1 lipca 1970

Z życzliwym wielkim sercem idź teraz proszę w świat. Niech prowadzą ciebie ręce, niewidzialny dobry duch.


TOMMY HAMMERSMITH
kapitan drużyny lacrosse, rozszerzona historia i język francuski
IV klasa
To nie jest historia o smutnym początku i jeszcze smutniejszym zakończeniu. To raczej opowiastka, jak jedna z wielu, która najlepiej brzmi przy zimnym piwie i wieczornym ognisku. Są w niej miodowe płatki śniadaniowe jedzone na kolację i najpiękniejsze sny zdarzające się o trzeciej po południu. Przejażdżki samochodem w upalne dni i rowerowe wędrówki w strugach deszczu. I burze. Burze oglądane w szeroko otwartym oknie i niewytłumaczalny lęk w ciemności. Mnóstwo w niej nieprzeczytanych książek i płyt winylowych kupowanych do zapomnianej kolekcji. Marzeń o samotności w tłumie ludzi i pragnieniu towarzystwa w osamotnieniu. Głośnej muzyki w środku nocy i bólu głowy w absolutnej ciszy. Odrobina uśmiechu w smutku i żartów w niestosownych chwilach. I powaga wtedy, gdy wszystko wokół zaczyna wariować. To opowieść o niechęci do słowa ale, i ostrożności w nazywaniu kłamstwem niedopowiedzenia. O charyzmie i pewności siebie w gronie przyjaciół i nieśmiałości przy tej jedynej. O zapachu zachodzącego słońca, dotyku bezwietrznej pogody i brzmieniu lśniących o północy gwiazd. Jest w niej miłość do ludzi nienawistnych i nienawiść do ludzi kochających najmocniej. Słabość w niebezpieczeństwie i odwaga prowadząca do absurdu. Złość pokonana we śnie i ból mięśni napędzany spokojem. To historia setek wierszy nie nadających się na teksty piosenek i piosenek piękniejszych od tomików poezji. Łagodnej duszy zamkniętej w buntowniczym ciele i umyśle podsuwającym argumenty o wiele za późno. Gorzkiej czekolady zjedzonej na deser i mocnej kawy wypitej w łóżku przed snem. Kilka słów o poszukiwaniu kiepskich autorytetów i robieniu  na przekór tym, którzy dobrze radzą. O podejmowaniu życiowych decyzji bez namysłu i namyślaniu się nad kupnem nowej pary spodni.
Wreszcie to opowieść o świecie, w którym góra jest dołem, piękno – brzydotą, a w brzydocie tkwi pewien urok. O świecie, w którym pytania zadaje się po fakcie, a wniosków nie wyciąga się nigdy. O świecie napisanym kolorowymi kredkami i pomalowanym czarnym długopisem.
Opowieść o świecie tak prostym, że łatwo zagubić się w nim na dobre.
























Więcej

Kontakt do autora: przedniastronalisa@gmail.com

26 komentarzy:

  1. (Nareszcie udało Ci się napisać tę kartę i muszę przyznać, że warto było czekać. Tommy to nie Kordian, ale ja wciąż wiszę tu z Huesos, a Ty jesteś dłużny mi wątek. Chyba, że nie masz ochoty, wtedy wal prosto z mostu.

    nothingetsforgiven@gmail.com)

    Huesos Jimenez

    OdpowiedzUsuń
  2. [Zjadłabym miodowe płatki z mlekiem... :D
    Jak zwykle, Twojej karcie towarzyszy jakiś wyjątkowy pomysł na urokliwy tekst, napisany w sposób niesztampowy i inny - oczywiście szanuję i bardzo podziwiam. Postać jest równie świetna co poprzednia i mam nadzieję, że tym razem tak brzydko bez słowa nam się nie zmyjesz, o! :D W każdym razie, Tommy jest cudowny, więc mam nadzieję, że będziecie się tu cudownie bawić! ♥]

    Cassian Quatermaine

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hej!
    Po pierwsze pochwalę treść karty, która bardzo przypadła mi do gustu. Jest taka... inna, ale w tym bardzo pozytywnym sensie! :) Po drugie sama forma... Ile ja bym dała, aby umieć robić takie cuda z grafiką.
    Po trzecie zapraszam do siebie, o ile jest chęć. Myślę że się dogadają. Tym bardziej, że Tommy gra w lacrosse, a to jedyna gra zespołowa, której Jessie nie uważa za idiotyczną :D]
    Jessie Merrick

    OdpowiedzUsuń
  4. (hej, hej :) fajny pan, mówiąc szczerze. Witam cię wśród autorów, masę weny i ciekawych wątków :D chętnie powiązała bym moją Ophelię z Tommym :P)
    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  5. [Ten kto wymyślił zakreślacze i cienkopisy powinien dostać jakąś mega nagrodę. Naprawdę! Wykłady i nauka nie byłyby takie owoce, gdyby nie te magiczne rzeczy. A jak nic nie wejdzie do głowy na egzamin, to chociaż się humor poprawi. Kolory zawsze poprawiają humor :D
    I... właściwie nie mam czego wybaczać. Jako jedyny odkryłeś mój dobrze ukrywany sekret pochodzenia imienia Jessie, więc w sumie gratulacje xD.
    Podobają mi się oba Twoje pomysły. Ale zrobiłabym to tak: Jessie przychodzi na mecze i to nawet często, bo to zwyczajnie lubi. Zaczęłaby szkicować ich podczas takiej gry. Tommy zarzuciłby jej, że te postaci są za mało...*wstaw słowo, które mi uciekło i nie ma zamiaru powrócić* i dlatego zabrałby ją na trening, aby zobaczyła, jak to wygląda od kuchni. No i starałby się ją nauczyć gry. Albo chociaż podstaw :D
    Daj znać, czy Ci pasuje. A zacznę dziś o bardziej normalnej godzinie.]
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  6. [Uwielbiałam kartę Kordka, ale tą kocham jeszcze mocniej, wiesz? A że Twój styl pisania lubię, to też już wiesz. Chodź, może uda nam się coś stworzyć.]

    znajdź mnie, jeśli potrafisz

    OdpowiedzUsuń
  7. [Brawo Ty! I proszę bardzo, uwielbiam niszczyć komuś dzień.
    Dlaczego ten Tommy musi mieć takie seksowne spojrzenie? Owszem, mogą spalić razem pół miasta, ale niech lepiej na Staśka nie patrzy, bo grozi katastrofą. Stawianie na drodze zadeklarowanemu homosiowi takiego przystojniaka jest wręcz nieludzkie, ale że lubię ranić moje postaćki, to biorę. Będzie musiał się z tym pogodzić.
    Nowa znajomość czy może mają już jakąś przeszłość?]

