3 czerwca 1970

Trzy słowa najdziwniejsze

Frida Müller

II klasa ▫️ lat osiemnaście ▫️ język rosyjski, informatyka, matematyka ▫️ lekkoatletyka

urodzona w Nowym Jorku ▪️ nazwisko po matce ▪️ w połowie Niemka, choć nigdy nie była w Europie ▪️ Bunny ▪️ metr siedemdziesiąt pięć ▪️ w poprzednim życiu przewodnicząca kółka matematycznego ▪️ unikanie zobowiązań ▪️ weganka ▪️ papierosy nietestowane na zwierzętach ▪️ strach przed dużymi zbiorowiskami ludzi  ▪️ aparaty analogowe ▪️ wolontariat w schronisku ▪️ dorabia w hipsterskiej kawiarni za rogiem ▪️ nieślubne dziecko ▪️ krąży od jednego krewnego do drugiego ▪️ obecnie mieszka z ojcem i jego idealną rodzinką, których to po raz pierwszy zobaczyła na pogrzebie mamy ▪️ więzi


Kiedy wymawiam słowo Przyszłość,
pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości.

Kiedy wymawiam słowo Cisza,
niszczę ją.



*
Cześć i czołem!
Jeśli klikniecie na poszczególne strofy (pożyczone od pani Szymborskiej), traficie na jeszcze więcej tekstu (tym razem już mojego ;)). Jeśli chodzi o twarzyczkę Fridy, użycza jej Lou Schoof.
Z góry przepraszam za wygląd karty, ale chyba nie lubimy się z html'em. Mam nadzieję, że pomimo tego i mojego niedużego doświadczenia z blogami znajdzie się ktoś chętny na wątek. Dziewczyna nie zawsze jest takim gburkiem jak mogłoby się wydawać. Także zapraszamy, zwłaszcza jeśli ktoś szukałby przypadkiem niechcianych sióstr przyrodnich ;)

24 komentarze:

  1. [Jak tylko zobaczyłam tytuł w szkicach, to pomyślałam sobie: "Skądś to znam". Poszperałam trochę i znalazłam Szymborską. Swoją drogą, bardzo mądry wiersz :) Postać wydaje się dość smutna, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że niechciana przez swoje otoczenie. James ma z Fridą trochę wspólnego - wolontariat, analogi i zamiłowanie do chodzenia po dachach. Można coś z tego skleić. Co Ty na to? :)]

    James Walker

    OdpowiedzUsuń
  2. [Bierzemy wszystko naraz! Zacznijmy od dachu, potem na parapetówkę, a potem spotkają się w schronisku :D A później już poleci spontanicznie :D
    Na pewno po drodze wpadnie nam jeszcze kilka pomysłów, a te są bardzo dobre! Zaczęłabyś nam?]

    James Walker

    OdpowiedzUsuń
  3. [O ja. Mogę zaszpanić umiejętnością przeczytania jej nazwiska poprawnie, ha, lekcje niemieckiego przydają mi się w życiu! :D
    Ogólnie, bardzo podoba mi się forma karty. Lubię zabawę słowami, tworzenie swego rodzaju sztuki z tekstu i pomysł, jaki nadaje charakteru całości. Ukrytego tekstu pewnie bym nie znalazła, gdyby nie dopisek... ale znalazłam i jestem zauroczona wykreowaną panią. Zaprosiłabym do wątku bardzo chętnie, ale nie potrafię połączyć ten ciekawej istoty z moim dziwacznym panem idealnym. (No i mam urlop...)
    W każdym razie, życzę Ci masy wątków, powiązań, chęci i jak najdłuższego stażu!]

    Cassian Quatermaine

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ale ja bardzo chętnie napiszę z Tobą wątek! Ba, na Cassie dużo mi się wykruszyło i wręcz ich pożądam. Urlop mam... żeby się ogarnąć w życiu (ale najlepiej się pisze, gdy powinno się uczyć... dlatego sięgnęłam po ostateczne środki). Oba Twoje pomysły mi się podobają... ale drugi bardziej. Także no.
    Zacznę nam.
    I oby mnie nie skusiło zrobić tego zanim ogarnę swoje życie...
    Także wyczekuj... pewnie przed 15 (bo nie wytrzymam xD)]

    Cassian

    OdpowiedzUsuń
  5. [Nie mogę się doczekać na moją publikację (a jeszcze chwilę mi zejdzie), więc wpadłam powitać przyszłą kuzynkę. Dobry, dobry. Jestem zachwycona zdjęciem, no i pani Szymborska, och. Życzę miłej zabawy i zapraszam pod kartę kuzyneczki, gdy już się pojawi. c:]

