16 lutego 2017

No, I'm really not fine at all, tell me this is just a dream


Phoenix Scott

14.02.97, Chicago || III klasa (ponownie) || historia, język włoski i informatyka || sztuki walki || wrócił w styczniu || 106

Phoenix Scott, bardziej znany jako Nix lub Scott, nienawidził wyróżniać się z tłumu. Był grzeczny i ułożony, jak tylko syn wojskowego może być. Na początku trzeciej klasy zasłynął w szkole dzięki temu, że do internetu wyciekła seks taśma z jego udziałem (do żadnego seksu tam nie doszło, ale ludzi za bardzo to nie obchodziło) - prawie wyleciał za to zarówno ze szkoły, jak i z rodziny (bo należy wspomnieć, że była to gejowska seks taśma, a pan Scott nie był gotowy, by w ten sposób dowiedzieć się o orientacji syna). Po kilku miesiącach wszystko ucichło, a życie Scotta zaczęło wracać do normy. Nie trwało to jednak długo. Podczas świąt ktoś podpalił jego rodzinny dom, w wyniku czego zginęli jego rodzice oraz młodsza siostra. Nix przeżył - z wieloma ranami na ciele i duszy, ale przeżył. Phoenix nie zdążył wrócić do szkoły, a już został okrzyknięty podpalaczem i mordercą własnej rodziny. Wiedział, że plotki potrafią zranić, ale dopiero wtedy przekonał się, jak bardzo. Uciekł, lub jak kto woli - wyjechał do wuja, by tam dojść do siebie. Dlaczego wrócił? Nie wie i zadaje sobie to pytanie niemal każdego dnia.

Kiedyś grał w koszykówkę i śmiał się tak głośno, że spokojnie można go było usłyszeć w sąsiednim Stanie. Teraz nie potrafi się odnaleźć i gubi się nawet na szkolnym korytarzu. Jedyna blizna, której nie jest w stanie zakryć ubraniem, jest po prawej stronie szyi i sięga niemal policzka. Nix Scott nie jest już tym samym chłopakiem, którym był ponad rok temu. Niezmieniony pozostał jedynie blask w jego jasnych oczach, który też pewnie niedługo zniknie.

witam. chciałabym umieć pisać ładne karty postaci, naprawdę. mam nadzieję, że nie zrazicie się do Scotta przez to coś na górze. szukamy starych przyjaciół, kogoś od seks taśmy i miłości. muszę uprzedzić, że czasami zaczynanie idzie mi jak krew z nosa.
Adaś, Benji, Iris

160 komentarzy:

  1. [Witamy! "Ktoś od seks taśmy" brzmi ciekawie, ale nie wiem czy Benji by się nadał, zależy jak widzisz to powiązanie :) Ale w razie czego zapraszamy]
    Benjamin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Bardzo ciekawa, acz smutna postać. Szkoda mi go, że został tak niesprawiedliwie potraktowany, ale może znajdzie się tutaj ktoś, kto uleczy jego rany. Może nie na ciele, ale przynajmniej te na duszy. Życzę mu tego z całego serca. Niestety nie zaproponuję swojej postaci do wątków, bo słabo mi idą wątki męsko-męskie, ale życzę masy wątków i dobrej zabawy :D]

    Floyd

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam, witam. Niesamowicie mi go szkoda.Nasi panowie mogą znać się ze sztuk walki, na które obaj uczęszczają, więc jeśli nie masz oporów przed wątkami męsko-męskimi, to zapraszam serdecznie.]

    Harry Montgomery

    OdpowiedzUsuń
  4. [Ah, kolejna postać ze smutną przeszłością! A Nicky chętnie by wszystkich wyprzytulała, bo czemu nie ;)
    Cześć i czołem! Życzę miłej zabawy na blogu i ciekawych wątków :)]

    Nicky/Alan/Jemima

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! Jezu, jak ja bym tego pana ukradła w całości dla siebie T^T Ale powinnam panować nad swoim łakomstwem i zachwytem. Cholera jasna, po prostu cud, miód i maliny. Eh. Kocham męsko-męskie i chętnie zajęłabym pozycję kogoś zarówno do sekstaśmy, jak i do miłości, ale raczej wątpię, że któryś z moich panów Cię zainteresuje. W razie chęci, serdecznie, przeserdecznie zapraszam. Dobrej zabawy na blogu!]

    Tony Evans & Adam prawie Mickiewicz

    OdpowiedzUsuń
  6. [Jest tak cudowny, że żałuję, że nie umiem prowadzić męskich postaci. Sama bym go ukochała. Witam serdecznie na blogu, zapraszam do siebie i życzę udanej zabawy! ]/Iris

    OdpowiedzUsuń
  7. [Teoretycznie nie lubię narzucać nikomu niczego więcej poza przyjaźnią lub nienawiścią, a jeśli ktoś chce coś więcej, to może zaproponować, gdyż ja godzę się na wszystko.
    Jestem jak najbardziej za tym, by nasi panowie znali się przed zniknięciem Scotta. Mogli się przyjaźnić, mieć ku sobie albo okładać na tych sztukach walki. Mój pan może wydawać się niemiły ale wcale taki nie jest i jeśli coś, to po powrocie mógłby zachowywać się w stosunku do Phoenixa całkiem przyjaźnie, gdyż nie chciałby mu dorzucać nieprzyjemności. Jeśli masz jakieś chęci na cokolwiek, to pisz :)]

    Harry Montgomery

    OdpowiedzUsuń
  8. [*podbite serce* <3 Czy mogę prosić jakiś kontakt? Proszę, proszę, proszę.]

    omujborze Adam

    OdpowiedzUsuń
  9. [Nasi panowie są do siebie niezmiernie podobni a i niektóre rodzinne fakty ich łączą ;) powodzenia i w razie chęci na wątek zapraszam ;)]

    Arthyen

    OdpowiedzUsuń
  10. [Nie wiem czy Benji byłby w stanie się z kimś kłócić i kogoś oskarżać o coś takiego, ale w sumie czemu nie, może warto spróbować :D Albo: na filmie był ktoś inny, Scott i Benjamin tylko by się kumplowali. Załóżmy, że ich początki nie były zbyt dobre - albo druga opcja: ten drugi chłopak z seks taśmy kiedyś miał coś do Andrewsa - a on korzystając z okazji postanowił w końcu się na kimś zemścić i to on wrzuciłby to do sieci, nie myśląc o konsekwencjach i przyjacielu. A po jego powrocie do szkoły jakoś wyszłoby to na jaw]

    OdpowiedzUsuń
  11. [Pasuje! Chociaż jeszcze myślałam, że oficjalny dostęp miała tylko ich dwójka, a np Benji podczas korzystania z jego komputera przypadkowo na niego natrafił i po dziś trzyma kopię na swoim telefonie, wtedy by się wydało]

    OdpowiedzUsuń
  12. [A mogłabyś może jednak Ty zacząć? :) Cierpliwie poczekam, nie spieszy mi się]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Z długością się dostosuję, pisz na ile lubisz]

      Usuń
  13. [Mógłby czasami nawet u niej pomieszkiwać, kiedy samotność byłaby dla niego bezlitośnie podła. Mogą się przyjaźnić, mogą się w sobie zakochiwać na ten przyjacielski sposób i wzajemnie mobilizować się do wstawania z łóżka i walki o własne życie. To będzie fajna relacja, tak czuję. Może dałby się zaprosić na kawę i papierosa u Iris? Taka ich odmiana piątku-piąteczku-piątunia. Co ty na to?]/Iris

    OdpowiedzUsuń
  14. Jazda figurowa, akrobatyka, bieganie na bosaka – Lawliet zdecydowanie nie był typowym chłopakiem. Ale zdecydowanie należał do typowego grona ludzi, którzy nienawidzili tego dnia. Walentynek. Będąc wiecznym singlem i nawet nie znając smaku miłości, musiał przyznać, że irytowała go ta cała wymuszana atmosfera miłości; a w jego mniemaniu taka właśnie była, wymuszana i nieprawdziwa, bowiem choć nigdy nie myślał na poważnie o związku oraz zakochaniu, to uważał, że swą drugą połówkę winno kochać się każdego dnia, a nie ten jeden dzień w roku. I obnosić się z tą miłością każdego dnia tak samo. W tej kwestii pozostawał dosyć staroświecki, lecz na szczęście nie musiał się tym przejmować. Nie posiadał drugiej połówki ani obiektu westchnień, nie zamartwiał się więc prezentami, kartkami i innymi takimi bzdetami. Miał za to kota, wiernego towarzysza, z którym miał zamiar usiąść dziś w kącie pokoju i na spokojnie wypić ciepłą herbatę z połową cukiernicy. Jak co roku, zresztą. Lysander stanowił najważniejszą osobę (o ile można było tak powiedzieć o kocie) w życiu nastolatka, w końcu oprócz niego... nie miał już nikogo. Dlatego też był jego oczkiem w głowie i przeżywał zawał serca za każdym razem, kiedy kocurowi coś się działo. Bądź kiedy uciekał z pokoju Lawlieta i znikał bez śladu. Tak jak tego dnia.
    Zdarzyło się to nie pierwszy raz, ale Adam za każdym przeżywał to równie mocno. Obwiniał za to tylko i wyłącznie siebie, bo zdawał sobie sprawę, że poświęca swemu przyjacielowi stanowczo zbyt mało czasu, a pokój w dormitorium dla dorosłego kota stanowił zdecydowanie za małą przestrzeń. Lysander wykorzystywał każdą okazję, aby się wymknąć, a jego pan stwarzał takowe często, kiedy to zasypiał na lekcje i w pośpiechu opuszczał akademik, nie zamykając pokoju na klucz. A zwierzak miał już swoje sposoby na to, aby otworzyć drzwi i zaznać odrobiny wolności.

    Przemierzał korytarze budynku dumnym krokiem i z podniesionym do pionu ogonem. Z każdym ruchem dzwoneczek jego czerwonej obroży wydawał z siebie ciche, charakterystyczne dźwięki. Zwracał więc na siebie niemałą uwagę, tym bardziej, że o ile można było trzymać zwierzęta w dormitorium, tak nie mogły one wolno panoszyć się po jego terenie. Na horyzoncie dojrzał postać człowieka, który zdecydowanie pachniał jak mężczyzna, lecz na całe szczęście, nie był Adamem. Adam z całą pewnością zaraz złapałby go pod pachę i zaniósł do pokoju, znów dając wykład o tym, aby bez niego nigdzie się nie wybierał. Czując wyraźne zainteresowanie ze strony tego człowieka, ośmielił się otrzeć o jego nogi, racząc jego uszy mruczeniem. Wszystko szło po jego myśli, dopóki po drugiej stronie korytarza nie pojawił się właśnie on.
    Adam.
    Jakim cudem namierzył go tak szybko?

    Lawliet nigdy nie spodziewał się tego po sobie, jednakże biegając od dziesięciu minut na bosaka po akademiku, rozpaczliwie szukając swego pupila, kiedy tylko dojrzał tego sierściucha u czyichś stóp, natychmiast krzyknął:
    — Łap go!
    W najśmielszych snach nie odezwałby się w tej sposób do obcej osoby. Tego chłopaka widział prawdopodobnie nie pierwszy raz w życiu, ale w żadnym stopniu nie pamiętał jego twarzy. Wiedział, że jeżeli szybko nie zareaguje, to pościg tak szybko się nie skończy. I się nie mylił. Lysander zjeżył się do stopnia wiewiórczego ogona, po czym pognał czym prędzej korytarzem w stronę schodów. I tyle go widziano.

    cometomedarling

    OdpowiedzUsuń
  15. [Miło mi, dziekuję! :3 Ogólnie jeśli jest chęć na wątek to zapraszam, tylko byłoby fajnie, gdyby i pomysł był (albo chociaż jego zalążek), bo u mnie na razie krucho z czymkolwiek :c]

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dobry wieczór! Wesoło witamy kolejnego homosia i gratulujemy ciekawej postaci oraz karty :) Strasznie mi go szkoda, a wspomniana historia, ugh - jeszcze bardziej mi go żal. Baw się dobrze i zostań z nami jak najdłużej, samych ciekawych wątków!]

