, która cierpi na nadpobudliwość gorszą niż rasowy labrador, nie potrafi zepsuć jego świetnego nastroju. Właściwie to nie może powiedzieć, że nie lubi Merrick, ale bycie ciągle do niej porównywanym staje się nawet nie tyle co irytujące, a zwyczajnie nudne. Po którymś razie był w stanie jednocześnie poruszać ustami słowo w słowo pana McConneryego, kiedy ten znowu narzekał na jego niską aktywność i jeszcze niższą frekwencję na jego zajęciach. I to albo przypadek albo on uznał, że konfrontacja tak odmiennych temperamentów i poglądów nie może źle się skończyć. Chyba nigdy nie przeczytał podręcznika do historii albo zwyczajnie nie dotrwał do rozdziału o drugiej wojnie światowej. Może w ich przypadku nie skończy się to niezliczoną ilością ofiar, ale jakieś małe istnienie wciąż może ucierpieć, jeśli nie fizycznie, to psychicznie.
    Ona umie zrobić coś z niczego, a on ma dwie lewe ręce. Ona nie pije, nie pali, nie bierze, a on nie wyobraża sobie bez tego swojego życia. Przez te i jeszcze większą ilość różnic, nie potrafił się do niej odezwać w szkole bez teatralnego przewracania oczami czy sarkastycznego tonu. Wydawała się cieszyć sobą i chyba to najbardziej mu przeszkadzało, bo tak naprawdę to nic innego do niej nie miał. Ale nigdy nie powie tego na głos, bo jego odpowiedzią na wszystko jest zaciśnięcie ust w coś, co przypomina wąską linię.
    Musiał zostać wypchnięty z pokoju przez Beau, bo inaczej zadzwoniłby do Jessie, że bardzo boli go brzuch i nie może przyjść po jej część projektu. Nie zdążył nawet zapalić papierosa przed wyjściem, więc kiedy zobaczył mały szyld kiosku z komiksami, w którym pracowała Jess, w jego gardle urosła gula gorsza niż kiedy musiał udawać przed ojcem, że ten biały proszek na blacie kuchennym to sól. Niechętnie chwycił za klamkę i otworzył drzwi, po czym wsunął się ostrożnie do środka. Rozejrzał się dookoła, wciąż trzymając dłoń na framudze, a drugą szczelnie chowając w kieszeni bluzy.
    - Jessie - powiedział w tej samej chwili, kiedy zauważył dziewczynę - cześć. Masz tę część projektu dla mnie? - zapytał, nieśpiesznie posuwając się do środka - Jak dobrze pójdzie, to jutro z rana podrzucę całość do szkoły i będzie z głowy.

    Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  44. [Mam tak samo. Z resztą w ogóle jestem nocnym stworzeniem ;D Czuję, że ta współlokatorka powinna zostać moją żoną.]

    Lokal wydawał mu się znajomy. Być może odwiedził go już w przeszłości, raz lub dwa, lecz nie pamiętał, z jakiej okazji, ani w jakim towarzystwie miało to miejsce. Zajął wolne krzesełko przy stoliku i posłał wyprzedzonej parze przepraszające spojrzenie. Mężczyzna, na oko czterdziestoletni, rosły osiłek, nie zamierzał wdawać się w dyskusje i zniknął w głębi sali, pomiędzy pozostałymi stolikami, w poszukiwaniu innego miejsca. Kobieta miała więcej charakteru i więcej zacięcia. Przyglądała się młodym z nutą zawiści w spojrzeniu, a jej stopa szurała po podłodze w przód i w tył, szturchając czubkiem jadowicie żółtego buta kije spoczywające obok krzesła chłopaka. Widząc jednak, że niewiele wskóra swoimi dąsami, dołączyła do partnera i na dobre zniknęła z ich pola widzenia. Pozostał po niej jedynie mdły zapach perfum, który poprzez nos docierał do samego żołądka i dalej, niczym paskudna i siejąca spustoszenie trucizna. Tommy odgonił się od słodkawej mgiełki, machając energicznie kartą dań. Dopiero potem rzucił okiem na znajdujące się na niej pozycje. Ciepłe napoje, zimne napoje, desery, coś, co nadawało się na obiad i popołudniową przekąskę. Wyglądało na to, że zadbano nawet o najwybredniejsze podniebienia.
    — Zdam się na ciebie, bo albo zamówię wszystko, albo będę zastanawiał się do końca życia — uznał i odłożywszy kartę na stolik, odepchnął ją od siebie psztyczkiem palców. Nosiła na sobie znamiona wielu lat użytkowania. Miała wymięte rogi i pozdzieraną miejscami folię ochronną, a jej dolną krawędź zdobił ciemnobrązowy zaciek, w kształcie półkolistego bohomazu. Ślad po kawie lub herbacie, który dosięgał niemal do wyrazistej czcionki i rozmywał ją — A wracając do tematu: nie dochodzimy do sedna problemu, bo żadnego problemu tu nie ma. To znaczy jest, ale stworzyłaś go sobie sama. I na litość boską, nie rób ze mnie takiego potwora — wzdrygnął się, jakby opowiadał o rzeczach oczywistych, a jego rozmówca nadal nie rozumiał jego słów. Uśmiechał się przy tym, niemal roześmiał się i przed tym powstrzymywali go jedynie zasiadający obok goście. Nie chciał im przeszkadzać. Nie, dopóki dobrze nie zagrzał tu sobie miejsca — Jestem interesowny, ale jedzenie przekupi mnie zawsze i wszędzie. A ty musisz wszystko komplikować. Nie mogłaś pomyśleć czegoś w stylu ale fajnie, on się mną interesuje i chce mnie poznać? Zaoszczędziłabyś nam kłopotów.
    Na wzmiankę o dyrektorze jego usta zacisnęły się w wąski pasek, a na jego czole pojawiła się głęboka, podłużna bruzda. Przez pierwsze dwa lata szkoły mógł przysiąc, że nie ma zielonego pojęcia, jak ten człowiek wygląda. A kiedy już się dowiedział, nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że gnębi go jakiś kompleks niższości, niemożliwy do wyrównania. Teraz miał na to niezbity dowód. Staruszkowi przewracało się w głowie — Chce zrobić z tej budy drugi Harvard, czy co? Ta szkoła i tak przyciąga samych czubków. A teraz zobacz, jak dobrze się złożyło, że to ja nie zaprosiłem ciebie. Pomyślałabyś, że to kolejna niemoralna propozycja. I cholera, jak ja mam teraz zaprosić cię na randkę, żebyś nadal tak nie myślała, hm?
    Spojrzał kątem oka na kelnera, który nieoczekiwanie pojawił się przy ich stoliku. Czekał na zamówienie, jednak Tommy spokojnym gestem dał mu do zrozumienia, żeby uzbroił się w cierpliwość jeszcze przez chwilę. Tą samą dłoń wyciągnął ku Jessie, aby przypieczętować zakład, jednak niemal od razu zawinął palce w pięść — Jeśli wygrasz zakład, mógłbym w nagrodę po następnym wygranym meczu drzeć się na całe gardło, że zwycięstwo dedykuję Jessie Merrick. Ale teraz nie wiem, czy to byłaby dla ciebie nagroda, czy jednak kompromitacja, więc wstrzymam się z tym pomysłem i zaczekam na twoje propozycje.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  45. [To chyba wypada mi oficjalnie pogratulować, możemy w spokoju nołlajfić razem ;D I niekoniecznie, ale uwielbiam ludzi mających takiego świra, na punkcie czegokolwiek ;>]

    Uśmiechnął się, usłyszawszy zamówienie Jessie. Zwykle nie jadał dużo i nie łączył posiłków z deserami. Nie bez dłuższego odpoczynku, bo po prostu nie mógł ich zmieścić. Nie czuł się słaby, ani rozdrażniony, kiedy zdarzało mu się zapominać o drugim śniadaniu, a głód nie przypominał mu o sobie, dopóki nie spojrzał na jedzenie z pełną świadomością jego przeznaczenia. W głównej merze dlatego, że poranki i popołudnia spędzał poza domem, a tam działo się wystarczająco dużo rzeczy odciągających jego uwagę od przyziemnych przyjemności. Na szczęście, minęły już czasy, kiedy wmuszano w niego lekarstwa pobudzające apetyt. A takich nałykał się w życiu więcej niż porządnych posiłków.
    — Mhm, uśmiechnę się i ruszę do dzieła, kiedy będę miał pewność, że warto to zrobić. Uznaj tą kolację za swój rankdowy casting — poruszył znacząco brwiami i tym razem nie mógł się już opanować. Parsknął śmiechem, nieco za głośnym, ale dźwięcznie wypełniającym wnętrze lokalu, do tej pory dudniące jednostajnym szumem stłumionych rozmów. Kilkoro klientów zwróciło na nich uwagę i zaciekawieni oglądali się za siebie w poszukiwaniu źródła hałasu. Nie byli zagniewani, ale zatrzymali się bardzo blisko tej granicy. Starsze małżeństwo siedzące przy stoliku najbliżej nich, wymieniło intensywne spojrzenia, pełne politowania — Nie, ale uznaję tą rozmowę za czysto hipotetyczną — wyjaśnił i otarł palcami kąciki oczu, w których zebrały mu się kropelki łez. Zaczynały przesłaniać mu widok — Wolałem nie proponować ci dzikiego seksu na kuchennym stole, albo przywiązywania do łóżka, kiedy dookoła nas jest masa obcych ludzi. W takim razie będziesz siedziała sobie na tej śmiesznej ławeczce dla dziewczyn, ale po meczu ja skorzystam ze wszystkich przywilejów bycia twoim chłopakiem. To znaczy, przywilejów w moim rozumieniu tego słowa. Nawet nie myśl o kupowaniu kwiatów, czekoladek i romantycznym wieczorze w blasku zachodzącego słońca.
    Żartował, ale mówił o tym nie bez powodu. A powód tkwił w jego absolutnym braku wyczucia w sprawach wymagających odrobiny subtelności. Jak choćby romantyzm sprezentowany dziewczynie w intymnym sam na sam. Z jednej strony wydawało mu się to niepotrzebne, z drugiej jakby brakowało mu wyobraźni. Z trzeciej może po prostu nie trafiał najlepiej i nie miał dla kogo się postarać. Nie miał ochoty ani nie czuł potrzeby, aby się starać. Zaczynał wątpić w istnienie kobiety będącej w stanie przełamać tą złą passę.
    — A czego ty oczekujesz za wygrany zakład? — wyprostował się na swoim krześle, a ręce spoczywające do tej pory na stoliku ułożył na swoich udach. Kelner wrócił do nich z zamówieniem balansującym niebezpiecznie na plastikowej, obszernej tacy. Miała pęknięty uchwyt, ale nadal spełniała swoje zadanie — Idąc twoim tokiem rozumowania, tak jakby zwiększania prestiżu, to gdzie niby znajdziesz lepszy egzemplarz na okładkę twojej gazetki, co? — uśmiechnął się szeroko i chwyciwszy widelec wycelował nim w talerz, zastanawiając się, od czego powinien zacząć.

    Tommy

    OdpowiedzUsuń
  46. Przez krótką chwilę wahał się pomiędzy dalszym, bezczynnym opieraniem się o framugę, a zaoferowaniem pomocy Jessie. Wyglądała bezradnie, stojąc na samych palcach na chyboczącym się taborecie i wyciągając mocno ręce do góry po jakiś przedmiot na jednej z wyższych półek. W takich chwilach uważał swój wzrost jako jedyną rzecz, którą dostał od życia, ale nie potrafił tego właściwie wykorzystać. Rozważał chęć pokazania siebie z tej lepszej strony tak długo, że Jessie zdążyła już sama zeskoczyć z taboretu z komiksem w dłoni i zauważyć go, stojącego w drzwiach bezmyślnie wlepiającego w nią swój sarni wzrok. Samym swoim głośnym przywitaniem potrafiła go spłoszyć na tyle, że z głośno bijącym sercem zaczynał zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby już wyjść. Najwyżej uznałaby, że jest dziwny i przestała z nim rozmawiać. Może jeszcze rozpowiedziała by to innym, ale nie zależało mu na opinii ludzi, których nawet nie znał. Żałował, że nie potrafi dać się ponieść pierwszemu impulsowi. W tej samej chwili pomyśleć i zacząć robić. To wydawało się być lepszą opcją niż pozostawanie biernym. Nie był nieśmiały, nie dawał się łatwo wystraszyć, ale nie lubił odrzucenia.
    Zatrzymał się kilka kroków przed Jessie, utrzymując wzrok na jej szerokim uśmiechu. Parsknął cichym, szorstkim śmiechem w odpowiedzi na jej gest i przeczesał niemrawo blond włosy, przyłapując się na tym, że część kosmyków została mu między palcami.
    - Nie śpiesz się - powiedział cicho, kiedy zniknęła za drzwiami pomieszczenia służbowego. Nie mając co ze sobą robić, bujał się na piętach i rozglądał dookoła. Rzadko kiedy odwiedzał takie kioski, bo zwyczajnie nie miał takiej potrzeby. Nie czytał komiksów ani książek, chyba że tomiki poezji, które ustawione w jednym rzędzie prezentowały się na jego szafce nocnej. - Och, dzięki - sapnął, kiedy wcisnęła mu do rąk plik kartek. Nieśpiesznie zaczął je przeglądać, jednocześnie kiwając głową w odpowiedzi na jej potok słów. - Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku, ale przejrzę to jeszcze dokładniej w akademiku, okej? - zerknął na nią znad kartek z lekkim uśmiechem na twarzy.
    Drgnął, słysząc mocne trzaśnięcie drzwi i odruchowo obejrzał się za siebie. Zaraz jednak wrócił spojrzeniem do Jessie i wzruszając ramionami, posłał jej uśmiech na pożegnanie. Podniósł kartki do góry i powoli się odwracając, ruszył w stronę wyjścia.
    - Dzięki za to, do zobaczenia w szkole - rzucił w przestrzeń, chwytając za klamkę od drzwi. Chciał juz wyjść, ale napotkał opór w postaci zatrzaśniętego zamka i uderzył z dośc dużą siłą twarzą w twardą powierzchnię. Powstrzymał się od rzucenia przekleństwem w eter, ale z wyrzutem odwrócił się do dziewczyny i złapał za nos. - Jeśli chciałaś spędzić ze mną trochę więcej czasu wystarczyło powiedzieć, ale żeby od razu zamykać drzwi? - parsknął, przewracając teatralnie oczami.

    Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  47. ( Patrz, nie zauważyłabym, dobrze, że wkleiłaś pod nową. I dziękuje za komplement! <3 )

    Tylko raz w życiu zdarzyło mu się zostać zamkniętym w jakimś małym pomieszczeniu na więcej niż kilka minut. Kiedy miał siedem lat, pokłócił się o coś ze starszym kuzynem i ten, żeby się na nim odegrać, zwyczajnie zatrzasnął go w starej szopie. Heath musiał spędzić tam całą noc i dopiero z samego rana dziadek znalazł go śpiącego w sianie. Nie płakał, bo wiedział, że prędzej czy później stamtąd wyjdzie, a dla kuzyna już wymyślał coś gorszego, godnego małego diabełka, u którego dorośli nie mogą dopatrzeć się rogów.
    Póki co nie przypuszczał, że zostanie tu zamknięty na dłużej niż kilka minut. Myślał, że Jessie wyciągnie jakiś magiczny klucz z pomieszczenia gospodarczego i otworzy zamek, a on będzie mógł spokojnie opuścić to miejsce i zająć się projektem. To nie tak, że jej nie lubił czy za nią nie przepadał - choć może trochę przeszkadzała mu jej gadatliwość - ale zwyczajnie wolał przebywać w samotności niż w towarzystwie. Większość jego przyjaciół zdążyła się do tego przyzwyczaić i tylko sporadycznie wyciągają go na jakieś wyjścia.
    – Zapomniałem, że nie lubisz być dłużna, jeśli chodzi o odpowiedź - parsknął, nawet nie zaskoczony tym, jak szybko Jessie wypowiedziała prawie trzy zdania, a przy tym jeszcze sprawiła, że stracił ochotę na droczenie się z nią. Pokręcił głową, przymykając oczy i chwytając się za nos, tak jakby dotykiem mógłby wyciągnąć z niego ból. Bo bolał, ale wciąż mniej niż wtedy, gdy jakiś facet przez przypadek przyłożył mu łokciem w twarz. - Liczę na ciebie - powiedział i odsunął się, żeby zrobić jej przejście. Uśmiechnął się na widok pluszowego smurfa doczepionego do jej klucza, jednak zaraz mina mu trochę zrzędła, kiedy zobaczył, że mimo mocowania się z drzwiami, Jess nie otworzyła ich.
    - Hej, hej, spokojnie - uniósł ręce do góry w obronnym geście - morderstwo to ciężkie przestępstwo - przerwał na chwilę, kiwając głową na boki i udając, że się zastanawia - ale znam parę miejsc, w których można zakopać ciało, więc wiesz - dodał zaraz, puszczając jej oko. Chciał zwyczajnie rozluźnić atmosferę, tym bardziej, że nie lubił widoku rozzłoszczonych dziewczynom. Pasował im tylko uśmiech, a nie rozgniewane zmarszczki na czole.
    - Chyba nie spędzimy tu całej nocy, co? - zapytał, idąc powoli za nią na zaplecze. Wciąż trzymał w dłoniach kartki, które mu dała. - Tylko trochę. Wiesz, może nie wyglądam, ale wciąż jestem mężczyzną i drzwi to za mało, żeby mnie znokautować - dodał, wzruszając ramionami.

    Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  48. Odpowiedź Jesse nieco zbiła go z tropu. Zupełnie nie tego się spodziewał. Myślał, że może będzie zaprzeczać, roklei się i wpadnie w panikę. Ale nie, że będzie omawiać szczegóły doboru koloru i inne techniczne sprawy. Na moment umilkł, przyglądając się jej uważnie. Albo naprawdę nie miała pojęcia o co mu chodzi, albo naprawdę dobrze gra. Trudno bylo ją rozgryźć. Odchrząknął znacząco, po czym podsunął dany rysunek jeszcze trochę bliżej niej.
    -Jesse, przyjrzyj się mu ponownie. Naprawdę nie widzisz w nim nic niepokojącego? Nie wywołuje on w Tobie żadnych odczuć?-zadawał pytania jedno za drugim, ale nie widział w jej wyrazie twarzy żadnych zmian sugerujących, że zaczyna rozumieć jego niepokój. Postanowił więc spróbować z innej strony. Dosłownie podeprzeć ją pod mur.
    -Ostatnimi czasy zacząłem zauważać, że zostawiasz swoje prace w przypadkowych miejscach. Tak się jednak zawsze składa, że ja jestem w pobliżu i je odnajduję. Wiesz może coś na ten temat?- spytał spokojnie, wyciągając z teczki inne,znalezione obrazki. Położył je obok dzisiejszego znaleziska. Nir były one wprawdzie aż tak drastyczne jak ten najnowszy, ale równie niepokojące. Bardzo chciał by przesstała już udawać, że nie wie o co chodzi. Przez to wpadał tylko w jeszcze większą frustrację.
    -Słuchaj, Jesse. Nie sugeruję, że masz jakiś problem. Wręcz przeciwnie, uważam, że masz niesamowity talent. Jednakże, jestem przede wszystkim pedagogiem i to co tutaj widzę, niepokoi mnie. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem psychologiem, ale chcę żebyś miała świadomość, że i tak możeesz ze mną o tym porozmawiać, jeśli chcesz.
    Po tych słowach zapadła dość długa cisza. Spodziewał się trochę, że tak będzie. Dlatego bycie nauczycielem to taka trudna praca. Nie mógł iść za głosem serca i robić co mu serce podpowiada, ponieważ w większości byłoby to dość nieetyczne.
    -Co to ma, według ciebie oznaczać?- odezwał się po dłuższej ciszy, wskazując swoją podobiznę na ostatnim obrazku. Postanowił spróbować po raz ostatni.
    Mr B.

    OdpowiedzUsuń
  49. Właściwie to po jakimś czasie gadatliwość Jessie przestawała być irytująca, w końcu gdyby idąc w ślad Heatha nic nie mówiła, prawdopodobnie musieliby znosić niezręczną ciszę przerywaną szumami dochodzącymi z ulicy. Tym bardziej, że dziewczyna w całej swojej paplaninie była naprawdę błyskotliwa, a jej energiczna gestykulacja czasami potrafiła wywołać coś podobnego do uśmiechu na twarzy. Do tego wyraźnie rozluźniała, i tak napiętą przez zatrzaśnięte drzwi, atmosferę. Heath odkąd tylko sięgał pamięcią, zawsze był jedną z tych osób, które wolały raczej słuchać niż mówić, więc sytuacja, w której to Jess ciągle narzuca jakiś temat wydawała mu się po prostu wygodna.
    - Max?- powtórzył, unosząc pytająco brwi. Zauważył, że większość ludzi ma tendencję do wspominania o kimś w swoich wypowiedziach, jednocześnie nie wyjaśniając rozmówcy, kim ta osoba jest. - Kim jest Max? - zapytał, mając nadzieję, że nie zabrzmiał zbyt natrętnie. Nie chciał naruszać jej prywatności, ale z drugiej strony wydawało mu się naturalne wiedzieć, kim jest człowiek, który ich tu zatrzasnął. W każdym razie brak odpowiedzi przyjąłby jakoś do wiadomości, chociaż nie byłby nim zbyt usatysfakcjonowany. - Jeśli Max jest mężczyzną i nie odbiera, to wątpię, żeby w najbliższym czasie się to zmieniło. Wiesz, jakby nie patrzeć to niedziela wieczór - zauważył, poruszając dwuznacznie brwiami i przyciskając dolną wargę do skóry zębami.
    - Nie, nie, czuję się dziwnie, kiedy komplementuje mnie kobieta - wypalił szybko, machając rękami w powietrzu, tak jakby chciał odgonić niechciane komplementy - jakby nie patrzeć, to my, faceci, od tego jesteśmy - uniósł palec w powietrzu - i proszę nam nie odbierać tego przywileju - dodał jeszcze, wypuszczając powietrze ze świstem. Naprawdę czuł się niezręcznie, kiedy ktokolwiek mówił o nim dobrze. Potrafił jeszcze jakoś puścić płazem komentarze na temat jego grania na gitarze czy wokalu, ale te odnośnie jego urody i rzekomej atrakcyjności zwyczajnie wpędzały go w niemałe zakłopotanie.
    - Pepsi Max? - parsknął, przykładając puszkę do nosa - Dzięki. Tak szczerze, tooo... nie mam kompletnego pojęcia. Nie jestem dobry w wymyślaniu czegokolwiek. Na serio. Masz tu coś, co robisz w czasie przerw? - zapytał, zastanawiając się - No wiesz, musisz tu coś robić, kiedy nie ma klientów.

    Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  50. Zupełnie zaskoczył go ten atak z jej strony. Tak jak przypuszczał wcześniej, nawet przed wezwaniem jej do rozmowy, Jessie wydawała się być całkowicie nieprzewidywalna. To tylko świadczyło o tym, że te rysunki nie były przypadkowe. Że naprawdę było z nią coś nie tak.
    O Dorianie można było wiele powiedzieć; że był wyluzowany, traktował uczniów po partnersku... w niektórych przypadkach może i zbyt. Jednakże nie mógł pozwolić sobie na brak szacunku z ich strony. Tego nie cierpiał najbardziej. Ze względu na jego dość młody wiek uczniowie często myśleli, że mogą sobie pozwolić na więcej. To jednak była nieprawda, a on na każdym kroku im to udowadniał. Więc, gdy Jessie zaczęła się do niego zwracać per "ty" i to w tak agresywny sposób, zdenerwował się. Gdy w końcu Jessie umilkła, Dorian zroibił krótką pauzę by upewnić się, że dziewczyna na pewno już nic więcej nie powie. Następnie powiedziałwyprutym z emocji głosem:
    -Po pierwsze, to nie jesteśmy na ty. Oczekuję żebyś zwracała się do mnie "Panie Baskerville", a znajomość z twoim bratem nie ma nic do rzeczy i na pewno nie jest twoją sprawą.- zwnou zrobił krótką pauzę by dotarło do niej to co powiedział.
    -Po drugie, Jesse- zrobił nacisk na jej imię, jednak mówił teraz takim tonem, by nie mogła mu się przeciwstawić- nie śledziłem cię. Wręcz przeciwnie. Jakoś dziwnym trafem twoje prace znajdowały się w takich miejscach gdzie nie mogłem ich nie przeoczyć. Nie wydaje ci się to trochę podejrzane?- uniósł lekko brew i zanim zdążyłaby odpowiedzieć, kontynuował-Chciałem Ci tylko pomóc bo uważam, że masz jakiś problem. Tym bardziej, że nie zauważasz nic dziwnego w twoich "dziełach". To jest tym bardziej niepokojące. Chciałem to załatwić w sposób spokojny, w ramach normalnej rozmowy. Jednakże widzę, że nie masz zamiaru ze mną rozmawiać. Będę więc zmuszony przekazać to- uniósł plik jej prac, po czym umieścił je po za jej zasięgiem- twojemu wychowawcy, który już będzie wiedział co robić. I nie, nie uważam, że przesadzam. Powiem więcej, jest to nawet podstawa by zapisać cię do psychologa szkolnego, ale jak powiedziałem, tym już zajmie się twój wychowawca.
    Po tych słowach, Dorian wstał, po czym zaczął zmazywać tablicę. Nie odwracając się już do niej powiedział:
    -To wszystko. Może już pani iść, panno Merrick.
    Mr B

