12 maja 2017

This is what happens when I show you my demons


Elliot White
07.04.1998 | II klasa | francuski i historia | mieszka z rodzicami

Nie jest nikim specjalnym. Właściwie to na szkolnym korytarzu łatwo przegapić go wśród tłumu innych, ciekawszych i bardziej popularnych uczniów. Mało kto wie, że powinien chodzić już do III klasy; nie wynika to jednak z tego, że powtarza rok, po prostu z bliżej nieznanych powodów zaczął szkołę rok później niż reszta dzieci. Jego garderoba składa się w większości z przydużych swetrów, czarnych dżinsów i rozchodzonych trampek. Wyraźnie nie chce rzucać się w oczy. Chodzi wiecznie poważny i zamyślony, na zajęciach nigdy nie odzywa się niepytany, a na stołówce siedzi sam lub, co zdarza się częściej, nie siedzi w ogóle, tylko gdzieś znika. Na wf praktycznie nie chodzi, za każdym razem jest kontuzjowany lub ma wizytę u lekarza. Zawsze śmierdzi papierosami, ale nikt nigdy nie widział go palącego. Nie jest zbyt dobrym uczniem, a jedyny przedmiot, który idzie mu ponadprzeciętnie dobrze, to angielski. Podobno pisze wiersze, ale nikt nigdy żadnego z jego ust nie słyszał, więc kto to wie, być może to tylko jakieś dziwaczne plotki. Twardy orzech do zgryzienia, ten Elliot. Czy ktoś go tutaj w ogóle zna?

Mama zawsze powtarzała, że najważniejsze wartości w życiu człowieka to

ODAUTORSKO

42 komentarze:

  1. [Ojej, jaką ja mam słabość do smutnych postaci...
    Cześć, witam Cię serdecznie! Uwielbiam go za imię, za charakter i za świetną kartę, która, mimo przykrych sytuacji, opowiada całkiem sporo o postaci. Życzę wielu wątków i dobrej zabawy, a w razie chęci wpadnij do mnie!]

    Hope Chamberlain

    OdpowiedzUsuń
  2. ( Hej, hej. Tekst wywarł na mnie niemałe wrażenie, tym bardziej, że uwielbiam takie smutne postacie skrzywdzone przez los. Elliot jest trochę podobny do Tristana pod tym względem, że obydwoje musieli przeżyć przemoc w rodzinie. Życie czasem musi dać w kość. W każdym razie, życzę powodzenia z postacią i w razie chęci zapraszam do którejś ze swoich postaci :>)

    Blackbourne i Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć ! Bardzo chętnie popiszę jakiś wątek. Właściwie razem chodzą pewnie na francuski, więc miejsce już jest. Trochę z nich przeciwieństwa - Samara to bardziej energiczna osoba, która woli udawać, że wszystko jest ok i nie zdradzać swoich smutków. Myślę, że może być ciekawie. ]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Zdjęcie wyjściowe jest mega kochane i aż ma się ochotę go przytulić :3
    Smutny chłopak. Niełatwe miał życie... chociaż podoba mi się sposób, w jaki go ujęłaś. I ciekawie zorganizowany układ podstron. I baaardzo mi miło, że dołączyłaś do obu blogów, bo jesteś częścią naszej(ych) małej(ych) rodzinki(ek)! ♥ Masy chęci, wątków i baw się jak najdłużej!]

    Cassian Quatermaine

    OdpowiedzUsuń
  5. ( Cieszę się, że wybrałaś jednak Tristana, bo u niego mam ostatnio same pustki! A tyle powiązań do rozdania. Poproszę więc o email i lecimy z jakąś małą burzą mózgów, chyba, że wolisz napisać pierwsza: whitetaker1010@gmail.com )

    Cavendish

    OdpowiedzUsuń
  6. [Czytając kartę przeoczylam chyba że jest w II klasie, albo już nie zwróciłam na to uwagi. Ostatnio zmuszona jestem być rannym ptaszkiem.
    Coś dziś ciężko mi się myśli, więc burza mózgów jest wskazana. ]
    Samara Black

    OdpowiedzUsuń
  7. [Nie jestem dobra w wymyślaniu wątków, ale może to dlatego, że mam za dużo postaci XD Ale lubię takie postacie jak Elliot, w których po kp widać potencjał na rozwój, bo nie jest napisane wszystko jasno, a jednak wydaje się, że wszystko się już wie. Także zostawię ci moją gromadkę. Wybierz, kto ci najlepiej pasuje :D]

    Alexandra | Roan | Orpheus | WooJin

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cześć! Cieszę się, że Cas został tak pozytywnie przyjęty. Będę miała dla ciebie najpewniej trzy propozycje na powiązanie naszych postaci, o ile oczywiście, wykazywałabyś ochotę na wspólny wątek. Odezwałabym się wówczas na maila wieczorem lub dopiero jutro — znienawidzony i napięty grafik domaga się ofiary w postaci mojego wolnego czasu.]

    Castiel Berne

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mógł wyznaczyć konkretnego momentu w czasie, gdy chłopak po raz pierwszy pojawił się w bibliotece. Wielu uczniów się tam przewijało i kojarzył jedynie kilku przez ich regularność. Z czasem przestał zwracać uwagę na „nowych”. Z nikim nie łączyło go tam więcej niż skinięcie głową na powitanie. Jednak na taką uprzejmość z jego strony zasługiwali tylko ci, którzy sami pierwsi wykonali taki gest, a nie było ich wielu. Większość ignorowała go tak samo jak on ich. Mijali się z nim między regałami, siadali obok przy stolikach, ale tylko jeśli inne były już zajęte i nigdy nie patrzyli mu w oczy. On był pierwszym, z którym nawiązał jakiekolwiek porozumienie. Mieli swego rodzaju niewypowiedziane porozumienie, co Jinowi odpowiadało. Nie odzywali się do siebie. Żadne dźwięki nie były im potrzebne, bo mieli wszystko na papierze. Lubił te dni, gdy on przychodził do biblioteki poczytać i nagle dzień stawał się odrobinę lepszy. Mniej cichy. A może po prostu cisza przy nim nie brzmiała tak samotnie. Nie potrzebowali się poznawać, a zostali partnerami do wspólnie spędzonych chwil na zagłębianiu się w inne światy. Czasem dzięki jego obecności czuł znajome ciepło na sercu, które niegdyś z biegiem czasu dokądś uleciało i nie do końca potrafił je uchwycić. Teraz był coraz bliżej. Przypominał sobie, jak to jest się z kimś dzielić swoją miłością. Kilka razy podsunął mu książki, które sam uwielbiał i przeczytał kilkakrotnie. Sam również dostał od niego do przeczytania parę egzemplarzy. Ten sposób komunikowania się wydawał mu się o wiele intymniejszy, niż jakikolwiek inny. Nie potrafiłby przekazać werbalnie tego, co mówił, gdy okazywał cząstkę siebie w postaci kolejnej lektury. Jeszcze jeden zniszczony bohater, jeszcze jedno nieszczęście i jeszcze jeden cytat do kolekcji. Każdy zaznaczał. Nawet jeśli nikt nie wiedział, że on jest sprawcą takiego działania. A prawdopodobnie właśnie dlatego. Mógł coś przekazać innym, pozostając anonimowym, bo taki stan rzeczy odpowiadał mu najbardziej. Przy chłopaku jednak zniknęła ta konkretna bariera. Jemu w pewien sposób zaufał, choć zapewne nań nie próbował go do siebie przekonać. W każdym geście był równie nie pewny co on i dzięki temu wyczuwał z nim jeszcze silniejszą nić porozumienia.
    Jin stał przed regałem literatury brytyjskiej, który znajdował się na samym końcu biblioteki i szukał książek, które nie stały na swoim miejscu. Codziennie odnajdywał takie zguby, by ponownie wsunąć je na półkę z odpowiednią literą, która rozpoczynała nazwisko autora. Sam zgłosił się do pomocy w bibliotece. Zawsze traktował książki z ostrożnością matki troszczącej się o własne dziecko. Kiedy trzymał ten dla niektórych nic nieznaczący plik kartek, miał wrażenie, że w jego dłoniach znajduje się cały świat. Będąc pomocnikiem bibliotekarza, miał wolny dostęp do wszystkiego i mógł zostawać po godzinach pracy. Czuł się tam dobrze. Cisza była czymś normalnym, wręcz wymaganym i naprawdę rzadko zdarzało się, by musiał uważać. Nikt tu do niego nie mówił. Nie musiał się wytężać, dostosowywać, by zrozumieć każde słowo. Układał wszystko z powrotem na swoje miejsce, więc jeśli czegoś nie było, musiało już zostać wypożyczone. Zmarszczył brwi i przechylił głowę, przez co gęsta grzywka opadła mu na oczy. Podwinął lewy rękaw czarnego swetra. Był o wiele za duży i z pewnością zmieściłaby się w nim jeszcze jedna osoba. Schylił się po egzemplarz, który nie pasował do reszty. Przez wykonany ruch sweter został poddany grawitacji, która zdawała się ściągać go ze smukłego ciała, ukazując skrawek odcinka lędźwiowego pleców i wystające obojczyki z kawałkiem klatki piersiowej. Kiedy się wyprostował, odsłonięte zostało ramię, które pokryte było tatuażami. Słońce wpadające przez okna prażyło go przyjemnie w plecy, dając znać o zbliżającym się lecie.
    To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przejechał opuszkami palców po literach. Podkreślił słowa ołówkiem o miękkim graficie, by nie uszkodzić papieru. Dodatkowo włożył między odpowiednie strony kwiatek, stokrotkę, używając jej zamiast zakładki. Tak długo tam tkwiła, że przypadkowo Jin ją ususzył. Nawet taki drobiazg przemawiał z siłą silniejszą od głosu, który z trudem udawało mu się wyważyć. Ale przecież on, by nie sprawdził znaczenia tak marnego kwiatka. A może? Czy wtedy połączyłby je z zaznaczonym cytatem?

      |Jin

      [A jednak udało mi się dzisiaj w przerwie od nauki XD]

      Usuń
  10. W momencie wyprowadzki z rodzinnego domu postawił walizki na korytarzu i poprosił swoją siostrę, żeby wyszła pierwsza. Jedyne czego pragnął to oszczędzić swojej malutkiej kolejnego zalewania się łzami i wyrywania włosów z głowy. Coraz głośniejsze krzyki ojca, skrzypienie schodów uginających się pod czyimś stopami i płacząca matka prosząca o coś przez szloch to ostatnie co zapamiętał z tamtego miejsca. Przed wyjściem obydwoje Blackbournowie spojrzeli sobie w oczy, a każdy z nich starał się pokazać po sobie tak wielkie obrzydzenie, jak tylko się da. Nigdy nikomu tego nie powiedział, ale w tamtej chwili Tristan obiecał sobie, że to ostatni raz, gdy się widzą, a potem po prostu chwycił torby i wyszedł, zostawiając wszystko, czego nienawidził, za sobą.
    Dotrzymując danej sobie obietnicy, od tamtej pory nie widział się z ojcem ani razu. Od czasu do czasu spotykał się z matką, ale tylko wtedy, kiedy Harold Blackbourne przebywał w pracy. Za każdym razem pękało mu serce na widok jej czerwonych od płaczu oczu i delikatnych, sinych placów skrzętnie ukrytych pod makijażem. Wielokrotnie z siostrą przekonywali ją do złożenia pozwu rozwodowego, mówili, że mają przecież wolny pokój, na który ich stać i nie muszą go nikomu wynajmować. Niestety nie potrafili jej przemówić do rozsądku. Jedyne co potrafiła z siebie wydusić, ledwo poruszając ustami z bólu, tylko to, że wszystko jest dobrze.
    Mimo wszystko, nigdy nie mógł powiedzieć złego słowa o matce. Dorothy Blackbourne potrafiła przyjąć na siebie każdy cios od swojego kata, byleby jej ukochane dzieci nie ucierpiały. Mimo, że wiedziała co się zaraz stanie, że pot spływał jej z czoła, a palce mocno drżały - z wysoko uniesioną głową patrzyła mu prosto w oczy i czekała. Tylko Tristan i Isolde dawali jej odwagę i siłę. Podejrzewał, że nawet powód, by wstać następnego dnia.
    Gdyby nie ona nigdy nie zgodziłby się iść na uroczystą kolację z ojcem do państwa White. Drugim powodem było to, że znał ich syna, Elliota. Dopiero po kilku wizytach w jego domu zorientował się, że chodzą razem do szkoły. Nie wyróżniał się za bardzo na tle innych uczniów, co oczywiście nie znaczyło, że musiał być przez to gorszy. Blakcbourne zawsze uważał, że Elliot nosi w sercu jakiś ciężar, który powoli go przytacza swoją wagą. Sztuczne uśmiechy, za którymi kryje się smutna historia i bezbarwne spojrzenie, tak właśnie go opisywał w swojej głowie. Od pewnego czasu przypuszczał nawet, że chłopak może być w tej samej sytuacji co on, ale wciąż nie był tego pewien. Nie chciał pytać go o to bezpośrednio, bo nie byłoby to ani trochę na miejscu.. No bo, jak by to brzmiało? "Hej, czy ojciec cię bije? Bo wiesz, nie przejmuj się, mnie też". A poza tym nie chciał go zawstydzać.
    Ubrany w elegancką, jasnofioletową koszulę, którą jeszcze poprawiał, bo materiał potrafił szybko się zagiąć, a nie chciał znosić irytujących spojrzeń ojca podczas jedzenia obiadu, pojawił się wraz z ojcem u państwa White. Matka Eliota jak zwykle wyglądała pieknie, choć wydawało mu się, że miała w oczach smutny błysk. Przywitał się z jego ojcem uciśnięciem dłoni, a mamę skomplementował, jak zawsze, i pocałował lekko w policzek. Do chłopaka po prostu uśmiechnął się delikatnie, lekko zdziwiony jego frywolnym strojem, bo dress code ich uroczystych kolacji zawsze był z góry narzucony. Może zapomniał się przebrać? W każdym razie nie zdziwił się, kiedy ojciec Elliota poprosił go na bok. Jego mina nie spodobała się Tristanowi, dlatego obserwował jego plecy do momentu, kiedy nie znikły mu z pola widzenia. Czy chciał go uderzyć? Nie było słychać żadnych krzyków ani odgłosu spadających przedmiotów, kiedy "załatwiali jakąś sprawę".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na widok wracającego pana White, który delikatnie się uśmiechał z podejrzanymi zmarszczkami nad czołem, Tristan wstał od stołu lekko zaniepokojony. Momentami wydawalo mu się, że traktował Elliota podobnie jak swoją malutką siostrzyczkę - nie chciał, by siedział po turecku na dywanie z opuchniętymi od płaczu oczami, tak jak ona ilekroć to się działo.
      - Przepraszam, muszę do toalety - powiadomił wszystkich i spokojnie udał się w trochę innym kierunku. Naprawdę chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku z Elliotem, tym bardziej, że nie wracał dłuższą chwilę. Znał drogę do jego pokoju, dlatego, kiedy stanął przed drzwiami, zapukał i wszedł ostrożnie do środka.
      - Wszystko w porządku? - to jedyne pytanie, na jakie wpadł.