    Isaac

    OdpowiedzUsuń
  17. [Bardzo pasuje. Oboje w końcu potrzebują przyjaciół. Możemy zacząć od tego, jak niespodziewanie pojawił się w szkole? Mam ogromną ochotę przywitać go z Iris należycie. Później oczywiście zaprosi go na tą kawę ^^ Jeśli ja mam zacząć, to dopiero sobota/niedziela najprawdopodobniej, bo dzisiaj nie mam pojęcia jak mi się dzień ułoży]/ Iris

    OdpowiedzUsuń
  18. — Przepraszam — wydusił czarnowłosy, trzymając się za głowę.
    Nigdy nie był zmuszony, aby przywyknąć do takich akcji i ich nagłych zwrotów, dlatego nim doszedł do siebie po upadku, musiał chwilę poleżeć na podłodze. Dopiero później wyplątał się kończynami równie chudymi, co długimi, spomiędzy nóg chłopaka i łypnął groźnie na kota. Lysander, czując na sobie spojrzenie swego pana, rozkosznie przekręcił się na plecy, stawiając łapy do góry i uczynił z siebie w ten sposób najrozkoszniejsze spojrzenie na świecie. Był to spory kocur o gęstej, czarnej jak smoła sierści, choć pod "pachami" oraz pod szyją posiadał białe kępki futra. Wlepiał swoje zielono-niebieskie ślepia w tę dwójkę, która dostarczyła mu przed chwilą niesamowitej zabawy. Niestety, Adam nie uznawał tego za coś zabawnego i tylko przeklął cicho pod nosem, masując obolałą głowę. W końcu stanął na nogi i wyciągnął kościstą dłoń do wciąż siedzącego na podłodze chłopaka.
    — Naprawdę przepraszam — powtórzył raz jeszcze, czując się zażenowany całą tą sytuacją. Unikał kontaktu z innymi ludźmi jak ognia, szkoła wystawiała go na wystarczające trudne próby, miał nadzieję, że chociaż w akademiku zazna spokoju, jednak bardzo się mylił; Lysander czynił wszystko, aby pokrzyżować mu plany i prawdopodobnie celowo wymykał się, aby w ten sposób wyciągać Adama z czterech ścian. Z tego powodu nie znał praktycznie nikogo prócz swojej własnej klasy oraz garstki nauczycieli, ale i ich nazwiska wciąż mylił, a uczęszczał do Skyline High już pół roku.
    Przyglądając się uważnie chłopakowi doszedł do wniosku, że nie ma bladego pojęcia, kim jest. Widział go po raz pierwszy w życiu. Z pewnością mijali się gdzieś na korytarzu nie raz, jednakże Lawliet nie zapamiętywał twarzy ludzi, z którymi nie miał zbytnio do czynienia. Nie miał bladego pojęcia dlaczego, ale bardzo długo nie był w stanie oderwać wzroku od jasnozielonych oczu nieznajomego. Co więcej, kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak natarczywie się w niego wpatruje, zmieszany odwrócił wzrok. Speszył się. Tym bardziej poczuł się zmieszany, kiedy okazało się, że jest od niego kilka centymetrów wyższy. Nerwowo podrapał się po karku, co było jego naturalnym odruchem przy zestresowaniu. Chciał jak najszybciej zgarnąć tego sierściucha i uciec do swojego pokoju, uciec od tych zielonych oczu, przez które zapomniał języka w gębie.
    Lysander wyczuł, że właśnie przestał stanowić największy obiekt zainteresowania i zaraz zaczął kręcić się pod nogami Lawlieta. Jaki pan, taki kot – obaj nosili się na czarno, do tego kocur pomimo grubego futra odznaczał się szczupłą sylwetką, podobnie jak Adam, który cierpiał niedowagę.
    — Dziękuję za pomoc, on... on zrobił to specjalnie — westchnął ciężko, wiedząc, jak dziwnie to zabrzmi. — Zawsze ucieka, kiedy brakuje mu rozrywki. Wredny sierściuch.

    ohAdaś

    OdpowiedzUsuń
  19. [Kurczę, szkoda mi go. :c Karta jest git, nie ma się co przejmować. Wytrwałości i dobrej zabawy życzę razem z Mattim! ^^]

    Matt G.

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Jeju, jakie biedactwo :_: Naprawdę nie umiem zrozumieć, jak można kogoś tak... źle potraktować. Świat jest głupi.
    Ktoś od kochania brzmi dobrze, chociażby nawet musiałabym go sama ukochać.
    Of kors zapraszam do mnie! Coś się wymyśli!
    Życze dużo weny i wątków. Wena jest ważna. ]

    Luis

    OdpowiedzUsuń
  21. — Adam, a to Lysander — odparł wyraźnie zafascynowany, choć usilnie starał się to maskować. Szesnastolatek nie potrafił ukryć przed samym sobą faktu, że postać Phoenixa niezmiernie go zainteresowała. Zaczynając już od samego jego imienia aż do tej blizny na szyi; pierwszy raz w życiu spotkał osobę, która się tak nazywała. Jego rodzice musieli mieć wyjątkowo wybujałą wyobraźnie bądź co najmniej nierówno pod sufitem. Nietaktownie oglądał sznyt na jego ciele, zastanawiając się, jaka historia kryła się za nim, w jakich okolicznościach powstał. Sam posiadał wiele, naprawdę wiele blizn po wypadku. Po samej kolizji oraz w wyniku operacji, przez które musiał przechodzić. Szczerze nienawidził każdej z nich, dlatego też jego pokój pozbawiony był luster; na wszelki wypadek, aby uniknąć zbędnego widoku. Każdego poranka poświęcał kilka minut cennego czasu, aby zakryć te, które szpeciły jego twarz. Nawet kiedy zasypiał na lekcję, nie mógł wyjść do ludzi, dopóki ich nie zakrył. Stanowiły dla niego zbyt wielki kompleks. Nie należały do sporych, jednakże Adam nawet pod toną pudru wciąż je widział. Na szczęście nauczył się maskować je tak, aby nikt nawet przez sekundę nie pomyślał o możliwości ich istnienia. Zastanawiał się, czy Nix przeżywał obecność swojej blizny równie dotkliwie, co on. Gdyby tak było, z całą pewnością zaoferowałby mu swoją pomoc i odrobinę swoich tajników oraz umiejętności makijażu. Gdyby nie potrafił tego i owego, z pewnością nie zajmowałby swojego miejsca w kole teatralnym i nie marzył na poważnie o charakteryzacji. Każdy miał jakiegoś swojego konika, a konik Adama spoczywał w skrzyni wypełnionej po brzegi pędzlami, kosmetykami, farbami i innymi akcesoriami. A także tańczył na lodzie, o czym Phoenix zdążył się przekonać. Cholernie speszył się na tę wieść, przecież zawsze tak bardzo starał się pozostać niezauważonym i do tej pory sądził, że mu się to udawało.
    —Raczej upadam — wyjaśnił, bo jazdą by swoich popisów nie nazwał. Gdyby w końcu udało mu się wykonać tego cholernego lutza z pewnością inaczej mówiłby o sobie i swoich umiejętnościach.
    Uwagę o butach przyjął jeszcze dotkliwiej. To znaczy, bardzo często zwracano mu na to uwagę, ale nikt nigdy nie zainteresował się tym jakoś specjalnie. Nikt nigdy nie pytał o powód, każdy tylko z niedowierzaniem kręcił głową zastanawiając się, czy mu nie zimno, czy może nie zwariował. Ale Adam był tak trochę wariatem.
    — Jakoś tak... po prostu — mruknął pod nosem. Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie rozmawiał z nikim tak długo nie mając w tym żadnego celu oprócz przyjemności wynikającej z samej konwersacji.
    W zasadzie to sam nie wiedział, dlaczego ciągle łaził na boso. Po prostu zawsze odczuwał znaczny dyskomfort, kiedy musiał wciskać buty na stopy. Komfortowo czuł się jedynie w łyżwach, ale już lepiej biegać na bosaka, niż męczyć się z płozami, prawda? Jak dotąd nigdy nie pochorował się w wyniku tego wybryku, a przynajmniej nie jakoś poważnie, tylko zawsze chodził przeziębiony bądź zakatarzony. Ale od kataru nikt jeszcze nie umarł, prawda?

    adambędziepierwszy :<

    OdpowiedzUsuń
  22. (Ojej, dziękuję ślicznie. C: Riley też jest bardzo fajna. Cudnego ma pieska, takie pomarszczone cudeńka są piękne. ;3 )

    Dean

    OdpowiedzUsuń

  23. Z każdym słowem wypowiadanym przez Phoenixa włosy jeżyły mu się na karku, a on sam czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Z niedowierzania miał ochotę parsknąć śmiechem. Poczuł się jak w jakimś kiepskim filmie. Czy on, do kurwy nędzy, zapraszał go właśnie na randkę? Mógł zrozumieć wszystko, naprawdę wszystko w świecie, ale nie taką sytuację. Musiał mieć naprawdę nie po kolei w głowie, skoro proponował mu wspólne wyjście. Jemu, Adamowi, zupełnie obcemu gościowi, którego poznał zaledwie kilka minut temu. Już chciał mu wejść w słowo i powstrzymać ten słowotok, kiedy w końcu wszystko się wyjaśniło – urodziny. Phoenix świętował dziś swoje urodziny i z tego powodu chciał gdzieś go zabrać. Lawliet płonął ze wstydu, słuchając jego wywodu do końca w ciszy. Podobnie płonęły jego policzki, które przybrały barwę szkarłatu, a należało zwrócić uwagę na to, że nie rumienił się prawie nigdy. Taki gest zwyczajnie u niego nie występował. A teraz po prostu płonął. Płonął z zażenowania i zawstydzenia z powodu tego, że wyciągnął pochopne wnioski nim wysłuchał go do końca. Negatywne uczucia miażdżyły mu żołądek; spotęgowały się jeszcze bardziej, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że cholera jasna. Zdał sobie sprawę, że ie odmówiłby. Nawet gdyby zaproszono go na randkę. Prawdopodobnie wykręcałby się, prawdopodobnie zacząłby mącić, mamrotać, wymyślać cokolwiek, ale ostatecznie – zgodziłby się. Mało tego, z pewnością ucieszyłby się z faktu, że ktoś zechciał jego towarzystwa. Nawet jeśli miałby być to osobnik tej samem płci. Cholera, nadeszła chyba pora, aby w końcu przyznał się przed samym sobą do własnej orientacji. Jak dotąd nie potrafił tego uczynić.
    — Wszystkiego najlepszego — niemrawym uśmiechem zakrył swoje zakłopotanie. Wcisnął dłonie w kieszenie czarnych, wąskich spodni, czując, jak pocą się i drżą ze zdenerwowania. Podobnie drżał mu głos, czego już nie potrafił ukryć. Zawsze wszystko tak przeżywał. To jest wszystko, co wiązało się z kontaktem z innymi ludźmi. Ale wszystko inne też. Po prostu cechował się ogromną wrażliwością, wręcz przewrażliwieniem, nie mówiąc już o empatii, która sprawiała, że było mu Scotta niesamowicie żal. Własne urodziny spędzał samotnie już od kilku lat, a właściwie od pamiętnego wypadku. Za jedynego towarzysza miał kota, więc nic dziwnego, że byli sobie bliscy jak niejedni przyjaciele. Znał więc ten ból. Ból samotności. Choć jego aspołeczność zdecydowanie mu na to nie pozwalała, nie mógł tak po prostu zostawić tego chłopaka samemu sobie. Gdyby odmówił, miałby wyrzuty sumienia, może gdyby nie został zaproszony, sytuacja ta byłaby dla niego znacznie prostsza. Ale nie była ani trochę prosta. Była krępująca i niekomfortowa, ale gdzieś w głowie pojawiła mu się taka mała myśl... że może dzięki temu uda mu się zyskać przyjaciela?
    — Nie mam żadnych planów — wyznał w końcu, uspokajając głos oraz serce. — Jeżeli może to choć w najmniejszym stopniu sprawić, by twoje urodziny były lepsze niż są w tej chwili, to chętnie ci potowarzyszę.

    rendez-vous się szykuje!