    Staś

    OdpowiedzUsuń
  8. [O to, to! Chociaż osobiście mam z tym spokój przez trzy miesiące. Tak mało, a tak cieszy :D
    I… cóż, niewiele mam do zaoferowania poza zaczęciem. Ale jakbyś kiedyś chciał pomarudzić na sesję, notatki, czy pogadać o zaskakującym wpływie cienkopisów i kolorowych markerów na naukę, to zapraszam na mejla, sądzę że się dogadamy :D
    I daj znać, czy długość jest okej.]

    Przeciągnęła się, a coś strzeliło jej w karku. Skrzywiła się delikatnie i przyłożyła sobie dłoń do tego miejsca. Krótko je rozmasowała i przesunęła wzrokiem po otaczającej ją rzeczywistości. Na podłodze walały się kartki z rysunkami i innymi notatkami. Na łóżku, za które robił mega wygodny materac, którego nigdy w życiu by nie wymieniła, pościel była rozrzucona. Torba jak zwykle była rzucona w kąt, a biurko idealnie czyste. A ona sama stała niczym kołek pośrodku tego wszystkiego i zastanawiała się, co takiego powinna dziś założyć.
    Pogoda dopisywała. Słonko świeciło i nie było żadnej chmurki. Po otworzeniu okna, szybko je zamknęła, bo nie chciała, aby przyjemny chłód zbyt szybko opuścił jej pokój. Podrapała się po głowie, żałując, że wczoraj ubrała swoje ulubione spodnie. Niby mogłaby je dziś jeszcze raz założyć, jednak plamy od sosu czekoladowego wyraźnie było widać już z daleka. I co miała ze sobą poradzić?
    Po długich męczarniach doszła do wniosku, że to przecież i tak bez znaczenia. To dziś miał być ten magiczny dzień, w którym nauczy się gry w lacrosse. Taki był plan, jednak czy on wypali? Może gdyby sama siebie nie znała, to jeszcze by w to uwierzyła. Jednak jeśli naprawdę miała się czegoś nauczyć, to jeden trening z całą pewnością to za mało.
    Przebierając się w szkolnej szatni, zaczęła się zastanawiać dlaczego w ogóle się zgodziła. Co takiego strzeliło jej do głowy, podczas tamtej rozmowy. Wystarczyło kilka słów, jedna propozycja. I oto efekt. Siedziała w szatni, czekając aż wybije odpowiednia godzina.
    Odkąd dowiedziała się, co to jest gra w lacrosse przychodziła na mecze, kibicowała i świetnie się bawiła. Nienawidziła gier zespołowych, a w ten było coś… dziwnego i niezrozumiałego, nawet przez nią samą. Było ciekawie, choć niewiele się różniła od pozostałych gier. Najbardziej lubiła tę nieprzewidywalność. Właściwie prawie nigdy nie było wiadomo, czy zawodnik rzuci piłkę, złapie piłkę, czy dostanie kijem po głowie, albo czy się nie przewróci na boisku. Podczas meczy tylko czasami jej się nudziło i tylko czasami sięgała po szkicownik, aby coś narysować. Zawodnicy podczas gry byli idealnymi ofiarami. Sama czuła, że w jej pracach czegoś brakuje, czegoś czego sama nie potrafiła określić. A kiedy jeszcze usłyszała taką uwagę od kapitana… musiała coś z tym zrobić!
    Splotła włosy w warkocz, a pojedyncze kosmyki pospinała wsuwkami, aby jej nie przeszkadzały. O umówionej godzinie, w kolorowych, obcisłych dresowych spodniach i zwykłej szarej koszulce zjawiła się na boisku. Rozejrzała się wkoło.
    — Hej! — Zawołała, uśmiechając się radośnie. — To… co na początek?
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  9. [Może zamiast klasycznego powitania zacznę od pochwały, bo czemu by nie — świetnie napisana karta. I to naprawdę świetnie. Z resztą, wygląd też pierwsza klasa. A co do okularów, to sam się z nimi męczyłem, ale soczewki okazały się zbawieniem, pewnie stąd pojawiło się to u Matta. :)
    Można narobić jakiegoś bałaganu w szkole lub po prostu szatni po meczu. Burza mózgów?]

    Matthew Rose

    OdpowiedzUsuń
  10. [Lisie, jak Ty ładnie piszesz! Witam Cię tak już bardziej oficjalnie, bo chyba wcześniej nie miałam przyjemności. Wpadnij gdzieś do mnie, to nad czymś pomyślę, o ile stwierdzisz, że któraś z moich postaci jest warta wątku. Powodzenia i życzę ciekawych wątków!]

    Priscilla // Charlie // Daniel

    OdpowiedzUsuń
  11. [Obiecuję ewentualnie nad nim panować, choć może nie okazać się to zbyt trudne. Ma swoją wielką miłość, nie mógłby Attanka skrzywdzić, więc na chwilę obecną Tommy jest bezpieczny ;D
    No dobra, rozumiem że palenie miasta jest czysto metaforyczne, a ja mocno zardzewiałam na tym urlopie, ale coś tam wymyśliłam. Można ich wpakować w coś złego. Załóżmy, że znajdą się w nieodpowiednim miejscu w niewłaściwym czasie. Wyjdą na miasto, może z jakąś imprezą w planach, pomylą adresy i znajdą się w jakiejś melinie, a tam... nie wiem, ale wydarzy się coś, przez co będą uciekać, gdzieś może policja w tle. Moja głowa ma chore pomysły. Jak masz coś lepszego to dawaj.]

    Staś

    OdpowiedzUsuń
  12. [Witam! Bardzo ciekawie napisana karta, podoba mi się. Sam Tommy również jest świetny. Udanych wątków i jeśli masz chęci na jakiś to wpadaj, może wspólnymi siłami udałoby się coś wymyślić :)]
    Willie

    OdpowiedzUsuń
  13. [Uff, a już się bałam, że to ze mną coś jest nie tak ;D
    Sounds like a plan, resztę bym im zostawiła, zobaczymy jak się to rozwinie, hm? Ale bezkarnie zaczęcie zostawię Tobie, a co!]