    OdpowiedzUsuń
  51. Cassian nie był jakoś wybitnie niecierpliwy i rzadko można było wpędzić go w gniew. Pewnie ta cecha zamiast zaletą, stawała się wadą; w końcu trzeźwo myślącego człowieka zawsze trudniej było oszukać. Quatermaine miał do siebie to, że nie bał się życia, a próba wytrącenia go z równowagi zawsze kończyła się fiaskiem. I siniakami, nabytymi nie w taki sposób, jakiego oczekiwałby prowokator. Pomimo młodego wieku i (tylko rzekomego) kiblowania, nabył w sobie dostateczne pokłady wiedzy, przeplatającej się z inteligencją, by kłaść na łopatki większy odsetek swoich potencjalnych rozmówców. Był bardzo elokwentny i to, widoczne na pierwszy rzut oka, często przynosiło mi chlubę. Potrafił modulować głos i zachowywać się szarmancko, a niczego nieświadomi dorośli łykali haczyk jak rybki, płynące do przynęty z wabikiem. Młodzież trudniej było zbajerować — z reguły nasłuchali się o nim tyle, by zachować dystans — lecz też się udało, zwłaszcza, że mało kto wierzył w rozsiewane po korytarzach plotki. A szkoda. Bo większość na pewno miała w sobie ziarno prawdy.
    Nie lubił, gdy mu przeszkadzano. Natarczywe osoby trzecie, z buciorami wpędzające się w jego zamknięty świat nigdy nie były mile widzianymi gośćmi. Rzadko jednak to po sobie pokazywał, zachowując maskę spokojnego, wyważonego dżentelmena, w którego oczach wcale nie czaił się prawdziwy ogień.
    Nie uważał siebie za artystę, choć zarówno gra na gitarze jak wokal od zawsze mu wychodziły; była to jedna z pozostałości po dzieciństwie, gdy jeszcze dało się go podporządkować, a narzucane przez rodziców lekcje były czymś normalnym. Potem wybił się ze schematu, ogromnym kilofem poburzył mury wokół siebie i stał samozwańczym wolnym ptakiem, którego żaden jastrząb nie mógł pochwycić w swe szpony.
    Cóż. Cassian był osobą do bólu niezależną, wręcz stroniącą od jakichkolwiek kotwic, trzymających go przy brzegu. Uważał związki za coś nudnego i zbyt ograniczającego; uzależnienia za największą słabość człowieka, ciągnącą go w dół i przytwierdzającą do podłoża. Jego chory umysł podpowiadał różne, ciekawe scenariusze, jakie mógłby wpleść w życie, bawiąc się cudzym kosztem. Teraz jednak miał przy sobie Missy, która zawzięcie tuliła się do jego postury. A mała Missy była jego oczkiem w głowie i księżniczką, a na jej oczach nie chciał krzywdzić nikogo... dotkliwie.
    Widząc jak Jessie kapituluje, z żartobliwym uśmiechem, czającym się w kącikach ust pokręcił głową rozbawiony. Musiała słyszeć o nim naprawdę wiele, skoro tak zareagowała. Większość pewnie naopowiadała jej jego kochana siostrzyczka, która jak to dziewczyna koloryzowała i naginała fakty. W końcu, już raz oberwał nożem tylko dlatego, że chciał tę małą niewdzięczną siksę chronić, prawda? I prawie się wykrwawił, a mimo to nigdy nie obarczył jej winą za swoje krzywdy.
    Tak. Miał też dobre momenty. Niewiele, ale miał.
    Dlatego tym bardziej reakcje Jessie totalnie go rozbrajały. Nie miał miękkiego serca i nie cieszył się z byle gówna, ale tym razem wydało mu się to najśmieszniejszą rzeczą na świecie. Niczego jednak nie zdradził, a jego jasne niebieskie jak tafla oceanu oczy nadal pozostały niezłomne, co jakiś czas opuszczając się na małą dziewczynkę, która właśnie tuliła się do jego nogi.
    — Cierpliwość to obca Ci cnota, co? — spytał, lecz nie było w tym ani śladu kpiny. Miał ochotę zacytować Biblię, na przekór własnemu charakterowi i to właśnie uczynił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. — podał dłoń Missy, która chwyciła ją mocno w swoje małe piąstki i uśmiechnęła się szerokim, dziecięcym uśmiechem.
      — Nie martw się, nie zgubiłaś telefonu — dodał jeszcze po chwili, na odległość patrząc jej w oczy i na tej wysokości zamachał jej smarfonem, który dziwnym trafem znalazł się w jego chytrych łapkach. Podał go Missy, która spojrzała na niego z wdzięcznością.
      — Caly maly?
      Usiadł na łóżku i wziął ją na kolana.
      — Puff puff — odpowiedział, a ona zderzyła się z nim nosem, robiąc tzw. noski-noski.
      — Siadaj — rzucił do Jessie, poprawiając Missy na kolanach, która wielkimi oczami wpatrywała się w przybyłą dziewczyną. — Siadaj, Jessie Merrick, jeśli życie Ci miłe — dodał spokojnie, głaszcząc siostrzyczkę po włosach.
      W odpowiedzi, ona poklepała go po głowie.
      — Pat, pat — rzuciła dziewczynka.
      — ...i jeśli chcesz odzyskać swój telefon — dodał Cassian, już do Jessie.

      Cassian

      Usuń
  52. [Dziękuję za przywitanie <3 Ja też zawsze podglądam karty.
    Josie akurat wyszedł mi zupełnie inny niż początkowo planowałam, ale nie płaczę z tego powodu. Lubię takich dziwaków.
    Może posadzimy ich w jednej ławce na francuskim? Ich znajomość mogłaby zacząć się od tego. Ewentualnie można by zacząć wątek od Jessie rysującej Josiego ukradkiem palącego w parku i wkurzającej się, gdy ten zaczyna dyskretnie spierniczać przed opiekunką akademika]

    OdpowiedzUsuń
  53. [Francuski brzmi dobrze :D Maraton kreskówek też. Można by zacząć od momentu kiedy już trochę się znają, ale nie są jeszcze przyjaciółmi]
    Joseph Anselm

    OdpowiedzUsuń
  54. [Sure, tylko już jutro. Dobranoc!]

    OdpowiedzUsuń
  55. [Cześć, przepraszam za brak rozpoczęcia :< zwaliło mi się nagle sporo rzeczy na głowę i napiszę dopiero po weekendzie. Wybacz </3]

    OdpowiedzUsuń
  56. Cassian miał swoje niecne sposoby na zyskanie tego, co w danym momencie było mu potrzebne. Nie wiązało się to z żadną magią, a jedynie wrodzonym sprytem — Quatermaine lubił jednak nazywać to sztuczkami. Zwłaszcza przy Missy, która uwielbiała bajki o wróżkach i czarownikach. Robiła z niego swego rodzaju istotę nie z tego świata, a wraz z tym mniej się bała. Bo wiedziała, że pod tym samym dachem mieszka magik, zdolny odgonić całe zło i ochronić ją przed niemalże każdym ciosem. I kochała go za to, nie wiedząc jaki jest w rzeczywistości. Kochała całym sercem, bo był jej braciszkiem, noszącym na barana i jedynym mężczyzną, który towarzyszył jej w najważniejszych momentach życia. W przeciwieństwie do zapracowanych rodziców.
    Cassian był pod wrażeniem jej prób wybrnięcia z sytuacji. Możliwe, że była to po prostu wrodzona reakcja obronna — w każdym razie Jessie bardzo zręcznie lawirowała, wypełniając sytuację paplaniem. On jednak miał doświadczenie i wbrew zewnętrznym reakcjom wcale nie dał wytrącić się z równowagi. Jedynie milczał, słuchając uważnie. Jej zaskoczenie natomiast skwitował jedynie delikatnym uśmiechem, czającym się w kącikach ust. Trudno było oczekiwać od niej inne reakcji, ale i tak poczuł wypełniającą trzewia satysfakcję. Lubił wywoływać sytuacje, niemające nic wspólnego z przeciętnym pojmowaniem, a jego chytry umysł radował się na sam dźwięk zaskoczenia rozmówczyni.
    Missy natomiast z gwiazdkami w ogromnych dziecięcych oczach patrzyła to na Jessie, to na Cassa, uśmiechając się szeroko szczerbatym uśmiechem. Trzymała dumnie telefon w małych łapkach i walcząc z blokadą, wreszcie podała go Jessie, cały czas ciekawie zaglądając kątem oka.
    — Nie lubię się spoufalać — stwierdził po wszystkich jej dywagacjach, a jego ochrypły głos nie został przyprawiony ani gramem kpiny. Po prostu, neutralny ton bez zbędnych dodatków, mogących prowokować rozmówcę do jakichkolwiek nieprzyjemnych reakcji. — Myślę, że nie znamy się na tyle dobrze, by przejść na Ty, ma chérie — dopowiedział, a Missy chwyciła go za rączkę, patrząc głęboko w oczy. Podniosła się ostrożnie i zrobiła dzióbek, oczekując całusa, którego starszy brat miał jej dać.
    — Maleńka... — zmarszczył brwi Quatermaine, lekko łapiąc ją na wysokości brzuszka.
    — Ciemno. Chcę spać. Idźcie sobie. Daj buzi i spać! — stwierdziła dziewczynka, a Cassian nie mając wyjścia, dał jej braterskiego buziaka. Ułożył ją w łóżeczku, poprawiając podusię, wsunął ulubionego różowego króliczka i przykrył kołdra, przybijając z nią jeszcze pożegnalnego żółwika.
    — Doblanoc, Cass. Doblanoc, Jessie — rzuciła uroczo dziewczynka, naciągając kołdrę pod samą szyję.
    — Słodkich snów księżniczko — wymruczał miękko i skinął głową, podchodząc do drzwi. Zatrzymał się jednak i otworzył je, przepuszczając Merrick przodem. Może i był skurwysynem, ale nadal miał w sobie dużo ze staroświeckiego dżentelmena.
    — Proszę bardzo, ma chérie — uśmiechnął się rozbrajająco, gestem dłoni wskazując na przestrzeń za progiem. W międzyczasie pochwycił z Jessie długi kontakt wzrokowy, a niebieskie oczy oprócz przenikliwej tafli oceanu z pływającym topielcem, nie przywodziły na myśl żadnych konkretnych uczuć.

    [Nie przejmuj się długością. Mnie trzeba skracać, bo po prostu się rozpędzam. xD]

    Quatermaine

    OdpowiedzUsuń
  57. [Weź mnie nie bij, rozpędziłam się. Cassiana bij, nie mnie! :c]


    Tak, to prawda. Cassian posługiwał się dość górnolotnym słownictwem i temu nawet największy buntownik nie mógł zaprzeczyć. Była to jednak bardziej kwestia przyzwyczajenia niźli udawanej gry aktorskiej. Po prostu, operował zdaniami, które pierwsze przychodziły mu na myśl, a fakt, że były one zdecydowanie zbyt dojrzałe i błyskotliwe... trzeba było się z tym pogodzić.
    Dlatego, broń boże, nie czuł się urażony jej słowami. Uznał je za swoiste oddanie rzeczywistości, której nie dało się zakwestionować. Dlatego w odpowiedzi na ten rzekomy zarzut, jedynie uśmiechnął się leciutko, nie zdradzając żadnych syndromów emocji.
    Być może i zła sława okrywała go ze wszystkich stron... Quatermaine nie był jednak z natury porywczy. Wręcz przeciwnie. Cechowała go cierpliwość i wyjątkowo trzeźwe podejście do świata. Z tego powodu, tłumaczenie jego działań chwilową utratą panowania nad sobą, czy negatywnymi uczuciami, nie było niczym innym jak czystym, perfidnym kłamstwem. Choć pewnie trudno było pogodzić się ze złem bez źródła; psychologia w końcu, uznawała człowieka za istotę dobrą, nadpsutą jedynie przez upływ czasu. Stawiała go jako czysty byt na początku, stopniowo plamiony przez różne zdarzenia życia osobistego. Przedstawiała gwałtowne zmiany zachodzące w jego psychice, tłumaczyła ich następstwa i konsekwencje. Z tego powodu, tym bardziej, trudno było zrozumieć, że ktoś mógłby łapać się niechlubnych czynów z własnej, nieprzymuszonej woli. Choć i tu na pewno, ludzie próbowaliby odnajdywać wpływ środowiska zewnętrznego, a jeśli nie — wewnętrznych rozterek. Zdiagnozować chorobę psychiczną, wahania charakteru, czy inne świństwa, przez które lądowało się w zamkniętych ścianach sterylnie białego pokoju. Cassian jednak nie kwapił się, by kiedykolwiek tam trafić.
    Zresztą, już dawno powinien był pławić się w czeluściach piekieł, łapczywie łapiąc oddech. Tymczasem, sytuacja malowała się inaczej; nadal stąpał po ziemi, nieciągnięty do odpowiedzialności, trzymający się nienagannie i dla zasady czasami czyniący jakieś dobro.
    I nawet jeśli paskudne plotki hańbiły jego dżentelmeńską postawę — nie potrafił cierpieć z tego powodu, bo ludzie mówili, mówią i mówić będą. A to, co spływa jadem z ich brzydkich języków, wcale nie umniejszało go we własnych oczach.
    W oczach innych natomiast, zyskiwał pewnie miano tyrana, despoty i skurwysyna. W niektórych wypadkach wręcz słusznie, choć i plotki bywały wyssanym z palca fałszem; pomówienia również mnożyły się jak króliki, więc nie miał nawet ochoty próbować z nimi walczyć. Szkoda mu było czasu na taką dziecinadę.
    Nie umknęło jego uwadze, że zaczęła rozmasowywać ramię; domyślił się, że to jakaś kontuzja lub zwykłe przeleżenie kończyny. Nie zareagował jednak, bo nie miał w sobie aż takich pokładów dobra, by przeciwdziałać bólowi i wychodzić naprzeciw dziewczęcym dolegliwościom. Może kiedyś. Albo na dalszym etapie znajomości.
    W odpowiedzi na jej pytanie natomiast jedynie ponownie się uśmiechnął, mając zamiar wrócić do tematu za chwilę. Nie teraz.
    Wbrew typowemu męskiemu odruchowi, jaki pętał każdego szanującego się faceta, wcale nie spuścił wzroku na jej pośladki, gdy minęła go w progu, a jedynie utrzymał go na zasadnej wysokości, z pieczołowitością zamykając drzwi, gdy już znalazła się na korytarzu.
    Nie miał w zwyczaju wplątywać się w konfrontacje, z których nic nie wynikało, dlatego tym bardziej zdziwił się, że Jessie stanęła mu na drodze. Zadarcie głowy i ponownie pochwycenie jego oczu, skwitował tępym brakiem reakcji, a jego twarz znów spowszedniała, wyzbywając się iskrzącego uśmiechu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Myślę, że zasługujesz na takie traktowanie już przez sam fakt bycia człowiekiem, ma chérie — powiedział pewnym, ochrypłym głosem, nie barwiąc go żadnym konkretnym stanowiskiem. — Bo z założenia, rzeczą ludzką jest, szanować i być obdarzanym szacunkiem. Ponoć każdy na niego zasługuje — powiedział zagadkowo, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk, mogący w istocie stanowić różne, odmienne omeny. — Nawet prostytutki powinno się respektować, bo ponoć żadna praca nie hańbi. Więc nie uznawałbym tego za komplement, ma chérie — uniósł brwi, wyrażając trochę więcej ekspresji, a potem przestąpił krok w prawo i minął ją powoli, zatrzymując się trochę dalej i przez ramię odwracając w jej stronę.
      — W kwestii telefonu natomiast... cóż. Możesz go sobie sama wziąć — rozpostarł na wysokości bioder dłonie, demonstrując, że były całkowicie puste. — O ile nie boisz się, że sam mój dotyk bywa toksyczny i jednym pstryknięciem palca rozsadzę Ci tętnicę szyjną — dodał już nieco lżej, choć tajemniczość nadal była cholernie namacalna.
      I tak właśnie zaczynała się gra.