    OdpowiedzUsuń
  24. Adam nie musiał nawet brać kota na siłę ani nawet na ręce. Nie bez powodu pragnął studiować behawiorystykę zwierząt, od dziecka miał w sobie coś takiego, że choć nie potrafił powiedzieć, dlaczego, to zwierzęta po prostu go słuchały. Znał ich czułe punkty, słabości, w mgnieniu oka rozpoznawał, co je trapi, czego potrzebują, czego im brakuje. Lysander był nad wyraz charakternym kotem, ale za to go kochał. Specjalnie wymykał się z pokoju, doprowadzając tym Adama do szaleństwa; szalał po jego pokoju, gryzł książki, skakał po jego nogach, kiedy próbował spać, ale zawsze, za każdym razem, kiedy przechodziła mu chęć na zabawę, zachowywał się tak jak wyszkolony pies. Na spacerach nigdy nie oddalał się, zawsze słuchał swojego pana, potrafił nawet wykonywać proste polecenia, takie jak przynoszenie pewnych przedmiotów. I właśnie teraz także trzymał się nogi Adama, grzecznie podążając do pokoju. Dał mu niezły wycisk, na dziś musiało wystarczyć. W końcu jeśli będzie niegrzeczny, to nie zasłuży na upragniony spacer w najbliższy wolny dzień.
    — Nie mam nic lepszego do roboty — zapewnił towarzysza w drodze do pokoju. Oczywiście, zawsze mógł skłamać, że jednak ma, ale po co? Skoro mógł uczynić kogoś dzień lepszym, dlaczego by tego nie zrobić? Altruizm jeszcze nikogo nie zabił, a Adam po tym wszystkim czułby się dobrze na sercu. Kto wie, może nawet będzie się dobrze bawił?
    Kiedy dotarli pod pokój numer xxx, zaczął szukać po kieszeniach kluczy i już przeraziła go myśl, że gdzieś je zgubił, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że zostawił je w drzwiach, których nawet nie zamknął. Westchnął z zażenowaniem i zaprosił Nixa do środka gestem. Oczywiście, Lysander wpadł pierwszy, zaraz wskakując na miękkie, niepościelone łóżko. Adam czuł się nieco urażony tym, co powiedział Scott. Może wcale nie chciał zakładać butów? Bo nie chciał. Mróz oraz śnieg nie stanowiły dlań żadnej przeszkody, wręcz przeciwnie; śnieg był znacznie przyjemniejszy od zimnej, zmarzniętej ziemi. Miał jednak trochę racji, bowiem Lawliet już smarkał i nie chciał się doprawić. Skoro i tak poświęcał swój wolny czas dla zupełnie obcego typa, to mógł poświęcić się i w ten sposób. W sekundę wygrzebał jedyną parę skarpetek, które miał, wytartych na piętach do ostatnich nitek. Wciągnął je na stopy i zaraz zajął się zakładaniem ciężkich, wysokich, czarnych glanów, szukając przy okazji portfela. O dziwo, niezbyt przejmował się stanem swojego pokoju; uważał, że nie było tak aż tak źle nie licząc porozrzucanych książek, zeszytów oraz łyżew na środku pomieszczenia. Podskakując na jednej nodze, aby związał kłopotliwe sznurówki butów, zaklął cicho pod nosem. Przeklinał swoją cholerną pamięć w takich chwilach, nie miał bladego pojęcia, gdzie zostawił swój własny portfel.
    — Lysiek, wiesz może, gdzie mój portfel? — Zagaił miękkim głosem do kota. Brzmiał on z goła inaczej niż jeszcze chwilę przedtem; kiedy prosił o coś swojego kota, starał się mówić łagodnie i ciepło. To dobrze działało na zwierzęta.
    Ku zdziwieniu Phoenixa, kot zeskoczył niechętnie z łóżka, czemu towarzyszyło głośne miauknięcie. Chciał w ten sposób zganić swojego pana za zaganianie go do roboty. Podreptał chwilę po pokoju, podczas gdy Adam męczył się z glanami, po czym wygrzebał spod biurka skórzany portfel i w paszczy przytargał go Lawlietowi.

    już jest

    OdpowiedzUsuń
  25. — To chodząca cholera, nie kot — burknął pod nosem czarnowłosy. Pomimo tego, iż zabrzmieć to mogło z goła inaczej, bardzo go kochał. Najzwyczajniej w świecie droczyli się ze sobą w tej sposób, dokładnie jak starzy, dobrzy przyjaciele. Bez tego kota zapewne już dawno strzeliłby sobie w łeb. Stanowił dla niego jedyne oparcie w złych i dobrych chwilach, znał także wszystkie jego sekrety. Jak dobrze, że był tylko kotem, bo przynajmniej nie mógł zdradzić ich nikomu.Ufał mu bezgranicznie, w przeciwieństwie do ludzi, do których zaufania nie miał za grosz. Dlatego trzymał się od wszelkich społeczności z daleka.
    Adam tym razem zamknął drzwi i sprawdził to dwa razy. Klucz wcisnął do kieszeni czarnego płaszcza, który chwilę wcześniej zarzucił na siebie i opatulił się ogromnym szalikiem, który przypominał bardziej koc. Co jak co, na bosaka mógł biegać, ale zimno też czasami odczuwał. I nie chciał wyjść przy Phoenixie na skończonego wariata, tym bardziej, że zmierzali w jakieś bardziej publiczne miejsce niż akademik. Głowę zaprzątały mu setki silnych oraz całkowicie sprzecznych ze sobą myśli; cholera, Adam, mógłbyś siedzieć u siebie. Na co mu to wszystko? W końcu zawsze uparcie zarzekał się, że nie potrzebuje nikogo... ale ten gość był dla niego taki miły, przecież nie mógł mu odmówić. Taki miły albo tak zrozpaczony samotnością, że chwytał się przysłowiowej brzytwy,, którą okazał się być Adam. Nie miał w sobie za grosz asertywności, aby powiedzieć mu "nie"; nie znał go, ale teraz miał okazję, żeby go poznać. Mógł ją zmarnować lub nie. Nie chciał jej marnować i z każdą chwilą poznawał go coraz lepiej. Tylko przelotnie rzucił okiem na wnętrze jego pokoju, nawet nie wchodząc do środka, ale wiedział już, że musiał być nowy, skoro nadal się nie rozpakował. Wiedział też, że uwielbia koty, co było widać wyraźnie po jego zachowaniu i słowach, które skierował do Lysandra. I musiał być strasznym zmarzluchem, nic więc dziwnego, że tak zwracał uwagę na buty Adama. Nawet go to trochę bawiło. Odrobinę. Bardzo.
    W końcu znaleźli się na zewnątrz, a Lawliet z ulgą odetchnął zimnym powietrzem. Kochał zimę i mróz, a lata szczerze nienawidził. Jego ciało praktycznie zawsze odczuwało temperaturę otoczenia jako nieco wyższą, dlatego zimą zawsze było mu ciepło, a latem zawsze się męczył. Nie miał bladego pojęcia, od czego to zależało, ale tak już po prostu miał. Z jednej strony przynosiło to korzyści, między innymi nigdy nie marzł jeżdżąc na łyżwach, niezależnie od tego, ile czasu spędzał na lodowisku. Z drugiej niesamowicie cierpiał, kiedy temperatura przekraczała dwadzieścia pięć stopni Celsjusza. Wówczas nie śmiał nawet wyściubić nosa z klimatyzowanych pomieszczeń.
    — W pierwszej — odpowiedział dosyć nieśmiało na pytanie Scotta. Nix wyglądał na starszego od niego, dlatego bał się, że zostanie potraktowany jak gówniarz. Z kolei Adam także nie wyglądał na szesnastolatka; był dosyć wysoki i posiadał bardziej dojrzałe rysy twarzy od swoich rówieśników. Czerń, w której lubił się nosić, także dodawała mu powagi, ale zazwyczaj całą tę powagę odbierały jego bose stopy. — Męczę się z biologią i chemią — mruknął, zerkając na towarzysza. — A ty? Dopiero się wprowadziłeś, prawda? — Nie chciał być wścibski, ale skoro chłopak sam poruszył ten temat kilka minut temu, chyba mógł go delikatnie poruszyć, aby dowiedzieć się czegoś więcej.

    nie mam pomysłu na głupi podpis

    OdpowiedzUsuń
  26. — Rozumiem —odparł spokojnie Adam. Nie było trudno zauważyć, że zielonooki ociągał się z odpowiedzią. Domyślał się, że mógł trafić na pewien drażliwy dla niego temat, dlatego postanowił nie kontynuować tej rozmowy. Był mu jednak niezmiernie wdzięczny za odpowiedź; ugasił tym jego ogromną ciekawość, która śmiała podchodzić pod wścibskość. To wszystko wzmagała jeszcze wyjątkowa spostrzegawczość Lawlieta. Nie umknęło jego uwadze, kiedy Nix płynnie zmienił temat. Ten uśmiech, który nagle zbladł, nieprzyjemnie zakłuł go w sercu. Poczuł się dokładnie tak, jakby to właśnie on go uraził. Domyślał się, że wspominanie o ojcu dotykało jego czułego miejsca. On sam nigdy nie chciał ani nawet nie próbował wracać myślami do swojego ojca. Kiedy tylko o nim pomyślał, natychmiast czuł niemalże mdłości. Nienawidził go pod każdym względem i nigdy miało się to nie zmienić. Nigdy miał nie wracać do swojej przeszłości, wyjątkowo to go bolało. Jeśli podobny ból odczuł właśnie Phoenix, to czarnowłosy już miał wyrzuty sumienia. Postanowił sobie w tamtej chwili, że zrobi wszystko, aby uczynić jego urodziny jak najlepszymi. Wszelkimi środkami i każdym kosztem. Być może nie po trupach, ale był w stanie zrobić naprawdę wiele.
    — Skyline High jest świetną szkołą... tak myślę — mruknął, wciskając dłonie w kieszenie. Buty niezwykle go uwierały, kiedy szli. Mróz przyjemnie szczypał jego policzki. — Czuję się tu bardzo swobodnie. A przede wszystkim, czuję się wolny — Nie chciał za bardzo zwierzać się Nixowi, w końcu nadal byli sobie obcy. Nie wiedział, czy może mu zaufać, ile może mu zdradzić. Już dawno przestał się bawić w zaufanie do ludzi. Nie chciał zaczynać ponownie. — Nie czuję takiej presji, nie wymagają też aż tak wiele, więc... pewnie dlatego — wyjaśnił pokrótce.
    Dla Scotta wkroczenie do pizzerii było zwiastunem szczęścia, Adam zaś poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Nie cierpiał tłumów, dlatego czuł, jak nogi mu miękną. Z powodu widoku przepełnionej knajpki nawet nie zwróci uwagi na to, że Nix jak gentleman przepuścił go w drzwiach. Wydało mu się to zapewne tak naturalne, aż jego umysł stwierdził, że nie ma po co się tym przejmować. Prędko ruszył za nim do stolika w kącie. Przynajmniej tyle dobrego, że mogli uciec od wzroku ciekawskich ludzi.
    — W końcu są Walentynki i w ogóle, tych par wszędzie tak pełno co chwastów w ogródku... — mamrotał nerwowo pod nosem, zapadając się w swoim szaliku. Prędko poczuł, jak jest mu w nim gorąco, a w płaszczu jeszcze bardziej, dlatego nim usiadł, pozbył się wierzchniego ubrania i zaraz skulił się na krześle. Siedział tak sztywno, jak jeszcze nigdy. Romantyczna atmosfera przytłaczała go z każdej strony i wgniatała w ścianę, przy której siedzieli. Czuł, że nie może złapać nawet oddechu, ale starał się to skutecznie maskować. Obdarzył towarzysza żałosnym uśmiechem i jeszcze bardziej dobitym spojrzeniem czarnych jak noc oczu. W słabym świetle knajpki nie można było odróżnić ich barwy od tęczówki, jednakże były to soczewki. — Chętnie bym zwiał — wyznał. — Ale to nie tak, że jestem tu na siłę... — dodał nieśmiało. Nie odrywał wzroku od chłopaka nim nie zajął swojego miejsca i nie sięgnął, aby zmienić ustawienie rzeczy na stoliku. — Uważaj! — Ośmielił się fuknąć czarnowłosy, widząc jak płonąca świeczka zostaje szturchnięta. Oczywiście, prędko ją chwycił, aby się nie przewróciła, dokładnie w tej samej chwili, kiedy uczynił Phoenix.