      Blackbourne
      (Wybacz za zwłokę! Trochę zwariowany mi ten odpis wyszedł, ale no, następne będą lepsze c:)

      Usuń
  11. Wiosnę odczuwał całym sobą. Każdym zmysłem, który dostał w nadwyżce po utracie słuchu. Może towarzyszyło mu szczęście, a może była to intuicja, tak zwany szósty zmysł, który dla niego był piątym. Jakoś udawało mu się zwrócić uwagę na osobę akurat w chwili, gdy do niego odchodziła. Oczywiście nie zawsze, ale w tych przypadkach, które się liczyły, owszem. Tak jak teraz.
    Poczuł na sobie czyjś wzrok, więc podniósł głowę. Wykonał ruch nieco gwałtownie, aż grzywka opadła mu na oczy, ale nie przejął się nią. Kąciki ust same drgnęły, wykrzywiając wargi w uśmiechu. Chwilowe napięcie całkowicie z niego uleciło w jednej sekundzie. W takich chwilach jeszcze bardziej żałował, że nie jest w stanie słyszeć. Byłby wtedy śmielszy, nie krępowałby się w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, które stanowiły coraz większe wyzwanie. Im starszy się stawał, tym dogłębniej odczuwał niesprawiedliwość, jaka rządziła światem i zabraniał naiwności siebie dopaść. Nikt nie chciałby zadawać się z głuchym, a nawet gdy tak było postrzegali go przez pryzmat jego niepełnosprawności. Współczuli mu, zachowywali się, jakby nie potrafił sobie sam pomóc, a oni byli świętymi, bo przyjaźnili się z kimś takim. Po pójściu do liceum odciął się od takich ludzi, praktycznie od wszystkich, choć dalej widywał kilku starych znajomych na korytarzach. Teraz nawet nie potrafili na niego spojrzeć.
    Oblizał usta i odwrócił od niego wzrok jedynie na chwilę. Zamknął książkę i odłożył ją na jej prawowite miejsce, po czym wyjął inną, stojącą obok. Na tę jeszcze chłopak chyba nie był gotowy. Za to wybrał mu inną, równie dobrą i pełną magii. Opowiadała ona o dziewczynce, która tak jak on znalazła się w świecie, do któregoś nie pasowała. Raz za mała, raz za duża, za głupia lub za mądra. Nieważne, co robiła i tak było źle. Ale w końcu okazało się, że jej wyjątkowość jest atutem.
    Alicja w Krainie Czarów.
    Pokonał te kilka dzielących ich kroków i wyciągnął do niego rękę z trzymaną książką. Spuścił wzrok na kilka sekund, zbierając w sobie odwagę i już miał otworzyć usta, żeby się przywitać, powiedzieć cokolwiek, ale zwątpił w siłę własnego głosu. Skończyło się na delikatnym uśmiechu i skinieniem głową. Chciał tylko dać mu książkę i uciec. Czuł się zbyt obnażony, jakby jako jedyny mógł dojrzeć prawdziwego jego przez fakt, że dawał mu książki, które sam czytał. Literatura potrafiła powiedzieć wiele o osobie, która się w niej zakochała.

    |Jin
    [Ciekawa jestem, czy długo tak będziemy pisać bez żadnego dialogu xD]

    OdpowiedzUsuń

  12. Sunął wzrokiem od jego oczu do ust, nie będąc do końca pewnym, gdzie najbezpieczniej było zatrzymać spojrzenie. Chłopak miał naprawdę ładny kolor tęczówek, w których mógłby zatonąć i stracić całą koncentrację. Nie mógł sobie pozwolić na zignorowanie warg, które zawsze były jego jedynym źródłem słów. W ich ułożeniu widział litery, układał zdania i wyciągał wnioski ja temat rozmowy, jeśli znał kontekst. Bez niego ciężko mu było znaleźć odpowiednie słowa. Mimo wszystko nie były kompletne. Czytanie z ruchu warg nigdy nie odzwierciedlało pełnej wymowy. Zaledwie trzydzieści do czterdziestu procent wyrazów było jasno czytelnych. Reszty się domyślał, uzupełniając luki między literami poszczególnych słów. Całe jego życie przypominało grę w wisielca, a gdy udało mu się odgadnąć odpowiedni sens zdania, ktoś w tle krzyczał „bingo”, tyle że nie był w stanie tego usłyszeć. Ciągle w siebie wątpił, mimo że był naprawdę dobry w czytaniu z ruchu warg. Gdzieś zalęgła się w nim niepewność, czy jest wystarczająco zdolny, by żyć w świecie normalnych ludzi.
    Do tej pory wymieniali się książkami, których drugi nie czytał. Wynajdywali sobie mało popularne pozycje. Takie, które miały raczej znaczenie osobiste, a nie czytali ich, ponieważ wszyscy to robili. Jin sam odkrył większość z nich, nie korzystając z porady. Miał mnóstwo czasu na kształcenie się pod tym względem, gdy jeszcze trwało jego nauczanie indywidualne. Alicję przeczytał tyle razy, że pamiętał wiele cytatów. I choć uważał tę książkę za jedną z najlepszych, nie spotkał wielu jej zwolenników. Dlatego jedynie zamrugał, z początku nie reagując na słowa chłopaka. Również w pełni ich nie rozumiejąc, gdyż ten nie mówił prosto do niego. „W podstawówce”, tyle zdołał wychwycić, ale wystarczało. Jego wzrok, gdy Jin wręczył mu książkę, zdradzał wiele.
    Wszyscy mamy tutaj bzika. Zawsze poznałby te słowa. Były one jednymi z wyraźniejszych, jakie odczytywał w ostatnich tygodniach. Skinął głową, a na jego twarz zakradł się delikatny uśmiech wspomagany przez lekko zarumienione policzki.
    - Też szukasz Białego Królika? – spytał, a w spojrzeniu dało się dostrzec nić porozumienia. – Skoro ją czytałeś, mogę zaproponować dzisiaj inną – powiedział jeszcze, chcąc zagrać rękę, a uśmiech zszedł mu z twarzy, nawet jeśli użycie ciepła pozostało.

    /Jin

    [No proszę, jak dużo słów o.o]

    OdpowiedzUsuń
  13. Zachowanie pani Chamberlain znacznie pogorszyło się ostatnimi czasy. Hope dobrze wiedziała, że brat chce im pomóc – całemu młodszemu rodzeństwu – jednak, mimo siły fizycznej, nie miał szans z starciu z podłą kobietą. Matka, zwłaszcza, kiedy była wściekła, potrafiła dysponować ogromnymi pokładami energii. Dziewczyna niejednokrotnie była świadkiem jej wykłócania się w sklepie z młodszymi od siebie sprzedawczyniami – nie lubiła mieć konkurencji i jednakogo podle traktowała wszystkie dziewczęta – oraz nagminnego flirtu z każdym napotkanym mężczyzną. Była, bez wątpienia, atrakcyjną kobietą; niewielu znalazło się takich, którzy się jej oparli. Hope zastanawiała się czasem, co czuł ojciec, obserwując jej zachowanie, ale jemu wydawało się to kompletnie nie przeszkadzać, wręcz przeciwnie. Było mu w smak, że to on tkwi wiernie u jej boku, nikt inny. Pod wieloma względami był mniej groźny, niż matka, ale siedemnastolatka mimo wszystko nie potrafiła oprzeć się temu, co robił.
    – Boże, ty głupia dziewucho, nic nie potrafisz zrobić dobrze! – Krzyknęła rozzłoszczona kobieta, gdy córka nieopatrznie rozsypała na podłogę płatki śniadaniowe. Szykowała sobie kolację i dobrze wiedziała, że powinna uważać, ale będąc stale pod narzuconą sobie samej presją, prawie przy każdej czynności przydarzała jej się jakaś tragedia. Była mocno znerwicowanym dzieckiem, a wyrosła na dziewczynę, której dłonie drżą przy każdym, najmniejszym nawet ruchu.
    – Mamo, nie, przepraszam, zaraz to posprzątam... – urwała Hope, czując we włosach szczupłe, acz silne palce kobiety. Głowę przeszył jej ból, kiedy szarpnęła ją do góry i odepchnęła od siebie tak mocno, aż najmłodsza Chamberlain poleciała wprost na kuchenny blat i uderzyła biodrem o jego kant. Syknęła, rozcierając sobie stłuczoną kość, ale matka jeszcze nie skończyła. Dziewczyna osłoniła się ramionami, lecz to nic nie dało, jak zawsze. Rodzicielka miała niebywały talent do wymierzania ciosów tak, by nie dało się ich zablokować.
    – Jesteś zmorą mojego życia! Przeklęte dziecko! Nienawidzę cię! – Każde słowo, chociaż nie dotykało fizycznie jej ciała, pozostawiało palący żywym ogniem ślad w samej duszy. Słyszała to już tak wiele razy, że powinna się była przyzwyczaić; tyle tylko, że nie wiedziała, czy do przemocy można przywyknąć.
    – Przepraszam! To był wypadek!
    – Ty też jesteś jednym chodzącym wypadkiem! Żałuję, że nie oddałam cię do sierocińca, ledwie się urodziłaś! – Wysyczała kobieta na ułamek sekundy przed precyzyjnie wymierzonym uderzeniem w głowę. Hope poczuła na czole pierścionek matki; ogromny, z wielkim brylantem i ostrymi końcami. Przyłożyła dłoń w miejscu, w które otrzymała cios, i zobaczyła na palcach lepką krew. Ignorując zawroty głowy zerwała się na równe nogi i rzuciła do ucieczki, po drodze łapiąc w locie byle jaką, cienką kurtkę i buty, choć dzisiejszego dnia było zdecydowanie zbyt chłodno na dżins.
    Spóźniła się do szkoły, wpadając tuż na lekcję wf-u, z której tradycyjnie musiała zrezygnować. Udało jej się, co prawda, doprowadzić do porządku w przypadkowej miejskiej toalecie – przykleiła plaster na czoło i przygotowała zabawną historyjkę dotyczącą siniaka pod okiem oraz stłuczonego biodra – ale lekcje wychowania fizycznego to była zupełnie inna bajka.
    – Cześć – uśmiechnęła się blado do Elliota, który zaczepił ją na korytarzu. Wystarczyła się jak diabli, ale na szczęście to był tylko jej przyjaciel. – Jasne, czemu nie. Może gorąca czekolada w The apple pie? – Zaproponowała, po czym skrzywiła się odrobinę. – Słuchaj, masz może jakieś proszki? Potwornie boli mnie głowa, chyba ciśnienie zaczyna spadać.

    Hope Chamberlain

    OdpowiedzUsuń
  14. [To jest jakieś takie w kit i generalnie przepraszam, ale się rozkręcę, obiecuję!]

    Chris lubił pracować z młodzieżą. Naprawdę lubił. Nie wybrałby studiów z literatury z zamiarem podążenia ścieżką kariery nauczyciela w liceum gdyby było inaczej. A staż, na dodatek w swojej dawnej szkole, dawał mu świetną okazję do bliższego zaznajomienia się z systemem edukacji i wszelkimi zawiłościami niesienia kaganka oświaty nie od strony ucznia, ale jego profesora i mentora.
    Na lekcjach był głównie od rozdawania i zbierania kartek wszelkiego rodzaju, ewentualnie obsługi prezentacji multimedialnej, i przez większość czasu po prostu obserwował, słuchał i uczył się podstaw praktyki przekazywania wiedzy - nic dziwnego, w końcu pojawił się dopiero w początkach semestru i nikt zdrowo myślący nie pozwoliłby mu z miejsca poprowadzić lekcji. Raz na jakiś czas udawało mu się nawet zerknąć w nauczycielskie notatki, ale przeważnie zajmował swoje stałe miejsce przy parapecie, trochę za nauczycielskim biurkiem, i był ignorowany przez zdecydowaną większość uczniów. A to dawało mu wspaniałą sposobność do zauważania różnic między zachowaniem poszczególnych klas i sposobie nauczyciela na radzenie sobie z każdą z nich. Choć profesorowie przeważnie mieli tendencję do prowadzenia każdej lekcji na jedno kopyto.
    Niczego nie notował, starając się tylko zapamiętać jak najwięcej i dojść do jasnych wniosków, co konkretny nauczyciel robi nie tak, a co on sam zrobiłby inaczej. Nowoczesne metody nauczania, nawet w tak szanowanej i poważanej placówce, jaką była Skyline High School, najwyraźniej nie przemawiały do każdego szkolnego wykładowcy tak samo, jak przemawiały do większości jego uczniów. Jeśli temat nie należy do wybitnie ciekawych, a do tego wykładany jest dość monotonnym, jednostajnym, nudnym i w pewnym sensie skutecznie usypiającym głosem, to młodzież w klasie nie będzie siedzieć z oczami wlepionymi w nauczyciela i z fascynacją spijać z jego ust każdego kolejnego słowa - Chris wiedział to świetnie z własnego doświadczenia. Nic dziwnego, że w podobnej sytuacji uczniowie mniej przedmiotem zainteresowani zaczynają być rozproszeni i znudzeni, swoją uwagę kierując wszędzie, tylko nie na omawianą właśnie szkolną lekturę. Dla Christophera, jako osoby, która jeszcze rok temu sama siedziała znudzona w ławce i zmuszona była słuchać o poezji okresu międzywojnia, była to sprawa nader oczywista. Dla niektórych profesorów chyba już nie do końca.
    Była końcówka maja, trzecia godzina lekcyjna, prowadzona przez pana Bolkey'a w klasie drugiej, a Chris już kilka minut po dzwonku kończącym przerwę miał ochotę uciec na zewnątrz. Przez otwarte okna do sali wpadało przyjemnie ciepłe powietrze, niosąc ze sobą zapach kwiatów, nagrzanej ziemi i obietnicę lata. Temperatura sięgała niemal 23 stopni, nieuchronnie przywodząc mu na myśl skwar rodzinnego Teksasu, czerwień spękanej, wyschniętej ziemi i ciche rżenie koni w stajni brata. Paru uczniów wierciło się niespokojnie, najwyraźniej tak samo jak on pragnąc wydostać się z pomieszczenia i budynku, zająć jakąś przyjemną ławkę i wystawić twarz do słońca. Nie musieć już zwracać uwagi na kolejne dzieło Hemingwaya.
    – Panie Haverson, gdyby był pan tak dobry i zebrał od uczniów reportaże, które zadawałem tydzień temu.
    Głos nauczyciela wyrwał stażystę z jego własnych myśli. Stażysta w milczeniu skinął głową i podniósł się ze swojego miejsca, obserując, jak część drugoklasistów szuka w torbach swojej pracy. Bolkey dodał jeszcze coś o podpisywaniu się, wpatrując się przy tym znacząco w jednego ze swoich młodych podopiecznych, który najwyraźniej miał w zwyczaju notorycznie o podpisie zapominać i oddawać wypracowania-anonimy. Christopher uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, jak sam raz czy dwa był w podobnej sytuacji.