      Quatermaine

      Usuń
  58. Gdy w pewien sposób podważyła jego słowa, kwestionując je własnymi, całkiem mądrymi i spójnymi dywagacjami — z uznaniem skinął głową. Na początku jedynie milczał, pozwalając jej się wypowiedzieć, a gdy urwała, wyraźnie nie mając już nic więcej do dodania, bezwiednie pstryknął palcami. 
    — I tu mnie masz. Punkt za poprawną dedukcję,   ma chérie  — rzucił, choć mogło brzmieć to trochę protekcjonalnie; w istocie jednak takie nie było, a Cassian na tyle rzadko przyznawał rację, iż nie miał w zanadrzu żadnego wyćwiczonego wzoru. Zrobił to więc spontanicznie, choć jego słowa nadal brzmiały wiarygodnie, niezwykle perfekcyjnie i niepokojąco. Każda głoska w jego ustach sprawiała wrażenie idealnej, słowa były idealnie akcentowane, a mimika idealnie dostosowana do tego, co akurat ślina mu na język przynosiła. 
    Zdążył jednak zauważyć, że Jessie była jego całkowitym przeciwieństwem; mowa jej bowiem pozbawiona była dokładności i przemyślenia. Emanowała za to spontanicznością, co właściwie też powinno się cenić; nawet jeśli i on potrafił improwizować, nie robił tego zbyt często. Wolał dbać o słowa, kształtować je, tworzyć swego rodzaju kunszt językowy, którym się posługiwał. I choć był tak młody, sztuka ta nie była mu obca. Aż dziw brał, że w ogóle powtarzał klasę; cóż. Robił to jednak z powodu wyjazdu, a nie zawalenia któregoś z przedmiotów. Nie żałował podjętych wyborów i drugi raz obrałby tę samą ścieżkę; rodzice pewnie twierdzili inaczej, ale od kiedy przejmował się ich zdaniem?
    To oni bali się jego, a nie on ich. Sterroryzował ich i zdominował, nie pozwalając przejąć całkowitej kontroli. Kto by pomyślał, że ojciec-tyran zostanie kiedyś obalony. I to przez własnego syna, który przez wczesne lata znosił takowy despotyzm.
    Nikt już nie pamiętał, że ten miły starzec i kiedyś taki był; potem złagodniał, ugłaskany przez los pod wpływem większej psychicznej destrukcji. Psychicznej destrukcji, jaką dostarczał rodzinie nie kto inny, jak jego pierworodny, ukochany Cassian.
    Gdy skwitowała jego wzmiankę o toksyczności, nie mógł się nie uśmiechnąć; tym razem był to uśmiech trochę bardziej prawdziwy, widoczny, a nie tylko powierzchowny. Nie było w nim śladu kpiny, obcesowości, czy też pogardy, ale u wielu i tak wywołałby podłużny dreszcz wzdłuż całego kręgosłupa.
    Nieco rozbawiła go natomiast jej odwaga i fakt, że zbliżyła się na aż tak intymną odległość. 
    — Obawiam się, że przygryzienie tętnicy szyjnej zębami jest zbyt nieefektowną i wyczerpującą sztuką,   ma chérie  — skwitował, a w jego niebieskich oczach pojawił się ten dziwny, charakterystyczny błysk. — O wiele łatwiej byłoby wykorzystać przewagę masy i wzrostu. Przycisnąć Cię do ściany, uniemożliwiając jakikolwiek ruch i użycie rąk — wzruszył ramionami, jakby mówił o najnormalniejszej rzeczy na świecie. — Mógłbym Cię udusić albo skręcić kark. Wiesz, duszenie człowieka trwa raptem cztery do sześciu minut. Poza skurczami tężcowymi, nagłym pobudzeniem i agonalnymi drgawkami, raczej byłoby to bardzo szybkie — dodał, a jego twarz znów przybrała neutralny wyraz, gdy spokojnie rozkładał dłonie. — Skręcenie karku natomiast byłoby jedynie szybkim chrupnięciem. Potem nastałaby ciemność — urwał, a umysł miał czysty i klarowny. Żadnych niechcianych obrazów, rozproszenia czy zawieruszenia trzeźwości. To naprawdę były tematy, na które mógł rozmawiać godzinami. — Ludzie ponoć smakują jak kurczak, choć nie sprawdzałem i jakoś nie mam aspiracji, by zdementować tę plotkę. Wampirzego sposobu na atak też się nie podejmowałem... jeszcze — dodał bardzo przyciszonym tonem, by dodać sytuacji pikanterii. Puścił w jej kierunku trochę przerażające oczko, zupełnie nie czyniąc niczego z faktu, że znajdowała się tak blisko.
    — Poza tym... wielka szkoda, jestem przecież prymitywnym samcem, łasym na damskie pieszczoty — skwitował po chwili jej stwierdzenie o zawiązaniu kontaktu fizycznego, barwiąc wszystko elegancką ironią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nawet gdybym nim był... ba, zwłaszcza, gdybym nim był, próba oskarżenia o molestowanie byłaby gwoździem do trumny. To całkowite podważenie własnej męskości i skazanie się na miano prawiczka i zera życiowego, ma chérie  — schował dłonie w kieszeniach i wyjął, demonstrując, że są one puste. Nie miał telefonu. Albo i miał. W każdym razie, nie znajdzie go tak łatwo.
      — Czy nie uważasz, że gra skończyłaby się zbyt szybko? Gdyby można było wygrać tak łatwo, co to byłaby za zabawa? — zapytał, nie oczekując odpowiedzi i nawiązał z nią długi, intymny kontakt wzrokowy, wwiercając się głęboko w jej dusze. — Już raz powiedziałem; możesz sama go sobie wziąć. I więcej nie powtórzę. Masz szansę i możliwość; co z nimi zrobisz, jest to już tylko i wyłącznie Twoja wola, ma chérie.

      Quatermaine  

      Usuń
  59. Cassian z kolei, z tego, co zdążył zauważać na przestrzeni lat, był chyba najbardziej chcianym dzieckiem. Ojczulek od zawsze pragnął syna, na którego mógłby przelać rodzinny biznes; matka natomiast sztampowo widziała w nim jednego ze swoich modeli. Quatermaine rósł jednak, całkowicie niezależny. Stopniowo wybijał się spod wpływu rodziców, podejmując własne, niekoniecznie dobre i logiczne decyzje. Utracili nad nim kontrolę stosunkowo wcześnie; miał wtedy może z  trzynaście lat. Proces kreowania własnego zdania zaczął się natomiast jeszcze w wieku maleńkości. Zanim odrósł od ziemi, już potrafił się postawić, użyć (jak na dzieciaka) dojrzałych argumentów i grać na ludzkich uczuciach. Był w tym zdefiniowanym mistrzem, a dorośli rzadko potrafili uciekać się do podstępu; z reguły ulegali, jeszcze bardziej utwierdzając go w przekonaniu własnej wyższości. A on rósł, powoli, bo powoli — ale umysł stopniowo się klarował, stając coraz bardziej otwartym, przebiegłym i pełnym niesztampowych, dziwnych rozwiązań.
    Niektórzy pewnie bez zastanowienia uznaliby, że szaleństwo miał zapisane w wadliwych genach; od zawsze w końcu wykazywał podatność na niemoralne decyzje, pomimo umiejętności odróżniania stron — wybierał zło. Z początku przymykali na to oko, tłumacząc wiekiem, nie do końca wykreowanym charakterem, czy sytuacją, która w taki, a nie inny sposób oddziaływała na jego poczynania;  on natomiast z reguły działał świadomie, a rodzicielskie przyzwolenia tylko bardziej wpędzały go we własną anomalię. Zmiany nie nadeszły, a oni, nim się obejrzeli, już znaleźli się pod jarzmem o wiele młodszego potomka. 
    Cassian pamiętał jak ojciec wrzeszczał, terroryzując zarówno jego jak i siostry. Jak wyzywał ich maleńkie, jeszcze nieświadome ciała. I to był dzień przypieczętowania jego obłędu. 
    Postawił się. Wystąpił z szeregu i eleganckim tonem człowieka w amoku zagrał słowami, zupełnie zwalając rodzica na łopatki. W dalszej części wygrał potyczkę spojrzeń, zmuszając ojca do zawieszenia broni.
    I od tamtej pory, a było to kilkanaście lat temu, młody Quatermaine już nigdy, przy nikim nie odwrócił wzroku. Spojrzenie miał niezłomne, dzikie i bezczelne. Nie człowieka skrzywdzonego przez los i wpędzonego w czysty obłęd; nie. Były to oczy kogoś, kto zna swoją wartość. Kogoś, kto panuje nad sytuację i za żadne skarby nie pozwoli wydrzeć sobie berła władzy, które przysparzało mu takie profity. Te niebieskie oczy były jak ocean, po którym dryfowały topielce; z oczami wydziobanymi przez ptaki i kośćmi, powoli obłażącymi ze skóry.
    Nie miał żadnej traumy, czy słabego punktu — a przynajmniej nie udało mu się go ustalić — wiedział lecz, że nie ulegnie i nie zegnie kolan przed nikim. To on będzie alfą i nigdy nie podporządkuje się żadnemu człowiekowi.
    Nie da się zmusić do życia na kolanach; ale jeśli trzeba, zmusi innych do takowego istnienia. 
    Był egoistą. W tej kwestii, jak i wielu innych, był pieprzonym egoistą i myślał tylko o własnym dobrze. Nie obchodziły go kobiety, (dzieci może i tak, w końcu miał do nich swoistą słabość), chorzy i pokrzywdzeni; każdy niósł na barkach własny bagaż doświadczeń i mierzył się z własnymi demonami. On nie miał zamiaru stanowić anioła, który przepędzi cudze potwory. 
    — To prawda. Ludzkie uzębienie jest bardzo silne i niemalże stworzone do zatapiania w obcej krtani, ma chérie  —  przyznał cierpko, a jego ochrypły głos pochwycił nutkę czegoś bliskiego szaleństwu. Tylko pobieżnym wzrokiem przebiegł po odsłoniętym fragmencie jej szyi, nie przyznając jej większego zainteresowania; nawet jeśli dobrze grała w jego grę, nie była na tyle wprawna, by przechytrzyć kogoś, kto tę grę tworzył. — Obawiam się jednak, że zabawa, a walka to dwie inne rzeczy —  zaoponował, a na jego usta wpełzł delikatny, diabelski uśmieszek, w którym nie było niczego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Bezowocna i bezmyślna walka, która może zakończyć się fiaskiem jest domeną samców walczących o przewodnictwo w stadzie — dodał. — A ja nie aspiruję na dowódcę kupy bezmózgiego testosteronu. Wolę być ponad tym — zakończył wywód, udając, że wcale nie zauważa jak stopniowo się zbliża. Dobrze, dobrze, powtarzał w myślach, widząc, że wszystko idzie po jego myśli. 
      — Jesteśmy w moim domu, więc bałagan nie stanowiłby żadnej przeszkody — zauważył z bezwiednym wzruszeniem ramion, obdarzając ją długim, intymnym kontaktem wzrokowym. — Nie jestem w stanie kłamać; nie zaprzeczę więc, że odnajdziesz we mnie widoczne zasiewy sadyzmu i masochizmu. Nie mam jednak ambicji na stopniowe pozbawianie Cię woli życia... jeszcze — uśmiechnął się, tym razem jakby szczerzej, choć uśmiech ten nadal posiadał w sobie cholerną dozę niepokoju. 
      — Jeśli byłabyś jednak ofiarą — zaczął wyważonym, spokojnym tonem. — To na pewno nie pierwszą. Wiele było przed Tobą — dokończył, zastanawiając się, czy zadziała prowokacja, tak typowa w stosunku do większości kobiet. Mógł tylko obserwować i patrzeć na skutki swoich poczynań.
      Jego uwadze natomiast nie umknęło jej gwałtowne nabranie powietrza i spojrzenie, jakim po chwili go obdarzyła; wiedział, że to, co robi, obdziera ją z jestestwa i wwierca głęboko w duszę, a ona nie mogła w żaden sposób zaradzić. Był w końcu mężczyzną; mężczyzną, który do perfekcji opanował działanie na ludzkich umysłach.
      Mężczyzną, który czuł niebywała satysfakcję, widząc jak powoli wybija ją  rytmu; traciła wigor, gubiła się we własnym umyśle; błądziła w ciemności jak ten ślepiec, przed chwilą utraciwszy wzrok. 
      Bliskość, jaka zawisła między nimi, powodowała, że w chwilach przenikliwej ciszy, nie miał problemu z usłyszeniem bicia jej przyśpieszonego serca; lubił odważne kobiety, które jak we mgle dążyły do rozszyfrowania jego zagadek.  Nie było to dla niego podniecające w sensie fizycznym; a raczej psychicznym, gdy jego dusza cieszyła się z pożywki, zapewnianej przez niesztampowe sytuacje. 
      Nawet nie mrugnął, gdy wsunęła dłoń do jego tylnej kieszeni. Nie stanowiło to dla niego poniżenia; nie poczuł się wcale mniej męski, a jej słowa wcale nie spowodowały, że nagle utracił swój wigor. Spojrzenie, którym go obdarzyła, nie uginając się pod ciężarem jego oczu, też nie wywarło na nim wrażenia — a nawet jeśli — mimicznie wcale nie drgnął, nie zmieniając pozycji nawet o najmniejszy milimetr.
      — Bycie nikim nie jest wcale tak złe, jak myślisz — zauważył z delikatnym uśmiechem. — Bycie nikim oznacza nieistnienie na językach innych. Całkowitą niewiedzę o człowieku, który uznany jest za nikogo — ciągnął. — Bycie nikim oznacza przewagę, bo nikt nie wie jak zaatakujesz. Nikt nie wie, co potrafisz zrobić. Nikt nie wie, jak przygotować się na rzekome spotkanie; nikt nie ma pojęcia, czego oczekiwać — wzruszył ramionami, ponownie łapiąc długi kontakt wzrokowy. — Gwałt analny jest fetyszem, a fetysze pomimo bycia odchyłami, wcale nie odbierają na męskości bądź kobiecości — dodał jeszcze, całkowicie oddalając jej krótką teorię. — Są od nas niezależne, bo sami nie mamy wpływu na to, jak reaguje nasze ciało; możemy spróbować to wyplenić, ale po co, skoro to tylko nieszkodliwy sposób dostarczania sobie przyjemności? — zapytał retorycznie. — Jeśli przez mój ruch masz na myśli moje dłonie na Twoich pośladkach, mogę spełnić to życzenie. Za pozwoleniem oczywiście, nie jestem neandertalczykiem z jaskini — posłał jej obsceniczny uśmiech. —  jako ciekawostkę natomiast, muszę przyznać, że fortuna Ci sprzyja — dodał, sięgając do drugiej, tylnej kieszeni, której akurat nie poświęciła uwagi. Po chwili natomiast wyciągnął z niej trzy, świeże żyletki i pomachał jej przed twarzą.
      — Szanse pół na pół. Runda wygrana, ma chérie   — i po tym zacisnął pięść, a mordercze narzędzia samobójców zniknęły w jej odmętach.