    Staś

    OdpowiedzUsuń
  14. [Racja, nie ma co się teraz stresować. A do października jeszcze tyyyyyle czasu :D]

    Spojrzała na niego spod byka. A potem zabrała mu swój warkocz i zarzuciła na drugie ramię. — Zapuść włosy i zrób swojego warkocze. Chociaż w sumie… jakby się uprzeć, to takie mini warkoczyki można by ci na grzywce zrobić — mruknęła, sprawdzając, czy na pewno z jej warkoczem jest wszystko w porządku. Dopiero kiedy upewniła się, że wszystko jest okej, to – dla zasady – cofnęła się nieco, aby już nie tak łatwo mógł do niej dosięgnąć.
    Z każdą mijająca chwilą, czuła narastającą złość. Nie dlatego, że mówił o tych wszystkich rzeczach. Ale dlatego że po prostu mówił. I przez to nie mogła się wtrącić. Tysiące słów przelatywało przez jej głowę i nie mogła znaleźć odpowiedniego momentu, aby się wtrącić i coś odpowiedzieć. Cokolwiek.
    — Czyli kopnąć cię w tyłek nie mogę, ale ty nie możesz mnie wynieść z boiska. Choć w sumie nie rozumiem, po co chciałbyś mnie wynosić z boiska… Ale co w momencie, w którym na przykład… tak oberwę, że nie będę w stanie się podnieść? Bo na przykład jakoś źle upadnę, czy coś? Właściwie nigdy nie widziałam, aby były jakieś czerwone, czy inne kolorowe kartki. Są jakieś kary dla zawodników? — Zapytała, uśmiechając się szeroko. Uważnie przyjrzała się kijowi, który właśnie trzymała. Na chwilę się wyłączyła i jedynie dokładnie badała trzymany przedmiot. Często przychodziła na mecze, jednak jeszcze nie zdarzyło się, aby miała bezpośredni kontakt ze sprzętem. Właściwie nawet nie spodziewała się, że kij będzie takiej wagi. Nie za ciężki, ale też nie za lekki.
    Złapała kij w odpowiedni sposób, patrząc spod byka na chłopaka. — Dobra. Ale dlaczego ręka dominująca bliżej kosza? To nieco bezsensu mi się wydaje. No bo zobacz. Skoro to dominująca, to znaczy, że… no powinna rządzić, jakby nie było. A mówisz, że to od tej niedominującej zależy nachylenie kija, które ma ogromny wpływ na wszystko. Chyba że to ma znaczenie w późniejszej grze. A to w takim razie twoja wina, bo nie zwróciłeś na to uwagi wcześniej — uśmiechnęła się od ucha do ucha, ciesząc się, że w końcu odbiła sobie te kilka chwil nieznośnego milczenia. Stanęła w odpowiedniej pozycji, patrząc to na piłkę, to na kij.
    — I jeszcze jedno pytanie! Po co jest ten podział na obrońców, atakujących i tak dalej. Bramkarza to rozumiem, bo stoi na bramce. Ale tak właściwie reszta to biega po boisku, więc co za różnica na jakiej gra pozycji? Chyba tylko na początku. A! I na jakiej właściwie ty grasz pozycji? — Posłała mu rozbrajający i nieco przepraszający uśmiech.
    — Mam nadzieję, że wieczoru nie masz zarezerwowanego. Po treningu wypadałoby iść coś zjeść. A nie lubię sama chodzić. Znam taką świetną knajpkę, tutaj niedaleko. Mają genialne naleśniki i jeszcze lepsze desery. Więc pójdziesz ze mną? — zapytała, na moment zadzierając głowę w górę i celując w niego końcem kija. — A! I jeszcze jedno. Nigdy nie przekopywałam ogródka, więc nie za bardzo wiem, jak to się robi. Ale podejrzewam, że może chodzić ci o to… — Zacięła się. Wróciła do odpowiedniej pozycji i mało sprawnym ruchem zgarnęła piłeczkę z trawy. — Udało się! — Zawołała, uśmiechając się radośnie. — To… co dalej?
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  15. [O mój borze szumiący, to Ty! Ja już Cię i wtedy wychwaliłam, to wiem. Aczkolwiek byłam ostatnio tak zakręcona, że zapomniałam skąd znam Twój nick. Wybacz mi.
    To ja nam zacznę, bo pomysł jest cudny i nie zmieniam w nim nic, a nic :) ]

    Priscilla

    OdpowiedzUsuń
  16. [Oh, ale fajnie napisana karta *,* Jestem pod wrażeniem, serio. A Tommy to fajny chłopaczyna, Jackie chętnie by się z nim zakumplowała czy coś :D Także jeśli masz ochotę, zapraszam! I baw się dobrze na blogu :)]

    JACQUELINE

    OdpowiedzUsuń
  17. [A masz coś konkretnego na myśli? Bo póki co, ja żyję jutrzejszym wyjazdem i jeszcze niespakowaną walizką xD]