    twój Chris

    OdpowiedzUsuń
  15. Oczywiście, wiedział świetnie, że Elliot wciąż chodzi do tego samego liceum, do którego i on sam uczęszczał jeszcze nie tak znowu dawno temu - i w pewnym sensie robił to wciąż, tyle tylko, że już nie w roli bezbronnej ofiary zwanej potocznie uczniem. Oczywiście. Ojciec nie pozwoliłby mu się przenieść nawet gdyby chłopak tego chciał, tego można było być pewnym. W ciągu ostatnich miesięcy widywał go wielokrotnie; czasem Chris zauważał w stołówce znajomą ciemną czuprynę, czasem zdarzało się, że w tym samym czasie zaglądali do szkolej biblioteki, czasem, choć raczej rzadziej niż częściej, tak po prostu mijali się na gwarnym od rozmów korytarzu, ale zawsze działo się to w całkowitym milczeniu. Jakby się nie znali. Nie zauważali. Może nawet jedno i drugie.
    Christopher nieraz chciał to zmienić i nawet nie próbował ukrywać tego przed samym sobą; zagadnąć go pod byle pretekstem, spytać, czy wszystko u niego w porządku, jak sobie radzi z nauką, czy u jego matki wszystko w porządku. Ale najzwyczajniej w świecie nie mógł się przełamać. Nie chciał naruszać przestrzeni prywatnej Elliego, nie chciał w żaden sposób mu się narzucać, czując, że może byłoby to niemile widziane. Że może powinien trzymać się na dystans. Że, znowu, może tak będzie dla nich obu najlepiej.
    On zawsze chciał jak najlepiej, ale jakoś tak nigdy mu to nie wychodziło, zupełnie jakby życie zamiast talentu do pisania wcisnęło mu talent do psucia własnych związków.
    I tym razem nie zamierzał łamać tej niepisanej zasady ignorowania siebie nawzajem na wszelkie możliwe sposoby i na wszelkich możliwych płaszczyznach, ale podły los miał najwyraźniej zupełnie inne plany. Chris przez chwilę po prostu stał w miejscu, z zaskoczeniem wpatrując się w wyraźnie zawstydzonego swoją nagłą i właściwie niczym nieuzasadnioną reakcją na niezbyt jasny dla niego bodziec chłopaka - podobnie zresztą jak reszta klasy, z nauczycielem na czele. Rzucił Bolkey'owi przez ramię nieco skonsternowane spojrzenie.
    – W porządku – stwierdził po chwili ciszy, jak gdyby nigdy nic wracając do zbierania reportaży innych uczniów. – Zostań na chwilę po lekcji, ustalimy drugi termin oddania pracy.
    Bez słowa skończył swoje zadanie i wrócił na miejsce pod oknem, odkładając nieduży stosik kartek na biurko nauczyciela; profesor skinął mu lekko głową z ledwie zauważalnym uśmiechem, najwyraźniej wyrażając w ten sposób aprobatę dla jego pomysłu, po czym wrócił do prowadzenia lekcji. Chris bardzo starał się dalej przysłuchiwać i chłonąć metody edukacyjne jak ta przysłowiowa gąbka wodę, ale nie mógł powstrzymać się od ukradkowego zerkania w kierunku zajmującego miejsce na samym końcu sali Elliota. Wiedział świetnie, że jego były chłopak świetnie radzi sobie z angielskim, a już w szczególności ze wszelkiego rodzaju wypracowaniami - nie było to żadną tajemnicą dla każdego, kto znał młodego White'a choć trochę lepiej niż wyłącznie z widzenia. On sam swego czasu dosłownie pochłaniał wszystko, co wyszło spod ręki Elliego i jakimś cudem dostało się potem w jego ręce. Zapominanie pracy domowej po prostu nie było w jego stylu, a kartka zgnieciona i wepchnięta do plecaka... cóż, nie miał pojęcia, co powinien o tym myśleć, ale miał wrażenie, że coś tu było nie do końca w porządku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy na korytarzu rozbrzmiał dźwięk dzwonka oznajmiający upragniony koniec lekcji, co bardziej znudzeni natychmiast poderwali się z ławek, w pośpiechu wrzucając notatniki do toreb i niemalże wybiegając z klasy, spragnieni przerwy i chwili odpoczynku od nudnych wykładów. Christopher, wyłączając sprzęt multimedialny, czekał spokojnie, aż młodzież zniknie za drzwiami, a ich nauczyciel niespiesznie zbierze z biurka swoje rzeczy i podąży w ślad za swoimi uczniami. Dopiero wtedy, opierając się o jedną z ławek w rzędzie pod oknami i splatając ręce na piersi, spojrzał z powrotem na Elliota.
      – Ellie – odezwał się, zanim zdążyła paść jakaś głupia wymówka lub, co gorsza, zapadnąć całkowita cisza. Zmarszczył delikatnie brwi, słysząc we własnym głosie dziwną mieszankę zaniepokojenia, stanowczości i czegoś, co określić mógł chyba tylko jako odrobina czułości. – Co się dzieje?

      trochę na wyrost zaalarmowany stażysta

      Usuń
  16. Nie mógł powstrzymać się od zmarszczenia brwi w czymś na kształt konsternacji i niezadowolenia, słysząc własne nazwisko padające z ust Elliota. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatnio słyszał je wypowiadane właśnie przez niego; ale minął rok odkąd ostatnio rozmawiali, a Chris nigdy nie słynął z wybitnie dobrej pamięci do liczb i dat. Ani trochę nie zmieniało to jednak faktu, że ich ostatnia rozmowa, ich rozstanie, będące nomen omen tylko i wyłącznie jego decyzją, zdawało mu się być odległe o co najmniej kilkadziesiąt lat. Zupełnie jakby jeszcze rok temu był zupełnie inną osobą prowadzącą zupełnie inne życie i niemającą absolutnie nic wspólnego z tym, kim był dziś.
    To wcale nie tak, że przestało mu zależeć. Nie obudził się któregoś dnia z postanowieniem, że dziś po zajęciach trzeba zakończyć ten związek. To była trudna decyzja, przemyślana wielokrotnie w środku nocy, i tamtego popołudnia Christopher był naprawdę święcie przekonany, że robi dobrze. Że tak rzeczywiście będzie lepiej. Że Ellie poradzi sobie bez jego wiecznych wyrzutów i afer, nawet jeśli gdzieś w głębi serca czuł, że były to wyrzuty w stu procentach słuszne. Chyba po prostu czuł, że w pewnym sensie jest dla tego cudownego, inteligentnego, uzdolnionego chłopaka ciężarem. Jakąś kulą u nogi, która wszystko utrudnia, domaga się szczerości, a potem rzuca mu nią w twarz i zaczyna kłótnię. Nie chciał zostawiać go samego z jego problemami, z jego ojcem i przemocą domową, którą już dawno ktoś powinien się zainteresować, ale nikt albo nie widział, albo nie chciał - Chris sam nie woiedział, do której z tych kategorii ostatecznie się zaliczał - ale czuł, że w taki sposób ani trochę mu nie pomaga. Jedyne, co miał do zaoferowania, to parę pocałunków i obietnic, które ostatecznie i tak okazały się gówno warte.
    Lepiej było to zakończyć, i nawet jeśli decyzja była naprawdę ciężka do podjęcia, to był święcie przekonany, że była także słuszna. Że gdyby miał wybierać ponownie, zrobiłby dokładnie to samo.
    Ale minął rok, a Elliot wcale nie sprawiał wrażenia naprawionego w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa, i Chris nagle nie był już niczego pewien.
    – Ach, zapomniałeś – skwitował z niejakim przekąsem, unosząc sceptycznie brew. Nasłuchał się w życiu wystarczająco dużo wymyślanych na poczekaniu wymówek Elliego żeby nie wyczuć próby wywinięcia się bez konieczności tłumaczenia niczego. – A ta kartka, którą zgniotłeś, to tylko jakieś inne zadanie, mam rację? W takim wypadku nie będziesz miał nic przeciwko jeśli rzucę na nią okiem. Potem możemy ustalić drugi termin.
    To nie było pytanie i nigdy takowym być nie miało. Chris przesadzał i wiedział o tym świetnie, ale nie podobało mu się to, co się tutaj działo. Elliot mógł wmawiać sobie własną niezdarność i gapiostwo ile mu się żywnie podobało, ale był pilnym, dobrym uczniem, nawet jeśli niezbyt aktywnym na lekcjach, i mógł potwierdzić to każdy, kto miał okazję uczyć go rodzimego języka. Jeśli naprawdę najzwyczajniej w świecie zostawił zadany reportaż w domu - cóż, Christopher co najwyżej wyjdzie na odrobinę zbyt podejrzliwego. Trudno. Ale jeśli miał jakiekolwiek powody by podejrzewać, że coś jest nie tak, to nie zamierzał pozwolić im jak gdyby nigdy nic uciec na przerwę razem z jego byłym chłopakiem bardzo starającym się nie wymienić z nim nawet zwykłego spojrzenia na szkolnym korytarzu. I cóż, Chris był boleśnie świadom faktu, że za tę sytuację może winić tylko i wyłącznie siebie samego i te swoje przeklęte dobre chęci.

    sierota życiowa i jej dobre chęci

    OdpowiedzUsuń
  17. Chris bardzo chciał nie wzdychać z rezygnacją, naprawdę, ale to, czego chciał, a to, co mu ostatecznie wychodziło, w jego życiu praktycznie prawie zawsze było dwiema kompletnie różnymi rzeczami. Oczywiście, nieprzygotowanie Elliota i jakikolwiek powód, jaki się za nim krył, ani trochę nie powinno go obchodzić; nie powinien brać tego w pewien sposób personalnie. Powinien traktować to tylko i wyłącznie jak część swoich praktyk, jak część pracy nauczyciela, nic więcej. I być może gdyby to był jakikolwiek inny uczeń, to cóż, wtedy zapewne Christophera w ogóle niespecjalnie by to obchodziło.
    – Masz rację – przyznał, rzucając okiem na zegar wskazówkowy wiszący na ścianie. Starał się przybrać ton i minę tak obojętne, jak tylko potrafił, bo tak właściwie to naprawdę nic mu było do tego cholernego zadania. – To nie mój problem.
    Ty jesteś moim problemem. Ale tego już na głos nie powiedział.
    Czasami, częściej niż mu się podobało, zastanawiał się, czy Elliot był tak uparty wobec wszystkich swoich znajomych, jak zawsze zdawał się być wobec niego. Czy głupie wymówki, jakimi go raczył, usprawiedliwiając coraz to nowe siniaki wystające dość niedwuznacznie spod ubrań, działały na kogokolwiek poza nim samym. Czy Ellie naprawdę wierzy, że jeśli usprawiedliwi się potknięciem na schodach albo przewróceniem na ulicy, to te siniaki przestaną razić. Czy gdyby Chris wtedy został, czy coś by się zmieniło. Czy byłoby choć trochę lepiej.
    Chyba obaj lubili wmawiać sobie, że tak jest najlepiej, tak jest słusznie, tak właśnie być powinno, i wierzyć we własne kłamstwa tylko dlatego, że tak było prościej. Łatwiej. Wygodniej. Że w ten sposób nic nie musiało się zmieniać, a jeśli już musiało, to na pewno tylko na plus. Naprawdę, cholera, byli siebie warci.
    – Można tak powiedzieć. Nikt nie skacze wokół ciebie jak przy dziecku i musisz radzić sobie ze wszystkim sam, bo na twoje miejsce czyha trójka takich jak ty. Uczy myślenia i zarządzania własnym czasem bardziej niż uczenia się na pamięć zawartości podręcznika – studia wcale nie były tym, o czym chciał porozmawiać. Cała ta rozmowa nie była tym, o czym chciał porozmawiać, ale Elliot wyraźnie starał się zmienić temat i dać mu do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych pytań bardziej prywatnych niż trywialne "jak tam idzie ci nauka?". A Chris nie chciał naciskać. Nie chciał być nachalny, bo i od roku nie miał do nachalności żadnych spraw. Ich związek powinien być dla niego zamkniętym rozdziałem w życiu, niczym ponad parę wspomnień i kilka wyrzutów sumienia, że nie potrafił pomóc, nie potrafił nawet przekonać swojego chłopaka, że ta pomoc w ogóle jest potrzebna, ale może nigdy nie byli ze sobą wystarczająco blisko.
    – Reportaż możesz przynieść na wtorek. Poinformuję o tym pana Bolkey'a - dodał po chwili, jednak nie ruszył się ze swojego miejsca przy ławce w pierwszym rzędzie. Spojrzenia z Elliego także nie spuścił. To było dziwne uczucie, znowu siedzieć razem w klasie, z tymi wszystkimi niewypowiedzianymi słowami wiszącymi w ciszy między nimi; Christopher miał ochotę wyrzucić je wszystkie przez okno gdyby tylko było to możliwe. Miał ochotę spytać czy wciąż nie chodzi na wf, czy nauczył się już zakrywać fioletowe sińce bluzą albo długim rękawem. Czemu jeszcze nie wyniósł się z domu, czemu wciąż robi sobie pod górkę, rzuca sobie samemu kłody pod nogi i nie chce zauważyć, że wszystko mogłoby być prostsze i znacznie łatwiejsze, gdyby tylko dał sobie pomóc. Wtedy albo teraz. Ale jeśli Elliot nie chciał mówić, to Chris nie chciał go zmuszać. Właściwie jedyne, czego na pewno teraz chciał, to przygarnąć tego rozczochranego, zbyt zdolnego chłopaka do siebie, ucałować w czoło i obiecać, że wszystko będzie dobrze, że już więcej nie pozwoli nikomu go skrzywdzić. Choć kto wie, pewnie i tak było już za późno na cokolwiek. Pewnie powinien był myśleć o tym rok temu.

    zgadłam

    OdpowiedzUsuń
  18. Mrużył ledwo widocznie oczy, skupiając się na tym, co mówił chłopak, ale było to dość trudne. Przede wszystkim niektóre słowa wymawiał za szybko. Zaczął się wiercić, odwrócił się, trzymał głowę nieco pochyloną i w taki sposób Jinowi było trudno cokolwiek odczytać z ruchu jego warg. Praktycznie wszystko wynosił z postawy i gestów. Dociśnięta do piersi książka mówiła więcej, niż jakiekolwiek słowa. Nie poruszył się, nie wygiął, by lepiej dostrzec, o co mu chodziło, gdy się odwrócił na chwilę. Wyraźnie rozglądał się za stolikiem. Ciągła interpretacja była męcząca, ale skoro już się odezwał, postanowił kontynuować ich rozmowę. Chłopak w pewien sposób stał mu się bliski. W ich ciszy, spojrzeniach i książkach. Okazał się jedną z nielicznych osób, które nie wywoływały w nim presji, nawet jeśli teraz nie do końca wszystko rozumiał. Odnalazł w nim swego rodzaju spokój, bo żył w przekonaniu, że skoro tak długo się nie odzywali, jeśli nie odpowie na jakieś pytanie, nic się nie stanie. Wystarczyło, że rozumiał przesłanie.
    Usiąść razem. Zadał pytanie, Jin dostrzegł jego spojrzenie, a wymowny ruch głową również nie uszedł jego uwadze. Serce zamarło mu na kilka sekund. Chłopak chciał kontynuować z nim rozmowę. Zamrugał parokrotnie i zagryzł dolną wargę. Cień niepewności wkradł się do jego głowy, przysłaniając pewność, którą go darzył. Nie był w tym dobry, ale postanowił zaryzykować. Pokiwał głową, zgadzając się na jego propozycję. Już chciał odwrócić od niego wzrok i udać się na miejsce, ale jeszcze kilka sekund się w niego wpatrywał. Właśnie wtedy dostrzegł kolejny ruch warg. Układały się w słowa i tworzyły zdania, które jemu przychodziły z łatwością. Jinowi jej brakowało, ale nauczył się. Wszystko co potrafił, sam sobie wypracował. Polegał na wspomnieniach, choć nie były one wyraźne. Ludzie kłamali, mówiąc, że świetnie pamiętają śpiew ptaków. On miał wrażenie, że słyszał je w innym życiu.
    _ak ma__ _a imię?
    - WooJin – odpowiedział mu po chwili, kiedy przypominał sobie, jak brzmi „Ł”. Jego właśnie imię sprawiało kłopot, bo nigdy nie mógł być do końca pewny, czy odpowiednio je wymówił. Dźwięk „Łu” był niezwykle podobny do prostego „u”. Drganie struny głosowej również nie różniło się na tyle, by przepełniony emocjami potrafił się na niej skupić. „Tajemniczy znajomy z biblioteki”. Dobrze go zrozumiał? Sam także nie posiadał określenia. On. Tak myślał. Uśmiechnął się do niego delikatnie, ale szczerze. Wyciągnął rękę w geście powitania. – Miło cię w końcu poznać – dodał i naprawdę tak myślał. Zazwyczaj nowi ludzie byli dla niego problematyczni. Musiał się ich uczyć na pamięć albo stosować metodę skojarzeń. Czasem głoski brzmiały tak samo w różnych zdaniach, czasem nie, ale częściej polegał na takiej metodzie, niż uczeniu się całych słów w układach ust. – Możesz mi mówić Jin, ale nie spełniam życzeń - zażartował, niekoniecznie będąc zabawnym, po prostu wykorzystał grę językową, gdyż jego imię właśnie tak się wymawiało. Dżin.