    Eddy Sherrinford / przyszła kuzynka

    OdpowiedzUsuń
  6. Mecz przyszedł za szybko. Za wcześnie po starciu z własną frustracją względem tego pieprzonego dzieciaka. Nie mógł go widywać. Już nigdy więcej nie mógł doprowadzić do takiego obrotu spraw. Dał mu się podejść. Nawet zapomniał przez niego o głupiej hokejówce, a łyżwiarze byli niesamowicie przesądni, więc mimowolnie także Roan ulegał pewnym zwyczajom. Od pierwszego wygranego meczu nosił właśnie tamtą bluzę. Przynosiła mu szczęście, a przynajmniej tak się brunetowi wydawało. Przesąd zdawał się potwierdzić, gdy nagle kilku członków przeciwników wszczęło bójkę. Miał wrażenie, że jest to jego wina. Bo przyniósł pecha. Zremisowali przez to, gdyż najlepszy gracz na pozycji atakującego został zdjęty z lodowiska. Nie mogą się powstrzymać nawet podczas gry. Dla Roana był to czas na skupienie i nie wyobrażał sobie tego, co musiałoby się stać, b wyprowadzić go z równowagi w takim momencie. Najbardziej liczyła się wgrana. Choć na chwilę cały świat przestawał istnieć i każdy problem oddalał się razem z rosnącą presją. Lubił to uczucie. Przysłaniało wszystko inne, ojca, śmierć matki, a teraz także dzieciaka, który doprowadzał go do szału jak nikt inny do tej pory. A najgorsze, że jego nie potrafił zignorować, mimo że Roan zawsze był w tym dobry.
    Imprezy wbrew pozorom go nudziły. Potrafił odnaleźć w nich zabawę, dopiero gdy był już nieźle wstawiony. A w co ludzie i tak nigdy nie wierzyli, nie lubił pić. Robił to, bo wszyscy mieli o nim właśnie takie zdanie. Popieprzony paniczyk, który prowadza się z McCalle, wdaje się w bójki i wlewa w siebie zbyt dużo alkoholu. Bazowali na pojedynczych wydarzeniach z jego życia, które nijak nie przekładały się na rzeczywistość. Jakimś cudem te wszystkie opinie zawładnęły jego życiem i każde przemilczenie bądź odciągnięcie przyjaciela od bójki, brane były omylnie. Dodając do tego jego posturę i ponurą aurę, nie powinien się im dziwić. Sprawiał takiego pozory, przez co nikt nie chciał się do niego zbliżyć. Tak było lepiej.
    Stanął w cieniu tarasu, opierając się ramieniem o jedną z drewnianych belek, które służyły bardziej do ozdoby niż podtrzymaniu dachu. Marszczył nieznacznie prawą brew, rozglądając się ze znużeniem dokoła. Banda rozwrzeszczonych bachorów. Normalnie by stąd poszedł albo w ogóle by nie przychodził, ale Scott go namówił. Roan nie miał na nic ochoty. Chciał tylko spać. Czuł zmęczenie ogarniające całe jego ciało i nie miał nawet ochoty na picie. Rzucił pusty plastikowy kubeczek gdzieś przed siebie i ten zniknął w trawie. Zamiast balować, wolał stać tutaj i palić. Włożył między wargi papierosa i zagryzł go ostrożnie zębami, gdy w ruch poszła zapalniczka. Bawił się nią przez chwilę w dłoni, patrząc w przestrzeń i nie będą ani trochę zainteresowany tym, co wyprawiają uczniowie, aż usłyszał czyjś głos. Uniósł lewą brew i zlustrował dziewczynę kątem oka. Nie był ani trochę pod wrażeniem, a jej słowa z pewnością go do niej nie przekonywały. Po co w ogóle się odzywała, skoro nawet się nie znali?
    - Palenie skraca życie. To zły nawyk, mała – mruknął, po czym schował zapalniczkę do tylnej kieszeni czarnych jeansów. Przewrócił oczami. – Jesteś na to za młoda – skomentował, nawet na nią nie patrząc. Przytrzymał papierosa między palcem środkowym a serdecznym i odchylił głowę w tył, przymykając oczy. Rozchylił wargi, a dym uleciał z nich niczym niechciane wspomnienie. Po co on tu przyszedł? Szumiało mu w głowie po kilku piwach, które w siebie wlał z nadzieją, że coś dadzą. Błąd. – Kim ty, kurwa, jesteś? Nie znam cię – stwierdził i choć słowa były szorstkie, ton głosu miał raczej obojętny.

    Roan, który nie wie, jak reagować na ludzi

    OdpowiedzUsuń
  7. Dachy zawsze były czymś, co fascynowało Jamesa. W końcu mało osób zwraca na nie uwagę. Liczy się tylko to, żeby mieć je nad głową, jednak niewielu chce zobaczyć, jak wygląda świat z samego szczytu, a najczęściej wygląda przewspaniale. Z dachu można dostrzec rzeczy, których nigdy wcześniej nie miało okazji się zobaczyć. Ponadto wysokość dawała poczucie wolności oraz swego rodzaju niewidzialności, szczególnie w nocy. Ilu ludzi spogląda w niebo, idąc do pracy czy z niej wracając? Zdecydowanie za mało. Wszyscy się spieszą, patrzą do przodu i uparcie dążą w kierunku celu, który sobie wyznaczyli. Nie znajdują nawet chwili, by się zatrzymać. Walker za to na każdym dachu, na jaki udało mu się dostać, czuł, jakby wskazówki zegara się zatrzymywały. Świat pędził z zawrotną prędkością, a on w bezruchu to obserwował. Niemy obserwator rzeczywistości. Dach szkoły zaczął nawiedzać od niedawna i za którymś razem przyuważył, że nie jest tam sam. Lustrował wzrokiem blond włosą nieznajomą. Nie miał pojęcia, jak jej na imię, a nigdy wcześniej nie widział jej na korytarzach. Chodził do Skyline już czwarty rok i sytuacje, w których spotykał na swojej drodze kogoś zupełnie nowego były rzadkością. Kilka razy próbował się przedstawić, jakoś zagadać, jednak wyglądało na to, że dziewczyna nie była zainteresowana rozmową. Uznał więc, że nie będzie nachalny i zaprzestał prób nawiązania kontaktu. Być może przychodziła tu właśnie po to, by być sama. Był zaskoczony, kiedy zobaczył, jak się zatrzymuje i spogląda na niego. Przez pierwsze sekundy nie miał pojęcia, co ma robić, jakby oniemiał. Po chwili jednak opanował szok i wszystko wróciło do normy. Odzyskał nawet zdolność mowy.
    - Wreszcie odkryłaś, że nie chcę zrzucić cię z tego dachu - zażartował. Czasem miał wrażenie, że ją straszył. - Chyba nie wyglądam aż tak przerażająco, prawda? - zapytał, unosząc brew.
    Nie wiedział, czy ruszać się z miejsca, czy może do niej podejść, czy nie. W końcu zdecydował się to zrobić. Dlaczego nie? Dopiero gdy wstawał, dotarło do niego, jak głupie były jego myśli.
    - James Walker - przedstawił się, wyciągając do niej rękę.
    Miał nadzieję, że nie ucieknie i chociaż powie mu, jak się nazywa.