      Quatermaine  

      Usuń
  60. Joseph podniósł dłoń, by zapukać do drzwi i zawahał się na moment.
    Właściwie nie wiedział, czego się spodziewać. Owszem, z Jessie przyjemnie spędzało się francuski (chociaż, borze zielony, dawno nie spotkał tak gadatliwej osoby), ale zaproszenie na maraton kreskówkowy na pewno było niespodziewane.
    Złapał się na tym, że jest nieco podenerwowany. Trema? Nawiązywanie przyjaźni nigdy nie było dla niego problemem, a jednak za każdym razem pojawiała się w nim ta nuta niepewności.
    Przestąpił z nogi na nogę.
    Poprawił torbę na ramieniu (szczoteczka, bielizna, ciastka kupione w pobliskiej piekarni, szkicownik).
    Odchrząknął.
    Wyciągnął ciastka z torby.
    Po czym zapukał.
    [Przepraszam, że tak króciutko, ale nie chciałam wciskać jakichś dziwnych przemyśleń na siłę już na samym początku xd Poza tym jako początek powinno wystarczyć :D]

    OdpowiedzUsuń
  61. Cassian z kolei prawie całe swoje życie oparł na obserwacji; pomimo imponujących nakładów siły fizycznej, rzadko uciekał się do przemocy — przynajmniej osobiście — woląc dedukować, składać w całość elementy zburzonej układanki, dopasowywać i uplastyczniać na coś całkowicie nowego; stanowił kreatora, hołdował istocie stworzenia i z całych sił, schowanych w jego sczerniałej duszy, chłonął nowości, zamieniając na wiedzę, przyswajaną i magazynowaną w rozległych bibliotekach jego umysłu. W końcu, nie można było uznać go za sztampową personę; przez te wszystkie lata zrobił tyle indywidualnych rzeczy; nauczył i napisał tyle piosenek; przeczytał tyle różnych książek i zapoznał tylu ludzi, których na obecnym gruncie, jednym ruchem byłby w stanie zniszczyć.
    Bo życie było jak plansza, a ludzie byli szachami; a on wiedział, którym pionkiem uderzyć, by wygrać całą partię. To już nawet nie były karty; nie losowość, nie przypadek, a starannie ułożone decyzje, przeanalizowane schematy, dopieszczone plany i przełożone na mapy myśli. Młodość nie miała tu nic do rzeczy; bo był kimś inteligentnym, egoistą o faktycznie rozwiniętym mózgu; człowiekiem, jego zdaniem, ponadczasowym, który gmerał w ludziach jak w kominku, błyszczącym stalą pogrzebaczem.
    Gdyby miał w sobie więcej dobra, pewnie nadałby się na psychologa lub psychiatrę, by traktować ludzi schematami, widzieć w nich tylko ciąg procesów i przemian; robić z nich coś niewyjątkowego, coś, co można bez problemu rozwikłać. Rozwiązywać ludzi, by już nigdy nie byli dla niego zagadką.
    Ale czy to nie było to... smutne? Że rzekomo, człowiek, stanowiący zwieńczenie boskiego tworzenia, był tak słaby, nieskomplikowany i... prosty? Czy nie chodziło właśnie o te niewiadome, których już nie dało się odczytać? Nie chodziło o to, by nie dało się rozwikłać czegoś, co tak ciężko leżało nam na sercu? Cała istota mogła iść się pieprzyć, gdyby ktoś odkrył sedno, środek ludzkiego istnienia, zabierający cały sens oryginalności.
    Bo jeśli wszyscy okazaliby się tacy sami, po co byłoby nam istnieć?
    To nie mogło być tak łatwe; nie mogło nie zawierać w sobie pułapek, haczyków, osuwisk i szczęk, zaciskających się wokół kostek niczego nieświadomego poszukiwacza.
    I Cassian, na szczęście, doskonale wiedział, że to nie takie proste; że cała ta gra to nie zwykła platformówka, którą przejdzie przy jednym posiedzeniu. Że może się pobawić, pograć na ludzkich nerwach, poszperać w odmętach umysłów i zaśmiać pod nosem, strudzony tą długą wędrówką.
    A Jessie, o dziwo, bardzo chciała zagrać z nim w tę grę.
    I to był chyba, jej największy, błąd.
    — Mogłaś słyszeć o mnie różne rzeczy — powiedział spokojnie, nie zrywając kontaktu wzrokowego, który podjęła; zamiast tego znów obdarzył ją najbardziej intymnym spojrzeniem, jakim potrafił, wwiercając się głęboko w odmęty jej duszy. — Ale nawet jeśli jestem sadystą i psychopatą: nie jestem mordercą — zauważył, kręcąc głową. — Zabijanie bez przyczyny to marnotrawstwo ludzkości; każdy może stać się użyteczny — zaoponował, a jego niebieskie tęczówki zalśniły, odbijając ogień, który nagle zamajaczył w źrenicach. Cassian nie był zły, nie był wkurzony; nie bał się też ani nie zgubił, twardo stąpając po ziemi.
    W momencie, gdy poprosiła o piękną śmierć, nie mógł się powstrzymać i tym razem parsknął, krótkim, acz wciąż eleganckim śmiechem.
    — Masz na myśli, ułożenie z Twoich jelit jakiegoś artystycznego obrazu? Napisanie krwią interesujących zwrotów? Oui, ma chérie — jego głos był zimny i ciął powietrze jak stal. — Twój instynkt samozachowawczy pozostawia wiele do życzenia... aczkolwiek, muszę przyznać, że jesteś odważna... albo głupia — zauważył z delikatną kpiną, przebijającą się przez wyszukany ton. Tym samym zupełnie nie drgnął, nadal czując jej ciało zdecydowanie zbyt blisko; zapach jego męskich perfum mieszał się z jej, dziewczęcą, słodkawą wonią. Zakłócała jego przestrzeń osobistą, ale czy jego to kiedykolwiek obchodziło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Punkt dla Ciebie, pani psycholog — stwierdził po jej dywagacji, właściwie zgadzając się z nią; nie miał nic więcej do dodania, ale jej różowe policzki wpędziły na jego ogorzałą twarz delikatny uśmiech. — Książkowa wiedza. Godne podziwu dla samego jej pożądania; ale seks w samej teorii to raczej nieszczęśliwa perspektywa — rzucił beztrosko, choć jego głos nadal nie stracił na elegancji. Być może trochę chciał ją sprowokować. Być może.
      Nawet pomimo pozwolenia, nie zdecydował się poddać prymitywnym instynktom i nie sięgnął dłońmi w kierunku jej pośladków; zachwiałoby to jego nienaruszalny autorytet, którego naprawdę nie miał ochoty jeszcze burzyć.
      Milczał natomiast przez cały czas, gdy podnosiła głos; ba, pozwolił jej rozprostować swoje palce, czego nie mogłaby dokonać, zważywszy na jego przeważającą krzepę. Po prostu obserwował ją, a gdy zadarła głowę, spojrzał jej w oczy, znów przewiercając ją na wylot tym swoim intymnym spojrzeniem.
      — Dedukcja, ma chérie — powiedział, przesuwając dłoń w dość wyrafinowany sposób, a po otwarciu pięści, żyletek nie było. Kto wie, gdzie teraz odnalazły swoje miejsce... magia nadal go nie opuszczała.
      Zbliżył twarz do jej policzka, tym razem z jego inicjatywy burząc sfery osobiste. — Czysty masochizm? Być może... — powiedział ochryple, przedłużając głoski na tyle blisko jej ucha, by ciepły oddech wzniósł gęsią skórkę na jej drobnej, pełnej napięcia szyi. Korzystając z chwili konsternacji, w jaką wpadła, przejechał palcami po jej policzku, kończąc wędrówkę na podbródku, który chwycił pomiędzy kciuk, a palec wskazujący. — Uważasz, że wszystko na świecie ma racjonalne powody? Że nie istnieje coś takiego jak irracjonalność? Ciekawy paradoks, bo właśnie irracjonalnym zachowaniem wpadłaś w sidła samego diabła — wymruczał. — I chcesz czy nie... mogę przejąć inicjatywę w każdej chwili — zabrał dłoń z jej twarzy, by po chwili oba jej nadgarstki zamknąć w stalowym uścisku swoich pięści. — Czujesz bezsilność? Dobrze — po krótkim pokazie puścił jej dłonie. — Dam Ci kolejną szansę, bo, o zgrozo, zależy mi na Khloe. Możesz odejść — skrył dłonie w bocznych kieszeniach spodni i ruszył korytarzem, zatrzymując się po środku i odwracając przez ramię. — Albo grać dalej.

      Quatermaine

      Usuń
  62. Cassian znał plotki, ale nie potrzebował ich, by poznać prawdę o człowieku; był dostatecznie obeznany w całym tym dziwacznym półświatku, by zdobywać informacje samotnie, jednocześnie spokojnie potwierdzając zarówno źródło jak i wiarygodność postawionych tez i wyciągniętych wniosków.
    — Brawo za dedukcję — skwitował jej krótki wywód, uśmiechając się ostrożnie samymi kącikami ust. Pokiwał głową z uznaniem i zaklaskał w dłonie, demonstrując swoje poszanowanie. — Aczkolwiek zauważ, że z przedstawionych metod, jedynie skręcenie karku jest śmiertelne — znów spojrzał jej w oczy, długim intymnym spojrzeniem. — Duszenie, rzucanie nożami, może być formą zabawy i dostarczać rozrywki — wwiercał się głęboko w jej duszę, a jego jasne oczy zalśniły psychopatycznym błyskiem. — W końcu, mogę jedynie podduszać, nie pozwalając Ci umrzeć; kaleczyć ostrzem w miejsca, które nie spowodują natychmiastowego wykrwawienia. Mógłbym Cię torturować tak całymi dniami, tygodniami, miesiącami. Ale czy byłbym mordercą? Nie. Wyłącznie psychopatą — beztrosko wzruszył ramionami, chowając dłonie do kieszeni. Prezentował tym samym swoją nonszalancję i całkowitą swobodę w zaistniałej sytuacji.
    A oczy faktycznie były zwierciadłem duszy; w jej oczach widział wyraźnie, że tylko zgrywa odważną, udaje, że panuje nad sytuacją, sprawia wrażenie silniejszej niż była w istocie; ale czy w jakiś sposób uderzało to w jego ego? Och, oczywiście, że nie. Jego męska duma nie cierpiała wcale na tym, że dziewczyna chciała się bronić; miała prawo, nawet jeśli jej absurdalne techniki miały nie przynieść zamierzonych efektów.
    Ale widział tylko to, co dotyczyło sytuacji; bo czy potrzebował informacji o jej samej, o jej życiu, przeszłości, charakterze? Nie, jasne, że nie. Było mu to zbędne, niepotrzebne, odległe. Nie była dla niego kimś wartościowym, kto mógłby przydać się do morderczych praktyk; tylko małą, przypadkową dziewczynką, której kosztem miał ochotę się pobawić.
    Wspomnienie o obrazie skwitował milczeniem, nie dowierzając w nonszalancję, jaką wykazywała się w stosunku do niego; była tak bezczelna, wyraźnie nie wiedząc z kim naprawdę miała do czynienia. A najgorsze, że Cassian odwykł od mieszania ludzi z błotem, deptania i zmuszania do życia na kolanach; chciał odpocząć od tej destrukcji, której dopuszczał się co dzień, na rzecz przyjemniejszych, może odrobinę bardziej dobrodusznych praktyk.
    Najwyraźniej nie dane było mu tego zrobić.
    O dziwo, chyba się nie bał, co było rzeczą nieludzką; istniała teoria, że dobrze ukrywał swój strach, nie narażając się na ataki wrogów. Przed sobą jednak istniał jako człowiek niezniszczalny, potężny, niezmącony żadnym lękiem, wielki i ponadczasowy. Trudno było więc wymagać od niego logiki, skruszenia, czy zwykłej człowiecznej dobroci.
    — Tu muszę się zgodzić, ma chérie — potwierdził, mając na myśli jej rozprawę o odwadze i głupocie. — Aczkolwiek powstrzymałbym się od bezpośredniego uderzania w Twoją osobę, bo cóż to za rozrywka, gdy ofiara wie, że ją obrażasz? — pokręcił głową z dezaprobatą, by po chwili znów obdarzyć ją tym niezłomnym spojrzeniem jasnych oczu, w których kryła się tylko diabelska impertynencja.
    — Powiedzenie tylko seks jest bardzo raniące — mruknął nagannie, wyciągając dłonie z kieszeni i uśmiechnął się słodko, choć uśmiech ten przesycony był protekcjonalnością. — Seks, to prawda, jest tylko sposobem zaspokajania potrzeb — wymruczał, wygładzając krańce marynarki. — Ale czy nie chodzi o to, by rozkoszować się tokiem ich zaspokajania, zamiast skupić się tylko na finiszu? Hm? — uniósł brwi, spoglądając na nią z wyczekiwaniem.
    W momencie wrócenia do tematu żyletek, skwitował to natomiast ponownym milczeniem, mając zamiar zostawić ją bez odpowiedzi. Nie musiała jej znać; nie miał zamiaru pozwolić jej na wiedzę, której pragnęła. Był jedyną osobą, która mogła zadawać pytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezpośrednią zaczepkę, sugerującą, że to ona tutaj rządzi, skwitował natomiast pełnym politowania uśmiechem, nie mając wręcz siły na dalszą dyskusję. Naprawdę chciał już odejść i pozwolić jej zniknąć mu z oczu. Nie bał się Khloe, ale nie chciał odbierać jej kolejnej koleżanki (i wcale nie chodziło o to, że poprzednie wpieprzyły mu się do łóżka).
      Dlatego pokiwał głową w taki sposób jak kiwa rodzic, gdy jego dziecko popełnia błąd w prościutkim mnożeniu.
      Westchnął w duchu natomiast, gdy ponownie znalazła się zdecydowanie zbyt blisko. Otworzył dłoń, na której spoczywał jej telefon i odwracając się w jej kierunku, powoli wsunął go w jej tylną kieszeń, utrzymując jednocześnie nonszalancki, intymny kontakt wzrokowy, pełen bezczelnych iskierek. — Jeden jeden — powiedział, w zwieńczeniu nieelegancko klepiąc ją w pośladki. — A ja po raz ostatni powtarzam: pozwalam Ci odejść — nachylił się do jej ucha i chuchnął jej w szyję, wznosząc na nią morderczy zasiew gęsiej skórki. — To Twoja ostatnia szansa, później żarty się skończą — odsunął się od jej ucha, nie omieszkawszy powstrzymać od przygryzienia go drapieżnie, ostatecznie niszcząc jej poczucie komfortu. — Ma chérie — ukłonił się i odwrócił do niej plecami.