    trochę awkward boi

    OdpowiedzUsuń
  19. Chris chcąc nie chcąc odwzajemnił uśmiech, ale miał wrażenie, że wygląda to bardziej na wymuszony grymas uprzejmości niż coś naprawdę szczerego. Właściwie nie odpowiedział niczym innym; bez ruchu obserwował wychodzącego z klasy chłopaka, przyglądając mu się przy tym bardzo, bardzo uważnie, zupełnie jakby starał się znaleźć jakieś odstępstwo od normy. Jakieś utykanie, delikatne kulenie, nienaturalne napięknie bolących mięśni. Cokolwiek, co mogłoby dać mu powód do zatrzymania go i zmuszenia do prawdziwej, poważnej rozmowy, dokładnie takiej, jakiej chyba zabrakło między nimi rok temu. Ale wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, a on paradoksalnie martwił się przez to jeszcze bardziej.
    Z westchnieniem opuścił wreszcie swoje miejsce przy ławce, zabierając swoje rzeczy i wraz z dzwonkiem również opuszczając klasę.
    Widział go jeszcze parę razy w ciągu następnego tygodnia, głównie na tętniącym życiem korytarzu, i za każdym takim przelotnym, niemym spotkaniem starał się nie robić tej samej starej sztuczki z szukaniem jakiegokolwiek dowodu na obrażenia. Żadnego nie znalazł, ale nie potrafił pozbyć się wrażenia, że po prostu coś przeoczył, kilkukrotnie, i po prostu nie mógł przestać o tym myśleć. Myślenie było ostatnim, co mógł w tej chwili robić. Nie rozmawiali. Nie witali się przyjacielskim skinieniem głowy albo najzwyklejszym w świecie uśmiechem. Właściwie nawet na siebie nie patrzyli, a nawet jeśli, to głównie kiedy ten drugi akurat zajęty był czymś innym albo po prostu zerkał w drugą stronę. Ale może właśnie tak było lepiej. Może powinni trzymać się od siebie z daleka.
    Elliot oddał reportaż we wtorek, tak, jak zostało ustalone. Christopher nawet na pracę nie zerknął.
    Miał dużo rzeczy do robienia i sporo miejsc do bycia, i wręcz niemożliwie mało czasu dla samego siebie z pracą w warsztacie zajmującą przerażającą większość jego w miarę wolnych popołudni. Przepraszał za to głównie Lucky'ego, wpatrującego się w niego żałosnym wzrokiem kiedy ukochany pan ślęczał przy pracach zaliczeniowych pierwszoklasistów zamiast łaskawie rzucić mu raz na jakiś czas gumową piłkę z piszczałką. Samego siebie nie przepraszał. Nie miał za co, wiedział przecież świetnie w co się pakuje.
    Od tej ich felernej, trącącej niezręcznością rozmowy o cholernej kartce minęło już chyba z sześć dni, może siedem, Chris nie był pewien, bo większość jego dni wyglądała dokładnie tak samo i właściwie to zaczęły się już zlewać w jedno. I pewnie zlewałyby się dalej, gdyby na okienku między jedną lekcją a drugą nie zdarzyło mu się zajrzeć do szkolnej biblioteki w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby się zająć, zupełnie jakby nie miał już wystarczająco dużo rzeczy na głowie.
    Właściwie nie miał pojęcia, jak wygląda tegoroczny plan lekcji Elliego, ale był prawie pewien, że nie ma w nim żadnych wolnych godzin lekcyjnych i jego były chłopak ukrywający się między regałami powinien być teraz zdecydowanie gdzie indziej. W pierwszej chwili mimo wszystko miał ochotę go zignorować - wagary czy nie, to także nie był jego problem, dokładnie tak samo jak nieprzygotowanie sprzed tygodnia. Ale potem zauważył coś czerwonego na jego ustach i natychmiast przestał się zastanawiać.
    – Starczy tego – oznajmił zdecydowanie, rzucając torbę na podłogę przy krześle naprzeciw tego zajmowanego przez Elliota. Nie miał zamiaru siadać dokładnie tak samo, jak nie miał zamiaru tracić czasu na witanie się. – Porozmawiasz ze mną wreszcie jak dorosły, czy zamierzasz dalej chować głowę w piasek i udawać, że wszystko jest dobrze?
    Z bliska rozbita warga wyglądała znacznie gorzej, paskudnie czerwona i odrobinę spuchnięta, a Christopher nie miał najmniejszych wątpliwości czyja pięść mogła się pod tym wątpliwym dziełem podpisać. Był wściekły, na Elliego, na jego ojca, a już w ogóle najbardziej na samego siebie. Jak on w ogóle mógł myśleć, że jeśli wyjedzie, to wszystko nagle magicznie samo się naprawi?

    Opiekuńczy™

    OdpowiedzUsuń
  20. Chris w zasadzie nie raz i nie dwa obiecywał sobie, że nie będzie mieszał się już w życie swojego byłego, że zostawi go w świętym spokoju i przestanie wtrącać się w nieswoje sprawy, bo skoro chłopak tak bardzo chce samemu rzucać sobie kłody pod nogi, to on mu nie będzie przeszkadzał, niech rzuca dalej, proszę bardzo. Elliot zdawał się dość jasno dawać mu do zrozumienia, że jego problemy rodzinne – problemy, właściwie to jakie problemy, dla Elliego nie było żadnych problemów, to była całkowicie normalna, zdrowa relacja i w ogóle czego on od niego chce – są tylko i wyłącznie jego problemami i chce radzić sobie z nimi tylko i wyłącznie samemu. Niewiele z tego obiecywania sobie wychodziło, no, ale przynajmniej próbował.
    Problemy w zasadzie były dwa.
    Po pierwsze, Christopher nie rozumiał. Nie próbował nawet zrozumieć, tu nie było nic do rozumienia, przemocy domowej nie da się i nie powinno się rozumieć. Sposób, w jaki Elliot uparcie bronił swojego przeklętego ojca wykraczał poza jego zdolności pojmowania, co właściwie tylko napędzało problem numer dwa.
    Mianowicie, Chris tak zwyczajnie, po ludzku się martwił. Bo to nie była normalna relacja. Bo coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca w dobrze funkcjonującej rodzinie. Bo, cholera, zależało mu na dobru tego upartego jak osioł w kapuście, zbyt idealnego, zbyt łatwo godzącego się na ciągłe siniaki i kontuzje chłopaka. Ale on nie pozwalał sobie pomóc, nigdy i nikomu. Nigdy chyba nawet nie uważał, żeby w ogóle jakiejkolwiek pomocy potrzebował.
    Pamiętał, że w ręce wpadł mu kiedyś całkiem ciekawy artykuł z niezbyt znanego pisma psychologicznego, coś o syndromie sztokholmskim. I choć Ellie nie był nigdzie zamykany i przetrzymywany siłą i wbrew swojej woli (choć z drugiej strony kto wiedział co działo się w jego domu, kiedy nauczycieli nie było w pobliżu? Chyba tylko sam zainteresowany, który i tak nie zamierzał się nikomu zwierzać, bo był już takim denerwująco zawziętym stworzeniem), to jednak Chris mógł przysiąc, że do opisu ofiary pasuje wręcz idealnie. Niepokojąco idealnie. Szczególnie teraz, kiedy znowu próbował wszystkiemu zaprzeczać, wymigiwać się, wymyślać głupie wymówki, w które i tak nikt nigdy nie wierzył. A już na pewno nie ktoś, kto znał go tak dobrze i wiedział, co ma się na rzeczy.
    – Bo się o ciebie martwię, idioto – zasyczał, nie krzycząc właściwie tylko dlatego, że wciąż byli w bibliotece. Pochylił się i złapał chłopaka za podbródek, dokładnie tak, jak kiedyś, może tylko odrobinę mocniej, i znowu uważnie przyjrzał się ranie na jego wardze. Dopiero po chwili westchnął ciężko i opuścił rękę.
    – Ellie, czemu ty to sobie robisz? – wszelka złość w jego głosie ustąpiła miejsca czemuś na kształ zawodu, i Chris nagle poczuł się tym wszystkim okropnie zmęczony. Zmęczony i bezradny. Chciał coś zrobić, naprawdę, chciał pomóc, jakoś przemówić Elliotowi do rozumu, jakoś nim mentalnie potrząsnąć i sprawić, żeby wreszcie łaskawie raczył przejrzeć na oczy, ale nie było chyba niczego, czego nie zdążyłby już spróbować, i szczerze powiedziawszy nic nie zadziałało. A bezczynnie stać i patrzeć też nie mógł. Może jedyną opcją było po prostu wtarabanić się z butami do domu White'ów, sprzedać głowie rodziny solidnego prawego sierpowego, zabrać jego syna i wyjść, trzaskając drzwiami na dokładkę. Może wtedy cokolwiek by się zmieniło.
    Nie, zmieniłoby się na pewno. Christopher nie był tylko pewien, czy akurat na lepsze.

    przenośny pogromca przemocy domowej

    OdpowiedzUsuń
  21. Zawziętość Elliota była irytująca i Chris sam nie był do końca pewien dlaczego. Był pewien tylko tego, że kiedyś wyglądało to dokładnie tak samo; jeden z nich upierał się przy swoim, drugi z kolei obstawał przy własnych racjach, i chyba obaj chcieli dobrze, chcieli jak najlepiej, tak, sęk w tym, że nie dla tej samej osoby. Czemu Ellie nie mógł choć raz odpuścić? Przestać być tak cholernie, niemożliwie uparty i ślepy, wreszcie nie poświęcać się i pokornie znosić każdy kolejny cios, tylko dlatego, że tak było wygodniej jego przeklętemu ojcu?
    WCześniej było dokładnie, boleśnie tak samo i absolutnie nic się przez ten rok nie zmieniło, a oni wracali znowu na start i zaczynali wszystko od samego początku, cóż, przynajmniej w pewnym sensie. Christopher się przejmował i starał zareagować, jakoś, jakkolwiek, bo przecież musiał, przecież nie mógł tak po prostu stać z boku jako postronny świadek, ale Elliot bagatelizował wszystko bez wyjątku, zupełnie jakby panicznie bał się, że jego były naprawdę mógłby sprawić, że nagle coś by się zmieniło. Mógłby i chciał, i zrobiłby to, gdyby tylko ten głupi chłopak na cokolwiek mu w ogóle pozwolił.
    Skrzywił się, słysząc o ich pożegnaniu. Pamiętał, oczywiście, jak mógłby nie pamiętać. Rozstali się i być może to był właśnie jego największy błąd. Może gdyby został, rzeczy wyglądałyby teraz zupełnie inaczej. Może byłoby lepiej, nawet jeśli tylko trochę, bo dla Elliego "trochę" mogło znaczyć naprawdę bardzo, bardzo wiele. Powinien był zostać, wspierać, pomagać, być chociażby ramieniem, w które można się wypłakać w te ciężkie, trudne do zniesienia dni, skoro nie mógł być już niczym innym jak tylko ciepłymi objęciami, pocałunkiem w czubek głowy i paroma czułymi słowami. Może właśnie to było potrzebne. Może właśnie to by jakoś zadziałało.
    Żołądek ścisnął mu się boleśnie, gdy do Chrisa dotarło, że teraz właściwie prawie na pewno jest już za późno żeby w ogóle jakkolwiek zareagować. Był ostatnim, skończonym idiotą jeśli sądził, że Ellie z własnej woli pozwoli mu zrobić cokolwiek, co mogłoby narazić jego szczęście rodzinne na szwank, a ojca na niebezpieczeństwo. Przecież nie pozwolił mu kiedyś, więc jak miałby zrobić to teraz, mając całkowicie uzasadnione powody do nieufności, do wyrzutów i niechęci, i odmowy jakiegokolwiek otworzenia się. W końcu otworzył się już raz i ostatecznie skończył z tym wszystkim sam.
    – Wiem – westchnął znowu. Pierwszy promyk desperacji nieśmiało zalśnił między dziko kotłującymi się, mieszającymi i przeplatającymi ze sobą zmartwieniem, obawą, bezsilnością, wyrzutami sumienia. – Ale nie zamierzam przez to udawać, że nie widzę, co się dzieje. Ellie, to się musi skończyć, dla twojego własnego dobra. Nie możesz przez całe życie udawać, że ci to nie przeszkadza. Co jeśli kiedyś uderzy cię za mocno?
    Elliot potrafił być naprawdę uparty i Chris kilkukrotnie zdążył się już o tym przekonać; szczęście w nieszczęściu, że on sam potrafił równie mocno stać przy swoim. Nie zamierzał odwracać wzroku, którym zdążył już chłopaka przyszpilić, usilnie tłumiąc chęć złapania go za rękę, przyciągnięcia do siebie, ucałowania w skroń, przygładzenia włosów i obiecania, że wszystko będzie dobrze, że tu jest, że już nie odejdzie; chęć pomocy, podświadomy odruch ochraniania i bronienia przed okrucieństwem. Nie miał już prawa do mieszania się, do naciskania, do prób przeforsowania własnego zdania, ale nie zamierzał też tak po prostu stać i się przyglądać, a sposób, w który Ellie jakby skulił się w sobie pod jego dotykiem, sprawiał, że coś dziwnie kłuło go w sercu. Jak można skrzywdzić własne dziecko do tego stopnia, że boi się kontaktu z innymi?