    James Walker

    OdpowiedzUsuń
  8. Cassian nie był fanem dwornej etykiety, wylewającej się z kieszeni w trakcie oficjalnych spotkań; nie lubił kolacji, mających przypieczętować ojcowską posadę lub przysporzyć mu nowych pracowników. Rodzice jednak doskonale zdawali sobie sprawę z synowskiego potencjału; pomimo strachu, jakim pałali na dźwięk jego imienia, pomimo tej biernej postawy, jaką wykazywali, patrząc na górującego władzą syna. Potrafili jednak wykorzystać jego grę aktorską.
    Młody Quatermaine był bowiem mistrzem w słowa; mistrzem w stylizowaniu własnej mimiki, dostosowywaniu jej do sytuacji, stwarzaniu pozorów. Nie zdradzał antypatii, tym bardziej w sytuacji niesprzyjającej; mógł nie lubić się z rozmówcą. Mógł drzeć koty i mieć ochotę spalić go żywcem... nie zmieniało to faktu, że czasami po prostu opłacało się schować dumę do kieszeni; zakopać uprzedzenia w skromnej trumnie i uplastycznić do sytuacji. W ten sposób już wielokrotnie wygrał rozgrywkę zanim zabrzmiał gwizdek startu. Opierał się na ludziach, czytał z nich jak z ksiąg; roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości i brnął w zaparte, starając się jak najwięcej dowiedzieć. Bo największą bronią była właśnie wiedza, której wykorzystywanie stanowiło potężny oręż; bo wiedząc jak rozbroić pułapkę, nigdy w nią nie wpadniesz. No, chyba że jesteś pieprzonym samobójcą. Lub masochistą.
    A Cassian był tylko psychopatą z nieczystym sumieniem... niereformowalnym facetem, pełnym własnych myśli i nie do końca altruistycznych motywów. I broń boże nie śpieszyło mu się na tamten świat.
    Za mało dusz zabrałby ze sobą do piekła.
    W końcu stwarzanie pozorów mogło wznieść go na wyżyny; w ten sposób kolejne furtki stawały przed nim otworem, nie wymagając dorabiania klucza. Była to łatwa droga, zdejmująca mu z głowy spory zakres działań, z reguły mających prowadzić do tego typu akcji-reakcji.
    Dlatego z firmowym uśmiechem, odziany w elegancki garnitur i niebieski krawat, pojawił się w ogromnej jadalni, ściskając dłoń z wysokim mężczyzną, będącym znajomym ojca. Ucałował grzecznie dłoń jego partnerki, a potem przywitał się z jego podopiecznymi, nie poświęcając większej uwagi żadnej z mniejszych istot.
    Od razu ruszył do ojca i po krótkiej, niesłyszalnej wymianie zdań uśmiechnął się cierpko, przez chwilę przybierając na twarz maskę zrażonego dżentelmena, a potem jego jasne niebieskie oczy zmieniły obiekt zainteresowania i skierowały się wprost na Fridę, na którą do tej pory nie zwrócił uwagi.
    Cassian grał. Zawsze. Trudno było na pierwszy rzut oka dostrzec jego prawdziwą naturę; był jak wilk w owczej skórze. Okrutny tyran skryty za zasłoną wyszukanego, staroświeckiego dżentelmeństwa.
    Uśmiechnął się do niej delikatnie, a uśmiech ten wcale nie zdradzał niczego niepokojącego. Puścił jej nawet oczko, po chwili pochylając się, by podnieść, upominającą się o uniesienie Missy. Pocałował dziewczynkę w czoło, poprawił małą kokardkę, wplątaną we włosy i usadził na miejscu przy stole.
    — Kolacja jeszcze nie gotowa — oświadczył ochrypłym, pełnym męskiej pewności głosem. — Myślę, że mogę zaprowadzić wszystkich do bawialni —dodał z błyskiem w oku, mierząc się na spojrzenia z własnym rodzicielem, który uśmiechnął się znienacka, postanawiając wykpić syna i nie pozwolić mu na ucieczkę.
    — Dobry pomysł, Cassianie — skinął elegancko ręką. — jedna córka Müllera jest jednak za stara na bawialnię i wiekowo odpowiada raczej Tobie — spojrzał na dziewczynę. — Jak masz na imię, złotko? — gdy doczekał się odpowiedzi, skinął lekko głową i znów spojrzał na syna.
    — Zaopiekuj się piękną damą — zarządził, mając nadzieję, że jego pierworodny nie przysporzy rodzinie żadnych kłopotów i wcale nie skrzywdzi córki jego dobrego kolegi.

    [Nie bardzo ogarniałam wiek ślubnych dzieci XD I trochę inaczej mi to poszło z tą ucieczką... ale mam nadzieję, że może być.]