      Quatermaine ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Usuń
  63. [Dziękuję bardzo, za wszystkie ciepłe słowa! Niezmiernie mnie cieszy, że motyw kwiatów i instagrama okazały się jednak dobrymi pomysłami!
    Również mam dobre przeczucie, co do dogadania się między naszymi postaciami. No i skoro obracamy się w tematyce roślin i rysunków to mam pewien pomysł. :)
    Może JK przyszedłby, któregoś dnia do kiosku z komiksami? Wtedy podsłuchałby przypadkiem rozmowę przez telefon, gdzie Jessie dowiedziałaby się o konkursie dla artystów, z główną nagrodą wartą zachodu, ale na temat kwiatów.
    Jako, że ogród którym zajmuje się JK jest całkiem okazały, mógłby zaproponować pomoc.
    Co Ty na to? Modyfikujemy to czy wymyślamy coś innego? :D ]

    Jeon Jungkook

    OdpowiedzUsuń
  64. [Jak zwykle wpadam z nieprzyzwoitym aż opóźnieniem, ale przynajmniej z odpowiedzią na Twoje powitanie, licząc na to, że mi wybaczysz. Jessie jest tak ładnie wykreowana, że aż nie mogę się napatrzeć. Myślę, że jak u Melody się rozwinie co nieco wątek z Cassianem to dziewczyny będą miały jakąś łączącą je nitkę. A tymczasem jak coś od nas z Jess chcecie to pukajcie śmiało :) Trzymajcie się cieplutko!]

    Melody Gray

    OdpowiedzUsuń
  65. [Rozmowa w cztery oczy, jest faktycznie lepszym pomysłem!
    Jessie i JK chodzą razem na rozszerzenie z historii, więc wydaje mi się, że nie ma opcji, by zupełnie się nie kojarzyli. Myślę, że można zostać przy tym, że kojarzą się z widzenia, na zajęciach, ale nigdy jakoś nie rozmawiali dłużej. :D Jak myślisz? ]

    Jeon Jungkook

    OdpowiedzUsuń
  66. Cassian był nieprzewidywalny. Często czuł się jak dziki lew, na którego widok pierzchają łanie, przerażone perspektywą zostania obiadem. Właściwie nie robił nic bezpośrednio, nie groził, nie rzucał ciężkimi słowami — po prostu uśmiechał, obdarzał intymnym spojrzeniem niebieskich oczu; wwiercał się w odmęty duszy, pochłaniał jak gąbka. Potrafił zajrzeć w najciemniejsze fragmenty duszy; zbesztać, otulić, oblecz w niepokój i przekuć w swój najsilniejszy miecz. Potężny, oburęczny bękarci miecz, którym tylko on zdoła się posłużyć; i to pewnie stanowiło jego największą siłę. Nieprzewidywalność, unikalne metody i dziwność w całej swej prostocie. Mamił spojrzeniem, pętał myślami, uwiązywał dłońmi; to była jak gra, której zasady były bliskie tylko jego sercu. Tylko on posiadał kontrolę nad pionkami, malował tarczę, budował pola; tylko on opisywał karty, rozstawiał przeszkody i wiedział w jaki sposób ominąć wszystkie czyhające po drodze pułapki. Oszukać system, wznieść się ponad wyżyny; uczynić siebie nie tylko panem, ale i bogiem tej całej popieprzonej gry.
    W odpowiedzi na jej wypowiedź, pokręcił głową, gdy w jego oczach zaczaił się niebezpieczny błysk. Uśmiechnął się lekko,samymi kącikami ust, by w końcu z politowaniem skinąć do niej i zaklaskać krótko w dłonie.
    — Płytkie myślenie — rzucił, a jego głos nie zadrżał nawet o jotę. Usta za to wygięły się w obscenicznym wyrazie, by zaraz wrócić do swojej zwyczajnej, całkiem prostej formy. — Przewidujesz tylko dwie drogi; zakończenie tortur śmiercią lub ucieczką. Drugą rozwijasz w sposób korzystny dla Ciebie. Ale skąd taki pomysł? Nie musiałbym Cię zabijać. Mógłbym choćby uszkodzić Ci głowę; uczynić warzywem, a wtedy nie byłbym mordercą. Jedynie potworem... mógłbym też doprowadzić do amnezji, usunąć Ci język, okaleczyć bezpowrotnie tak, byś nie mogła wskazać prawdy. Wszystko jest o wiele bardziej złożone niż widzimy. Zamykanie się w dwóch prozaicznych zakończeniach skaże Cię na porażkę i zamknie w okowach wąskich horyzontów —zbliżył się, by przelotnie musnąć dłonią jej delikatny policzek. Poczuł delikatne drżenie, zauważalne i gołym okiem, ale nie skomentował, jedynie demonstrując swoją protekcjonalność.
    Podobnie postąpił w przypadku jej wypowiedzi o odwadze i głupocie; skwitował to skinieniem głowy, nie kwapiąc się odpowiedzieć i jedynie uśmiechnął z impertynencją, nie mając zamiaru rozwijać swoich myśli. Nie było tu nic do dopowiedzenia, a ciągnięcie tego tematu było syzyfową pracą; naprawdę nie miał więc ochoty poddawać się jej w swoim ograniczonym czasie.
    Zauważał natomiast subtelne zmiany w jej zachowaniu; powolne spięcia mięśni, staranniej dobierane słowa i ten niepokój, zakorzeniony głęboko na dnie jej małego serca. Wszystko to wisiało w powietrzu jak mgła; i przysiągłby, że mógłby pokroić to nożem. Szybko, bezlitośnie... i łatwo.
    Dlatego przy odpowiedzi o seksie, znów obdarzył ją protekcjonalnym uśmiechem; był pozbawiony skrupułów, intymny i pełen bezczelnej swobody, której nie powinien był czuć w sytuacji, takiej jak ta.
    Dlatego, odchodząc tylko skinął głową, szczęśliwy, że pozbył się zbędnego balastu. Dręczenie ludzi, choć należało do jego ulubionych zajęć, było niewskazane w nadmiernej ilości. Miał dość spierania krwi; leczenia umysłowych luk i roztrząsania fatalnych losów, jakie zdarzało mu się przewidzieć. Chciał chwili przerwy, choćby dla całkowitej regeneracji. Dziewczyna najwyraźniej jednak nie chciała mu tego dać, bo zatrzymała się przed nim, wyraźnie prowokując go do działania.
    Ciekawe, czego chciała? Potwierdzić plotki? A może tylko pragnęła przygody; szybkiego seksu, brutalnej zabawy. Bywały i takie, które podniecał swoim irracjonalnym zachowaniem; nie dziwił się, choć wtedy jego ego topniało. Przynajmniej jednak mógł cieszyć się fenomenalnym stosunkiem, którym zdołał niejednokrotnie zaspokoić swoje męskie ciągoty.
    Pokręcił głową z dezaprobatą, nie unikając kontaktu wzrokowego. Jego jasne oczy zalśniły drapieżnie, a źrenice rozszerzyły niebezpiecznie. Sięgnął do nadgarstków i zakasał rękawy, dając jej trochę czasu na ewentualną zmianę zdania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A potem sięgnął do szyi i rozwiązał swój krawat, pozwalając, by niechlujnie zwisał na jego prawym ramieniu.
      — Jak sobie życzysz, ma cherie — mruknął ochrypłym głosem, przesyconym przerażającą nutą. Powolnym, wyważonym krokiem doszedł do niej, wiedząc, że nie ucieknie. Uśmiechnął się delikatnie i przechylił przez jej ramię, sięgając ustami do jej ucha. — Niektórzy lubują się w kardynalnych błędach — wymruczał, gorącym oddechem chuchając w jej zgrabną szyję; przygryzł drapieżnie kraniec jej ucha i pociągnął go za sobą, mokrymi pocałunkami znacząc jej ramię.
      Rozpraszając ją w ten sposób, dłońmi pochwycił swój krawat i pilnując, by nie zauważyła, w szybkim, precyzyjnym węźle zawiązał jej ręce, szczelnie splatając je ze sobą z tyłu.
      — Na szczęście piekło aprobuje błędy — zawarczał i wiedząc, że znajdują się na odpowiedniej wysokości, szybkim ruchem wciągnął ją do swojego pokoju.

      Quatermaine

      Usuń
  67. [Czeeeść, dziękuję pięknie za powitanie. < 3
    Przyznam, że to była moja ulubiona postać z serialu, który bardzo lubię (pomimo tego, że jestem na niego za stara... :'D), no i można uznać że także stamtąd zaczerpnęłam inspirację.
    Masz może ochotę na jakiś wakacyjny wątek? Nie wiem, dziewczyny mogłyby się spotkać gdzieś na plaży, mogłybyśmy wkręcić je w jakąś dramę czy coś podobnego. Zależy też czy bardziej chcesz iść w kierunku pozytywnej relacji czy negatywnej. Bo ja szczerze przyznam, że Margot przydałaby się jakaś dobra koleżanka. :'D]

    Margot V.

    OdpowiedzUsuń
  68. [W sumie mogłyby się spotkać w jakimś nadmorskim miasteczku, załóżmy w lodziarni i tam Jessie mogłaby skojarzyć, że chodzą razem do szkoły. Zaczęłyby rozmawiać, wymieniać się poglądami i temat zeszedłby na UFO... I na plażę zaciągnęłaby ją wieczorem, aby poszukać jakichś śladów kosmitów. xD Tak by się złożyło, że ktoś mógłby je napaść, czy zacząć gonić. Nie za mocne, nie za głupie? :D]

    Margot

    OdpowiedzUsuń
  69. [Świetnie. Tak sobie myślę, że mogłyby go "pobić". W końcu adrenalina czyni cuda :D
    I jakbyś mogła nam zacząć to byłoby suuuper. <3]

    Margot (wyzyskiwacz)

    OdpowiedzUsuń
  70. [Nie wiem, czy to całkowicie legalne, takie podglądanie, ale skoro twierdzisz, że nie ma w karcie takiej tragedii to dobra tam... Wybaczę :D Patrzę na te gify i widzę siebie. No dobra, siebie jakieś cztery lata temu na początku studiów, bo teraz mam do tego luźniejszy stosunek. Chyba nawet przesadziłem sądząc, że mam do tego jakikolwiek stosunek.
    Koniec o studiach, idziemy w wątek. Dla Castora to nie byłby szantaż. To sprawiałoby mu perwersyjną przyjemność. I za karę mógłby jeszcze zabrać Jessie na ekstremalną, wieczorno - nocną przejażdżkę rowerem za miasto, żeby ją trochę postraszyć. To co, wrzucamy ich w jakąś ognistą kłótnię o szkolną Chicago Tribune?]

    CASTOR AXELSEN

    OdpowiedzUsuń
  71. [No cześć, bardzo ładnie napisana karta. Francuz z przyjemnością będzie jej towarzyszył. Myślę, że mogą się ze sobą dogadywać. Zastanawiam się tylko nad konkretną relacją i już samym wątkiem. Masz może jakiś zalążek pomysłu? :D]

    Alain

    OdpowiedzUsuń
  72. [Czyli będziemy się mścić za zemstę i tak dalej... Ciekawe, jaki będzie ostateczny wynik :D Wziąłem na siebie już dwa zaczęcia więc wezmę i trzecie, a co tam. Zaszaleję. Wieczorem powinno być gotowe.]

    CATSOR AXELSEN

    OdpowiedzUsuń
  73. [It's maaaaaaaaaaaagic(k xD)! Dziękuję ślicznie za powitanie i... Wątek bym chciała, ale nie mam konkretnego pomysłu. Poza tym, że Drake mógłby się kumplować z jej bratem, który nie wiem ile ma lat. Ale może by wypaliło. :D ]

    Drake Callaghan

    OdpowiedzUsuń
  74. [Cześć! I dziękuję :)]

    CALLIE

    OdpowiedzUsuń
  75. Przemierzał wąskie korytarze pomiędzy półkami w sklepie, zaciskając dłoń na swojej koszulce w miejscu, w którym pod skrawkiem materiału i kilkoma elementami ludzkiej anatomii, skręcał się z głodu jego żołądek. Problem polegał na tym, że wzrok zdezorientowanego Norwega padał na wszystko, co napotykał na swojej drodze i na wszystko spoglądał równie pożądliwie. Nawet na to, co w normalnych okolicznościach przyprawia o mdłości i niemiłe wspomnienia o zatruciu pokarmowym. Powstrzymywał się jednak przed zagarnianiem szeleszczących opakowań i nie ustawał w poszukiwaniu tej jedynej, idealnej i odpowiedniej dla tej chwili przekąski. Zegarek na lewej ręce chłopaka boleśnie przypominał mu o zbliżającym się końcu długiej przerwy i w niczym ten uciekający czas nie kalkulował się z tysiącami słodkości i długą kolejką przy kasie, która jako jedyna spośród pięciu, była obsługiwana przez kasjerkę. Przyspieszył kroku i przymierzył się raz jeszcze do rzędu półek zastawionych opakowaniami wafelków i pierników, na którego końcu majaczyły wszystkie możliwe smaki czekolady. I wtedy ją zobaczył. Faliste, sięgające do ramion włosy podskakiwały rytmicznie razem z ich zdenerwowaną właścicielką, a cała jej sylwetka zaczęła się nagle Axelsenowi odcinać na tle niewielkiego sklepu niczym ten jeden, jedyny cel, do którego powinien teraz zmierzać. I zmierzał, bezskutecznie od kilku dni próbując wyegzekwować od niego zaległą oprawę graficzną dla najnowszego wydania gazetki, za które obrywał coraz częściej po głowie. Sam nie wiedział już, czy zostaje poniewierany z konkretnego powodu, czy może opiekun beszta go na każdym kroku tak dla zasady, wiedząc, że żadne wypowiedziane przez niego słowo krytyki nie zostało wypowiedziane na marne. Jak nie teraz, to za tydzień. Taka już natura Norwega, że na pochwały pracował trzy razy ciężej, niż na naganę. Teraz przynajmniej miał okazję odkuć się za wszystkie swoje cierpienia. Chociaż troszeczkę.
    — Wiesz, podobno picie mleka w dzieciństwie dobrze robi takim krasnalom na wzrost — zatrzymał się ze skrzyżowanymi rękami obok Jessie i zadarł głowę ku górze, bo tam znajdowały się kruche ciasteczka w czekoladowej polewie, do których dziewczyna próbowała dosięgnąć. Uginał nogi w kolanach i prostował się energicznie, chcąc dotrzymać jej rytmu. Wyglądało to jak dziwaczna odmiana aerobiku — Ale tobie i tak się poszczęściło. Twoja głowa przynajmniej wystaje co nieco z trawy — dodał, ze śmiertelną powagą w głosie, który brzmiał jak najobrzydliwsza obelga. Nietrudno było się jednak domyślić, że zaraz potem zawtóruje mu śmiech i tak też się stało, co zwróciło na nich uwagę pozostałych klientów.