    whoops

    OdpowiedzUsuń
  27. Adama już ani trochę nie interesowała pizza, a tym bardziej zatłoczony lokal i niekomfortowy tłum wokół nich. Przepuścił mimo uszu tę nagłą zmianę tematu, nadal analizując to, co właśnie miał okazję przeżyć i usłyszeć. Na początku, jeszcze przy świeczce, znów oblał się tym okropnym rumieńcem i prędko zabrał dłoń. Doświadczał palpitacji serca, przeklinając los za to, że wpędza ich już po raz kolejny w taką jednoznacznie bliską sytuację. Kontakt fizyczny dla Adama był czymś zupełnie obcym, nowym, nieznanym. Gdzieś w głębi duszy pragnął poznać te wszystkie czułe gesty i zachowania, którymi obdarzali siebie nawzajem ludzie wokół nich, jednak dość dobrze to ukrywał. Przynajmniej do tej pory. W najśmielszych snach nie pomyślałby o tym nigdy w towarzystwie Phoenixa, w towarzystwie chłopaka. Ale teraz myślał. I przeklinał siebie za to. Z tych przemyśleń skutecznie wyrwał go właśnie Phoenix, a konkretniej jego reakcja. Tak silny strach, którego po prostu nie potrafił nie zauważyć, na pewno nie był reakcją na przypadkowe zetknięcie ich dłoni. Adam usilnie próbował doszukać się rozsądnego wytłumaczenia tego przerażenia, które pojawiło się w oczach jego towarzysza; dlatego też, zamiast jak zazwyczaj odwracać wzrok w zawstydzających sytuacjach, wpatrywał się w niego bezczelnie. Z powodu półmroku knajpy, szeroko otwierał te swoje i tak duże oczy, aby nie przeoczyć żadnego szczegółu. Obawiał się nawet mrugnąć, jakby w czasie tego ułamka sekund miało mu coś umknął. W końcu jednak musiał, trzepocząc przy tym wachlarzem czarnych, długich rzęs. Można było rzec, że Adam dzielił się na dwa kolory - czarny oraz biały. Jego skóra posiadała wyjątkowy blady odcień, nawet jego wargi były wyjątkowo blade, a Lawliet zaś cały nosił się na czarno: czarne ubrania, soczewki, posiadał mocno czarne, wiecznie potargane włosy; odkąd pojawił się Pheonix, towarzyszyła mu jeszcze jedna barwa, która nieustannie pokrywała jego policzki. Ciepła, mocna barwa, której do tej pory mu bardzo brakowało.
    Wciąż nie odwracając wzroku, uwiesił go przez chwilę na bliźnie Nixa. Już wcześniej zastanawiał się, w jaki sposób powstała, a teraz zaczynał powoli łączyć fakty. Jego nowy przyjaciel widocznie bał się ognia, nawet sam przez sekundę musnął palcami własną bliznę, myśląc, że Adam tego nie ujrzy. Ale nadal nie spuszczał z niego wzroku ani na moment, jakby jego nieśmiałość nagle całkowicie znikła. Nie speszył się nawet tak mocno jak można było się spodziewać, kiedy poczuł delikatny dotyk na własnej dłoni. Wydał mu się tak cholernie przyjemny, że aż sam w to nie uwierzył. Dziwne uczucie wykręcało mu wnętrzności na samą myśl o tym; tłumaczył sobie, że to kolejny przypadek, przecież Scott nie uczyniłby tego specjalnie. Przez tę pieprzoną, Walentynkową atmosferę wyolbrzymiał za bardzo pewne rzeczy. Ale dzięki temu uzyskał w końcu potwierdzenie swoich przypuszczeń - za tą świeczką, za tym ogniem kryło się coś więcej. Wyjątkowo mocno potrzebował odkryć, co takiego. Zapomniał już całkowicie o głodzie i ochocie na pizzę; Phoenix wyrwał z niego to wszystko w jednej chwili. Normalnie w takiej sytuacji już dawno spaliłby się ze stresu, wstydu i zażenowanie, ale teraz udało mu się zbudować jakiś dziwny spokój wewnątrz siebie, spokój zbudowany na trosce, która pojawiła się w nim po ujrzeniu paniki w tych peszących zielonych oczach. Spokój ten jednak nie mógł trwać wiecznie. Wystarczył zaledwie jeden cholernie uroczy uśmiech, aby został doszczętnie rozburzony. Cofnął rękę ze stołu całkowicie i w końcu odwrócił wzrok, po czym wbił go w blat stołu i nerwowo potarł palcami czoło. Oddychaj, Adam, oddychaj. Wszystko jest w porządku, ogarnij się. Postanowił odłożyć temat ognia na bok, przynajmniej na razie. Świadom swoich problemów z pamięcią, nie zamierzał o nim zapomnieć. Stanowiło to dla niego zbyt istotną rzecz w tej chwili. Odetchnął głęboko i sięgnął drżącą dłonią po kartę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dał się odkryć, cholera jasna. Pękł na oczach Phoenixa, kiedy uciekł od niego wzrokiem. Nie powinien też gapić się na niego jak palant. Sam nie wiedział, co w niego wstąpiło. Czuł się tak, jakby został włożony w obce ciało, nad którym nie do końca panował. Wszystko w nim krzyczało "Boże, chcę już stąd wyjść", ale jednocześnie wszystko pragnęło zostać.
      — Nie wiem, czy jest o czym opowiadać — wymamrotał speszony, otwierając menu. Nie był już w stanie ponownie na niego spojrzeć.

      płonę.

      Usuń
  28. Iris nie miała wielu przyjaciół. Właściwie, to mogłaby ich policzyć na palcach jednej ręki, bo stanowczo lepsza była w utrzymywaniu zwykłych znajomości, niż związków tak odpowiedzialnie nazywanych "przyjaźnią". Z Phoenixem było zupełnie inaczej. Potrzebowała go, pewnie tak samo, jak on jej potrzebował. Kiedy wyszło nagranie, na którym widać było jej PRZYJACIELA z mężczyzną, nie była ani trochę zdziwiona — w końcu czuła podskórnie, że jej o czymś nie mówi, ale nie miała o to żalu. Byłaby złym człowiekiem, gdyby wtedy się od niego odwróciła.
    Do tej pory pamiętała sytuację, w której jakiś napompowany chłopak ze starszej klasy, podszedł do niej i Nixa, zaczepiając chłopaka. Był opryskliwy, chamski i dokładnie taki, że Iris znielubiła go od pierwszych słów. Zniesmaczona czekała na reakcję przyjaciela, ale on przyjmował dzielnie ciosty, jakby te mu się należały, a tego było dla Holden za dużo. Z reguły nie kąsała, ceniła umiejętność konwersacji, ale ten wielkolud pozwalał sobie zbyt wiele.
    — Wszyscy wiemy, jaki jesteś męski i jak bardzo lubisz laski, zwłaszcza te podrywane na nowe autko za kasę rodziców, którego wielkość jest odwrotnie proporcjonalna do... No wiesz — uśmiechnęła się głupio, patrząc na krocze chłopaka — O tym też wszyscy wiemy.
    Chłopak zmarszczył wtedy brwi i rzucił pytanie, czy Iris ma ochotę się przekonać, ona odparowała, że to tylko utwierdzi ją w przekonaniu że ma rację, tak jak cała szkoła. Buldog się zabuldoczył, kąsnął raz jeszcze i odszedł, zostawiając ich w spokoju.
    Phoenix był jej pierwszym przyjacielem, któremu mogła zaufać. Dlatego też, kiedy powiedział jej, że to nie on podpalił dom, to nie on był odpowiedzialny za śmierć najbliższych... To ona mu uwierzyła. Wiedziała, że potrzebuje każdego, możliwego wspracia, dlatego dawała mu siebie tak dużo, jak tylko umiała to robić przez codzienne rozmowy, to przez portale społecznościowe, to znowu przez telefon albo skype'a.
    Wiedziała, że następnego dnia on wróci do szkoły, ale jej nie będzie. Miała wyznaczony termin konsultacji z ortopedą z Nowego Jorku, przełożenie nie wchodziło nawet w grę, bo Alexander starał się o tą wizytę od kilku tygodni. Chciała go przywitać należycie, dlatego wsunęła do jego szafki liścik.
    "Mój ukochany i wspaniały, najprzystojniejszy mężczyzno jakiego znam, czy chcesz mi towarzyszyć w spędzeniu popołudnia przy kawie, w rozkosznych kłębach dymu? Stęskniona Iris". Miała nadzieję, że uśmiechnie się chociaż troche, czytając karteczkę od przyjaciółki.
    Po konsultacji weszła do mieszkania z mieszanymi uczuciami, dlatego też tylko usiadła na łóżku i wlepiła tępy wzrok w ścianę przed sobą.