    trochę bardziej zdecydowany Chris

    OdpowiedzUsuń
  22. Gdyby miał być szczery sam ze sobą, Chris zapewne z miejsca stwierdziłby, że właściwie sam też tego wszystkiego nie łapie. Pewnie, chciał dla Elliota jak najlepiej. Chciał pomóc, chciał przestać być tak okropnie, boleśnie bezradny, przestać czuć się tak paskudnie do niczego nieprzydatny, ale, cholera, nawet w jego głowie brzmiało to strasznie samolubnie. Może w rzeczywistości wcale takie nie było, może z boku to wszystko wyglądało inaczej, ale Christopher nie miał przywileju bycia postronnym obserwatorem, nie ważne, jak bardzo Ellie by tego nie chciał. Niemieszanie się nie było w jego stylu. Naprawianie rzeczy i ludzi natomiast już tak.
    Gdyby miał być szczery, nie miał zielonego pojęcia. Chociaż właściwie nie, chyba jednak miał. Ale bycie szczerym najwyraźniej nienajlepiej mu ostatnio wychodziło, więc cóż, prościej było tak zwyczajnie nie nazywać rzeczy po imieniu. Pozwolić jej istnieć, ale nie zastanawiać się nad jej sensem i nie wchodzić w szczegóły, bo jeszcze by w nich utknął i nie znalazł wyjścia.
    Teraz to on nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Musiał przetrawić, musiał pomyśleć, chociaż tak właściwie wiedział świetnie, że tu nie ma o czym myśleć. Wziął głęboki oddech, starając się uspokoić i nie wybuchnąć znowu niepotrzebną złością, bo zły mógł być tak naprawdę tylko na samego siebie. Ellie w niczym tu nie zawinił.
    Były rzeczy, które chciał powiedzieć, były też takie, które powiedzieć powinien, nie był już tylko tak do końca pewien, które są którymi.
    – Wciąż cię lubię – przypomniał już znacznie łagodniejszym tonem, zdobywając się nawet na uśmiech, zupełnie jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. I dla niego chyba była. – I właśnie dlatego się martwię. Ellie, naprawdę sądzisz, że przemoc jest dobrym sposobem okazywania miłości? Jakimkolwiek sposobem na cokolwiek? Zależy mi na tobie, a ani razu nie przeszło mi w ogóle przez głowę, żeby podnieść na ciebie rękę. Tylko dlatego, że wydaje ci się, że coś powinno wyglądać tak, jak wygląda, wcale nie znaczy, że tak naprawdę jest.
    Nie miał zielonego pojęcia, jak smutny poeta bez perspektyw zdołał zagrzebać się w jego sercu tak skutecznie, ale zdołał. I teraz Chris miał wrażenie, że każda cząsteczka jego ciała drze się na niego, że powinien być tym dojrzałym, tym odpowiedzialnym, tym gotowym i potrafiącym coś zrobić. Dla dobra tego przeklętego chłopaka. Ale Elliot niczego już od niego nie chciał, a jeśli kiedykolwiek czegokolwiek oczekiwał, to na pewno nie ratunku. Elliot już nawet nie nie chciał być ratowany - on w ogóle nie widział takiej potrzeby. Nie był cholernym masochistą, by zwykłą, zwyczajną ofiarą przemocy domowej, która w biciu widzi coś znajomego i z tego względu na swój sposób bezpiecznego.
    Chyba właśnie to przerażało Christophera najbardziej. Do tego stopnia, że był gotów zostawić Elliego na pastwę losu, tylko dlatego, że coś go przerosło, coś zrobiło się odrobinę zbyt trudne, coś okazało się trochę bardziej skomplikowane niż sądził na początku. I niech go wszyscy diabli, jeśli nie żałował swojej tchórzliwej ucieczki. Bo teraz musiał patrzeć na rozbitą wargę swojego byłego chłopaka, na jego podkrążone oczy i uśmiech, który w istocie nim był, ale jednocześnie zupełnie uśmiechu nie przypominał.

    spóźniony o tydzień C

    OdpowiedzUsuń
  23. Niezaprzeczalnie życie Castiela wydawało się o wiele łatwiejsze, aniżeli Elliota, takie też niewątpliwie było z pewnymi mniej przyjemnymi przerywnikami, które mimo wszystko nie wprawiały go w stan porównywalny do siedzenia na szpilkach w oczekiwaniu na najgorsze. Ten pierwszy na pewno poza zatartym w pamięci okresem przebywania w sierocińcu, do którego sam zresztą wracał niechętnie, spychając to w odmęty zapomnienia i bolesnym zerwaniem ścięgna, co tym samym pogrzebało skutecznie jego sportowe ambicje, jeszcze zanim te rozrosły się do kolosalnych rozmiarów. Jednak stale ciągnące się skutki tegoż urazu, ujawniające się niezmiennym utykaniu na prawą nogę i zwolnieniu z zajęć wychowania fizycznego, potwierdzającemu jedynie, że powrót do dawnej sprawności nie nastąpi zbyt prędko. Co prawda nigdy nie miały wrócić do normy sprzed zerwania ścięgna Achillesa, a ból występujący przy przeciążeniach nierzadko dawał mu w kość, przypominając mu gorzko o ograniczeniach ciała. Wbrew wszelkim pozorom wewnętrzna mieszanina frustracji i wściekłości wcale z niego nie wyparowała, bo o ile dotychczasowe negatywne emocje eliminował podczas treningów biegów krótkodystansowych, o tyle teraz te drzwi zostały przed nim zatrzaśnięte z hukiem, co swoją drogą przyczyniło się do tego, iż zasłużył sobie na miano samotnika czy gbura rzucającego na prawo i lewo sarkastycznymi, kąśliwymi uwagami. Odcięcie od znajomych miało stanowić dla niego ucieczkę od przepełnionych litością czy współczuciem spojrzeń, na które wykazywał jawną alergię i grały mu na nerwach niemal tak skutecznie jak dźwięk przejechania paznokciami po tablicy.
    Przez ponad dwa miesiące kompletnego odcięcia od szkolnej rzeczywistości, kiedy spędził cały tydzień w szpitalu, by finalnie kolejne pięć tygodni spędzić w ścianach własnego domu, niechętny do tego, aby kogoś do siebie zapraszać. Nawet Erich Berne, jego ojciec, zauważył wyraźną zmianę w zachowaniu Castiela i jego rosnące wycofanie, tak jakby zerwane ścięgno Achillesa, przyprawiło go nie tylko o nieodstępujące go poczucie niesprawiedliwości, ale przede wszystkim pozbawiło go pewności siebie i wrażenia stabilności gruntu. Nie zapomniał o znajomościach, po prostu przytłoczony negatywnymi emocjami, zwyczajnie z nich zrezygnował. Dużo wcześniej zanim jego relacja z Elliotem zerwała się na dobre i Cas zadał mu o jedno pytanie za dużo, po tym zdarzeniu mocno zaangażował się w treningi i naukę do przedmiotów wiodących. Nie próbował na siłę nawiązywać jej ponownie, mając świadomość, że popełnił wówczas błąd i sprawił, że Ellie się wycofał. Castielowi nawet nie przyszłoby na myśl, aby do Elliota czy kogokolwiek ze swoich znajomych zadzwonić, a tym bardziej, by zaczepiać ich tylko dlatego, że siedzenie pośród czterech ścian, na czele z kontuzją odcisnęło na nim swoje trwałe piętno, zmieniając go nie do poznania. Dopiero po ściągnięciu całego gipsu po sześciu tygodniach i rozpoczęciu rehabilitacji jego „towarzyskość” na zaczęła raczkować, choć nie wypadałoby zaliczać tego słowa jako właściwego w odniesieniu do nawiązania znajomości z Russellem, którego matka pomagała mu w powrocie do względnej sprawności, to właśnie chłopakowi zawdzięcza dostęp notatek z zajęć i możliwość nadrabiania zaległości szkolnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie sytuacja zerwanej znajomości z Elliem bez żadnych dodatkowych wyjaśnień trwałaby nadal, gdyby nie nauczyciel z francuskiego, który zasugerował na stronie Castielowi, aby udzielił White’owi korepetycji. W innym razie nie sposób byłoby oczekiwać, żeby Berne z obecną osobowością i swoim krzywym półuśmiechem, wyszedł z tak spontaniczną propozycją. Tego dnia, tak jak zwykle o tej samej porze, mieli spotkać się w bibliotece, aby w panującej tam ciszy i spokoju móc zająć się francuskim, na dość neutralnym gruncie dla jednego i drugiego. Castiel był zdolny zrozumieć spóźnienie piętnastominutowe bądź dłuższe z zapowiedzianym wcześniej, jednak bezcelowe stanie przed drzwiami budynku, bez jakiejkolwiek odpowiedzi na dwa wykonane połączenia czy choćby wysłania krótkiego smsa z wyjaśnieniami, wyjątkowo go zirytowało. Zapewne gdyby tego dnia nie wstał lewą nogą i nie zaspał na zajęcia, a nieciekawy humor nie ciągnął się za nim od samego rana, to możliwe, że zachowałby się mniej radykalnie i nie zdecydował na pojawienie się pod drzwiami domu Elliota. Na domiar złego, w pośpiechu zapomniał nawet o założeniu soczewek kontaktowych, które w normatywnych warunkach ujednolicały kolor jego tęczówek na błękit. Kiedy dla innych heterochromia wydawała się atutem, on sam od zawsze traktował ją jako wadę, patrząc na to z biologicznego punktu widzenia, a choć sama różnokolorowość tęczówek w jego przypadku nie była zbyt drastyczna, to nadal mu to przeszkadzało. Castiel wychodził bowiem z założenia, że posiadanie jednej szarej tęczówki, a drugiej błękitnej za niezbyt estetyczną. Drugą sprawą pozostawało to, że nie przepadał za wyróżnianiem się z tłumu i odstawaniem od niego, zdecydowanie wolał się w niego wtapiać.
      Znalezienie się pod domem Elliota po takim czasie, zważywszy na to w jaki sposób ich wcześniejsza znajomość została zakończona, pozostawiało po sobie dziwne wrażenie, lecz Castiel nie bacząc na nie i nie zastanawiając się nad tym dłużej, zapukał do drzwi. Wszelkie zawahanie czy zwątpienie o słuszności tej decyzji, zostały zepchnięte na bok przez irytację, która się w nim wręcz kotłowała za wystawienie go do wiatru, zwłaszcza, że na trzecie połączenie dokonywane już w komunikacji miejskiej również odpowiedzi się nie doczekał, a tego odpuścić nie zamierzał. Berne nie musiał czekać zbyt długo aż drzwi się otworzą, ale zobaczył w nich panią White i chyba tylko z tego względu zdecydował się na oszczędny uśmiech. Oczywiście, że w głowie podczas podróży przemknęła mu myśl o tym, że to do Elliota zupełnie niepodobne i może coś się stało, ale chyba był zbyt wkurzony, aby ocenić to w pełni obiektywnie, lub wziął po prostu pod uwagę, że Ellie mógł się przez ten czas zmienić równie mocno jak on sam.
      — Dzień dobry, pani White. Tak, Castiel, zgadza się — przywitał się grzecznie brunet, patrząc na nią przez dłuższą chwilę i jakby dla dodatkowego potwierdzenia, że tak się nazywa, skinął dodatkowo głową, tuż po usłyszeniu swojego imienia. Następnie przeniósł wzrok na Elliota, tym razem o wiele bardziej surowy, którego dostrzegł bez najmniejszego problemu w środku. — Cóż, mieliśmy spotkać się gdzieś indziej, ale wyszło jak wyszło. — dodał już o wiele ciszej, jakby bardziej do siebie, aniżeli kierując to do pani domu. Co oczywiste, po otrzymaniu zaproszenia od pani White, wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi frontowe. Niezadowolonego wzroku nie odrywał od chłopaka. O neutralnej sferze, którą zwykle zachowywali z Elliotem w trakcie spotkań ze sobą, można było w aktualnych warunkach zapomnieć.

      Usuń
    2. Niemal w odruchu chciał powiedzieć, że nastawianie wody nie będzie potrzebne, bo nie zabawi tu długo, ale w porę ugryzł się w język. To, że bywał niezbyt przyjemny i odpychał swoich rówieśników umyślnie nie oznaczało, że ojciec spojrzałby na niego przychylnie gdyby powiedział coś podobnego do kogokolwiek kto zdecydowanie przerasta go wiekiem i doświadczeniem życiowym, mimo jego osobistych trudności i frustracji. W milczeniu pozwolił poprowadzić się do pokoju Elliota, który swoją drogą wydawał się nieco przytłoczony tym, że Castiel postanowił złożyć mu tak nagłą wizytę.
      — Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz? Marnujesz mój czas, Elliot, nawet nie racząc odebrać pieprzonego telefonu, albo przesłać mi chociaż głupiego smsa z informacją, że nie zamierzasz się w ogóle pojawić na umówionych korepetycjach. Zakładam, że nagle ci one w grafiku nie wyskoczyły, skoro spotykamy się już od jakiegoś czasu. — warknął niedługo po tym jak drzwi do pokoju Elliego zostały zamknięte, nie czekał jednak aż ten zdąży cokolwiek powiedzieć. Oparł się plecami o ścianę, ciężar ciała przenosząc na lewą stronę. Castiel nie zamierzał wszczynać w domu Elliota głośnych awantur i wydzierać się w niebogłosy, nie widział w tym większego sensu, zresztą był gościem w jego domu i umiejętności zachowania się, które dostał od swojego przybranego ojca, okazywały się w tym względzie wiążące, wolał załatwić sprawę na osobności i nie wciągać w to nikogo. Nie dało się jednak zaprzeczyć temu, że cały czas świdrował go przenikliwym, chłodnym spojrzeniem i nie umknęło mi, że albo mu się wydawało, albo naprawdę zauważył opuchliznę na twarzy Elliego. — Jeśli nie potrzebujesz już korepetycji, lepiej żebyś powiedział mi to wprost, niż unikał kontaktu telefonicznego. Skoro masz ważniejsze i ciekawsze rzeczy na głowie, ułatwmy sobie w ten sposób sprawę i żadne nie będzie wchodziło drugiemu w drogę jak przez poprzednie parę miesięcy. — dodał, a między wypowiadanymi słowami błąkała się nie tylko złość, ale wyraźna ironia. W międzyczasie Berne zdążył skrzyżować ramiona, nie decydując się na łamanie przestrzeni osobistej między nimi. Nie zdarzało mu się mylić bezpośredniości z podrzędną nachalnością.