    — Czemu nie? Ale proces rozrostu twoich włosów, byłby zabawny. Teraz są całkiem, całkiem. Do twarzy ci w nich. Potem byłbyś takim… emo. Nie wyśmiewam się z nich, ale czasami zabawnie wyglądają. A potem… glany, gitara i byłbyś pożądaną gwiazdą — parsknęła śmiechem. Przekrzywiła lekko głowę i skrzywiła się lekko, starając się wyobrazić taki widok. — Lepiej ci w takich — skomentowała na koniec. — A moje włosy nie zawsze będziesz miał do dyspozycji. — Zrzuciła warkocz z ramion na plecy.
    Słuchała go uważnie, układając sobie wszystko w głowie. O części zapomniała, nim skończył mówić. Jednak, na szczęście, była to tylko niewielka część. Jej ciekawość w pewnym stopniu została zaspokojona, a coś w głowie mimo wszystko zostało. — Ale to i tak bezsensu. Takie nazywanie i rozdrabnianie się. O ile z tymi faulami, to jeszcze potrafię zrozumieć. Bo odróżnienie i tak dalej. Ale nazywanie tych pozycji? To trochę… taka zabawa w nazywanie, słownictwo. Po co sobie życie utrudniać? Zresztą, potem i tak wszyscy ganiają po boisku w jedną, bądź drugą stronę. To nieco durne jest. Na przykład taka piłka nożna, biegają po całej długości boiska. W jedną stronę i w drugą. I tak w kółko i w kółko. A jakby każdy z nich miał własną piłkę, to nie musieliby za jedną biegać. W lacrossie podoba mi się ta nieprzewidywalność. To też durna gra. Bo jakby każdy miał w koszyczku swoją piłkę, to nie musiałby ganiać za jedną. Ale… nigdy nic nie wiadomo. Albo rzucisz piłeczkę, albo dostaniesz w kija… — Zacięła się, czując go tuż za swoimi plecami. Bliskość drugiej osoby od zawsze działała na nią, niczym taki wyłącznik. Wystarczyło stanąć za nią, dotknąć jej ręki, czy przypadkowo szturchnąć ramieniem – od razu na chwilę przestawała mówić i włączała się dopiero po jakimś czasie.
    Mruknęła cicho, posłusznie nieco kierując ciałem. — Jak mam kierować całym ciałem, skoro stoisz za mną? Ograniczasz mnie — stwierdziła, nie kryjąc rozbawienia. Dała się mu pokierować, a kiedy piłeczka wylądowała całkiem daleko od nich, wyszczerzyła się szeroko, wyraźnie z siebie zadowolona.
    — Owszem, powinieneś. Ale, że się na to nie zapowiadało, to wzięłam sprawy w swoje ręce — zaśmiała się. Stanęła w odpowiedniej pozycji i właśnie przymierzała się do rzutu. — Ej, bo czegoś tu nie rozumiem… Zaprosiłam cię na deser i kolację, a ty stawiasz warunki? I to jeszcze jakie? Właściwie nie wiem, czy mam cię czego uczyć. W gadaniu czasami mi dorównujesz. Jesteś w klasie wyżej, więc jakaś pomoc w tych dziedzinach również odpada. Może… nie wiem — zrobiła zabawną minę. — Zresztą, nie ma o czym mówić. Nagrodą za trening miała być kolacja. A ty jesteś bardziej interesowny ode mnie — zaśmiała się. Odwróciła się do niego tyłem, ustawiła w odpowiedni sposób i zamachnęła się kijem. Piłeczka poleciała kilka metrów dalej, natomiast Jessie mruknęła cicho.
    — I jak mi poszło?
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  18. [Na wakacje, do domu :D. najwyższy czas się rozstać ze studenckim mieszkankiem xD]

    — Żądań? Mam w poważaniu twoje żądania — mruknęła wywracając oczami. A kiedy na chwilę się odwrócił, pokazała mu język. Z jednej strony jedynie żartowała, bo całą tę rozmowę traktowała jako żart, jednak była również druga strona; Jessie naprawdę nie lubiła kiedy ktoś coś jej kazał, a tym bardziej od niej czegoś żądał. Potrafiła zrobić nieźle na złość, jednocześnie krzyżując wszystkie plany.
    — Już to zrobiłam — odparła, jak gdyby nigdy nic. — Wygląda to trochę bezsensu, bo mają te piłki, ale nie mają co z nimi robić. Odbijać w samotności? To jeszcze bardziej debilne, niż bieganie w kółko po boisku za jedną — zaśmiała się. — Ale od czucia mam ciebie. Skoro potrafisz grać i czujesz to, a ja potrafię rysować…. Lepszego układu jeszcze nie miałam — powiedziała, bawiąc się kijem. Przekręcała go i uważnie oglądała z każdej możliwej strony. Jakby się uprzeć, to mogła być z niego całkiem solidna broń. Jakby się wysiliła i palnęła kogoś w głowę, to nawet mogłaby nabić sporego siniaka. Myśląc o morderstwie kijem od lacrosse, nie miała na myśli nikogo konkretnego. Tylko czasami miała ochotę zrobić komuś krzywdę. Ale taką nietrwałą. Potem jej przechodziło i całkowicie zapominała o tym temacie.
    — Nawet jakbym cię sfaulowała, to i tak będziesz drążył ten temat — stwierdziła. Stanęła w odpowiedniej pozycji i skrzywiła się delikatnie. — Ale to nie jest fair, wiesz?! Bo mam pod wiatr! — Zawołała tonem małego, smutnego dziecka, któremu ktoś odebrał ulubionego lizaka. Nawet zrobiła minę, podobnie zbolałą do tonu głosu. — Ale okej, okej. Nie marudzę i postaram się. Ale najpierw ci powiem, że masz rację. Jest tutaj o czym mówić. Właściwie możemy o tym porozmawiać, ale za chwilę. — Stanęła, wzięła zamach i posłała piłkę. Celowała w niego. I to dosłownie. Jednak najwyraźniej włożyła w to o wiele za mało siły, ponieważ piłka wylądowała kawałek przed nim.
    — W zamian za trening, zaprosiłam cię na kolację. Tymczasem postawiłeś mi warunek, że jeśli pójdziesz ze mną na kolację, to mam cię czegoś nauczyć. Swoją drogą nawet nie do końca wiem czego, bo tego nie sprecyzowałeś. Ale… Czujesz, że tutaj coś nie do końca gra? — Zapytała, podchodząc bliżej niego. Zgarnęła piłeczkę do koszyka przy kiju. — Swoją drogą, słusznie zauważyłeś, że to ty powinieneś zaprosić mnie. A wtedy ja, zgodziłabym się z tobą wyjść i umilić ci wieczór swoją osobą. — Na koniec posłała mu rozbrajający uśmiech. I nim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się na pięcie i wróciła na poprzednie miejsce. Znów przybrała odpowiednią pozycję, ze zdziwieniem odkrywając, że coraz bardziej jej się to podoba, a potem wzięła zamach. Piłka po raz kolejny poszła w ruch.
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  19. [Eh, trochę zazdro xD. Bo ja przez ostatnie półtora tygodnia siedziałam w mieszkaniu całkiem sama, bo moja współlokatorka, stuknięta fanka Harryego Pottera, pojechała sobie do domu. A ja zostałam jak kołek, bo ostatni egzamin, bo po ocenach trzeba uzgodnić termin poprawy, bo w weekend się do pociągu nie zmieszczę xD. Ale co mi strzeliło do głowy, aby wracać o 7.30 to ja nie wiem ;___;]