    [Miało być wieczorem, ale na swoją obronę dodam, że nie określiłem, którego dokładnie wieczoru mam się zjawić :D]

    CASTOR AXELSEN

    OdpowiedzUsuń
  76. [Cześć, bardzo, ale to bardzo Cię przepraszam! Byłam chwilowo naprawdę nieogarnięta, przez chwilę byłam na wyjeździe, a potem nie mogłam się po nim pozbierać, ale no wymówki wymówkami, a nasz wątek nienapisany! Już się chyba ogarnęłam, więc jeśli wciąż masz ochotę napisać wątek w takiej formie, jak się umawiałyśmy, że Jessie rysuje Doriana na basenie, to ja mogę na dniach zacząć, a jeśli koncepcja Ci już nie pasuje, to mów, zmienimy ją trochę ;) Jeszcze raz przepraszam, głupio mi, że się tyle nie odzywałam.]

    Dorian Darcy

    OdpowiedzUsuń
  77. Cassian z kolei był jak idealny mechanizm, działający według określonych procedur; nie starał się podejmować spontanicznych decyzji, bo to one najczęściej prowadziły do zguby. Działał rozważnie, ostrożnie stawiał kolejne kroki i pławił w korzyściach, jakie czerpał od losu zawsze, gdy mógł po nie sięgnąć. Nie było tu żadnych mąk Tantala; bez cierpień sięgał po pożądane, wzruszając ramionami zuchwale, gdy ktoś tylko spróbował mu przeszkodzić.
    I choć tym razem, nie miał żadnych konkretnych planów, wiedział, że nie zrezygnuje. Skoro dziewczyna sama rzuciła się w jego objęcia; była łatwym łupem — zdobytym trywialnie i zdecydowanie za szybko. Nie chciała odejść jednak, więc jak mógłby ją odprawić?
    Po jej długiej wypowiedzi, zawierającej zarzuty i stwierdzenia, uśmiechnął się bardzo delikatnie, nie zdradzając przyszłych zamiarów. Nie było to żałosne, lecz śmieszne. Owszem, od tortur morderstwo odgradzała linia tak cienka jak włos anorektyczki; ale czy naprawdę myślała, że kogoś takiego jak Quatermaine, interesowały takie granice? Mógł zostać mordercą, przypadkiem ukrócić czyjeś cierpienia, zamknąć cudze oczy i doprowadzić na skraj — a jego maniakalne poczucie wyższości tylko przybrałoby na swojej sile. Można było doszukiwać się w nim wielu rozmaitych cech; całego wachlarza zachować niekoniecznie spójnych ze sobą i logicznych; nadaremnym wysiłkiem jednak było rozglądanie się za choćby zalążkiem skrupułów.
    Był bezwzględny. Cholernie bezwzględny; zaprzeczał idei człowieczeństwa, a wyrzuty sumienia nie dotykały jego sczerniałego serca — nie miał ich. Jego sumienie było spaczone, wadliwe — jeśli w ogóle istniało.
    — Nikt nie powiedział, że ewentualność skrócenia Twojego życia byłaby dla mnie ciężarem — rzucił tylko jadowicie; tym razem zdobył się na ton niepodobnie potworny, zdradzający ziarna zła, zasiane wokół duszy a mroczne, bezkresne owoce apatii można było rwać kiściami, nie przejmując się ewentualnym wyczerpaniem nakładów.
    Gdy znaleźli się w jego pokoju, zamknął drzwi na klucz, kładąc go na wysokiej szafce w rogu pomieszczenia. Nie musiał tego robić, ale zapobiegawcze działania nigdy nie mogły przynieść niczego złego — a bywały czasy, gdy jak opoka ochraniały człowieka przed durnowatym błędem.
    Jessie nie myliła się zbytnio, bo ściany jego pokoju miały odcień głębokiej czerni; nawet meble były czarne. Panował jednak pedantyczny porządek, a każda najmniejsza rzecz miała swoje własne, określone miejsce; nie było bałaganu, nie było chaosu ni bezkresnego nieporządku, jaki targał chłopcami będącymi w jego wieku.
    Obdarzył ją spojrzeniem jasnych oczu, pozwalając jej się swobodnie poruszać. Usiadł na łóżku, zasłanym czarną pościelą, obserwując jej ruchy i kolejne poczynania — wiedział, że Reek nie zareaguje bez komendy, więc zachował spokój, opierając dłonie o materac i rozpinając — pierwsze dwa guziki — na kołnierzu swojej koszuli.
    Nie było w tym podtekstu ani niczego pruderyjnego; po prostu, korzystając z mroku, przysporzył sobie wygody, trochę bardziej swobodnej od tej codziennej i pedantycznie doskonałości.
    Nie przerywał jej wywodu, nie mając zamiaru reagować na zabawne zaczepki, jakimi rzucała — zapewne ze stresu — badając jego pokój wzrokiem.
    Widząc jak gwałtownie zbliżyła się do Reeka w pierwszej chwili miał zamiar zerwać się gwałtownie i chwycić psa za obrożę. Zwierzę nie było przyzwyczajone do spoufalania się z obcymi i bardzo agresywne w stosunku do ludzi, którzy naruszali jego sferę komfortu. Psisko najwyraźniej jednak podświadomie wyczuło czyhającą za tym karę i nie zaatakowało, jedynie warcząc ostrzegawczo i spoglądając na obcą swoimi rozumnymi ślepiami.
    — Reek — zwrócił się do psa silnym, władczym głosem. — Pokaż gościowi jego miejsce — wymruczał ochryple, a zwierz wychylił się z cienia, zmuszając Jessie do odwrotu; korzystając z ciężaru ciała, łap i warknięć doprowadził do jej wycofania — a w rezultacie — ostatecznego runięcia w tył i wylądowania na kolanach swojego pana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie do końca to miałem na myśli — rzucił Cassian do psa, gdy Jessie spoczęła na jego kolanach, a on podparł ją dłonią za plecami. — Reek, światło — dodał po chwili, a psisko pobiegło w stronę parapetu; walnęło łapą w przycisk i zapaliło ledy, podwieszane przy suficie po lewej stronie pomieszczenia.
      Sięgnął do skrępowanych rąk Jessie i poprawił zacisk, zaobserwowawszy wcześniej jak bardzo się z nim męczy.
      — Strach tnie głębiej niż niejeden miecz — mruknął tajemniczo, odchylając włosy i zakładając za jej ucho. — Jak myślisz, czy buduję autorytet na lęku? — zapytał ochryple, uśmiechając się, czego oczywiście nie mogła zobaczyć. — Skrzywdzę Cię? Zabiję i poćwiartuję? A może wręcz przeciwnie... — zawarczał drapieżnie, wodząc palcami po jej plecach. — Jakie są Twoje przeczucia, Jessie Merrick?

      Quatermaine

      Usuń
  78. [Dziękuje za miłe słowa! Wydaje mi się, że Sloane bardzo chciałaby mieć przyjaciółkę, która byłaby jej skrajnym przeciwieństwem, z którą spędzałaby sobotnie wieczory na oglądaniu po raz enty Pamiętników Wampirów i omawianiu ostatnio przeczytanych książek. Znać by się mogły właściwie od przeprowadzki Ane do Stanów czyli załóżmy... od dziesięciu lat? Czy taki układ ci odpowiada?]

    Sloane

    OdpowiedzUsuń
  79. JK nie należał do osób, które mogły narzekać na nudę. Był osobą wiecznie zabieganym między nauką a lekcjami śpiewu czy tańcem. Nie wspominając już o pracy dorywczej, która wypełniała wolną przestrzeń jego już i tak napiętego grafika. Jednakże człowiek, nie maszyna, odpocząć też czasem musi.
    W związku z czym, młody mężczyzna poświęcał się dwóm czynnością, które skutecznie go odprężały. Pierwszą z nich były prace w ogrodzie jego ciotki, która wiedząc jak dobrą rękę do kwiatów ma JK, zwolniła swojego ogrodnika, pozwalając bratankowi zająć się bogato obsadzonym w różne rodzaje roślin ogrodem.
    Jednak, gdy wszelkie prace dobiegają końca, Jeon oddaje się czytelnictwu. Wujostwo chłopaka, posiada świetnie zaopatrzoną biblioteczkę, którą młody dokładnie przejrzał tytuł po tytule. Uwielbiał uczyć się nowych rzeczy, więc posiadanie wszechstronnej wiedzy zdobytej poprzez czytanie książek nie tylko fabularnych, ale też naukowych wiele dla niego znaczyło.
    Pewnego dnia znalazł kolekcję komiksów swojego kuzyna, które zostawił w domu przed swoją wyprowadzką. Wciągnął się w nie momentalnie, noce spędzał na czytaniu Marvelowskich opowieści, które wyjątkowo przypadły mu do gustu.
    Jednak, wszystko co dobre kiedyś się kończy, więc mężczyzna musiał się wkrótce udać do sklepu z komiksami, by wyposażyć się w nowe tytuły, które zajmą mu ostatnie wolne godziny jego cennego czasu.
    Wchodząc do sklepu, pokierował się od razu do działu, który najbardziej go interesował. Przeglądał komiksy tytuł po tytule, rozważając kupno co drugiego dzieła. Wiedział , że nie powinien wynieść od razu połowy sklepu, ale mimo to pozwolił sobie na wybranie większej ilości rysunkowej twórczości.
    JK’a zazwyczaj nie wtrącał się do konwersacji innych ludzi. Nadal w rozmowach ze znajomymi krępował go jego specyficzny akcent, który momentami był wyraźnie słyszalny w jego wypowiedziach. Poza tym, lubił trzymać się na uboczu, więc jeśli ktoś sam do niego nie podszedł lub on nie miał do kogoś jakiejś sprawy, to raczej nie było szans, na nawiązanie jakiejś relacji.
    Nigdy specjalnie nie podsłuchiwał rozmów, choć gdy coś tylko obiło się przypadkowo o jego uszy, od razu przysłuchiwał się całości z zaciekawieniem.
    -Przyszedłem, aby Pani pogratulować. Przeszła Pani do kolejnego etapu konkursu. –Słysząc te słowa, Koreańczyk uniósł wzrok znad przeglądanego aktualnie komiksu, by zbadać sprawę.
    Dojrzał dziewczynę, pracownicę sklepu, którą kojarzył ze swojej szkoły oraz eleganckiego mężczyznę, który był doręczycielem dobrych informacji. Kojarzył z opowieści, wśród ludzi z klasy, że kobieta była uzdolniona plastycznie, w związku z czym wywnioskował, że konkurs miał związek z malarstwem bądź rysunkiem.
    -Tytuł drugiego etapu to Zaczarowany Ogród - Na jej miejscu cholernie bym się cieszył z takiej tematyki...oczywiście gdybym potrafił narysować coś więcej niż stickmana. Chłopak chwycił wszystkie wybrane przez niego komiksy i gdy mężczyzna odszedł, podszedł do kobiety by zapłacić za swój towar. Przywitał się uprzejmie, jak nakazuje kultura, w ciszy czekając aż dziewczyna wszystko sobie skasuje.
    -Gratuluje. -przerwał ciszę, w dość nietypowy sposób, co z pewnością musiało zaskoczyć jego rozmówczynię.
    -Przypadkiem podsłuchałem Twoją rozmowę, nie zrozum mnie źle, wścibski nie jestem i nie wtrącam się w sprawy, które mnie nie dotyczą, ale ciężko zupełnie nic nie usłyszeć, stojąc dwa metry dalej. -Wyjaśnił, natychmiast się tłumacząc.
    -To jakiś plastyczny konkurs? -Drążył temat, w między czasie płacąc za komiksy.
    -Tematyka wydaje się być świetna. Jakbym miał namalować moje oba ogrody, to nie starczyłoby mi życia. -zażartował, pakując swój zakup.
    -Jeśli potrzebowałabyś rady w kwestii roślin, to pytaj śmiało. -zaoferował się, z delikatnym uśmiechem na twarzy.
    -JK -przedstawił się nagle, wyciągając dłoń w jej stronę. -Kojarzę Cię z zajęć, chodzimy razem na rozszerzenie, ale chyba nigdy nie mieliśmy okazji się sobie oficjalnie przedstawić. -Oznajmił, przyjaznym tonem głosu.