      Castiel Berne

      Usuń
  24. Utrzymywanie znajomości z Elliotem na tak neutralnej płaszczyźnie jak korepetytor i uczeń, okazywały się dla Castiela w swoisty sposób wygodne. Skupienie się na gramatyce języka francuskiego porządkowało i poniekąd wykluczało odejście od tematu, a tym samym celu ich spotkań. Wplatane niekiedy w wypowiedzi Berne'a ironiczne, niezbyt przyjemne uwagi stały się niezaprzeczalną normą. Brunet nie był bowiem zbyt skory do rozmawiania na temat przeszłości i ich urwanej znajomości, wiedząc aż nazbyt dobrze, iż postąpiłby w zupełnie inny sposób. Berne sprzed zerwaniem ścięgna Achillesa wykazywał odmienne cechy, starał się z grzeczności nie naciskać, aby unikać wywoływania na kimkolwiek presji, godził się z wydarzeniami, nawet jeśli nie do końca mu odpowiadały, nie starając się usilnie na nie wpływać, jakby w obawie o przekroczenie jakichś dopuszczalnych granic. Tyczyło się to zarówno relacji z innymi, jak i ukrywania swojej orientacji, choć to drugie mogło być uwarunkowane przede wszystkim obawą trakcji ojca. Innymi słowy poprzedni Castiel nie zdecydowałby się na pewno, na pojawienie się u Elliota bez uprzedniej zapowiedzi, a jednak teraz szczególnie nie dbał o takie konwenanse. Może i aktualnie nie sposób było uznać go za duszę towarzystwa, na próżno doszukiwać się w nim dawnej wesołości czy humoru, których miejsce zajęła kąśliwość, idąca dzielnie w parze z krzywym półuśmieszkiem, bezpośredniość czy cynizm. Preferował utrzymywanie wersji, iż nikogo nie potrzebuje i sam nie zarejestrował, kiedy dokładnie przesiąkł aż taką obojętnością. Zresztą tak było mu wygodniej, o wiele łatwiej w unikaniu litościwych spojrzeń czy słów, a także otworzenia się czy odpowiadania na niechciane pytania. Tak naprawdę jedyne co pozostało w Casie niezmienne, to głęboki szacunek do Ericha Berne'a, przywiązanie do jego osoby i wyraźna obawa przed tym, że mógłby go zawieść swoim niestosownym zachowaniem, tudzież słowami.
    W momencie, kiedy Castiel wyrzucił z siebie wszystko co miał do powiedzenia na temat korepetycji i tego, że nie doczekał się żadnej telefonicznej odpowiedzi, jego poirytowanie trochę zmalało. Nie umknął mu też bardzo subtelny uśmiech, który nawet gdyby miał jakikolwiek wpływ na ulatującą z niego złość jak wydychany dwutlenek węgla, to Cas, by się z tym odruchowo nie zgodził. Wcześniejsze wrażenie dostrzeżenia opuchnięcia na policzku Elliota pewnie, by mu umknęło, gdyby ten nie przyłożył do niego ręki, wtedy przykuł o wiele większą uwagę Berne’a do wykonanego gestu, aniżeli do słów, które padały z ust chłopaka. Dopiero wówczas myśl, kłębiąca się gdzieś z tyłu jego głowy, mówiąca o tym, że coś się mogło wydarzyć, nabrała większego, prawdziwego znaczenia. Orientował się w nieciekawej sytuacji rodzinnej Elliego zbyt dobrze, ten sam kiedyś mu się z niej zwierzał, a Castiel wcale o tym nie zapomniał. Zmrużył ostrożnie oczy, stojąc nadal opartym plecami o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami. Coś mu podpowiadało, że nawet takie chwilowe przeniesienie ciężaru ciała na lewą stronę na niezbyt wiele się zda w obliczu tego, że wciąż nie nauczył się chodzić wolniej, za co zabliźnione ścięgno odpłacało mu bólem, przy choćby najmniejszych przeciążeniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Niech zgadnę — mruknął chłodno, odsuwając się powoli od ściany i zmniejszając dzielącą ich odległość. Nie obyło się bez mimowolnego grymasu, kiedy zabliźnione ścięgno nieprzyjemnie mu o sobie przypomniało. Chwycił jego rękę w okolicy przegubu i odsunął nieco w bok, zamierzając z bliska i uważniej przyjrzeć się jego policzkowi, skoro jego wcześniejsze podejrzenia faktycznie okazały się rzeczywiste. — Byłeś zajęty, a tatuś w międzyczasie postanowił cię w nagrodę za ten trud pogłaskać, Ellie? Chyba że ktoś inny sprzedał ci tak srogi policzek za zdradę bądź dobieranie się do czyjejś połówki, w co akurat szczerze wątpię — Mimo iż w jego słowach wybijał się mocno zaakcentowany sarkazm, to jednak siłą rzeczy nie sposób byłoby doszukać się choćby najmniejszego dowodu otwartego wyśmiewania czy szydzenia. Castiel wiedział, że trąca niewłaściwą stronę, aczkolwiek robił to umyślnie. Patowa sytuacja, w której znajdował się Elliot i jego mama nie należała do bezstresowych, a już tym bardziej łatwych. Berne nie mógł temu w żaden sposób zaprzeczyć i co ważniejsze w pełni był tego świadom. — Siniaka na pewno nie unikniesz, ale lepiej, żebyś jak najszybciej przyłożył lód do szczęki, aby jak najbardziej zmniejszyć opuchliznę. — ocenił już bez większych zgryźliwości, patrząc w oczy chłopaka i wypuszczając w międzyczasie jego z uścisku rękę, którą uprzednio chwycił.
      Berne widział podczas samych korepetycji francuskiego, że Elliotowi zależy na poprawieniu swoich umiejętności językowych i stopni, w zasadzie nie potrzebował zapewnień, tylko odpowiedzi na zadane w nerwach pytanie czy nadal chce je kontynuować. Gdyby nie znał Elliota to zapewne i bez tego wyczułby ten wręcz namacalny stres. Zresztą spięta postawa świadczyła dodatkowo o tym, że się czymś przejmował.
      — Przeprosiny przyjęte — odpowiedział krótko, ucinając tym samym temat korepetycji. Przechylił jednak nieco głowę w bok, uważnie go obserwując. Czyżby tym razem niefortunnie trafił wprost w epicentrum zdarzeń, jeszcze nie do końca będąc tego świadomym? — Chyba jeszcze tak otwarcie nie próbowałeś mnie zmotywować do wyjścia, Ellie. Coś się stało? Czym się tak zestresowałeś? Liczę tylko, że nie tymi korepetycjami.

      Cas

      Usuń
  25. [Dziękuję za sympatyczne powitanie ;> Jak tylko wpadnie mi pomysł na wątek, od razu wpadnę z nim do Was ;]

    Bill

    OdpowiedzUsuń
  26. Coś zakuło go nieprzyjemnie w żołądku na dźwięk słów Elliota i Chris już otwierał usta, by zaprzeczyć, ale zaraz na powrót je zamknął. Wiedział świetnie jak to wszystko wyglądało. Jego czułe słówka. Jego wybuchy. Jego wyjazd. Nie mógł się ot tak tego wszystkiego wyprzeć, a poza tym co tak właściwie miałby powiedzieć? Że był na tyle samolubny, żeby uciec gdy tylko zauważył, że zaczyna być naprawdę ciężko?
    Może rzeczywiście chciał za wszelką cenę naprawić to, co widział jako zepsute. Może chciał aż za bardzo, starał się zbyt mocno. Narzucanie Elliemu czegokolwiek nigdy nie miało prawa poskutkować czymkolwiek dobrym, nigdy nie miało nawet najbardziej nikłej szansy na poprawienie sytuacji, ale rok temu był w to wszystko zbyt zamieszany, zbyt zaangażowany by móc spojrzeć na to odrobię bardziej obiektywnie. Bardziej z boku, bez mgiełki wściekłości i rozpaczy przysłaniającej widok. Przez te dwanaście miesięcy zdążył nabrać swego rodzaju dystansu, i to dobrze. Widział teraz swoje błędy, i to już takie znowu dobre nie było.
    Bo naprawdę starał się wtedy za bardzo, sądził, że w ten sposób pomoże, że dzięki temu coś zmieni się na lepsze. I ostatecznie nie zmieniło się absolutnie nic, może poza tym, że gdzieś tam po drodze ubzdurał sobie coś o zbawiennym działaniu zerwania, krzywdząc przy tym tę samą osobę, której tak rozpaczliwie starał się pomóc. A teraz? Teraz rozmawiali w bibliotece, przyciszonymi głosami, i to wszystko zdawało się Christopherowi być jakimś dziwnym, niezbyt dobrym snem, przeróbką wspomnienia jednej z ich kłótni. Znowu nie potrafili dojść do porozumienia i znowu obaj obracali kota ogonem, ale z drugiej strony to chyba zawsze było w ich stylu.
    Nie było nic, co mógłby powiedzieć, żeby cokolwiek naprawić, i to też wydawało się dziwnie znajome. Nieprzyjemnie wręcz. Ta specyficzna niemoc, świadomość, że i tak nic nie zdziała, nie ważne, jak bardzo by się nie starał. Elliot radził sobie świetnie, oczywiście, nie potrzebował Chrisa wpychającego się w jego życie i wciskającego nos w nieswoje sprawy, i nawet jeśli właśnie to bolało najbardziej, to w końcu ów Chris był dorosłym facetem, a dorośli faceci powinni jakoś radzić sobie z takimi sprawami, prawda?
    – Przepraszam – odezwał się dopiero po chwili, jakby odruchowo spuszczając wzrok na odrapany blat stolika, i naprawdę, naprawdę miał to na myśli, choć chyba sam nie wiedział co dokładnie. Było tak wiele rzeczy, za które powinien był przeprosić już dawno temu, bo na chociaż tyle Elliot zasługiwał z jego strony. Uśmiechnął się niewesoło do samego siebie. – Chyba po prostu wciąż nie umiem zostawić cię w spokoju. Czemu zawsze tak głupio to wszystko wychodzi?
    Prawda była taka, że nigdy nie chciał go skrzywdzić, ale Ellie miał rację: to była stracona sprawa. Bo Elliot potrzebował kogoś, kto po prostu by był, i nie ważne, jak bardzo Chris by tym kimś być nie chciał, jego pięć minut zdążyło minąć i powinien usunąć się w cień, odpuścić, zostawić swojego byłego chłopaka w spokoju i pozwolić mu żyć jego własnym życiem. Nie pakować się w nie na siłę, skoro najwyraźniej nikt go już tam nie chciał. W końcu zależało mu wyłącznie na jego szczęściu i bezpieczeństwie.

    Chris

    OdpowiedzUsuń
  27. Na nieszczęście Elliota — Castiel orientował się aż nazbyt dobrze w jego niepokojącej w bliższym świetle sytuacji rodzinnej i to niewątpliwie z jego własnej winy, o ile tak stosownie można, by to ująć. Szansa, że Berne przymknie oko bądź przyjmie z ulgą podobną opowiastkę i nie wsadzi jej pomiędzy mające na celu jedynie zbić go z tropu, a tym samym uspokoić bajeczki było mało prawdopodobne, szczególnie, kiedy dodanie dwa do dwóch zbyt trudne nie było. Brunet zdecydowanie znał White’a zbyt dobrze i wiedział o nim za dużo, by przeszło to z taką łatwością jak z pozostałymi. Ludziom, którzy nie wiedzieli na pewno o wiele przyjemniej było przystanąć na tej wygodniejszej wersji, jakby to nakarmiło dostatecznie ich obudzoną empatię czy też ostrożność i pozwoliło następnie zapomnieć, przymknąć oczy i nie wtrącać się w nieswoje sprawy.
    Mój tatuś chce dobrze, zawsze chciał — Castiel uniósł mimowolnie jedną brew w geście niedowierzania temu co właśnie słyszał, poddając to dodatkowej, dokładniejszej analizie w głowie, licząc, że się przesłyszał i zmysł słuchu go najzwyczajniej w świecie zwodzi. Lekceważące, wzgardliwe prychnięcie wydobyło się z jego ust zaraz po tym kiedy usłyszał dalszy ciąg wypowiedzi Elliota dotyczący tego, że stosowanie przemocy była niejako w jakimkolwiek, choćby tym absurdalnym stopniu uzasadniona. Berne, choć niechętnie, musiał przyznać, że bagatelizowanie sprawy wzbudziło w nim nowe pokłady złości i inne uczucie, które znał poniekąd z autopsji tuż po bolesnym zerwaniu ścięgna. Zanim jednak cokolwiek powiedział zacisnął szczęki, nie zgrzytając zębami i wypuszczając powoli powietrze w taki sposób, jakby był wprawiony w ważeniu przelewania własnych emocji na innych. Antypatię można, by śmiało uznać obecnie za synonim względem Castiela, gdyż zniechęcanie do siebie innych za pomocą słów było mu na rękę, ale jak na złośliwość losu przy Elliocie względnie się kontrolował, aby nie wyjść na skurwiela. Nie łagodził tonu, nie filtrował wypowiadanych, niekiedy ostrych jak brzytwa golibrody słów aż tak i nie udawał na siłę miłego, gdyż udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym i niezachwianym porządku, nie wychodziło mu najlepiej, a z fałszem tego typu nie mogło mu być do twarzy.
    — Ellie, czy ty się, do jasnej cholery, słyszysz? — syknął w odpowiedzi oburzony z niekrytym rozdrażnieniem w głosie. Przechylił nieco głowę w bok, wciąż nie odrywając od niego spojrzenia, tak jakby już nie tylko liczył, ale oczekiwał, że Elliot po prostu przyzna, że to co powiedział jest nie tylko marnym żartem, ale i kpiną. Ciche przyklaskiwanie na domową agresję Castielowi nie mieściło się w głowie dużo wcześniej, jednak nigdy nie kierował w stronę White’a szorstkich, ciętych słów, uznawał sytuację za bardzo trudną, a wzbudzanie dodatkowego stresu na chłopaku wolał unikać niczym ognia. — Twój tatuś jest pieprzonym, agresywnym alkoholikiem, który wyżywa się za swoje niepowodzenia na tobie i twojej mamie, nie widząc nikogo, ani niczego poza opróżniającym się kolejnym kieliszkiem, a który zapewne później bywa zaskoczony jak diabli, że pieniądze dziwnym, szokującym trafem rozeszły się gdzieś i brakuje na leczenie kaca. Nie wmówisz mi, że to normalne i nie ma się czym przejmować, obydwaj doskonale wiemy, że tak nie jest. — Castiel nie pozwolił mu na odpowiedzenie na to dość retoryczne pytanie, obdarowując go chwilę potem szorstkim, zimnym tonem. Nie raz i nie dwa słyszał o ekscesach pijanego ojca Elliota, kiedy ten zwierzał mu się ze swoich problemów, dając poniekąd upust ich nagromadzeniu i narastających z biegiem lat warstw. Berne westchnął ciężko i pokręcił głową z niedowierzaniem. — Chociaż w sumie… Może powinienem zasugerować Erichowi, aby wprowadził rękoczyny u nas w domu. Genialny pomysł, od razu zacząłbym chodzić jak w zegarku i pewnie przestałbym kuleć na prawą nogę. — dodał z przekąsem, sięgając oczywiście zręcznie po ironię, którą się tak dobrze posługiwał i jakby dla podkreślenia tej złotej rady poklepał lekko Elliego po ramieniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co wypadałoby podkreślić — zwierzanie czy wypłakiwanie się Elliota, miało wbrew wszelkim pozorom obustronny charakter i tak jak Cas wiedział o nim dostatecznie dużo, aby przynajmniej podejrzewać, że coś jest na rzeczy, tak samo on dla przykładu orientował się choćby w tym, iż Erich Berne nie jest jego biologicznym ojcem. W innym razie, w zwyczajnej rozmowie, chociażby z samym onkologiem — Castiel nigdy nie zwracał się do niego bezpośrednio po imieniu, ani nie przywykł do mówienia o nim w takiej oto formie komuś obcemu, niewtajemniczonemu.
      Wzmianka o tym, że stres nie został wywołany przez zasugerowanie przerwania korepetycji z francuskiego nieco go uspokoił. Nie dało się zaprzeczyć temu, że los Elliego nie był Casowi obojętny, choć on sam nie zamierzał się z tym zbytnio obnosić, to ton czy formułowanie niektórych wypowiedzi mogło wyraźnie na to wskazywać. Do Niedługo potem do Castela dotarło, że Elliot stanowi teraz coś na wzór skondensowanego, niespokojnego kłębka nerwów, który starał się za wszelką cenę uniknąć konfrontacji Berne’a z panem Whitem, nie chcąc, by ten widział go w pełnej krasie po nadmiernym spożyciu, a już tym bardziej stał się częścią rodzinnej awantury.
      — Ellie, jesteś wciąż naprawdę słodkim, dobrym chłopcem. Jeszcze pomyślę, że się o mnie martwisz. — mruknął ciszej, spokojnie z delikatnym rozbawieniem. Typowy dla niego krzywy półuśmiech pojawił się później, choć ciężko byłoby doszukiwać się w nim jakiekolwiek ukrytego znaczenia. — Wiem, że prawie jesteś na granicy dostania zawału i jestem w pełni świadomy tego, że to co ci zaraz powiem wcale nie sprawi, że się uspokoisz i przestaniesz panikować, ale... nie mogę. Zrobiłbym to dla ciebie i dla twojego spokoju ducha parę miesięcy temu, a już na pewno przed swoim wypadkiem, ale teraz nie dbam nawet o to czy natknę się na twojego upitego tatusia, bo wybrałem najgorszy z możliwych momentów na niezapowiedziana wizytę. I widzisz, Ellie, to sprowadza się do magicznego rozróżnienia: ja nie chcę czy ty nie chcesz? — Mimo iż przyglądał mu się przenikliwie przez większość swojej wypowiedzi, niespodziewanie wzrokiem przebiegł po pokoju chłopaka, by ostatecznie posłać mu znaczące spojrzenie. Castiel podarował sobie stwierdzenie, że chętnie pozna ojca Elliota, bo to pewnie zestresowałoby go jeszcze bardziej. Odpowiedź na to jego „Ja sobie poradzę” zmielił tylko między zębami, nie decydując się na wyrażenie swojej opinii w tej materii.
      Berne nie podzielił się z nim tym, że znajdując się w epicentrum niewiadomej w obliczu tego, że ojciec Elliota znajdował się aktualnie poza domem, a nie w którymś z pokojów, a czas jego powrotu stanowił znak zapytania, stan Elliego trochę go zaniepokoił. Nie uważał jednak, że natychmiastowe wyjście zmniejszyłoby narastające napięcie, kumulujący się stres i pełzający tuż pod skórą strach przed ponownym otworzeniem się drzwi frontowych.
      — Nie zostanę długo. Nie zamierzam się też wprowadzać, ani zostawać na noc, więc nie musisz się tak stresować — zapewnił poważnym tonem, w który wkradła się typowa dla Castiela ledwie namiastka jego właściwej ciętej ironii. — Twoja mama nastawiła wodę, więc nie wypada mi tak nagle wychodzić. Wypiję herbatę, kawę i cokolwiek tam zrobisz i pójdę sobie, zostawiając ci przy okazji materiały z francuskiego, którymi mieliśmy się zająć. Teraz nie masz głowy do języków obcych i tego nie zrobisz, myślami dryfujesz gdzie indziej. A jak sam zauważyłeś, nie masz pojęcia, kiedy wróci twój ojciec, a ja nie zabawię tu długo.