    Iris

    OdpowiedzUsuń
  29. Dotyk Phoenixa parzył.
    Po prostu parzył delikatną skórę Adama, był czymś zakazanym, niedozwolonym, przynajmniej w jego własnym umyśle. Czuł, że lada chwila zapali się i po prostu spłonie, ale w przeciwieństwie do Feniksa, nie odrodzi się z własnych popiołów. Tak właśnie na niego działał. Te gesty nigdy nie powinny mieć miejsca. Były zupełnie mu obce i to właśnie dlatego nie potrafił im odmówić. Już od dłuższego czasu potrzebował je poznać, pragnął zostać nimi obdarzony. Nie wiedział tylko u kogo mógł ich szukać, od kogo mógł je dostać. I nigdy, absolutnie nigdy w swoim życiu nie spodziewał się, że otrzyma je od osoby, którą poznał zaledwie jakąś godzinę temu. To wszystko było skrajnym, niepoprawnym szaleństwem, jednakże Lawliet wmawiał sobie, a przynajmniej próbował wmówić, że wcale nic nie znaczyły. Że nie było to nic specjalnego. Nic absolutnie specjalnego, choć kiedy już podniósł głowę z pomocą Scotta, długo nie mógł zebrać się w sobie, aby na niego spojrzeć. W końcu zdołał to uczynić, zerkając spod przymkniętych powiek. Czuł, że dolna warga wyjątkowo mu drżała, dlatego przygryzł ją mocno, niemalże do krwi. Na słowa chłopaka niemalże poczuł łzy w oczach. On? Niezwykle interesującym człowiekiem? Był pierwszą osobą, która powiedziała mu coś takiego. Nieważne dokąd sięgał wspomnieniami, zawsze każdy w jego otoczeniu wmawiał mu co innego. Wszyscy zawsze utwierdzali go w przekonaniu o jego nikłej wartości, obdarzając przymiotnikami, którymi nie obrzuciłby nawet swojego największego wroga. Jedyną osobą, która twierdziła inaczej, była jego matka. Bez niej prawdopodobnie nigdy nie poradziłby sobie w życiu, ona jedyna nieustannie obdarzała go ciepłymi, miłymi chwilami pośród cierpienia. I choć te chwile były ulotne, pamiętał dobrze o każdej. Jego matka też była taką chwilą. Ulotną. W końcu również zniknęła i pozostawiła Adama samego. Ale to nie była jej wina. Z kolei Adam nie potrafił sobie tego wybaczyć.
    Z obecnej sytuacji, która sprawiała, że Lawliet pragnął poderwać się z krzesła i po prostu opuścić lokal, uratował go kelner. Natychmiast chwycił kartę na powrót, ukrywając się za nią i westchnął z ogromną ulgą. Nic specjalnego, Adam, nic specjalnego... Powtarzał sobie raz za razem w głowie, ukradkiem zerkając na towarzysza. Nie wyglądał, jakby jakoś wyjątkowo poruszyło go to, co wydarzyło się przed chwilą, dlatego Adam mógł się nieco uspokoić. Tylko nieco, bowiem gdzieś głęboko w jego samotnym sercu jakaś jego cząstka pragnęła, aby jednak był poruszony. Nie przejął się zupełnie kelnerem, a skupił jedynie na tym, aby sprowadzić samego siebie na ziemię. Uspokoić oddech i serce, a już najbardziej drżące dłonie i to okrutne poczucie gorąca. Naprawdę czuł się tak, jakby cały stanął w ogniu. Zmuszony był podciągnąć rękawy czarnego swetra, aby nieco ochłonąć, zupełnie zapominając o tym, co pod nimi chował. Rządek jasnych sznytów odznaczał się mocno na jego bladej skórze. Prawdopodobnie tylko Adam był w stanie zliczyć je wszystkie, znał doskonale nawet te najdrobniejsze i najmniej widocznie, jednakże starał się o nich zapamiętać. Stanowiły część przeszłości, a nie po to przeprowadził się prawie tysiąc trzysta mil, aby o niej pamiętać.
    — Oliwki? Nie żartuj sobie — jęknął żałośnie szesnastolatek. Dziękował Scottowi za to, że zupełnie odbiegł od tematu. Sprowadził go tym na ziemię i wyrzucił z jego głowy te wszystkie dziwnie myśli, z którymi sam nie umiał sobie poradzić.
    Nawet nie zwrócił uwagi na nogi Feniksa, sam starał się ulokować własne tak, aby nikomu i w niczym nie przeszkadzały, co było dość trudne, bo glany znacznie mu to utrudniały. Zamrugał zdziwiony, słysząc kolejne przeprosiny z ust zielonookiego. Dopóki nie kontynuował wypowiedzi, nie rozumiał, co takiego się stało. Miał ochotę parsknąć śmiechem, jednak na widok jego rumieńców, wnętrzności ponownie przewróciły mu się do góry nogami.
    — Nie przeszkadza mi to — zapewnił. To stwierdzenie zabrzmiało w jego głowie tak obco, jakby wypowiedział je ktoś inny. Zabrzmiało zbyt beztrosko jak na Adama i jego tendencję do zdenerwowania.

    popioły Lawlieta

    OdpowiedzUsuń
  30. Nagłe rozluźnienie atmosfery utwierdziło go w przekonaniu, że wszystko było w najlepszym porządku. Że po prostu wyolbrzymił sobie parę rzeczy, że to wszystko stanowiło zwyczajny przypadek, zupełnie nieistotny dla Phoenixa, skoro zachowywał się znowu tak swobodnie. Był teraz święcie przekonany, że jego całe zakłopotanie wynikało właśnie z powodu tej cholernej świeczki, a nie z powodu Adama. To on wyobrażał sobie za dużo, doszukiwał się czegoś więcej w zupełnie przypadkowym muśnięciu dłoni, lecz... lecz przecież ten krótki dotyk, który został mu podarowany, nie mógł być przypadkowy. Pokręcił delikatnie głową, nie przejmując się reakcją Nixa na ten gest. Musiał wyrzucić to ze swojej głowy. Dla zielonookiego nie miało to najmniejszego znaczenia, po prostu nie stanowiło nic wyjątkowego, rozmawiali dalej tak jakby to nic nie znaczyło, a Lawliet uroił sobie parę rzeczy. Teraz kurczowo trzymał się tej wersji, aby odzyskać swobodę tak jak Scott, co wkrótce mu się udało. Zazwyczaj nigdy nie czuł się swobodnie, rozmawiając z kimś. Ktokolwiek by to nie był, zdenerwowania nie odczuwał jedynie, gdy konwersował z własnym kotem. Wydawało się to absurdalne, ale tak właśnie było. A teraz przy zielonookim... czuł się zupełnie inaczej. Jakby stał się innym człowiekiem. Biła od niego dziwna aura; aura która pomagała Adamowi się uspokoić. Sprawiała, że wiedział, miał pewność, że może mu zaufać. Że jest tego warty. Nie wiedział jedynie, dlaczego tak bardzo bolało go coś wewnątrz. W sercu.
    — Czekolada i truskawki... — Adam musiał przyznać mu rację. Rozmarzył się na samą myśl o takim rarytasie. Dzielił upodobania swojego towarzysza, nie licząc tych paskudnych oliwek. Oliwki, podobnie jak ananas, znajdowały się na samym szczycie listy najobrzydliwszych rzeczy na świecie, których chłopak nie tknąłby nawet kijem.
    Również wyciągnął nogi pod stołem, czując, jak drętwieją mu przed poprzednią pozycję. Naprawdę nie przeszkadzał mu ten stan rzeczy, choć należało przyznać, że stanowił widok komiczny. Zaplątali się gdzieś pod stołem tymi długimi tyczkami, nie przejmując się niczym, a już najbardziej tym, jak śmiesznie wyglądali. Liczył się komfort oraz wygoda, a tłoczność lokalu im w tym nie pomagała.
    Zdecydowali się na dwie pizze, tak jak wcześniej wspomniał Phoenix, jedną z oliwkami, specjalnie dla solenizanta, drugą zaś zwyczajną pepperoni, gdyż taką Adam miłował całym swoim sercem. Do tego poprosił o herbatę z cytryną; taki napój pomagał mu uspokoić nerwy. Ze spokojem obserwował sytuację ze świeczką i nawet przez sekundę nie pomyślał o Phoenixie jak o wariacie. Każdy czegoś się obawiał, a to przecież Adam biegał zimą bez butów i skarpetek. Na całe szczęście udawało mu się skutecznie ukrywać fakt, jak bardzie ciekawiła go przyczyna tego lęku. Pragnął go odkryć, ale wiedział, że jeszcze przyjdzie na to pora. Najlepiej taka, kiedy Scott zdecyduje sam mu o tym opowiedzieć.
    Drgnął widocznie, kiedy znów zaczęto brnąć w tę niezbyt lubianą przez niego stronę - w stronę tematu dotyczącego jego samego. Niezbyt lubił mówić o sobie, głównie dlatego, że prezentowanie swojej osoby wiązało się z poniekąd wracaniem do przeszłości; Adam unikał tego wyjątkowo bardzo jak Nix ognia, jednakże nie potrafił mu odmówić. Chciał jednak wybrnąć z tego tak, aby również mieć z tego jakieś korzyści.
    — Dobrze — rzekł, niby spokojnie, ale zaraz na jego usta wkradł się lisi uśmiech. Lawliet bardzo rzadko się uśmiechał, prawie nigdy. A jeśli już, były to uśmiechy nieszczere, które zresztą, do rzeczywistego uśmiechu miały daleko. — Ale tylko pod warunkiem, że ty także będziesz odpowiadał na zadane mi pytania — co prawda, nie było to iście szatańskie posunięcie, ale dzięki temu jednocześnie mógł dowiedzieć się czegoś więcej o swoim towarzyszu. — Jestem z Augusty, ze stanu Maine — złagodził wreszcie ogromną ciekawość Scotta. — Takie tam, okropne zadupie — mruknął.

    teraz załagodzona sytuacja

    OdpowiedzUsuń
  31. — Cóż, nie uważam, bym miał się czym chwalić... — powiedział nieśmiało, a do tego bardzo cicho, prawie szepcząc. Jego słowa nie podpadały pod skromność ani nawet niską samoocenę. Jego samoocena znajdowała się wręcz na poziomie zerowym. Prawda była taka, że przecież nie każdy chłopak w jego wieku parał się łyżwiarstwem, tym bardziej figurowym. Hokej to jedno, jednak tańczyć na lodzie mało kto potrafił, do tego z taką gracją, z jaką czynił to Adam. Niewielu także zapewne zarywało noce, projektując maski dla koła teatralnego, a potem męcząc się z ich wykonaniem, a już tym bardziej Nix nie potrafiłby znaleźć drugiej podobnej Lawlietowi osoby, która wyczyniałaby takie cuda ze zwierzętami. Szesnastolatek po prostu trwał w paskudnym przekonaniu, że w świecie liczą się inne priorytety. Że jego pasje są po prostu niczym, że jest ofermą, bo nie uprawia żadnego sportu prócz łyżew, że niezbyt dobrze radzi sobie z nauką, a do tego biega jak wariat na bosaka. Nie uznawał tego za wyjątkowe, wręcz przeciwnie; uważał to za swoje wady.
    Już zaczynał się niecierpliwić, czemu jego upragnionej (w tamtej chwili) pizzy jeszcze nie ma. Na całe szczęście nie musiał długo się nad tym głowić, bowiem lokal w godzinach szczytu działał na pełnych obrotach i zaraz otrzymali upragnioną pizzę. Chłopakowi aż ślinka ciekła, nie potrafił się powstrzymać przed rzuceniem na pierwszy kawałek cudownej pepperoni. Nic dziwnego, skoro nie jadł dziś jeszcze nawet śniadanie.
    — Podziękuję za te oliwki — prychnął niewyraźnie z pełnymi ustami, lecz miał nadzieję, że zostanie zrozumiany. Zdołał pochłonąć już całe dwa kawałki, zanim ktoś niespodziewanie im przerwał. Zesztywniał cały, widząc nad sobą sylwetkę barczystego chłopaka. Wyprostował się i natychmiast wytarł serwetką blade wargi, czując, że całe umorusane są z sosu. Wbił wzrok w intruza, przeczuwając, że jest to zwiastun czegoś wyjątkowo niemiłego. Wywnioskował to już po samej minie towarzysza, która nie wróżyła nic dobrego. Nie chciał wtrącać się do ich rozmowy, nie miał też takiego zamiaru. Pragnął za to stanąć w obronie Phoenixa, ale nie bardzo miał do tego możliwości. Nie rozumiał kompletnie nic z tego, co właśnie się wydarzyło. Morderca? Podpalacz? Nie wierzył w ani jedno słowo, które usłyszał, jednakże znów miało to powiązanie z ogniem. Świeca, podpalenie... może jednak ten cały Smith mówił prawdę? Przynajmniej po części musiał. Nie przyjmował to świadomości tego, że Nix mógł mieć kogoś na sumieniu. Nie wierzył w to, to było po prostu niemożliwe z punktu widzenia Adama. Nigdy w życiu nie przyszłoby mu to przez myśl, jednakże poczuł w żołądku niesamowicie ciężki kamień. Kamień niewiedzy. Potrzebował go jak najszybciej z niego wyrzucić, tak bardzo ciążył mu z każdą sekundą.
    Nieco mu ulżyło, kiedy kelner wyprosił Patricka. Zdecydowanie z Nixem się nienawidzili, widać to było jak na dłoni. Lawliet kurczowo zaciskał palce na brzegu stołu, kompletnie zapominając o jedzeniu. Zapanowała niezręczna cisza, podczas której bardzo długo zbierał się w sobie, aby spojrzeć na swojego towarzysza. Na jego twarzy malował się ogromny niepokój, wręcz szok. Musiał wiedzieć, czy to, co usłyszał, było prawdą. Wymagał wyjaśnień i to teraz, zaraz. Nawet jeśli były dla Scotta bardzo niekomfortowe i bolesne.
    — Phoenix...? — Odważył się zabrać głos, a także w końcu podniósł wzrok. Nie potrafił przywyknąć do tej ponurej twarzy, z której nagle ktoś zerwał uśmiech. Ten widok wyjątkowo mocno go dotknął. Musiał ten uśmiech przywrócić, zdecydowanie musiał. — Czy... wszystko w porządku?
    Nie mógł zadać głupszego pytania, jednakże nie potrafił zapytać wprost. Nie chciał w żaden sposób go bardziej skrzywdzić, niż uczyniono to przed chwilą.