    Cassian

    OdpowiedzUsuń
  9. [O 3.50 wyjeżdżam na Węgry, a Ty mnie łączysz takim odpisem, że od razu chce odpisać XD tymczasem laptop mi padł i nawet nie będę miała z czego :((( Jak tylko wrócę, od razu zabiorę go do serwisu z nadzieją, że będę mogła odpisać XD
    A długością się nie przejmuj, mój początek był jak na mnie bardzo krótki, bo czasami piszę i po 3 komentarze, aczkolwiek ludzie potem się mnie boją i nie odpisują :(( W każdym razie już kocham ten wątek i nie próbuj mi stąd uciekać, polizane-zaklepane! :D]

    Cassian

    OdpowiedzUsuń
  10. [Hej! A jednak ktoś wyłapał pana Darcy'ego! :D Ogólnie to jestem na to, jeśli chodzi o wątek, bo z tego co widzę szykuje mi się większość męsko-męskich, to chętnie bym złapała też coś z Fridą. Co dokładnie to jeszcze nie wiem, bo Doriana można spotkać na zajęciach z szkole, treningu na basenie albo ewentualnie jakiejś fajnej domówce. Ewentualnie może chciałabyś jakieś powiązanie, możesz napisać do mnie na maila, to może wspólnymi siłami wpadniemy na coś super c;]

    Dorian

    OdpowiedzUsuń
  11. [Ojej, miło mi! Jakby się im obojgu bliżej przyjrzeć, mają trochę wspólnego: przeprowadzka, życie z jednym rodzicem i jego nową drugą połówką, ta sama klasa i rozszerzony język rosyjski. W sumie Julek jest homo, ale ciągle prowadza się z nowymi loszkami, próbując się odpedalić, więc może mogliby kiedyś przez chwilę być razem? A potem on ją rzucił, wciskając jej kit, że nie mogą być razem, bo płynie w niej niemiecka krew? :D]

    Julek Niezgoda

    OdpowiedzUsuń
  12. [Tak czułam, że Frida i związki nie idą ze sobą w parze, ale oboje mogli chcieć spróbować z jakichś pustych pobudek i/lub zwykłej ciekawości, jeśli w szkole się wcześniej dobrze dogadywali.
    W sumie pomysł z tym wydarzeniem jest całkiem niezły, możemy spróbować i z chęcią zacznę, tylko pomóż mi sprecyzować, co to mogło być za wydarzenie, bo ja i Julek jesteśmy w tej kwestii raczej elastyczni.
    On chyba sam nie wie, haha. :D Jeszcze w gimbazie, kiedy mieszkał w Polsce, pocałował kolegę na oczach innych, co skończyło się tak, że im obu nie dawali w szkole żyć, przez co ten kolega targnął się na swoje życie, a Julek doszedł do wniosku, że lepiej być normalnym, bo żadnej dziewczynie życia nie zniszczy, całując ją wśród ludzi. No i umawia się tylko z dziewczynami, choć na niego nie działają (ale przynajmniej są ładne i miłe).]

    Julek Niezgoda

    OdpowiedzUsuń
  13. [Hej, dzięki za powitanie :>
    Bill kocha aparaty analogowe, więc jeżeli masz ochotę, możemy zacząć wątek w szkolnej ciemni albo w sklepie fotograficznym. Albo w internecie. Wydaje mi się, że znajomość, która rozpocznie się na np. forum fotograficznym i przeniesie się do rzeczywistości, będzie w przypadku naszych niemów wiele bardziej prawdopodobna niż to, że tak po prostu któreś zagada na szkolnym korytarzu. Może Bill zainteresuje się przedmiotem, który Frida próbuje sprzedać i zapyta o możliwość odbioru na miejscu?]