    Musimy porozmawiać, użyłabym gdybym chciała oznajmić ci wesołą nowinę o ciąży. Ewentualnie o zerwanych zaręczynach. A, jak sam dobrze wiesz, to nam nie grozi,więc nie masz się czym martwić. Muszę ci coś powiedzieć, zazwyczaj oznacza zdradę. I ciążę z innym, a to też nam nie grozi. A co do rób, co chcesz, to… no cóż. Z tym to różnie bywa. Ale nie masz się czym przejmować. Zazwyczaj nie jest to nic strasznego. Chyba że akurat jest. Ale tutaj trzeba to po prostu wyczuć, bo nie da się tego dobrze wytłumaczyć — wyjaśniła. Mimo wszystko w tym wszystkim jakaś pokrętna logika była. Ba!, nawet ona ją dostrzegała. Tylko niekoniecznie wiedziała, czy ktoś, kto nie jest nią, również to zrozumie. — I naprawdę nie mam do ciebie o to pretensji. Tak, jak wspomniałam wcześniej, zaprosiłam cię na kolację w zamian za trening. Więc moim zdaniem jesteśmy kwita. I, jak możesz nie czuć, że tu coś nie gra? Zawsze, kiedy dziewczyna cię gdzieś zaprasza, wymagasz od niej jakiś warunków? — Przekręciła lekko oczami, nie kryjąc się ze swoim rozbawieniem. — I myl naszej kolacji z randką. Aż do wydania ostatniego, podsumowującego numeru, nie możemy randkować ze sportowcami, czy innymi naukowymi świrami — westchnęła, ze zdziwieniem zauważając, że coraz oszczędniej zaczęła dobierać słowa. Musiała się przestawić na swoje tory myślenia, bo zaczynała się czuć nieswojo.
    — Ej! Ale ja cię nie obrażam! — Warknęła, patrząc na niego spod byka. Właściwie to nie wyglądała groźnie. Raczej zabawnie. Gdyby miała drugiego warkoczyka i różową sukienkę, mogłaby śmiało startować w castingu na najbardziej urocze i obrażone dziecko w roku. — Nie kwestionuję twojego talentu do gry w lacrosse. Ale i tak uważam, że to twoja wina. Jesteś za mało inspirujący. Taki… momentami nijaki. I nawet nieco przewidywalny, bym powiedziała. Jako zwykły obserwator, bez żadnych osobistych pobudek, muszę stwierdzić, że momentami przydałoby ci się więcej szaleństwa. Takie wyjście poza schemat, w ramach tych wszystkich, momentami durnowatych, zasad gry. — Powiedziała, stawiając kij na trawie. — Ale, na szczęście, masz mnie. I dzięki temu nie zamienisz się w prykowatego nudziarza — posłała mu swój firmowy uśmiech, jakby co najmniej była jakąś celebrytką, czy kimś tego pokroju.
    — Mam lepszy pomysł. Jeśli złapię piłeczkę, to idziemy coś zjeść. Potem wracamy. I po tym, jak zaliczmy kolejny etap nauki, to zrobimy jakiś zakład, albo zawody. Coś, co uatrakcyjni naszą rozgrywkę. Wiesz, będzie wyzwaniem — zaproponowała. — Możemy się założyć o… właściwie o wszystko. Prawie wszystkie chwyty dozwolone. — Stanęła i odpowiednio złapała kij. Uparcie wpatrywała się w piłeczkę, bo naprawdę zależało jej na tym, aby ją złapać. Może nie była jakąś szczególnie wielką mistrzynią sportu, ale coś tam potrafiła. I to coś, pozwalało jej przeżyć na zajęciach z wychowania fizycznego.
    Postarała się i wyszło. Udało jej się złapać to małe, białe diabelstwo.
    — Ha! Udało mi się! — Zawołała w jego kierunku, dumnie wypinając pierś do przodu i posyłając mu równie dumny uśmiech.
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  20. [W zasadzie to całkiem dobry pomysł :D Mogłaby zgubić przykładowo jakąś bransoletkę, czego nawet by nie zauważyła. No i niedawno rodzice próbowali sprowadzić ją do domu siłą (co na szczęście im się nie udało), więc Jackie mogłaby być teraz jeszcze bardziej nerwowa niż zwykle, dlatego też nic dziwnego, że otworzyłaby z nożem w dłoni, szczególnie późnym wieczorem, będąc samej w mieszkaniu :) Ustalamy coś jeszcze czy od razu mam przejść do zaczęcia?]

    JACQUELINE

    OdpowiedzUsuń
  21. [Żałuję, że w ogóle poszłam spać. O wiele prościej jest nie spać do 5, niż o tej 5 dźwignąć się z łóżka xD.
    No cóż… ma cztery różdżki, trzy wydania kolekcjonerskie HP, list z Hogwartu podpisany przez Rowling i Nibusa2000 w kącie. ]