    będę płakać ;-;

    OdpowiedzUsuń
  32. Adam powoli przestawał nadążać za swoim towarzyszem. Nadal trwał w ogromnym szoku po tym co usłyszał, dlatego ciężko było mu się zebrać tak szybko jak Phoenixowi. Za dużo o tym myślał w tamtej chwili, aby tak szybko być w stanie zapakować się i opuścić lokal. Stracił go z oczu, kiedy zniknął między stolikami, dlatego niemalże w panice zarzucił płaszcz na ramiona i z szalikiem pod pachą przecisnął się do wyjścia. Bał się, że Scott w przypływie tych negatywnych emocji, które wprost z niego kipiały, po prostu ruszy gdzieś bez niego. Wygramolił się z budynku dopiero po chwili i z widoczną ulgą odetchnął, poprawiając płaszcz i okręcając czarno-szary szalik w kratę wokół szyi. Powoli podszedł do Nixa.
    — Chciałbym wyjaśnień — odparł dopiero teraz, spoglądając chłopakowi prosto w oczy. Widać było po nim determinację, choć widocznie czuł się nieco skrępowany. Jego nieśmiałość znowu dawała mu się we znaki. — Mógłbym powiedzieć, że jeśli nie chcesz mówić, to nie musisz, ale... naprawdę bardzo chcę wiedzieć — spuścił wzrok. Nie miał w sobie na tyle odwagi. Nie wierzył w to, że Nix mógłby mieć kogoś na sumieniu. Tym bardziej własną rodzinę. Uważał, że nikt nie byłby w stanie uczynić czegoś takiego, nieważne jak bardzo nienawidziłby swojej siostry, brata, matki czy ojca. Adam coś o tym wiedział. Nienawidził swojego ojca całym sercem, ale nigdy nie życzył mu złego. Nie musiał. Mężczyzna sam się stoczył.
    Ta cała sytuacja przerastała go niesamowicie, nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Nigdy nie miał przed sobą tak złamanego człowieka, któremu właśnie doszczętnie zniszczono urodziny. I nigdy nie znajdował się w miejscu osoby, jedynej osoby, która mogła teraz temu komuś pomóc. Gdzieś w głowie zaświtała mu maleńka myśl, jednak uznał ją za niesamowicie absurdalną. Phoenix nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Ale czy miał inne wyjście? Nie miał. Warto było spróbować.
    Niespodziewanie chwycił go za nadgarstek, ciągnąć gdzieś przed siebie. Uczynił to na wypadek, gdyby zielonooki próbował się stawiać i odmawiać pójścia za nim.
    — Nie przejmuj się tym teraz — rzekł, oglądając się przez ramię. — Obiecałem sobie, że twoje urodziny będą dla ciebie wspaniałym dniem i zamierzam dotrzymać tej obietnicy.
    Puścił go dopiero wówczas, kiedy był pewien, że Phoenix za nim podąża. Adam wstąpił do pierwszej lepszej piekarni. Była już późna popołudniowa godzina, dlatego niesprzedane pieczywo sprzedawano za grosze, tym bardziej to z wczoraj. Lawliet zakupił jeden pokrojony bochenek chleba, po czym ruszyli w dosyć odludną część miasta.

    idziemy karmić mewy

    OdpowiedzUsuń
  33. Już jakiś czas temu stracili z oczu wysokie budynki oraz wieżowce. Wstąpili w spokojną dzielnicę, gdzie w większości mieściły się stare kamienice, nie tak wysokie budynki mieszkalne, nikomu nieznane sklepy oraz knajpki. Było tu bardzo spokojnie i przyjemnie, zupełnie jak gdyby wkroczyli do zupełnie innego miasta. Adam nie trzymał już Scotta za rękę, zrównali się krokiem i wspólnie schodzili uliczką w dół. Znajdowali się pomiędzy budynkami, dlatego zimny wiatr nie smagał ich tak mocno, a raczej prawie wcale, tak jak przy głównej drodze. Lawliet nie odzywał się już za wiele, na pytanie Nixa skinął jedynie głową. Potrzebował się skupić, aby przypomnieć sobie drogę. Oglądanie witryn sklepowych nic mu nie mówiło, nazwa ulicy także. Przeklinał swoją pamięć najgorszymi obelgami, jakie przychodziły mu do głowy. Na całe szczęście nie robił tego na głos. Jeszcze zraziłby do siebie towarzysza, o ile już tego nie osiągnął. Istniał tylko jeden sposób, aby mógł odnaleźć właściwą drogę. Po prostu musiał zaprezentować Scottowi swoje ulubione miejsce, licząc na to, że chociaż odrobinę poprawi mu to dzień. Adamowi zawsze poprawiało, Lysander także je uwielbiał. Wcisnął mu do rąk bochenek chleba, mrucząc przy tym krótkie "potrzymaj" pod nosem, po czym oparł się o ścianę jednego z sypiących się budynków, sprawnym ruchem rozwiązując sznurówki i zdejmując buty. Wcisnął w nie skarpetki, związał je sznurówkami i przerzucił sobie przez ramię. Stając na przemarzniętym chodniku, od razu poczułby się jak ryba w wodzie. Posłał Phoenixowi szeroki uśmiech, którego pewnie nie zrozumiał.
    — Tędy! — Oznajmił, odbierając od niego pieczywo i zaraz skręcili w boczną alejkę. Zamiast asfaltu wyłożona była kostką, dzięki czemu Adam rozpoznał drogę. Mijali coraz to ciekawsze miejsca - antykwariat, kwiaciarnię, kawiarenkę na wzór europejski. Aż dziw, że nie było tu żywej duszy. W końcu wyszli spomiędzy budynków na drogę, która prowadziła przez mały, opustoszały park. Drzewa pokryte szronem nadawały mu wyjątkowego uroku, szczególnie wierzby, których gałęzie sięgały ziemi. Phoenix mógł się już domyślać, dokąd zmierzali; przed nimi malował się dość spory most, wyraźnie dotknięty starością. Rozciągał się nad jakimś małym odgałęzieniem rzeki, która przepływała przez Chicago. Niby nic wyjątkowego, ale dopiero, gdy się na nim znaleźli, dostrzec mogli kłódki, którymi był obwieszony. Wszystkie stare i tragicznie zardzewiałe, nie było ich jakoś sporo, ale dobre cztery setki by się zebrały. Dlatego właśnie to miejsce było dla Adama takie wyjątkowe. Do tego, w dole, po zamarzniętej tafli rzeki, spacerowały sobie mewy, widocznie głodne. Dawno tutaj nie przychodził, a nie był pewien, czy ktokolwiek prócz niego dokarmiał je o tej porze roku.

    dlaczego tragicznie, nie mów tak :<

    OdpowiedzUsuń
  34. [ A nie! To ja tak trochę śmieszkałam, bo jak najbardziej nie zamierzam się na niego rzucać, w sensie z romansami. Z Lu zrobiłam zagorzałego aseksualiste i tego się trzymam. Po prostu Phoe (tak sobie go zdrobniłam, tego już nic nie zmieni) to taki kochany chłopiec. Tulałabym.
    A co do przyjaciół to jestem bardzo chętna :D To co? Jakaś wspólna impreza? Jakiś pszupau? ]

    Luis

    OdpowiedzUsuń
  35. Lawliet zdjął buty z ramienia i ostrożnie odstawił je na konstrukcję mostu, aby przypadkiem nie spadły. Już raz mu się to zdarzyło, dlatego na wszelki wypadek, przywiązał je sznurówkami do barierki. Omiótł wzrokiem setki kłódek, jakby chciał sprawdzić ich stan. W przeciwieństwie do Phoenixa, nigdy nie miał nawet ochoty się z nich śmiać. Uważał to za coś wyjątkowego i za każdym razem, kiedy tu przychodził, sprawdzał, czy nie pojawiły się jakieś nowe. Niektóre z nich były naprawdę stare, nawet sprzed dwunastu lat. Zastanawiał się, czy ci wszyscy ludzie, którzy je tutaj powiesili jako symbol ich związków i miłości, nadal ze sobą trwali i nadal ze sobą byli. Gdyby Adam miał swoją drugą połówkę, z pewnością dorobiłby się takiej kłódki, nawet wbrew swojemu partnerowi. Miały dla niego bardzo wysoką wartość symboliczną.
    Zaraz po odłożeniu butów, palcami rozdarł foliowy woreczek, w który zapakowany został pokrojony chleb. Zawsze kupował jeden taki i karmił tutejsze ptaki. Mewy zawsze uparcie walczyły z kaczkami, które siedziały pod mostem. Miały nad nimi przewagę, bowiem sprawnie latały, a także dużo szybciej się poruszały. Nie bały się więc podlecieć do kaczki i wyrwać jej kawałek pieczywa z dzioba. Podobnie było z ludźmi. Mocniejsze i silniejsze ogniwa, choć w rzeczywistości wszyscy zasługiwali na to samo. Niektórzy mieli do tego jednak łatwiejszy dostęp, ale to, co udawało się osiągnąć trudem pracy i wysiłku, smakowało jeszcze lepiej niż to, co zostało podrzucone pod nos.
    Adam już chciał sięgnąć po pierwszą kromkę, kiedy jego uszu dobiegł głos towarzysza. Drgnął i opuścił chleb, rozumiejąc, że to jest ten moment. To ta historia. Nie ukrywał swojego zdziwienia, bowiem sądził, że Nix będzie unikał tego tematu, że nie będzie chciał się tak przed nim otworzyć. W końcu znali się całe parę godzin. Tym bardziej nie spodziewał się, że będzie w stanie mówić o czyś tak bolesnym z taką... łatwością. Takie szesnastolatek odniósł wrażenie. Gdyby on miał opowiadać swoją historię, z pewnością nie dałby rady. Pomimo tego, jak Phoenix świetnie panował nad własnymi emocjami, Adam dokładnie odczuwał smutek i ból, który od niego bił. Były gęstą, czarną chmurą, która nagle się nad nim zgromadziła. Fakt faktem, nie powinno się rozdrapywać starych ran, ale czasami bywało to konieczne. Potrzebne, aby pozbyć się nadmiaru goryczy i cierpienia, które zawsze nieustannie zbierało się pomimo upływu czasu.
    Ostrożnie odłożył bochenek na szeroką barierkę i poczynił te dwa kroki, zbliżając się do Scotta. Most był lodowaty, jednak kiedy zbliżył się do niego o te niecałe półtora metra, całe to zimno zniknęło. Musiał przebić się przez ten mur goryczy, ale nie było to już nic trudnego. Już mu się to udało. Wyznanie zielonookiego było jego największym osiągnięciem. Zwycięstwem. Nie był pewien, czy nie cenił siebie za wysoko, jednakże słowa, które usłyszał chwilę później, utwierdziły go w tym przekonaniu. Jak do tego doszło? Jak to się stało, że został obdarzony takim zaufaniem? Nie potrafił tego zrozumieć. Już wcześniej łzy cisnęły mu się do oczu, kiedy z uwagą przysłuchiwał się historii Phoenixa. A teraz jeszcze bardziej cieszył się i dziękował losowi za to, że przyszło mu go poznać. A raczej Lysandrowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ludzie są okrutni, Phoenixie... — wyszeptał cicho. W tej okolicy nic nie zagłuszało jego słów. Uciekli całkowicie od zgiełku miasta, od spojrzeń ludzi. Dlatego to miejsce stanowiło tak ważną rzecz dla Adama. Scott mógł bez problemu wyłapać najmniejsze drżenie jego głosu, a drżał mocno, bowiem z wielkim trudem powstrzymywał się, aby nie wypuścić z szklistych oczu łez, których nazbierało się tam już stanowczo za dużo. On nie potrafił panować nad swoimi emocjami, choć zazwyczaj dobrze je ukrywał, to kiedy już ktoś zdołał go otworzyć... cóż. Po prostu pękał. — Potrafią zniszczyć każdego, często nawet nie wiedząc, co czynią... Nienawiść jest jak ogień — szepcząc to bardzo ostrożnie podniósł chudą dłoń, aby dotknąć policzka Phoenixa. W ten sposób zmusił go do spojrzenia w swoje zapłakane oczy, a dotyk ten był najdelikatniejszym, jaki do tej pory miał okazję doświadczać. Był czymś niesamowitym. Kiedy podniósł rękę, rękaw płaszcza delikatnie mu się podwinął, ukazując pierwsze z blizn na nadgarstku, które Scott miał okazję dostrzec w restauracji. To było widmo jego przeszłości, jego cierpienia. Jego złamania, tak jak kłamstwo stworzone przez niczego nieświadomych ludzi złamało Phoenixa. — Ale czasem to, co przetrwa, jest lepsze i silniejsze niż to, co było...
      Łza spłynęła po jego policzku.