    Bill

    OdpowiedzUsuń
  14. Cassian miał ochotę roześmiać się w duchu, badając w myślach misterne plany swojego ojca; w takich chwilach podawał w wątpliwość węzły pokrewieństwa, nie mogąc uwierzyć jak bardzo nieskrupulatny jest jego rodziciel.
    Quatermaine w końcu miał trzy siostry. Z czego jedna była idealnie w wieku Fridy.
    A jednak to jemu ojciec powierzył niańczenie dziewczyny, jakby zupełnie nie zważając na fakt posiadania córki w identycznym wieku, która być może nawet chodziła z nią do klasy. Być może... Cassian miał cholernie słabą pamięć do twarzy, więc nie potrafił zdefiniować tego typu znajomości.  Wiedział jednak, że nawet jeśli dziewczęta się znały, Khloe nie odważy się mu przeciwstawić, a publiczne szopki, z których wylawirowałby się bez najmniejszych problemów, wcale nie przyniosłyby jej chluby.
    Zamiast tego więc zachował kamienny wyraz twarzy, a kpinę i delikatne rozbawienie zdradzały tylko jego jasne, niebieskie oczy, w których tak łatwo było utonąć.  Przez chwilę nawet mierzył się z ojcem na spojrzenia, dopóty, dopóki tamten nie spuścił wzroku. Cassian, pomimo jedynie dwudziestu dwóch lat na karku, opanował do perfekcji wpływanie na ludzi. Być może był to dar, który zamiast przekuć na pomaganie, wykorzystywał do niecnych, pełnych zła celów, a może zwykłe sukcesywne nabieranie doświadczenia przy ludziach, wśród których obracał się od maleńkiego gówniarza. Liczyło się to, że działało, a jemu często zdarzało się czytać z ludzi, jak z otwartej księgi; badał kaligrafię, oceniał zawijany, umieszczał w banku danych wykorzystywane słowa i budował schematyczną mapę osobowości, składając z niej do kupy personalny obraz człowieka, z którym akurat miał do czynienia.
    I wcale, cholera, nie osiągnął tego wszystkiego tylko ojcowskimi pieniędzmi. Spadek po babci zapewnił mu podróż, której nie żałował; pomogła mu ona dogłębniej poznać świat, nauczyć się życia, zawrzeć kilka przelotnych znajomości; przeżyć nieziemski, zwykły seks w niesamowitych miejscach i bez skrupułów zbesztać w obcym języku ludzi, którzy akurat pojawili się na jego drodze.
    A pomimo tych wielu zer na koncie bankowym, trudno było przypisać mu łatkę bananowego dziecka. Być może, na pierwszy rzut oka, wyglądał jak człowiek, który źle znosi porażkę. Być może sprawiał wrażenie despoty, który z oburzeniem przyjmuje rzeczy, idące nie po jego myśli.
    I despotą faktycznie był. Ale co najgorsze, z wyboru. Nie chodziło o to, że nie widział swoich błędów, nie widział zła, jakie kumuluje się w jego czynach. Nie chodziło o to, że był ślepy, że patrzył, a nie widział; chodziło o to, że robił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Z własnej, nieprzymuszonej woli; ba, z własnej chęci postępował tak, a nie inaczej. Był po prostu do szpiku kości zepsuty, przesiąknięty zgnilizną, a czarne serce opiewał mrok, który już nigdy miał nie ustąpić przed potęgą miłości.
    Zabawne, prawda? Ciemność jest cierpliwa i w tym właśnie leży jej siła; zawsze zwycięża. Ale w samym środku, w samym sercu dostrzegamy jej słabość. W końcu, wystarczy jedna, malutka świeca, by ją rozproszyć. A miłość jest czymś więcej niż świecą, prawda? Przecież miłość potrafi rozpalić gwiazdy.
    Prawda? Nie. Pieprzenie; nawet jeśli ktokolwiek spróbowałby szarpnąć się na jego stwardniałe jak penis prymitywa w burdelu serce... spotkałaby go niemiła niespodzianka. Diament może skruszyć tylko diament; lecz jego pierdolony organ był z czegoś znacznie mocniejszego. Czegoś, czego nawet czas nie potrafiłby nadgryźć. Czegoś... czegoś, co nie istniało w ogólnie pojmowanej rzeczywistości.
    Dlatego właśnie opierał się wszelkim wichurom i stał jak ta samotna wieża warowna, której nikt nie potrafiłby zdobyć; latarnie wskazywały drogę, a on tylko pomagał ją zdobyć.
    Bo gdy krążysz wokół niego, masz wrażenie, że nie zbłądzisz. Że ciągle widzisz ten czubek, ten dach, wyznaczający Ci ścieżkę. Że potrafisz się odnaleźć, łapiąc się tego jednego elementu krajobrazu jak tonący brzytwy; lecz spotyka cię gorzkie rozczarowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ta wieża jest tylko złudzeniem; poruszającym się majakiem, skrzętną peleryną, która jeszcze dogłębniej zatraca Cię w Twoim zagubieniu.
      Kto raz zawierzy szatanowi, ten już nigdy nie uwolni się z jego kajdan.
      I tu pojawiało się pytanie: czy diabeł był gorszy? A może i on był przydupasem tego sczerniałego wewnętrznie człowieka? Pewnie nikt ani teraz, ani nigdy nie  uzyska odpowiedzi na to pytanie. Cassian był specyficzny i pełen sprzeczności; w jednej chwili dżentelmen, w innej skurwysyn. W jednej pieczołowicie przytulał do siebie; w innej komentował niepochlebnie kobiece sylwetki. W jednej z dżentelmeńskim błyskiem całował dłoń, utrzymując przeciągły kontakt wzrokowy. W innej bezczelnie łapał dziewczynę za tyłek, a w jego oczach za nic nie dało się wyczytać choć nikłego śladu skruszenia czy poczucia winy. Trudno było potępić go na wieki, bo miał i dobre momenty; nie dało się też jednak mu zaufać, a przynajmniej nie do końca i nie bez obaw. Tak już miał; budził postrach, zasadzał w sercach niepokój i patrzył jak wzrasta, otaczając bojaźnią cały, otaczający zewsząd zepsuty świat. Żerował na strachu, karmił się nim i napajał, na tej słabości opierając swój niezdolny do podważenia autorytet. Bo nie wystarczyła siła; trzeba było mieć jeszcze legendę. Legenda, która pomimo, iż w jego przypadku, rzadko mijała się z prawdą, zapewniała jeszcze większą nietykalność i swego rodzaju ponadprzeciętny posłuch.
      Ludzki lęk często sam sobie kreował potwory; a ta tępa imaginacja słabeuszy pomagała wzrastać w siłę prawdziwym monstrom, takim jak on.
      Skierował wzrok ku dołowi, gdy Missy zacięcie poczęła ciągnąć go za nogawkę.
      — Samoooolooooocik! — wykrzyknęła, skacząc wesoło, a on uśmiechnął się samymi kącikami ust.
      Spojrzał na Fridę, lustrując ją bezczelnym spojrzeniem od góry do dołu; w takich chwilach jak ta, dało się wyczuć tę brudną naturę, skrywaną skrzętnie za krystalicznie czystą zasłoną pełnego pokory dżentelmena.
      Nie miał żadnych skrupułów, lecz jego wzrok po chwili znów wyzbył się tej drapieżnie błyszczącej nuty, a on sam przed sobą musiał przyznać, że nadchodzący wieczór wcale nie malował się tak źle, jak początkowo przypuszczał.
      Quatermaine doceniał piękno, a dziewczyna, pomimo wyraźnie odcinających ją od kobiecości słów,  zdecydowanie grzeszyła ładną figura, którą chętnie wybadałby palcami którejś, być może nadchodzącej, nocy. Ojciec jeszcze nie wiedział, że sam podsunął wilkowi owieczkę.
      — Chwileczkę,  ma chérie — powiedział męskim, ochrypłym głosem i uchylił się lekko, by jedną ręką podnieść, upominającą się bez przerwy Missy. — Będziesz grzeczną księżniczką i pokażesz reszcie dzieciaków swoje królestwo? — spytał dziewczynkę, a ona energicznie skinęła głową. — No, leć, Missy — postawił ją i przez chwilę patrzył jak stawia do pionu całe pozostałe towarzystwo, dumnie wymachując rękami. Słodka, słodka ptaszyna.
      — O Twój komfort, jeśli będzie trzeba, zadba służba,  ma chérie — znów zwrócił się do Fridy i nie czekając na odpowiedź ruszył przed siebie, doskonale zdając sobie sprawę, że dziewczyna kroczy za nim. — Osobiście, nie jestem stworzony do zaspokajania potrzeb  — powiedział z naciskiem, jakby próbując stworzyć podłoże do aluzji, którą zaraz miał zamiar wykreować. — no, chyba że są to konkretne kobiece potrzeby. W ich przypadku działam zdecydowanie skuteczniej niż  Emmaus Ministries  — zażartował, wspominając nazwę chicagowskiego męskiego burdelu. — Ale nie jest to raczej meritum naszego spotkania — zatrzymał się przed drzwiami na dach i otworzył je, dłonią zapraszając ją do środka.