    — No przecież to jest oczywiste… — powiedziała, patrząc na niego ze zdziwieniem. Przecież to było całkiem logiczne i zrozumiałe. A przed chwilą ładnie mu to wyjaśniła. — Nie powiedziałabym. Chodzi również o ton głosy i zachowanie, kiedy wymawiasz te dwa sformułowania. Ale! W jednym masz rację, oba sugerują zbliżające się nieszczęście. I to nie jest tak, że specjalnie je dobierasz. Wszystko wychodzi bardzo spontanicznie. A mówiąc, nawet się nie zastanawiasz nad tym. — Jessie jeszcze nie miała okazji przetestować swoich poglądów w rzeczywistości. Jeszcze nigdy nie była w takim naprawdę poważnym związku, a ciąża również jej nie groziła. Ale wszystko było przed nią. Chociaż, czasami, kiedy się zastanawiała, to dochodziła do wniosku, że dobrze jej było tak, jak było. Nikt jej nie okłamywał, nikt nie oszukiwał, o nikogo nie musiała się martwić. Miało to swoje plusy i minusy. Bo jednak fajnie było mieć kogoś, dla kogo jest się kimś ważnym.
    — Po części masz rację. I wydaje mi się, że w końcu dochodzimy do sedna problemu i całego tematu. Bo jeśli nie zgodziłabym się, nauczyć cię czegoś, to nie poszedłbyś ze mną na kolację? — Zapytała. — I lubię mówić o tym, co mnie interesuje i o tym, w czym jestem naprawdę dobra. Ale nie w momencie, kiedy ktoś próbuje mnie do tego przymusić. To tak samo, jak ktoś na siłę próbuje odkryć prawdziwą mnie. — Wyjaśniła. Uśmiechnęła się nieco szatańsko pod nosem, na samą myśl o numerze, który nie tak dawno wywinęła. I to jeszcze nauczycielowi… ale nie wszyscy musieli o wszystkim wiedzieć.
    — No praktycznie nikt. Ale mam dość pomówień o jakieś niestworzone relacje. Nigdy nie chciałam być w środku tego całego zamieszania i dramatu. Ostatni numer gazetki jest podsumowaniem całości. Podobno dyrektor chce zrobić z tego chodzącą reklamę. Wszystkie wybitne osiągnięcia sportowe i naukowe. No powiedz, kto nie chce być na okładce takiego numeru? Wśród niektórych sportowców, i co ciekawe – nie tylko sportowców, jest wyścig. Kilkakrotnie na mailu miałam niemoralną propozycję, tylko po to, aby kogoś tam uwiecznić. Nie panuje ogólny zakaz, bo to jednak podchodziłoby pod jakiś paragraf. Ale po prostu… dla własnego sumienia i chęci bycia z dala od tego wszystkiego. — Wyjaśniła. Podrapała się delikatnie po policzku. — Zresztą, na pierwszą randkę to mężczyzna powinien zaprosić, a nie przypominam sobie, abyś to zrobił — spojrzała na niego, unosząc dość wymownie brew w górę. Mruknęła cicho i posłusznie pomaszerowała w kierunku szkoły. Całkiem chętnie, bo wizja smacznej kolacji sprawiała, że robiła się coraz bardziej głodna.
    — Na przykład! Salto na meczu to byłoby coś — parsknęła śmiechem. — Po prostu… Zrób kiedyś coś nieprzewidywalnego, coś nieszablonowego i nieschematycznego. Jak nie ty. Na przykład zwiąż mnie i wywieź do lasu. Albo na boisku zrób jakiś popisowy unik, który zwali ich z nóg. Przecież oboje dobrze wiemy, że potrafisz. I nie jestem przewrażliwiona. — Mruknęła, krzywiąc się lekko pod jego ciężarem. Wywróciła oczami i nieco zmieniła ich trasę, kierując się w stronę budki z naleśnikami.
    Na miejscu byli już po chwili. Od razu pociągnęła go w kierunku swojego ulubionego stolika. I właściwie sprzątnęła go sprzed nosa, jakieś innej parze. Posłała im uroczy i rozbrajający uśmiech i usiadła na wygodnym krzesełku. Stolik znajdował się nieco z boku i w kącie. Mieli stąd bardzo dobry widok na resztę pomieszczenia. Jednocześnie ich nie łatwo było dostrzec i tędy mało kto chodził, więc nikt nie zaglądał im w talerze.
    Kelner przyniósł im karty dań, a zaraz potem zniknął i zaczął obsługiwać innych klientów.
    — Więc… Uważasz, że nasz zakład powinien mieć wszystkie chwyty dozwolone? To może założymy się już teraz? A potem to będzie jedynie formalność.
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  22. [Nigdy nie ma tragedii, szczególnie jak mnie ktoś w zaczynaniu wyręcza. Naprawdę tego nienawidzę.]

    Stanley nie był typem imprezowicza, choć właśnie taką dostał etykietkę po powrocie do szkoły. Przez swój bunt i opuszczenie całego roku wylądował w klasie niżej, przez co był starszy od reszty kolegów i najwidoczniej imponował im swą niebywałą odwagą. Każdy chciał się z nim zadawać i wychodzić na imprezy, a nawet kiedy zazwyczaj odmawiał, dopisywali sobie historię, że pewnie idzie gdzie indziej, że woli spędzać czas ze starszymi znajomymi i pewnie fajnie się wtedy bawi. A kiedy już pojawiał się w miejscach uczęszczanych przez młodszych kolegów, stawał się centrum atrakcji. I choć nie pił więcej niż większość, a narkotyków zdecydowanie odmawiał, nadal skupiał wokół siebie grupkę żądnych ciekawych opowieści ludzi, którzy wręcz spijali każde słowo z jego ust. Szczególnie dziewczyny, które choć miały świadomość, że Stanley woli chłopców, nadal kleiły się do niego z nadzieją, że to właśnie one sprawią, że zmieni swoje upodobania.
    Tym razem było podobnie. Pojawił się na domówce organizowanej przez jednego z kolegów z klasy, jednak zmęczyła go ciągła uwaga i niemożność zrobienia choćby kroku bez towarzyszącego mu wianuszka. Dlatego znalazł Tommy’ego i przekonał go do zmiany lokalizacji. Słyszał, że znajomy z byłej klasy organizuje coś spokojniejszego, jakieś piwko, karty i cichsza muzyka, a wiadomo, nie miał już z nikim takiego kontaktu jak wcześniej, więc postanowił zabrać ze sobą znajomą gębę. Tyle, że ta znajoma gęba gdzieś mu zniknęła zanim zdążył opuścić dotychczasowe miejsce i był skazany na samotną podróż.
    Właściwie to nie bardzo wiedział jak trafić pod wskazany adres. Pamiętał, że dawno temu tam był, okolica nieciekawa, ale mieszkanko przytulne jak na dzieciaka pozbawionego opieki, jednak miejsce w które trafił wyglądało na dużo gorsze. I już miał się wrócić, znaleźć drogę do akademika i dać sobie spokój z wrażeniami na dzień dzisiejszy, wyjątkowo chłodny i nieprzyjemny, kiedy mijana postać okazała się ów zgubioną znajomą gębą.
    -Nie wydaje mi się żebyśmy trafili. –mruknął rozglądając się wokół, aż w końcu zawiesił spojrzenie na miejscu, które wskazywał Tommy. Dałby sobie rękę uciąć, że mieszkanie nie było na parterze, a nieco wyżej, ale pamięć mogła go zawodzić. –Pieprzyć to, idziemy. Zmarzłem, nawet jeśli to nie to miejsce, może uda nam się złapać coś na rozgrzewkę i się zwiniemy. –postanowił od razu ruszając w tamtą stronę.
    Wejście do budynku stało otworem, tak jak drzwi do mieszkania, z którego dobiegała głośna muzyka. Już na tych kilku schodkach prowadzących na parter stało kilka osób, każda z butelką w dłoni i papierosem w ustach. Stanley bez wahania przecisnął się między nimi, nie zwracając na nich większej uwagi, wręcz emanując pewnością siebie, która była tylko maską, dzięki której nikt miałby ich nie zatrzymać i nie wypytywać kim są i do kogo przyszli. Liczył na to, że łatwo zgubią się w tłumie i nie zainteresują nikogo.
    -Zdecydowanie nie trafiliśmy. –odezwał się stając tuż za progiem i próbując dostrzec cokolwiek przez gęsty dym, nie tylko papierosowy.