      kto ryczy ze mną?

      Usuń
  36. Ta bliskość była czymś, czego potrzebował cholernie mocno. Pragnęło jej jego serce, jego umysł, całe jego ciało, a już szczególnie jego pokrzywdzona dusza. Ani on, ani Phoenix, ani nikt na świecie nie mógł i nie miał prawa oceniać, który z nich miał trudniej w życiu, który z nich cierpiał bardziej. Dla każdego z nich z osobna ich cierpienie było najgorszą, najtragiczniejszą rzeczą, jaka mogła spotkać człowieka, rzeczą, której nigdy nie życzyliby nikomu. Podobnie jak Scott, Adam jeszcze nigdy nikomu się nie zwierzał. Nie otwierał się przed ludźmi, bowiem odkąd tylko pamiętał, to właśnie ludzie tylko go krzywdzili. Nigdy nie otrzymał od nich zrozumienia, nawet od najbliższych. Jedyna osoba, która go kochała, już dawno odeszła. A teraz czuł się tak, jakby znowu przy nim była. Jakby znowu miał przed sobą kogoś, kto potrafił i co najważniejsze chciał go zrozumieć. Dla kogo to, co powie i czy to powie stanowiło coś istotnego, a to, co pragnął zdradzić Scottowi, ciążyło mu na duszy od bardzo, bardzo dawna. Ta czarna chmura, która uleciała właśnie z Nixa, męczyła Adama nieustannie. Gnieździła się w jego płucach, nie pozwalając oddychać, zaciskała się na gardle, nie pozwalając o niej mówić, nie chciała, by ktokolwiek doprowadził do jej zniknięcia. Przeszłość była taką właśnie chmurą, była jak pasożyt. Sam nie potrafił skutecznie go odpędzić, a raczej skutecznie się go pozbyć.
    Czując dotyk Phoenixa na swojej twarzy, ponownie poczuł, że go po prostu parzy. Nie miał bladego pojęcia, jak to jest możliwe, ale przerażało go to. To, w jaki sposób jego dotyk działał, oddziaływał na niego; powodował, że całe jego ciało drżało, że kolana miał jak z waty, że brakowało mu oddechu, a głos gdzieś po drodze zwyczajnie zagubił się i zamarł. Sam nawet nie wiedział, czy chciał mówić, czy nie. Chciał, bardzo chciał, ale... ale bał się. Bał się, że nie będzie w stanie, a nawet jeśli opowie mu o sobie, to on go nie zrozumie. Obawiał się ponownie zostać ozwanym żałosnym, tym razem w jeszcze gorszym wypadku, bowiem z ust bliskiej osoby. Tak, w tamtej chwili, kiedy Phoenix trzymał jego nadgarstek, czuł bardzo wyraźnie, że stał mu się wyjątkowo bliski. Panowały nad tym jakieś siły wyższe, których nie rozumiał, w które nawet nie wierzył i nie wiedział o ich istnieniu. Bo nie wierzył w coś takiego. To nie były koleżeńskie gesty, ani nawet przyjacielskie, to było coś więcej, to były te zakazane chwile, które miał okazję poczuć już w restauracji, siedząc naprzeciwko zielonookiego. Ten cholerny zielonooki i jego dotyk były zakazanym dla Adama owocem, a raczej owocem oraz Ewą, która próbowała mu je podarować. Nie wiedział jedynie, kto w tej sytuacji grał węża, ale podejrzewał, że było to jego serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacisnął dłoń, za której nadgarstek trzymał Nix, w pięść, bardzo mocno wbijając w nią paznokcie. Wahał się, o czym świadczył fakt, że uciekł od niego wzrokiem. Nie potrafił już dłużej powstrzymywać łez, i choć ostatkiem sił utrzymywał spokojny oddech, tak ciekły ciurkiem po jego bladych policzkach. Ale kiedy poczuł ten uścisk, który wyswobodził jego dłoń od ostrych paznokci i ścisnął ją mocno w czułym geście, zebrał się w sobie. Drugą ręką, a właściwie rękawem swetra, korzystając z wilgotności łez, starł makijaż ze swojej twarzy. Po całym dniu i tak stracił na swojej trwałości niemal do końca. Pod ostatkami pudru Phoenix miał teraz okazję dostrzec liczne, szare piegi, którymi obsypane były jego policzki, a także dość długą, wklęsłą bliznę, która szpeciła jeden z nich. Już wcześniej coś przebijało się spod kosmetyków, ale Nix nie zwrócił na to uwagi bądź stwierdził, że mu się wydaje. W restauracji nie było też tak dobrego oświetlenia, aby mógł je ujrzeć. Podobną podłużną bliznę Adam posiadał na brodzie. Zaczynała się bardzo delikatnie kilka milimetrów nad lewym kącikiem jego ust, przechodziła przez niego i ciągnęła się jakieś półtora centymetra pod brodę. Nienawidził ich tak bardzo, że nauczył się zakrywać je tak, aby nikt nie był w stanie ich zobaczyć. Na nadgarstkach posiadał ich o wiele, wiele więcej, ale one nie były skutkiem wypadku. Były zrobione celowo. Szczególnie jedna z nich rzucała się w oczy: gruba, długa i poszarpana, w przeciwieństwie do niezliczonej ilości cienkich kresek, niektórych bardziej widocznych, innych mniej. Ale tej jednej nie dało się przeoczyć.
      — Czy to nie oczywiste? — Wydusił przez łzy, zerkając na niego z rozpaczą. Nie potrafił się do tego przyznać przed samym sobą, a co dopiero przed kimś innym. Nie potrafił zaakceptować swojego tchórzostwa. Siebie z przeszłości. — Chciałem się zabić. Nienawidziłem swojego życia... — wyszeptał, zaciskając powieki. Rozpłakał się na dobre. Nie był ani trochę tak silny jak Phoenix. Prawdopodobnie, pomimo upływu czasu, nadal z tego jeszcze nie wyszedł. Nadal się z tym nie pogodził, nadal nie potrafił sobie poradzić z tym, jak i z całym swoim życiem. Teraz musiał się do tego przyznać, zarówno przez kimś zupełnie obcym, jak i przed samym sobą. — Także straciłem obojga rodziców. Ale nie do końca w tym samym sensie, co ty. Przynajmniej nie w połowie... — nawet nie wiedział, od czego miał zacząć. Już w zasadzie zaczął od końca, wspominając o swoich skłonnościach do samookaleczenia oraz próby samobójczej. Ale to nie mogło w żaden sposób wystarczyć Nixowi, bowiem nie tłumaczyło w zasadzie niczego. Wstydził się tego, bowiem uważał, że w przeciwieństwie do niego nie przeżył tak wielkiej tragedii życiowej. Z tego powodu uważał siebie za nic niewartego słabeusza. — Moja matka zginęła w wypadku samochodowym razem ze swoim bratem, a moim wujem, i jego córką... to... to była moja wina... Zawsze o tym wiedziałem, lecz nie chciałem w to wierzyć... z kolei mój ojciec... — Scott mógł zauważyć, jak Lawliet zatrząsł się na sam dźwięk tego słowa. Z trudem przechodziło mu przez gardło. — Mój ojciec każdego dnia pilnował, abym nigdy o tym nie zapomniał. O tym, że... że doprowadziłem do śmierci własnej matki. On zawsze był do mnie uprzedzony, zawsze patrzył na mnie tak, jakbym był największym fiaskiem jego życia, moja matka zawsze jednak sprawiała, że jakoś byliśmy dobrą rodziną, dopóki nie ten wypadek. Po tym mnie znienawidził. Znienawidził mnie do reszty, a tej nienawiści doświadczałem dotkliwie każdego dnia... na swojej duszy, na swojej psychice, na swoim ciele... — urwał, nie potrafiąc już więcej wydusić ani słowa. Wyswobodził swoją dłoń z uścisku Phoenixa, i choć był dla niego najprzyjemniejszą rzeczą na świecie, uważał, że ani trochę na niego nie zasługuje. Cofnął się o krok i chcąc ukryć swoje nieustannie płynące łzy, kucnął przy barierce mostu i ukrył twarz w dłoniach. Nawet nie chciał wiedzieć, co myślał sobie o nim zielonooki.
      Ten dzień był jakąś cholerną, tragiczną pomyłką.