      Usuń
    2.  Ma chérie — ukłonił się, a intensywne spojrzenie jego niebieskich oczu zatrzymało się na jej tęczówkach. Kącik ust niebezpiecznie zadrżał, by po  chwili rozciągnąć na jego twarzy delikatny, drapieżny uśmiech, idealnie zgrywający się z zapachem męskich perfum i aurą siły, otaczającą go w każdej chwili egzystencji. — Białe, czerwone? Słodkie, półsłodkie, wytrawne?

      [Komputer już żyje! Mieli się nie znać, jak zawsze ja coś machnęłam. I mam nadzieję, że mój zły chłopiec nie jest taki straszny. :D]
      Cassian Quatermaine, hehe, rozpisał się

      Usuń
  15. Nie była aż tak wycofana, jak się spodziewał na początku. Skoro już nawet trochę się przekomarzała... Tak na dobrą sprawę, jeśli już mieliby się kłócić, to on był tutaj pierwszy, a nie ona. Okupował ten dach od jakiegoś czasu, a stare dobre przysłowie głosiło: "Kto pierwszy, ten lepszy" . Jednak tak zachowują się dzieci w piaskownicy, czyż nie? Był pokojowo nastawiony do wszystkich odwiedzających najwyżej położne miejsce budynku i nie uzurpował sobie do niego żadnych praw. Kto chciał, ten przychodził i tyle. Proste. W przypadku Fridy miał wrażenie, jakby obrała sobie dach za własną świątynię. Nie miał nic przeciwko temu, dlatego do tej pory nie wchodził jej w drogę, ale nie zamierzał też rezygnować z przychodzenia tutaj ze względu na nią. Też lubił to miejsce i miał do tego święte prawo.
    Jej nazwisko obiło mu się o uszy, choć nigdy nie był w stanie powiązać go z twarzą. Jego znajomi często rozmawiali ze sobą o nowych uczniach. On przysłuchiwał się temu biernie i rzadko wnosił do dyskusji coś od siebie. Nie pamiętał nawet, z której jest klasy. Stojąc teraz przed nią, miał mieszane uczucia. Wcześniej odnosił wrażenie, że kompletnie boi się świata i ludzi ją otaczających. Obecnie nie był już tego taki pewien.
    - Uciekasz tu przed całą resztą? - zapytał z zaciekawieniem. - Bo przede mną, to wiem na pewno. Zawsze jak mnie widziałaś, to pakowałaś manatki. Oni nie są tacy źli - skwitował, spoglądając w dół na uczniów. - Trzeba tylko dać im czasem szansę.
    Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Znał wielu uczniów SHS. Niektórzy go denerwowali, niektórym bardzo chętnie rozkwasiłby nos, ale znaleźli się też tacy, za którymi stanąłby murem. Grunt, to zacząć szukać. Bez tego ciężko znaleźć cokolwiek i kogokolwiek, choć los płata często zabawne figle, działając według swojego planu.