    Staś

    OdpowiedzUsuń
  23. [Ja się stałam nocnym stworem, przez te studia, no. I wiem, że miało nie być – ale aż się muszę pochwalić. Oficjalnie od dziś mam trzy miesiące wakacji :D
    Serio? Też aż tak lubisz HP? XD]

    — No cóż… jak ja ci coś wybiorę, to na pewno się najesz — uśmiechnęła się od ucha, do ucha. Spojrzała jeszcze raz na kartę dań i właściwie wiedziała, co weźmie. Złożenie zamówienia było jedynie formalnością. — Nie robię z ciebie potwora! — powiedziała szybko i uniosła ręce w geście obronnym. — Po prostu zapomniałam o czym właściwie rozmawialiśmy — posłała mu rozbrajający uśmiech. Nie do końca była pewna, co było gorsze. To, czy nie żartowała, czy to że przed chwilą nawijała zupełnie bez żadnego powodu. Po prostu chwyciła się jednego tematu i mogłaby go jeszcze bardziej pociągnąć. — I normalni ludzie są dziwni — skomentowała krótko, wywracając lekko oczami. — Nie mogłam tego pomyśleć, bo… — zacięła się, zdając sobie sprawę, że zaraz zacznie zbyt dużo o sobie mówić. Naprawdę tego nie lubiła. Wolała, kiedy ludzie wokoło wiedzieli o niej tyle, ile sami widzieli. Każde zagłębienie się w jej umysł mogło doprowadzić do bardzo ciekawych i nieco niespotykanych wniosków. — Znasz mnie wystarczająco, jak na ten etap znajomości. Ponadto jeśli naprawdę chciałeś mnie poznać, to mogłeś inaczej to sformułować. A tak? Powstał problem na poziomie komunikacji. — Po raz kolejny wzruszyła ramionami, ze zdziwieniem odkrywając, że nieco pobolewa ją lewy bark. Przyłożyła tam sobie dłoń i przez krótką chwilę starała się go rozmasować.
    — Po prostu boi się, że nie zostanie wybrany na następną kadencję. I tak… coś w tym jest. Ta szkoła to taka wylęgarnia czubków, kujonów i innych stworów — skrzywiła się. Na ogół lubiła wszystkich ludzi, ale niektórzy ją serio przerażali. Prawdziwe kujony zaliczały się do tej kategorii. — Właściwie to nie. Możesz uznać, to za komplement, ale wątpię, abyś zniżył się do takiego poziomu. I normalnie. Uśmiechnij się ładnie i do dzieła. — zaśmiała się.
    Również spojrzała na kelnera i mruknęła cicho, bo nie zdążyła się odezwać. Usłyszała jego propozycję i zaśmiała się nieco za głośno, niż powinna. — Równie dobrze, mógłbyś mi wyznać wtedy miłość. Na jedno by wyszło — stwierdziła. Przesunęła się na krześle i wygodniej oparła łokcie na stoliku. — I to jest to twoje pójście na całość i wszystkie chwyty dozwolone? — zapytała. Wyciągnęła w jego kierunku rękę, jednak szybko ją cofnęła. Odwróciła się w kierunku kelnera, którego zawołała. Mężczyzna podszedł do nich.
    — Dwa razy lemioniada i naleśniki z wołowiną a`la tortilla meksykańska. A na deser, to takie ciasto z malinami i bitą śmietaną — powiedziała. Kelner wszystko zanotował, a potem odszedł.
    — Jeśli wygrasz, to na najbliższym meczu usiądę w tej takiej śmiesznej ławce dla dziewczyn zawodników. Mogę ci obiecać, że takiej dziewczyny niejeden będzie ci zazdrościł, a dzięki temu twoja ocena skoczy w górę. Nie ma nic lepszego, niż zajęty chłopak. A po wygranym meczu… — zacięła się na moment. Lewą dłonią sięgnęła do swojego warkocza i zamachała nim. — Mój warkocz, cały, będzie do twojej dyspozycji. — W oku błysnęła jej nieco łobuzerska iskierka. Posłała mu dość nieznaczny uśmiech. Wyciągnęła prawą dłoń w jego kierunku, chcąc przypieczętować ich zakład.
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  24. [A dziękuję, dziękuję. Nie sądziłam, że ostatnia ocena może sprawić tyle szczęścia i radości :D. I racja, nic nie stoi na przeszkodzie, aby nie nołlajfić razem, w towarzystwie raźniej ;>. I jakby się nad tym głębiej zastanowić, to takie świry zawsze wnoszą coś ciekawszego do życia :D]

    — Randkowy casting? Pogięło cię? — Mruknęła, podnosząc brwi ku górze. Przez chwilę tak się w niego wpatrywała, a potem z rezygnacją wywróciła oczami. — Ale okej. Ty zobaczysz, czy warto mnie zaprosić, a ja czy warto się zgodzić. I będziemy kwita — stwierdziła, zakręcając na palcu kosmyk włosów, który wydostał się z jej idealnej fryzury.
    — Prywatność, prywatnością. Ale mogłeś to ładnie opisać, czy ubrać w słowa. Ale na kuchennym stole jest zawsze pełno okruchów i innych dziwnych substancji, więc jeśli mogę wybrać, to wolę ten z jadalni. Podobno są znacznie wygodniejsze — powiedziała, wyciągając chusteczkę i podsuwając mu ją. — I zgoda. Na tę jedną noc będę tylko twoja. I obiecuję, nie marudzić… więcej niż zwykle. I na mecz chcę tę twoją bajerancką bluzę, aby mi ciepło na ten ławeczce było — powiedziała po krótkiej chwili zastanowienia. Skoro ich zakład poszedł już w tym kierunku, to też chciała mieć coś dla siebie. A te bluzy, bez żadnego konkretnego powodu, od zawsze jej się podobały. Doskonale wiedziała, że kiedyś jej bezmyślność i zbyt szybkie podejmowanie decyzji doprowadzi do zguby. Albo nabawi się naprawdę bardzo poważnych kłopotów. Ale teraz było już za późno, aby się wycofać. Ponadto była naprawdę ciekawa, co tak naprawdę kryło się pod jego słowami. Nawet jeśli były wypowiedziane w formie żartu.
    — Nie ja odpowiadam za okładkę i to nie ode mnie zależy, kto na niej będzie, a kogo nie będzie. Ja jedynie mogę wpłynąć na redaktora naczelnego — wyjaśniła. Jej relacje z redaktorem były tematem, na który mogłaby poświęcić naprawdę wiele czasu, a i tak znałaby bardzo mało konkretnych informacji. Jednak jedno trzeba było przyznać – jeszcze się dogadywali i jeszcze oboje żyli, więc to o czymś świadczyło.
    — Skoro oferowałam ci najcenniejsze co mam, czyli siebie, to od ciebie oczekuję tego samego — powiedziała wprost. Wzięła do ręki widelec i wycelowała w niego końcówką. — Jeśli wygram, to przez jedną noc będziesz zachowywał się jak mój chłopak. W moim, pełnym rozumieniu tego określenia. I też nie masz co liczyć na oklepany i komercyjny romantyzm. Zawitasz w świecie, w którym prawa fizyki i logiki nie do końca obowiązują. — Błysnęła zębami w łobuzerskim uśmiechu, patrząc mu w oczy. Właściwie teraz nie żartowała. Naprawdę mogła mu zagwarantować pobyt w takim świecie. Jednak co konkretnie miała na myśli, pozostanie jej małą tajemnicą, którą ujawni w odpowiednim czasie i o odpowiedniej porze.
    Spojrzała na swój talerz i przez chwilę zastanawiała się, od czego zacząć. Nigdy nie cierpiała na problemy z jedzeniem. Zawsze jadła całkiem sporo, bo przecież jedzenie, to najważniejszy posiłek w ciągu dnia!. Jej problem polegał na tym, że nigdy nie wiedziała od czego zacząć. Był to dość trudny wybór, który zazwyczaj w prosty sposób rozwiązywała – nożem nasuwała na widelec poszczególne składniki i to co na nim zostało, wkładała do ust.
    — Smacznego! — Powiedziała, stosując swoją wypracowaną metodę i tym razem.
    Jessie