    Jeon Jungkook

    OdpowiedzUsuń
  80. Drake dostał zaproszenie od Maxa na domówkę. Odmówić nie miał najmniejszego zamiaru. I naprawdę go lubił, nie pamiętał kiedy już się poznali, ale był niemal pewny, że było to przez jego narzeczoną. A później jakoś załapali już ze sobą kontakt. Od czasu do czasu zdarzały im się wspólne wypady do baru w większej grupce, bo jakoś nigdy nie wyszło tak, aby poszli tam tylko we dwójkę. Zresztą, z większą ilością osób zawsze było zabawniej. Tego wieczoru i nocy Drake bawił się dość dobrze i wcale nie szczędził sobie alkoholu, którego było dość dużo. Każdy coś ze sobą przyniósł, więc trochę się tego nazbierało. No i Max też przygotował całkiem sporo. Zresztą kogo by nie spotykał słyszał tylko „A ze mną się nie napijesz?” i wyszło na to, że musiał się napić z każdym. Kiedy wszyscy byli już w genialnych humorach ktoś wpadł na pomysł, aby zagrać Twistera, co musiało wyglądać przekomicznie. Zwłaszcza, kiedy dorośli, pijani ludzie próbowali ustać w jednej pozycji. Z czasem gry im się znudziły i wrócili do tego co robili dawniej – rozmów, tańczenia, śpiewania piosenek które leciały i picia. To się nie miało prawa nikomu znudzić, prawda? Nie do końca pamiętał jak trafił do pokoju. Ten jeden pokój, który był zamknięty i nie można było do niego wchodzić, chociaż później miał wrażenie, że ktoś się tam tłukł. Znalezienie materaca, bo łóżka tu nie było, nie należało do trudnych zadań. W zasadzie to padł na łóżko, schował się pod kołdrą i kocem i zasnął przy ścianie. Spał skulony, czyli tak jak lubił najbardziej. Wtulony w małą poduszkę, z czołem przyciśniętym do ściany i spał. Nie czuł, że ktoś się krzątał w pokoju, ani tym bardziej, że ktoś kładzie się obok niego.
    Spało mu się całkiem dobrze. Potem zrobiło się gorąco, jakby leżał ktoś obok. Druga osoba mająca trzydzieści sześć stopni i sześć, a może trochę więcej? Mniejsza, było mu ciepło, więc zaczął się przez sen rozkopywać. A miał dość twardy sen. Zwłaszcza po ilości alkoholu, którą w siebie wlał. I doskonale wiedział, że następnego dnia będzie żałował wszystkiego co zrobił. Począwszy od kupna butelki, aż po ten durny konkurs który wypije więcej shotów. Czasem faktycznie miał wrażenie, jakby zatrzymał się na etapie osiemnastolatka, ale szczerze mówiąc to wcale mu ten fakt nie przeszkadzał. A przynajmniej na razie nie przeszkadzał. W końcu kiedy trzeba było umiał i wiedział jak się zachować.
    Musiał się do niej przytulić przez sen. Innego wytłumaczenia nie było. Jednym z jego odruchów było to, że kiedy z kimś spał od razu zaczynał się przytulać. I tak było tym razem. Pewnie spaliby sobie jeszcze tak w najlepsze przez jakiś czas, gdyby dziewczyna się nie obudziła. Dziewczyna o której Drake nie miał zielonego pojęcia, że jest obok.
    Z początku tylko mruknął coś pod nosem i dopiero później też krzyknął, kiedy oberwał poduszką. Takiej pobudki zdecydowanie się nie spodziewał. Krzyk sprawił, że ból głowy pojawił się natychmiast, a twarz od uderzenia poduszką nieco zabolała. Chociaż twarda wcale nie była.
    Poderwał się gwałtownie z materaca, przez co tylko bardziej zakręciło mu się w głowie i przez chwilę miał wrażenie, że zwymiotuje, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Pokiwał się w przód i w tył. I dopiero wtedy jego wzrok natrafił na dziewczynę, która okazała się być tą wojowniczką z poduszką.
    - Błagam cię nie krzycz – wymamrotał cicho, wolno znowu kładąc się na materacu i naciągając na głowę kołdrę. Nie przypominał sobie, aby lądował z kimkolwiek w łóżku, ale może… Cholera, jeśli coś faktycznie było to zaczynał żałować, że nic nie pamiętał. - I czego ty cholero chcesz? - mruknął ledwo otwierając oko, aby na nią spojrzeć.

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  81. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek wcześniej miał taką sytuację jak ta. Trafił do łóżka z całkiem niezłą laską, a ta zamiast normalnie się zachować zaczęła bić go poduszką! Zwykle scenariusz szedł w zupełnie inną stronę, a jeśli poprzedniego wieczoru się polubili to ranek spędzili jeszcze razem i dopiero potem każdy rozchodził się w swoją stronę. Tym razem jednak Drake był pewien, że między nim i dziewczyną nie doszło do niego. Dowód? Kiedy się kładł był tu sam, a po drugie mieli na sobie ubrania. Więc trudno było o to, żeby między nimi do czegoś doszło, kiedy oboje wciąż mieli na sobie ciuchy. No chyba, że jedynie wymieniali się zarazkami, ale tego też nie pamiętał. Nie trafił na dziewczynę, która z chęcią widywałaby w swoim łóżku obcego faceta. Zresztą on pewnie też nie byłby zadowolony, gdyby obudził się u boku jakiegoś nieznajomego gościa, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy.
    - Jezu drogi, uspokój się – warknął znowu podnosząc się na łóżku, kiedy oberwał po raz drugi. I w tej chwili jakby momentalnie kac zniknął, ale to był chwilowy zabieg, a on czuł się jak cały w skowronkach. Wyrwał poduszkę z rąk dziewczyny i odrzucił ją na drugi koniec pokoju, nie zamierzając pozwalać na to, aby znowu go uderzyła. Chociaż mieli tu jeszcze całkiem sporo poduszek, a Drake miał nadzieję, że dziewczyna nie sięgnie po coś znacznie cięższego. Złapał ją za oba nadgarstki i przycisnął do materaca, aby nie mogła wybrać żadnej cięższej broni, niż poduszka. I liczył, że to zadziała, bo teraz wcale nie zdziwiłby się, gdyby się nagle okazało, że dziewczyna ma od niego o wiele więcej siły.
    - Uspokoiłaś się już? - zapytał nieco spokojniej. Naprawdę nie uśmiechało mu się oberwanie po twarzy. Bał się raczej, że użyje swoich paznokci, które mogłyby mu mocno podrapać twarz, a tego naprawdę nie chciał. - Kiedy tu przyszedłem nikogo nie było, a więc to ty… wpakowałaś się do łóżka mi. Śmiesznie, nie? Nie patrzyłaś na to, że nikogo tutaj nie ma?
    Na pewno nie spodziewała się tego, że w jej pokoju będzie ktoś spał. Skąd zresztą Drake miał wiedzieć, ze to jest jej pokój? Co prawda Max mówił, że tu nie wolno wchodzić, ale kiedy chciał spać to już naprawdę go to nie interesowało.

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  82. Logika również bywała rzeczą względną, nawet pomimo odgórnie narzuconych ram, jakie rzekomo spajały ją na składną całość, prezentowaną przez większość powszechnie wyedukowanych profesorów. Jej analiza mogła wykazać błędne rozumowanie, a w rezultacie niepoprawnie podjęte kroki, przeczące psychicznym wyobrażeniom, kreślącym w przestrzeni następstwa przewidywalnego działania, które powinno wyniknąć z określonych punktów odniesienia. Skwitował jednak milczeniem jej zarzuty, nie czując potrzeby wdawania się w bezowocną dyskusję, której wynik już na starcie gry był z góry przesądzony; być może powtarzał klasę — choć i to podległoby dłuższej polemice — stanowił jednak permanentny przykład człowieka inteligentnego, wykorzystującego swą wiedzę w niepoprawny sposób; logicznie rzecz ujmując czynił rzeczy złe, które przy swoim poziomie umysłowym powinien był bez problemu do takowych zakwalifikować. Sytuacja jednak malowała się jako ewidentne, przemyślane działanie — i tu właśnie leżał pies pogrzebany, bo Quatermaine z czystą premedytacją czynił rzeczy haniebne, chcąc kształtować los na swoich warunkach, nie zważając na uczucia, czy potrzeby innych. Przemawiał przez niego czysty, namalowany grubą linią egoizm, niewynikający z zaślepienia wewnętrznym ego; niezmącone poczucie pewności miało potężne fundamenty, których nie był w stanie zburzyć byle postawiony taran.
    Tak jak zawsze i tym razem sytuacja podlegała jego jurysdykcji; zwierzę, choć straszne i agresywne nie śmiało postawić się panu, który swoją drogą wcale nie wymuszał posłuszeństwa żadnymi wymyślnymi torturami. Pies po prostu czuł panującą wokół Cassiana aurę, a w dalszym rozrachunku przyjmował strach i szacunek do człowieka, który potrafił stawić czoła psiemu wigorowi. Z tego powodu wydarzenia rzadko wymykały mu się spod kontroli, następując po sobie jak lalki na sznurku, trzymane przez wyrafinowanego marionetkarza, niepokazującego swojej twarzy publice.
    Nie mógł dostrzec jej uśmiechu, gdy znalazła się bezpośrednio na nim, ułożona na jego kolanach; jakby podświadomie wyczuł jednak jej nastrój i mimiczne ruchy, towarzyszące emocjom, jakie prawdopodobnie gorały w jej głowie wielkim, nieposkromionym ogniem.
    Gdy przyznała mu rację wcale nie poczuł ogników, tańczących na rozdmuchanym ego. Jego osąd nie został zmącony przez arogancką zasłonkę, z reguły mglącą widok mężczyzn, gdy komplementy dotykały ich do kości. Tak naprawdę nie odczuł niczego; żadnej euforii, zadowolenia, ukłucia radości, że w jakiś sposób zyskuje nad nią kontrolę. Tylko pustkę, niezmąconą szeptem; czarną otchłań i ciszę, jaka rozbrzmiewała mu w umyśle.
    Wcale nie zaskakiwała go miękkość jej skóry, choć musiał przyznać, że aksamitna gładkość stanowiła miłą odmianę od szorstkich łap Reeka, który z jakiejś przyczyny przysiadł wygodnie na rogu, obserwując ich uważnie mądrymi, psimi oczami.
    — Owszem — potwierdził jej słowa, udając, że wcale nie jest tak sprytny, by podłapać jej chytry plan; nie do końca wiedział, do czego zmierza — zdawał sprawę jednak, że na pewno coś kombinuje, a próby wpłynięcia na jego ego są wyłącznie fałszywą grą, mającą zmylić go i wytrącić z równowagi. Już niejednokrotnie kobiety próbowały dotrzeć do niego poprzez spodnie; winą ich jednak nie było niebranie pod uwagę umysłu, a jedynie urodzenie się płcią piękną. Bo w końcu, skąd mogły wiedzieć, że działanie ów wcale nie pozbawi ich zdrowego rozsądku i nie zamieni w parę prymitywnych bestii, łaknących jedynie seksu i zaspokojenia pierwotnych potrzeb?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie drgnął, gdy się przekręciła, spotykając twarzą w twarz z człowiekiem, przed którym od lat przestrzegała ją Khloe; nie było nic dziwnego w naturalnym pociągu do tajemnicy, zakopanych sekretów, które czyhały głęboko na dnie ludzkich umysłow.
      Pozwolił jej mówić, choć spojrzenie miał nieprzeniknione, pełne niebieskiej bezdennej wody; jakby ciche, wytłumione wyższym celem.
      Kiwał tylko głową, nie racząc się odpowiedzieć, nie obdarzając słowem, które mogłoby pokrzepić, rozwiać wątpliwości i potwierdzić, że i owszem; dąży właściwą drogą, pragnąc rozwiązać sekret jego duszy, upleciony przed latami w kamiennej jaskini.
      Udał, że drgnięcie jej twarzy wcale nie wywołało w nim emocji, a oczy nie błądziły bezradnie, kącikiem badając jej sylwetkę.
      — Dobry z Ciebie gracz, Merrick — rzucił w końcu, zachrypniętym, pewnym i silnym głosem. Uniósł dłoń, by musnąć palcami jej policzek, pogładzić go ostrożnie i zatrzymać kciuk na jej dolnej wardze, po której przejechał powoli, jakby sycąc się wiszącym w powietrzu napięciem.
      — Istnieje prawdopodobieństwo, że masz rację — podjął, zawieszając wzrok na jej ustach i zaraz przesuwając go na oczy. — jak również, istnieje prawdopodobieństwo, że jej nie masz — wymruczał po chwili, nachylając się, by mokrym pocałunkiem oznaczyć jej szyję tuż pod uchem. — Nie ma rzeczy pewnych. Są tylko niewiadome i przewidywalne — wymruczał, gorącym oddechem znacząc jej szyję ścieżką gęsiej skórki, jaka prawdopodobnie sprószyła wszelkie fragmenty jej ciała. — Mawiają, że patrzenie na usta jest poważnym naruszeniem etykiety, ponieważ w potocznym slangu oznacza ochotę na seks — podjął nadal przy jej uchu, ślimaczym ruchem przenosząc twarz, by znów spojrzeć w jej ciemne oczy. Tańczące w nich światło sprawiało wrażenie kalejdoskopu, a przynajmniej takie porównanie zapanowało w jego myślach, gdy ponownie ich spojrzenia zetknęły się w długim, intymnym kontakcie.
      — Chyba żadne z nas nie należy do osób kulturalnych, prawda? — zapytał retorycznie, powoli, cichutko. A potem prawą dłoń oparł na jej karku i ostrożnie przyciągnął do siebie, miażdżąc jej usta w namiętnym pocałunku, tańcu splecionych ze sobą języków i diabelskiego gorąca, jakie obejmowało roziskrzone od wyładowań ciała, złączone w chwili zespolenia.
      Lewą dłonią jednocześnie rozwiązał swój krawat, uwalniając jej dłonie, a potem niedbale przerzucił go sobie przez ramię, zupełnie nie kwapiąc się pilnować, pedantycznego porządku Cassiana Quatermaine, który przecież zawsze szczycił się nienagannym wyglądem.

      Quatermaine

      Usuń