    James Walker

    OdpowiedzUsuń
  16. [Cześć, bardzo podoba mi się Twoja postać. Co prawda sprawia, że trochę mi jej żal i najchętniej bym ją przytuliła, ale mój Tymianek taki niestety nie jest. Pewnie mógłby ją objąć ramieniem, sięgając po kolejną butelkę alkoholu czy coś w ten deseń. Straszny prostak się z niego zrobił po powrocie do szkoły :(]

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jeżeli masz ochotę na wspólny wątek, to ja jestem bardzo chętna. Myślę tylko czy zrobić z nich znajomych od wspólnej fajki czy może wyjść poza granice tego typu znajomości ;)]

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  18. [Nie mam żadnego konkretnego pomysłu niestety. Ale wspólne fajki i coś mocniejszego w szkolnej toalecie brzmi jak coś w sam raz dla Timothy'ego. Możemy zacząć od czegoś neutralnego i zobaczymy, jak nam się to po prostu rozwinie :)]

    tim von der heyden

    OdpowiedzUsuń
  19. Uśmiechnął się gorzko. Ileż to razy jemu wydawało się, że tu nie pasuje, choć chyba w zupełnie innym tego słowa znaczeniu niż Fridzie. Zdarzało się to szczególnie wtedy, gdy podnosił z ziemi, poniżanych przez innych, uczniów. Fakt, że ktoś wykorzystywał tężyznę fizyczną, by podwyższyć swoje ego, doprowadzał go do wściekłości. Co do cholery dzieje się z tym światem? Liceum od zawsze rządziło się swoimi prawami, a grubymi literami wpisywał się w to nieustannie ten chory i niedorzeczny podział na grupki. Wystraczyło, że nie byłeś wystarczająco cool , nie nosiłeś najdroższych ubrań, nie prezentowałeś wysokich umiejętności sportowych czy wolałeś się po prostu nie wychylać, zostawałeś z miejsca uznawany przez tych inteligentnych i popularnych licealnych sędziów za dziwaka bądź kogoś niegodnego uwagi. W takich sytuacjach Walker pragnął po prostu stamtąd zniknąć. Przecież to było chore!
    W ustach panny Müller brzmiało to, jakby nienawidziła wręcz tego miejsca. Tylko dlaczego? Co sprawiło, że jej się tu aż tak nie podobało? Uznał, że nie będzie wypytywał o szczegóły przede wszystkim dlatego, że nie chciał spłoszyć Fridy. W końcu przez dłuższy czas uciekała przed nim, gdzie pieprz rośnie i nie potrafiła wydusić w jego stronę zwykłego cześć czy nawet po prostu spadaj stąd, koleś .
    - W porządku, każdy tak się czasem czuje, a przynajmniej tak podejrzewam - powiedział.
    Spojrzał przed siebie i zmrużył oczy, jakby chciał zobaczyć coś w oddali. Skyline nie było miejscem idealnym, ale które mogłoby nim być? Świat jest niedoskonały i to jego największa zaleta. Czy ktokolwiek wyobraża sobie życie w nieskalanej niczym rzeczywistości? Z pewnością nie byłoby w niej urbexów, które chłopak tak bardzo ukochał. Z resztą, nie zwariował w tym mieście właśnie dzięki opuszczonym budynkom oraz dachom oczywiście. Uśmiechnął się sam do siebie tak delikatnie, że nie był pewien,czy Frida mogłaby to dotrzec.
    - Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - powiedział pogodnie. - Chcesz spojrzeć na to miejsce z innego punktu widzenia? Czasem niektóre rzeczy stają się znośne dlatego, że w innych dostrzegamy coś dobrego. Poza tym, nie będziesz tkwić tu wiecznie. Kiedyś na pewno stąd znikniesz i poszukasz swojego miejsca na Ziemi, no chyba że bardzo się postarasz i postanowisz zostać wiecznym uczniem tej szkoły - zażartował. - Jednak do tego czasu warto by uczynić twój pobyt choć trochę znośnym, nie sądzisz?