    OdpowiedzUsuń
  25. [Och, dziękuję za ciepłe słówko, naprawdę! Ja się z kolei przyznam, że do karty Tommy'ego zaglądałam jeszcze zanim się opublikowałam, więc jak widać oboje mamy coś na sumieniu ;) Mała-wielka podpowiedź co do wydarzeń sprzed trzech tygodni tkwi w pierwszej z propozycji wątku, więc możesz zerknąć w wolnej chwili coby swoją ciekawość odrobinę zaspokoić.
    A co do wątku - jeśli nie zainteresował Cię żaden z pomysłów z karty Melody, to zaproponuję coś innego. Ponieważ Melody długo była cheerleaderką, to na pewno utrzymywała z Tommym jakieś kontakty, choćby z prozaicznego stereotypowego powodu, dla którego cheerleaderki zawsze spędzają czas ze sportowcami. Wydaje mi się, że obie postacie mają w sobie jednak dużo więcej niż to, na co wskazuje powierzchowne spojrzenie. Być może uda się nam postawić ich w sytuacji, w której zorientują się, że tak naprawdę niewiele o sobie wiedzą? Może będąc znajomymi od trzech lat raz jeszcze wyciągną do siebie dłonie na powitanie, odkrywając swoje pasje, dziwne przyzwyczajenia, wady, zalety i sekrety?]

    Melody Gray

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dla fanu, kochanie, dla fanu ;) Ale niech będzie, tak też jest dobrze. I wybacz, trochę popłynęłam, brakuje mi ostatnio wrażeń.]

    Nienawidził takich miejsc. Szczerze nienawidził. A znał je, bo już raz musiał wyciągać kompletnie naćpanego kumpla z meliny, w której postanowił się zaszyć. Nigdy nie rozumiał fenomenu zażywania narkotyków. Jaka była frajda w tym, że się odpłynęło i nie panowało nad własnym.. no właśnie, ani ciałem, ani mózgiem, ani właściwie nad niczym. Co takiego fajnego było w dryfowaniu ponad własnym jestestwem? Nie dość, że traciło się kontrolę, to jeszcze później należało wrócić na ziemię i radzić sobie ze skutkami. Nie, nic fajnego. Lepiej było się napić, zobojętnić, ale też tylko tak, żeby jednak wiedziało się co się robi.
    A tu bezwładne zwłoki walały się właściwie na każdej powierzchni, nie ważne czy prostej, czystej, czy choćby wolnej. Czasem leżeli jeden na drugim, taka dziwna patologiczna miłość. A Ci, którzy jeszcze ogarniali wydawali się zaraz stracić czujność, jeszcze jeden mach, jedno wciągnięcie czy jeden strzał i znikną, a przynajmniej takie będą mieć wrażenie. Choć już lepiej tacy, niż awanturnicy, którzy tylko szukają zaczepki, prawda?
    -Pokurwione towarzystwo, Tommy. Spadamy. –mruknął tuż przed tym, jak kumpel zatoczył się pod wpływem czyjegoś uderzenia. Aż zacisnął dłonie, przekonany, że to właśnie jeden z tych negatywnie pobudzonych ma jakiś problem, a wiadomo, na problemy takich działa jedynie siła mięśni. A pierdolnięcie Staś miał niezłe od machania hokejowym kijem, który w tym momencie bardzo by mu się przydał, swoją drogą.
    Kiedy tylko chłopak wyciągnął z kieszeni fiolkę wypełnioną tabletkami pojął, że coś jest bardzo nie tak. Przecież nikt nie wręcza takiej ilości towaru w prezencie, prawda? Powędrował wzrokiem za spojrzeniem kumpla i gdyby nie to, że akurat tego się spodziewał, przeraziłby go widok postaci, która ruszyła w ich stronę.
    -Przywalić czy uciekamy? –zapytał, jednak wiedział, że na podejmowanie decyzji jest już za późno. Zaczekał aż typ zrobi jeszcze kilka kroków w ich kierunku, a kiedy znalazł się na wyciągnięcie ręki wziął zamach, a jego zaciśnięta pięść zatrzymała się dopiero w okolicy nosa agresora. A przynajmniej tak wolał go nazywać. Możliwe że chciał podejść żeby porozmawiać, prawda?
    Zdziwił się, kiedy wytatuowany gość prawie się nie skrzywił i wykonał gest, jakby odganiał natrętną muchę, którą pewnie miała być pięść Stanley’a. Zamachnął się jeszcze raz, ale trafił w postawioną już gardę. Nie widząc innego wyjścia sięgnął po stojącą na stoliku tuż za nim pustą butelkę, którą niewiele myśląc rozbił na jego głowie.
    -Wiej! –wrzasnął tylko i szarpnął Tommy’ego za ramię, kierując go w stronę wyjścia. Nie miał zamiaru czekać na rozwinięcie akcji, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby tylko dał kolesiowi szansę, to powaliłby go jednym, może dwoma strzałami.

    Staś

    OdpowiedzUsuń