      Cas

      Usuń
  28. Castiel dużo wcześniej, a dokładniej te parę miesięcy temu, przymykał poniekąd oko na sposób postrzegania swojej domowej rzeczywistości przez Elliota, który jawnie bagatelizował wszystko, co rozgrywało się za zamkniętymi drzwiami po powrocie pana White’a, na domiar złego jeszcze go za te wszelkie krzywdy usprawiedliwiając. Teraz jednak Berne nie pozwalał sobie na tego typu przywilej — nic się przez czas ich urwanej znajomości ani nie zmieniło, ani nie poprawiło, a to niemiłosiernie go drażniło, niemalże tak jak stwierdzenie, że starającemu się dorównać wymaganiom własnego ojca Elliemu należy się od czasu do czasu porządny wpierol. Nie baczył już nawet na jakiekolwiek zahamowanie ze swojej strony w wypowiedzi i unikanie określenia „alkoholik” w stosunku do mierżącego go pana White’a i jego problemów nie tylko z samym sobą, ale także z nadmiernym spożyciem i oderwaniem od rzeczywistości. Cas utwierdzał się w przekonaniu, że trwanie w tak podbramkowej sytuacji szkodzi Elliotowi, nawet jeśli on sam wypierał to przed samym sobą, tknięty niezrozumiałą dla Berne’a nadzieją, że wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
    Naturalnie, brunet spodziewał się, że jego słowa zestresują Elliota trochę bardziej, głównie ze względu na fakt, iż szansa konfrontacji osoby trzeciej, nienależącej do rodziny z pijanym panem White’em zwykle okazywała się zminimalizowana do granic możliwości — teraz mogło być zupełnie inaczej, aczkolwiek sam nie oczekiwał, że aż do takiego stopnia. Zmarszczył nieco brwi, wsłuchując się jak chłopakowi drży głos, jakby analizując wypowiedziane przez niego słowa w głowie, jak gdyby wydawały mu się w pewnym stopniu niejasne. Castiel w rzeczy samej był uparty, nie zamierzał się wycofywać z tego co zapowiedział, nawet jeśli Ellie podjąłby się naiwnej próby przekonania go, aby sobie poszedł po dobroci, musiało to być spisane na straty. Berne aż nader dobrze wiedział, że gra mu na emocjach, ciągnąc je w taki sposób jak dotychczas nikt tego zapewne nie robił.
    Castiel nieoczekiwanie uśmiechnął się złośliwie, wychodząc poza typowy dla siebie i mało wnoszący, krzywy półuśmieszek. Przyłożył Elliemu rękę do czoła, unosząc tym w momencie wykonania tego gestu jego włosy ku górze, jakby chcąc ocenić czy nie ma przypadkiem gorączki, że opowiada mu takie głupoty o tym bezpiecznym pozostaniu w pokoju i przyzwalaniu na znęcanie się, które miało drogą absurdu i w niepojęty dla Berne’a ułatwiać sprawę. Czasami sposób rozumowania Elliota potrafił go szalenie zaskoczyć, tak jakby to cokolwiek zmieniało czy co gorsza — rozwiązywało.
    — Ellie, ty się chyba naprawdę źle czujesz — odpowiedział krótko i westchnął ciężko, cofając powoli rękę i wsuwając ją niespiesznie do kieszeni dżinsowych spodni. Jeśli Elliot wyobrażał sobie, że Cas ze swoim nowym podejściem do życia będzie tylko w napięciu wysłuchiwał rozmowy i całkiem prawdopodobnych rękoczynów zza drzwi pokoju chłopaka, to pokładał w Berne’ie zbyt wielkie nadzieje.
    Korzystając z tego, że Elliot na chwilę pozostawił go samego, zyskał pomniejszy czas na oczyszczenie nieprzyjemnych, mieszanych myśli i pozwolenie, aby głównie negatywne emocje, jak i resztka złości uleciała z niego na dobre przy kolejnym wydechu. Nie wiadomo jednak na jak długo miał zachować spokój. Cas podszedł do wskazanego mu uprzednio stolika, zsuwając w trakcie z ramienia plecak i opierając go o krzesło, z którego wnętrza wydobył teczkę, a z jej wnętrza notatki i zagadnienia z francuskiego. Jeszcze zanim odłożył go na podłogę, opierając go o jedną z nóg krzesła, przebiegł wzrokiem po kartkach i wspominanym, wstępnym szkicu na angielski. Znowu odezwało się w nim tak bardzo znajome poczucie niesprawiedliwości i pomyśleć, że Elliot przykładał się do wszystkiego jak najlepiej, lecz nigdy nie został za to stosownie pochwalony. Zaklął cicho pod nosem, dając sobie w ten sposób upust, niedługo potem zajmując miejsce na krześle.

    OdpowiedzUsuń
  29. — Nawet jeśli odpowiem, że nie, to i tak zapytasz — stwierdził Cas, odrywając na chwilę wzrok, aby na niego spojrzeć, aby później dla pewności rzucić okiem w stworzone przez siebie notatki i rozpisanych czytelnym pismem zagadnień z francuskiego, którymi mieli się tego dnia zająć, jakby potrzebował upewnić się czy Ellie na pewno się po nim rozczyta. Zamarł na ułamek sekundy w bezruchu, kiedy dotarł do niego sens słów zadanego pytania. Kartki podzieliły ten sam los, szeleszcząc cicho, a które niedbale odłożył gdzieś na bok. Z kolei kolorowe koty na kubku nieopodal jego ręki, opartej na blacie stołu, wydały się tak fascynujące. Ellie ewidentnie zadał mu jedno z tych niewygodnych pytań, na które najchętniej rzuciłby ironiczną, mglistą odpowiedzią, ale takowa nie wydobyła się z jego nieco uchylonych ust, zamiast tego utkwił w nim przenikliwe, chłodne spojrzenie, jakby chcąc ocenić czy mówi poważnie, ale kamienny wyraz twarzy tylko na to wskazywał. — W odróżnieniu od ciebie, mnie nigdy nie przestał twój los obchodzić, żeby była jasność, więc nie zadawaj mi tak głupich pytań. Sam w końcu powinieneś dobrze wiedzieć dlaczego. — podjął oschle Castiel po bliżej nieokreślonym milczeniu i lustrowaniu go wzrokiem. — Cóż, wcześniej nie testowałem twoich stanów przedzawałowych, więc jak widzisz – nadrabiam zaległości. — dodał już ironicznie, jakby wracając do utraconego na chwilę rytmu i fasonu, który sobie po zerwaniu ścięgna Achillesa narzucał.


    [Ale masz trafione wyczucie czasu, odpowiadałam na ostatniego maila i miałam zamykać już laptopa, ale kubek w kotki mnie przekupił. Wybacz słabszą jakość — o tej porze myślenie płynnie wchodzi w fazę nie-myślenia.]

    Cas

    OdpowiedzUsuń
  30. Berne mimo nawet najszczerszych chęci, w ostatecznym rozrachunku nie pozwoliłby sobie zapewne na bardziej otwarte ujawnienie się jego troski względem Elliota w wypowiadanych słowach czy gestach, choćby w najmniejszym stopniu. Niestety nie bywał już tak otwarty w okazywaniu emocji, a umiejętność mowy wykorzystywał jedynie skutecznie do odpychania od siebie innych za pomocą zręcznego wykorzystywania ironii przeplatającej się okolicznościową drwiną, tak jakby w efekcie ubocznym zerwanego ścięgna coś z niego ubyło. Potwierdzenie, że obchodzi go los White’a musiało okazać się wystarczające, gdyż sam Cas nie zamierzał tego dodatkowo potwierdzać.
    — Ellie, to nie najlepsza pora na podsuwanie mi pomysłów na potworną, niezapomnianą randkę — odparł ostentacyjnie z sardonicznym półuśmiechem. Przyglądał mu się z niemałym zaciekawieniem. Tak, Elliot wykazywał wręcz niestosowne do okoliczności poczucie humoru, jakby chcąc w ten sposób rozładować napiętą atmosferę, choć w żadnym razie nie zamazywało to w rozumieniu Casa aktualnej sytuacji. Wbrew wszelkim pozorom Castiel może i nie potrafił też w pełni spoglądać na rzeczywistość jego domu rodzinnego czy relacje z rodzicami z jego perspektywy, ale to wcale nie przeszkadzało mu w osądzaniu tego z pozycji osoby trzeciej. — W gruncie rzeczy zaprowadzenie cię do wesołego miasteczka i wpakowanie do kolejki górskiej, byłoby o wiele zdrowsze niż stres związany z powrotem do domu twojego pijanego ojca. — ocenił nader spokojnym tonem brunet, bez zdradzania w trakcie, choćby najmniejszej iskierki własnej emocji, choć jakby nie spojrzeć, na pewno nie zaliczały się do zbyt pozytywnych, zważywszy na oschłą ocenę sytuacji dużo wcześniej.
    Mimo iż Berne nie wykazywał jawnej empatii czy zrozumienia, tudzież najmniejszej z możliwych form tolerancji na wspomnienie o agresywnym panu White’cie, który zdążył już tego dnia pokazać swoje możliwości w znęcaniu się nad Elliotem — zdawał sobie wręcz doskonale sprawę z tego jak ten próbował zachować względne normy pozornego opanowania, lecz w środku, jak zawsze, podwójnie to przeżywał. Sama wizja wcześniejszego powrotu jego ojca niewątpliwie napawała go lękiem, nie musiał o tym zbytnio przekonywać Casa. On dobrze o tym wiedział i wyszedł z założenia, że zimny prysznic w takiej postaci jest mu niezbędny, aby nieco otrzeźwiał, a dodatkowo teraz nie szedł już na rękę Elliemu, szykując się w podskokach do wcześniejszego wyjścia, i robić tego nie zamierzał.
    Wzrok i uwaga Castiela na dłuższą chwilę skupiła się na kocich stworzeniach utrwalonych na kubku z herbatą. Wystarczył mu widok parującej cieczy, aby zdać sobie sprawę z tego, że wciąż jest gorąca. Współczujesz mi, Cas? — to pytanie momentalnie sprawiło, że utkwił w nim na powrót baczne spojrzenie i wyraźnie się wyprostował. Usta chłopaka przybrały formę prostej linii, a on sam trawił je w milczeniu. Czy Ellie wzbudzał w nim to znienawidzone współczucie, którym tak hojnie wszyscy obdarowywali go dokoła tuż po powrocie do szkoły?
    — Sam nie wiem — mruknął bez większego przekonania. Przekrzywił trochę głowę w bok, nadal nie odrywając od niego uważnego wzroku. — Wolałbym oświadczyć, że nie, ale tego zrobić bym nie mógł. Chyba jednak wzbudzasz we mnie coś podobnego. — Jeśli początkowa odpowiedź dotycząca współczucia bądź litości odczuwanej w stosunku do Elliota nie była zbyt zadowalająca i oczywista, to zapewne po dodaniu dopełniającej części złudzeń nie pozostawiał fakt, że jednak coś było na rzeczy. Poprawniej Castiel nazwałby to czymś w rodzaju mieszaniny wspomnianego współczucia i troski, ale tego wprost nie powie, bo w jakim celu. W przypadku kolejnego pytania Ellie nie musiał zbytnio czekać na uzyskanie odpowiedzi, Cas zamierzał bowiem, podzielić się z nim wyrobioną już opinią:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Owszem, potrzebujesz — zaczął bez wahania. — Jesteś bezradny, Ellie, nie potrafisz sobie poradzić. Zresztą nigdy nie potrafiłeś, nawet parę miesięcy temu. Nic się nie zmieniło – twój ojciec nadal jest popranym alkoholikiem i się nad wami znęca, a ty pozwalasz, aby cię okładał, zachodząc później w głowę jakie wyjaśnienie sprzedać tym, którzy to kupią. — Z każdym kolejnym słowem jego ton stawał się zarówno chłodniejszy, jak i poważniejszy, celowo obyło się bez ironii, aby Elliot nie raczył uznać tego jako swoistą normę w typowych odpowiedziach Berne’a, aby dało mu to jakikolwiek pretekst do zlekceważenia tego co ma mu do powiedzenia. Castiel nie odrywał od niego znaczącego, przenikliwego spojrzenia. Skoro pytał, musiał liczyć się z tym, że aktualnie Cas nie przebierał w słowach. — Potrzebujesz pomocy i to najlepiej kogoś kto wreszcie wpoi ci, że przemoc domowa i katujący cię pijany ojciec, nie jest ani rzeczą normalną, ani taką, z którą powinieneś się godzić. Do czasu aż tego nie zrozumiesz będziesz trwał w tym wieloletnim obłędzie omyłkowo interpretując to jako normę. — Dopiero po zakończeniu swojej wypowiedzi pierwszy raz sięgnął po gorącą jeszcze herbatę, aby upić łyk. — Zakładam, że to nie to co chciałeś usłyszeć, ale nie będę cię dalej oszukiwał i przymykał oko na wyskoki twojego starego.

      [Ależ skąd, co było widać na załączonym wcześniej „obrazku”!]

      Cas

      Usuń
  31. Jin z początku nie lubił swojego imienia. Nie dało się go przełożyć na jakiekolwiek angielskie, a dzieci bywały po prostu złośliwe.
    Dżin? Jak ten z bajki?
    Nie. Ja nie spełniam życzeń.