    James Walker

    OdpowiedzUsuń
  20. Cassian był osobą dość nietypową; z jednej strony, trudno było zarzucić mu bezczelność, choć patrząc w jego oczy, odnosiło się wrażenie, że to właśnie nią żył. Był człowiekiem pełnym sprzeczności, nachodzących na siebie jak warstwy; po brzegi wypełnionym naczyniem, przelewającym się chwilami, gdy całe nagromadzenie emocji do reszty zatraciło swoje kontury. Dystyngowany, pełen gracji i taktu dżentelmen o niebieskim, zimnym jak lód spojrzeniu, w którym jednak przebijały się oksymoroniczne iskry ognia. I w tym wszystkim, delikatnie uniesione kąciki ust, rozszerzone bądź zwężone źrenice, napięte w oczekiwaniu mięśnie i bezwolnie poruszające się brwi. Czytanie z niego było jak otwarcie słownika w obcym języku; każdy słownik działał tak samo, lecz nie każdy dało się zrozumieć. Jak błądzenie we mgle, zagubienie w światłości, całkowite utracenie wzroku w ciemni fotograficznej. Wystarczyło rzucić na niego okiem, by dostrzec sprzeczne sygnały; przyjazne, zwinne palce, chwytające siostrzyczkę. Słodki, pełen chrypki głos, którego wibracje wzbudzały nieprzyjemne dreszcze. Kpina, jakby schowana za fasadą wyniosłości. Fałszywa otoczka dworskiej cnotliwości na dzikiej bestii o ostrych pazurach i zębach, zdolnych przegryźć każdy układ mięśniowy.
    Zawsze samowystarczalny, samotny, elokwentny indywidualista. Niebojący się ryzyka pedant, wzbraniający się przed jakimkolwiek nadmiarem emocji. Miłość była dla niego zbyt patetycznym bytem; nie pożądał jej, uważał za mącicielkę; niszczarkę trzeźwości. Pompatyczny obraz czegoś, po co tak naprawdę nikt nie będzie w stanie w pełni sięgnąć. Miłość była pięknym fałszem; powierzchowną rzeką kłamstw, która oplatała kostki ścisłym sznurem, zakręcając łańcuchy wokół szyi. Obleczona w suknię obłudy zataczała piruety, mamiąc kobiety i mężczyzn; zarzucała kwieciste wianki, wplecione w poukrywane ciernie, powoli przecinające skórę. Quatermaine odrzucił słabości— na tyle, na ile potrafił to zrobić — by zdominować życie i samotnie stanąć na strażnicy jego przebiegu. Kochał kontrolować, analizować, dopasowywać elementy do siebie; kochał obserwować konsekwencje nierozważnych błędów, które z premedytacją popełniał, chcąc przypieczętować swoją omylność. Człowiek, który nic nie wiedział o wrogu był na straconej pozycji. Człowiek, który miał o wrogu blagierskie informacje... łopatą umysłu kopał sobie mogiłę.
    Dlatego Cassian starał się zdradzać jak najmniej, jednocześnie zdradzając jak najwięcej. Był młody, sprytny, pełen wigoru. Ale znał ulotność chwili, znał następstwa upadku, jaki mógł się przydarzyć nawet najostrożniejszemu wędrowcy. Dlatego się go bali; wiedza bywała najniebezpieczniejszym orężem, najostrzejszym mieczem, największym berłem. Ponadto, z jego psychiką niewiele było w porządku; z tego powodu, ludzie, może podświadomie wyczuwali, że z tym człowiekiem lepiej nie zaczynać personalnej wojenki. I wcale nie chodziło o zbroję, o miecz, o podwładnych; a tylko o fakt, że stanąć oko w oko z szatanem... nie warto wystawiać na próbę własnej wytrzymałości, gdy stawkę stanowi życie.
    Pozostał niezłomny na jej próbę imitowania jego spojrzenia. Jedynie uśmiechnął się delikatnie, samymi kącikami ust, nie wróżąc tym niczego konkretnego. Jego oczy natomiast nadal błyszczały, nie powstrzymując się wcale od wędrówki, jaką miały w zwyczaju odbywać po kobiecych sylwetkach.
    Odpowiedź na swój krótki wywód zbył milczeniem, na razie nie chcąc kontynuować tematu. Lubił wracać do meritum po czasie, wybijając rozmówcę z równowagi. Miał fatalną pamięć do twarzy, ale do rozmów... jego bank informacji był naprawdę pojemny i to naprawdę nie ulegało wątpliwościom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obserwował jak dziewczyna podchodzi do barierki, patrzy w dół i bada otoczenie; pozwolił jej zająć się percepcją zmysłową, a sam oparł się o wyłożoną czerwoną cegłą ścianę, by z neutralnym wyrazem twarzy zarejestrować jej błyszczące oczy i radość, jaka płynęła z otaczającej ją aury. Brawo, Cassian. Uszczęśliwiasz kobiety, nie robiąc absolutnie nic.
      Po odpowiedzi na jego pytanie o wino, sięgnął po butelkę, którą przyniósł dostojny lokaj, podając mu jednocześnie dwa kieliszki. Odprawił go machnięciem ręki, samodzielnie odkorkował wino i rozlał procentowy trunek, podchodząc, by ostrożnie wręczyć jej kieliszek, trzymany między dwoma palcami. Jednocześnie odmówił, na razie nie mając ochoty poddawać się działaniu wyrobów tytoniowych.
      — W gruncie rzeczy, jest tylko jeden Quatermaine i jestem nim ja — stwierdził, uśmiechając się delikatnie, a jego oczy na chwilę zrównały się z jej na jednej linii. — Mam cztery siostry. Tylko ja przedłużę nazwisko i tylko ja mogę zastawiać pułapki — powiedział ochryple, przedłużając głoski na tyle blisko jej ucha, by ciepły oddech wzniósł gęsią skórkę na jej drobnej, pełnej napięcia szyi. Korzystając z chwili konsternacji, w jaką wpadła, przejechał palcami po jej policzku, kończąc wędrówkę na podbródku, który chwycił pomiędzy kciuk, a palec wskazujący.
      —Niektóre kobiety znają swoje potrzeby — wrócił do tematu, uśmiechając się tajemniczym, niejednoznacznym uśmiechem. — Mężczyźni również. Ale czy nadal można nazwać mężczyzną worek testosteronu, która dochodzi na sam widok kobiecych piersi? — nie puścił jej twarzy, lecz trzymał ją dostatecznie delikatnie, by nie uczynić jej żadnej krzywdy. — A czy można nazwać kobietą worek estrogenu, którego jedyną potrzebą jest poczuć w sobie kutasa? No właśnie. Potrzeby to jedno. Znakiem płci jest potrafić naginać je do swojej woli. Nie sztuka wywołać u mężczyzny erekcję lub wilgoć u kobiety — nachylił się, by szybkim ruchem przygryźć drapieżnie jej dolną wargę.
      A potem odsunął się gwałtownie, jak spłoszony kociak, który jednak wcale nie wyglądał na spłoszonego.
      — Seks jest tylko sposobem zaspokajania potrzeb — wymruczał, wygładzając krańce marynarki. — Ale czy nie chodzi o to, by rozkoszować się tokiem ich zaspokajania, zamiast skupić się tylko na finiszu?

      [Ja też przepraszam za tak długi czas oczekiwania, ale wpadłam w zaległości i za cholerę nie mogłam się z nich wygrzebać. Ramsaya też kocham <333 Więc coś nas łączy :D I przestań, mi się bardzo podoba to, jak piszesz <33]

      Cassian

      Usuń
  21. [Frida jest niesamowita. Wątek? Ziomki od papierosów i czucia się niechcianym?
    Czekamy na Was]
    Joseph Anselm

    OdpowiedzUsuń