    Zawsze był tym niepasującym dzieckiem już przez sam wygląd, który przejawiał się jako osobliwy w żółtawym odcieniu białej skóry, skośnych oczach i oczach tak ciemnych, że brąz przechodził w czerń, pasując do kruczych włosów. W dodatku był chudy, mizerny, nad takimi najłatwiej się znęcać. Jednak aparycja nie odzwierciedlała jego usposobienia. Nie dawał sobą łatwo pomiatać. Trzymał się na uboczu, ponieważ nie przepadał za swoimi rówieśnikami. Wolał spędzać czas z młodszą siostrą, która od momentu narodzin stała się jego oczkiem w głowie. Dla niej był w stanie zrobić wszystko. Kiedyś wdał się w bójkę z jednym chłopakiem na boisku, ponieważ ten stwierdził, że dziewczyny nie mogą grać z jego grupą w piłkę. MaRi zaczęła płakać, a on, jako dobry starszy brat, stanął w jej obronie. Jeszcze wtedy wszystko było prostsze. Niestety musiał szybko dorosnąć z powodu utraty słuchu. Uczył się z tym żyć i mówienie przyszło mi z łatwością, ponieważ już to potrafił. Z czasem było mu coraz trudniej wybrać odpowiedni ton, właściwą głośność, ale ludzie raczej nie orientowali się, że coś jest nie tak. Przez te wszystkie lata jedynie pojedyncze osoby potrafiły złożyć pojedyncze fakty w całość. Mówił tak, jakby miał lekką wadę wymowy, nic wielkiego, ale momenty zawahania połączone z upartym wpatrywaniem się w usta, zdradzały. Dlatego przez większość czasu po prostu ignorował ludzi, bo byli nieważni. Nie musiał się przy nich wysilać, ale chłopak z biblioteki wymusił na nim pełne skupienie. Nie chciał stracić nawet jednego słowa.
    Poszedł za nim i zajął miejsce na przeciwko. Pozwalało mu na największy komfort, a zakładał wtedy, że rozmowa przebiegnie normalnym tokiem. Bez zbędnego pisania. Dla przeciętnego człowieka było to zbyt wiele. Uniósł brwi, przyglądając mu się, gdy ten skrobał coś ołówkiem na kartce. Przyjął książkę z wyraźnym zdystansowaniem wymalowanym na twarzy. Obawiał się tego, jak może ich relacja potoczyć się w takim przypadku. Teoretycznie się znali, ale w praktyce był tylko głuchym chłopcem, który nie potrafił być normalny. Każde słowo odznaczające się na marginesie kolejnej książki, bądź podkreślone wersy, stanowiły dla niego ekscytującą część komunikacji z drugim człowiekiem, co mógłby określić jako rozmowę. Specyficzną, ale jednak rozmowę. Teraz ją kontynuowali, nawet jeśli siedzieli przy jednym stoliku i Jin nie mógł być bardziej szczęśliwy. Wiele sprzecznych emocji rozbijało się po jego klatce piersiowej, ale kiedy przeczytał te z pozoru nieznaczące wiele słowa, poczuł napływ odwagi. Wszelka niepewność utraciła na znaczeniu.
    - Ellie – wypowiedział na głos imię chłopaka, podnosząc na niego wzrok. Uśmiechnął się delikatnie i skinął głową, po czym wyciągnął rękę, by zabrać mu ołówek.
    ”Możesz mówić do mnie normalnie. Nie”, pisał, ale nagle urwał, zastanawiając się, czy powinien to mówić. Nie potrzebuję specjalnego traktowania. Elliot nie był taki. Był po prostu miły i Jin nie chciał się na niego złościć za to, że okazał cień troski, bo sam czuł się z tym dobrze. ”musisz pisać, jeśli nie chcesz. Umiem czytać z ruchu warg”. Już był bliski odłożenia ołówka, ale coś go powstrzymało. Chyba po prostu chciał wiedzieć. ”Co mnie zdradziło? Zbyt intensywnie się wpatrywałem czy mówię coraz gorzej?”.
    Zagryzł dolną wargę i z cieniem zmartwienia malującym się na czole przesunął książkę w jego stronę.

    Jin

    OdpowiedzUsuń
  32. Chris zacisnął zęby trochę silniej niż by mu się to podobało w podobnej sytuacji. Więc tak miało to teraz wyglądać? Przepraszali się nie wiadomo za co, za wszystko i za nic jednocześnie, próbowali nie kłócić, bo przecież nie mieli już ani powodu, ani wymówki do kłótni. To znaczy, oczywiście, wciąż mieli jedno i drugie, mieli ich aż w nadmiarze, Ellie zawsze udawał, że nic się nie dzieje, a Christopher zawsze wiedział lepiej, nie był przecież ślepy, ale bądź co bądź nie byli już razem i chociażby tylko i wyłącznie dlatego urządzanie scen nie powinno mieć miejsca. Nie miał już prawa domagać się od swojego byłego żadnej prawdy, bo i niby dlaczego miałby w ogóle jakąkolwiek dostawać? Zostawił go i uciekł z podkulonym ogonem, bo tak było mu łatwiej, i fakt, że nie raz i nie dwa chciał jakimś cholernym cudem cofnąć się w czasie i dać młodszemu o rok sobie po mordzie, bo jak w ogóle mogło mu przejść przez myśl zostawienie Elliota, absolutnie nic nie zmieniał. Chciał jak najlepiej, zawsze, teraz też, ale tymi swoimi przeklętymi dobrymi chęciami tylko wiecznie wszystko komplikował.
    Stłumił westchnienie, zerknając na zegar - rzeczywiście, lekcja za chwilę się kończyła, a on musiał wracać do własnych zajęć. Ellie też, miał przecież lekcje, nawet jeśli z części z nich uciekał, ale Chris wiedział, że właściwie nie powinno go to już w ogóle obchodzić. Przynajmniej w teorii. Oczywiście, powinien odczepić się już dawno temu, dać spokój i jemu, i samemu sobie, bo przecież żadnemu z nich nie było w tej sytuacji ani za wygodnie, ani za dobrze. To wszystko generalnie nie powinno być już jego sprawą, oświadczył to dobitnie w momencie, w którym zadecydował o ich rozstaniu, nawet jeśli nigdy nie powiedział tego na głos. Zabawne, bo wciąż przejmował się i martwił zupełnie tak, jakby tamto rozstanie nigdy nie miało miejsca.
    Powinien pozwolić Elliotowi żyć własnym życiem i nie męczyć go swoją obecnością. Ale jedno spojrzenie na chłopaka sprawiało, że wszystkie jego postanowienia o trzymaniu się na dystans ulatniały się dosłownie natychmiast.
    – W takim razie co powiesz na kawę? Jutro po lekcjach chociażby? – spytał, podnosząc zostawioną samotnie przy nodze stołu torbę i zarzucając ją sobie na ramię. Posłał Elliemu uśmiech, może trochę wymuszony, bo naprawdę nie był teraz w humorze na uśmiechy, ale przynajmniej częściowo szczery. Naprawdę nie chciał, żeby tak się to wszystko kończyło, żeby utykali w tym niezręcznym momencie, gdy żaden z nich nie wie do końca, jak się zachowywać, o czym mówić, a co przemilczeć. A Christopher był na tyle samolubny, że po prostu nie chciał zrywać kontaktów, nie do końca, nie ostatecznie, nawet jeśli być może właśnie tak byłoby najlepiej. Lubił Elliota. Naprawdę lubił, podziwiał za talent pisarski, za inteligencję, i chyba nic się w tej sprawie od roku nie zmieniło, a jeśli nie mógł zrobić już nic innego, to cóż, postara się przynajmniej być kimś w rodzaju przyjaciela. Zawsze starał się nim być, tylko że najwyraźniej coś po drodze nie wyszło.

    Chris i jego zapędy opiekuńcze godne mamy kaczki

    OdpowiedzUsuń
  33. Wiedział, że zaprzestanie pocieszania Elliota i podtrzymywania nadziei w tak dobrze znany mu dotąd sposób, a tym samym delikatnego oszukiwania go, byleby ten poczuł się lepiej, musiała okazać się zbliżonym wrażeniem jak po nagłym wylądowaniu pod zimnym prysznicem bądź wpadnięciu w śnieżną zaspę. Wypowiedziane słowa mimo iż były szorstkie niczym papier ścierny, mogły wydać się nieprzyjemne, ale Cas wcale nie zamierzał się z nich wycofywać, aż nader dobrze zdając sobie sprawę z tego, że Elliemu nie musiały się one spodobać. Istniały zatem dwie możliwości tego jak ten to przyjmie: z dystansem, trawiąc słowa wypowiedziane przez Berne’a lub nie zaakceptować ich wcale, uznając je za nieadekwatne do jego sytuacji. Dlatego zapewne Castiel lustrował go spojrzeniem, chcąc to nieco wyczuć. Uśmiech, który wymalował się na twarzy chłopaka sprawił, że Berne’owi odrobinę ulżyło i swoją nadmierną, niepohamowaną szczerością nie zranił go w jakiś nieprzewidziany przez siebie sposób. Owszem, zdawał sobie sprawę aż za dobrze, że sytuacja rodzinna Elliego ani nie należała do łatwych, ani tym bardziej rozwiązanie jej nie znajdowało się wprost na wyciągnięcie ręki. Gdyby tak było to przy odrobinie chęci czy złudnej nadziei na zmiany wszystko odwróciłoby się dawno temu o sto osiemdziesiąt stopni. Cas jednak wiedział, że stałe trwanie w zwijającym się niczym wąż lęku przed powrotem upitego pana White’a, podtrzymywał niemal wyczuwalne napięcie i sprawiał, że atmosfera nigdy nie rozrzedzała się do końca, przypominając poniekąd moment, nawarstwiania się szarych chmur, zakrywających szczelnie niebo, uniemożliwiając przebicie się, choćby najmniejszego promienia słońca i zwiastujących deszcz bądź w najgorszym z możliwych scenariuszy — burzę z wyładowaniami.
    Kiedy tylko w wypowiedź Elliota, wtórowało głośne trzaśnięcie drzwiami, a ten nie zdecydował się na dokończenie jej, Castiel był niemal pewny, że może stanąć przed nim niezapomniana i jedyna okazja na osobiste poznanie ojca chłopaka. W momencie, gdy dobiegł ich stłumiony głos i idące z nim w parze, powitanie przepełnione frustracją. Berne znajdował się dokładnie w tym miejscu, o tej konkretnej, jakże niefortunnej, porze, spełniając tym samym największe obawy Elliego i zrywając ze smyczy wszystkie demony. Cały do tej pory budowany przez toczącą się rozmowę spokój, runął niczym domek z kart i wystarczyło mu jedno spojrzenie Elliota, by dostrzec nie tylko panikę, ale i przerażenie w wielkich jak spodki oczach.
    Początkowo nie odpowiedział, słysząc jego zapewnienia o tym, że rzekomo sprawą się zajmie i poradzi sobie. Castiel nie pokładał w tych słowach żadnej wiary, ale nie była to odpowiednia pora na dyskutowanie na ten temat, mimo iż cięta riposta cisnęła mu się na usta. Powstrzymał się. Stresowanie Elliego jeszcze bardziej nie było jego zamiarem, o ile w ogóle dałoby się wzmocnić jego aktualny stan. Westchnął ciężko, na moment przymykając oczy, by za chwilę ponownie nawiązać z Elliotem kontakt wzrokowy. Widział jak bardzo mu zależało na tym, aby do konfrontacji na linii pan White i młody Berne nie doszło, zapewne tylko z tego względu nie podniósł się od razu z miejsca, jedynie widocznie się prostując.
    — Masz pięć minut, albo i mniej, w zależności od tego jak rozwinie się sytuacja, Ellie. Nie będę tutaj siedział z założonymi rękami, biernie się przysłuchując, jeśli potoczy się to źle. Liczę, że jesteś tego świadomy — odpowiedział beznamiętnym tonem, w taki sposób, jakby rozjaśniał jakąś sprawę w najbardziej możliwy sposób. Nie pokusił się nawet o teatralne wyciągnięcie telefonu, krótkie spojrzenie wlepione na wyświetlacz i udawanie, że liczy wspomniane pięć minut, które miały stanowić tymczasowe, szybkie zażegnanie krytycznego momentu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Berne nie musiał wyczekiwać nawet tych nieszczęsnych pięciu minut, żeby rozpętała się awantura, w której główną rolę odgrywał ojciec Elliego. Żałosne! Kłam dalej! Zobacz, co narobiłeś, ty cholerny idioto! Możesz w ogóle być bardziej bezużyteczny?! Na kolana i to zbieraj! Wrzaski i dźwięk tłuczonego szkła okazały się dla Castiela nowością, burzyły jego względny wewnętrzny spokój i szybko zrozumiał, że siedzenie w miejscu nie jest dla niego, zwłaszcza, że zaciśnięte pięści zdradzały tylko jego zdenerwowanie. Czym innym było wysłuchiwanie takich zajść z relacji poszkodowanego, niż być ich świadkiem. Nic więc dziwnego, że pokłady jego cierpliwości i samozaparcia do tego, aby w pokoju Elliota zostać, wyczerpały się w zaskakująco ekspresowym tempie. Opuszczenie pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi i skierowanie się w stronę dźwięków awantury nie stanowiły najmniejszego problemu.
      — A może sam to sobie, pan, pozbiera? — zapytał zimnym tonem, przekrzywiając nieco głowę w bok, jakby obserwował jakieś dziwne, niepodobne do niczego innego stworzenie rodem z jakichś filmów fantasty. Postawa Berne’a nie miała na celu udobruchanie upitego mężczyzny, którego obecność wchodziła w stan jawnego konfliktu z grawitacją. — Najlepiej na kolanach. Pochylenie się w stanie upojenia może się skończyć dość krwawo. — dorzucił cięto. Elliot bez wątpienia zdawał sobie wręcz doskonale sprawę z tego co Castiel aktualnie robił. Zwykle na pozycji osoby ściągającej na siebie całą uwagę, był właśnie Ellie. Berne poddawał jednak w wątpliwość fakt, iż może mu się to spodobać, zważywszy, że takiego obrotu sprawy chciał za wszelką cenę uniknąć. Ponadto – zachowanie Castiela nie miało na celu załagodzenie sprawy, ale i tak ostatkiem silnej woli zachował dystans, wsuwając ręce do kieszeni spodni.
      Castiela naprawdę bardzo sporo kosztowało to, aby zachować względną indyferencję i nie pociągnąć mało delikatnie upitego mężczyzny do tyłu, co zresztą nie byłoby zbyt trudnym zadaniem w jego aktualnym stanie, wbrew szarpiącym nim emocjom. Jedyne co go powstrzymywało przed zrobieniem tego, był fakt, że w domu White’ów nadal pozostawał tylko gościem i zbyt ostro spraw rozwiązywać nie mógł. Nie zostałoby mu to wybaczone. Z drugiej strony jeśli Erich dowiedziałby się o podobnym, agresywnym incydencie z jego udziałem na pewno wściekłby się nie na żarty i nie skończyłoby się to tak jak ostatnim razem — zbyt długim, rozczarowanym spojrzeniem. Obecna sytuacja nie była podobna do uczestnictwa Casa w bójce na imprezie, na którą dziwnym cudem dał się wtedy wyciągnąć, już po rehabilitacji i powrocie do szkoły, ale zszyta dolna warga musiała wyglądać całkiem nietypowo.

      Cas, który nie powinien się tak ociągać i obiecuje poprawę.

      Usuń