      serce mi krwawi

      Usuń

  37. Tak, ten dzień zdecydowanie był jedną wielką pomyłką. Miał zamiar zaszyć się w swoim pokoju zaraz po lekcjach, zrobić sobie herbaty, pouczyć się na jutrzejszy sprawdzian. Co poszło nie tak? Ah, oczywiście. Ten perfidny kocur. Zachciało mu się spacerów. Gdyby nie on, nie wpadłby na Phoenixa i coraz bardziej żałował, że tak się stało. Dla niego obecna sytuacja nie powinna w ogóle mieć miejsca, znali się zaledwie dwie godziny, jakim cudem opowiadali sobie nawzajem historie własnego życia? Nie wiedział, co takiego miał w sobie Scott, ale z każdą chwilą coraz dotkliwiej to odczuwał. Był jego własnym, osobistym magnesem, całkowicie przeciwnym, dlatego tak bardzo się wzajemnie przyciągali. I tak jak funkcjonowała ta pieprzona fizyka, której Adam nie potrafił zrozumieć, im bliżej siebie byli, tym mocniej działało to przyciąganie. Stanowili osobne bieguny, gdzie żaden nie potrafił funkcjonować bez drugiego. Żaden nie działał poprawnie, kiedy drugiego brakowało w pobliżu. Wówczas był kompletnie bezwartościowy. Lawliet się czuł właśnie taki odkąd tylko pamiętał. Bezwartościowy. Tylko czasem, bardzo rzadko, miał okazję słyszeć jakieś drobne pochwały - a to za jazdę na łyżwach, a to na kole teatralnym, a to na lekcji, kiedy coś mu dobrze wyszło. Ale nikt nigdy nie zainteresował się nim ani nie docenił go w tej sam sposób, co Phoenix. Zwłaszcza pomimo tego, że tak krótko się znali. Oddziaływały między nimi zupełnie nieznane siły, których żaden z nich, a przynajmniej Adam, nie rozumiał.
    Tonął w jego ramionach, co stanowiło zaskakująco zabawne przeciwieństwo poprzedniej sytuacji, kiedy to każdy, nawet najdrobniejszy dotyk Phoenixa, parzył jego skórę. Nie potrafił ogarnąć rozumem tych skrajności, których od niego doświadczał, a jeszcze mniej rozumiał te, które sam przeżywał. Cholera jasna, ta bliskość była taka przyjemna, taka kojąca, taka cudowna. Taka potrzebna dla jego duszy i psychiki. Potrzebował jego całego. Potrzebował swojego własnego Feniksa. Z drugiej strony to wszystko stanowiło jakiś nierealny sen, o ile nie koszmar. Koszmar, ponieważ wiedział, że lada moment jego Feniks zniknie. Będzie musiał zniknąć, tak jak każdy, który dawał mu nadzieję. Wiedział, że to nie normalne, że to nie jest codzienne, że to nie jest poprawne. Czy miało to jakiekolwiek prawo bytu? W mniemaniu Lawlieta nie miało, dlatego też pomimo tego, jak bardzo tego pragnął, to chciał uciec. Jak najdalej stąd.
    Każde słowo Nixa uderzało w niego cholernie mocno,powodując napływ kolejnych setek myśli. Nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego. Uważał siebie za żałosnego człowieka, ale Phoenix właśnie uświadomił mu, że byli jeszcze bardziej podobni, niż do tej pory sądził. Teraz jeszcze bardziej go doceniał, jeszcze mocniej uważał go za kogoś wyjątkowego. Niesamowitego. Jego głos uspokajał go, choć jednocześnie wywoływał dreszcze, tak jak każdy jego gest. Wysuszyły nawet z oczu łzy, które przestały płynąć chwilę temu. Przestały, dopóki chłopak nie kontynuował, a jego słowa ponownie rozbiły je na drobne kawałeczki. Zbieranie ich mogło okazać się niebezpiecznym zadaniem, bowiem były to odłamki o wyjątkowo ostrych krawędziach.
    Zamarł cały, czując jak palce Phoenixa próbowały przedrzeć się przez jego niesforne, czarne włosy. Wstrzymał nawet oddech, on, ten pieprzony zielonooki, wstrzymywał jego wszystkie procesy życiowe. Nawet akcję serca. Wyrzucił nawet z głowy wszystkie myśli, nastała tam bezgraniczna pustka; liczyło się tylko jedno. Tylko ten cholerny Feniks, którego pragnął posiąść na własność, i jego jadowicie zielone oczy, od których nie potrafił oderwać wzroku załzawionych oczu. Kiedy tak trzymał jego włosy, nie potrafił wykonać najmniejszego ruchu, jedynie łzy ponownie swobodnie spływały, a dolna warga drżała, jak gdyby walczyła ze słowami, które zatrzymały się gdzieś w jego gardle.
    — P... piękny...? — Wydusił dopiero po dłuższej chwili, nie ukrywając szoku wypisanego na twarzy. —Postradałeś zmysły...?

    co tu się wyprawia

    OdpowiedzUsuń
  38. W głowie Adama w tamtej chwili przewijały się tylko te trzy słowa. Wciąż jesteś piękny. Te słowa sprawiły, że nie potrafił w żaden sposób uspokoić rozszalałego serca. Dawno nie przeżywał tyle na raz. Był przerażony, zszokowany, zagubiony, zrozpaczony, ale przede wszystkich chyba szczęśliwy, choć tego nie pojmował. Tak, zdecydowanie był szczęśliwy. Phoenix rozpalił w jego sercu mały płomyczek, który teraz przyjemnie ogrzewał jego ciało pomimo mrozu. Za każdym razem, kiedy chłopak dotykał go w jakikolwiek sposób, czy to wciąż obejmował go, czy to delikatnie trzymał za włosy bądź chociażby mówił, płomyczek ten rósł do rozmiarów płomienia, powodując u niego to nieznośne poczucie gorąca i rozdrażnienie. Ten dotyk pozbawiał go zdrowych zmysłów. Bał się tego płomienia prawdopodobnie bardziej od samego Scotta, pomimo tego, co spotkało go w przeszłości. Tak cholernie się bał, że te mały płomyczek wkrótce zamieni się w pożogę. I spali go na popiół.
    Powoli się podniósł, dokładnie ocierając resztki łez. Nie chciał już płakać, ale czuł żal w sercu przez to, że Nix chciał już wracać. Adamowi zimno nie dokuczało ani trochę, jednakże widział i czuł, jak Scottowi szczękają z zimna zęby, a jego dłonie straciły na cieple. On nie chciał jeszcze wracać, nie chciał.. nie chciał się z nim rozstawać, do cholery jasnej. A powrót do dormitorium oznaczał właśnie rozstanie.
    Bardzo niechętnie sięgnął po jedną z kromek i urywając małe kawałeczki, rzucał ptakom. Mewy, w przeciwieństwie do kaczek, lawirowały ponad zamarzniętą taflą wody, łapiąc pieczywo prosto w dzioby. Na zmianę z drobnymi kawałkami rzucał całe kromki dla kaczek, bowiem takich mewy nie łapały, a nawet bały się tak dużego, spadającego czegoś; kaczki zaś świetnie sobie z tym radziły.
    — Mnie nie jest zimno, Phoenix — zapewnił, przenosząc na niego smutne spojrzenie. Jego głos znacznie przycichł, stał się widocznie przygaszony. To dlatego, że wszystkie emocje z niego wypłynęły, teraz był.. wyciszony. Przynajmniej przez chwilę, nim znów przyjdzie mu mieć styczność z palącym dotykiem. — Ale widzę, że tobie tak... — nie wiedział, jaki diabeł go do tego podkusił, ale sięgnął dłonią po zmarzniętą dłoń towarzysza i zacisnął na niej chude palce. Znów poczuł to palące gorąco, rozlegające się od dłoni i serca poprzez cały ciało. Powoli jakby zaczynał się do niego przyzwyczajać, ale nie potrafił się do tego przyznać.
    Rzucił ptakom większy kawałek chleba, jednakże zamiast mewy bądź kaczki, zupełnie niespodziewanie, chwyciła go czarna jak smoła wrona. Wylądowała ze spokojem na tafli rzeki, odkładając swój świeżo zdobyty posiłek. Jak na wrony przystało, przytrzymywała chleb nóżką, aby żaden inny ptak jej go nie zabrał. Mewy nawet nie próbowały podkraść jej zdobyczy, bowiem wiedziały, że nie mają na to szansy. Adam przyglądał się tej sytuacji nie po raz pierwszy i za każdym razem ta sama myśl przychodziła mu do głowy. Zacisnął dłoń mocniej na ręce Phoenixa.
    — Wrony są sprytne, jeśli chodzi o zdobywanie pożywienia — zauważył nieśmiało, swoje myśli wypowiadając szeptem. Nic ani nikt nie śmiał go zagłuszyć. — Ale myślę, że nie bierze się to z ich chciwości, tylko z obawy przed stratą... — przymknął oczy, po raz kolejny rzucając pieczywo, trochę automatycznie.

    słaby filozof

    OdpowiedzUsuń
  39. Lawlieta bardzo często nachodziły takie udawane filozoficzne myśli. Nigdy nie liczył na to, że ktoś będzie miał ochotę się nad nimi zastanawiać, dlatego też nie przejął się dość obojętną reakcją Scotta. Tak długo, jak mógł stać obok niego i trzymać go za rękę, wszystko było w najlepszym porządku. Ale nic niestety nie trwa wiecznie i w końcu także i Nix wyswobodził się z jego uścisku, rzucając ptakom ostatek chleba. Bez jego dłoni objął go niespodziewany, okrutny chłód, który sprawił, że nawet zadrżał z zimna. Na całe szczęście Scott nie zauważył tej reakcji, a Adam w milczeniu przejął swoje buty. Zawiązał ich sznurówki razem, aby przerzucić je przez ramię. Nie miał zamiaru ich zakładać i Phoenix mógł z łatwością odczytać to z mimiki jego twarzy.
    — Gdybym je założył, to mógłbym nie... — urwał, czując ponownie jego dłoń splecioną z własną. Ten dotyk poraził go jak prąd i natychmiast wypełnił na powrót tym przyjemnym ciepłem. Niemalże poczuł, jak momentalnie się czerwieni, tym razem naturalnie doprowadzając do zniknięcia, a raczej zmniejszenia widoczności swoich szarych piegów. Naprawdę ich nie lubił, skoro potrafił zakryć je nawet rumieńcami. — ... mógłbym nie trafić do domu — dokończył, czując tą przysłowiową gulę w gardle. Po raz kolejny Nic sprawił, że speszył się i zawstydził. Lawliet z natury był nieśmiały i bardzo wiele rzeczy go krępowało, jednakże zazwyczaj udawało mu się wybrnąć z takich sytuacji po prostu odwracając wzrok. Ale teraz to nic nie dawało. Oczywiście, mógłby nie odwzajemnić jego uścisku i zabrać rękę, jednakże skrzywdziłby tym zarówno Scotta, jak i siebie. A przede wszystkim siebie, bowiem jego dotyk zajmował teraz pierwsze miejsce na liście najważniejszych i jednocześnie najbardziej podstawowych potrzeb. Pragnień także. Czuł, że lada moment stanie mu się niezbędny, a przecież nie wiedział, dlaczego w ogóle Nix złapał go za dłoń... Może nadal było mu zimno? Przecież nie mógł mieć ku temu innego powodu, a już na pewno nie tego, na który wpadł Adam i z jego powodu pragnął się zapaść pod ziemię.
    Milczeli przez większość drogi spokojną dzielnicą, ponieważ Adam po prostu nie wiedział, jak ma zareagować i czy w ogóle powinien. Nic sensownego nie przychodził mu do głowy, dlatego wolał po prostu iść, milcząc i ciesząc się tą chwilą. Na całe szczęście, jego problem został prędko rozwiązany, choć nie potrafił ukryć, że pytania zwaliły go z nóg. Ze zdziwienia aż się zatrzymał, przez co ich splecione dłonie się rozpadły. Tak bardzo mocno cisnęło mu się na usta pytanie, czy on do cholery zapraszał na randkę? Cholera jasna, przecież trzymali się za ręce przez pół drogi. Jeśli nie randka, to co?
    Kąciki jego ust drgnęły na ten cały słowotok. Nix nie musiał się starał, aby dostrzegł, jak bardzo mu na tym zależy. Lawliet nie wyobrażał sobie, że po zakończeniu dzisiejszego dnia mieliby się nie spotkać ponownie, ale nie sądził, że zostanie mu to zaproponowane.
    — Nic — odpowiedział, niby spokojnie, jednak z zdenerwowania głos mu drżał. Zrównał się z nim krokiem. Chciał, żeby to wyszło. Chciał się z nim spotkać. — Nic, nic oraz wielkie nic — westchnął głęboko. Tak wyglądał każdy jego weekend. — Oczywiście, że chciałbym, to miło z twojej strony, ale... myślisz, ze to dobry pomysł? — Teraz w jego głosie pojawił się łatwy do wykrycia, przejmujący smutek. — No wiesz, bo tak trochę... nie wiem, czy masz za co dziękować... czy nie zepsułem ci urodzin.

    do not give up feni

    OdpowiedzUsuń
  40. Lawliet czuł straszny żal do samego siebie. Jak te urodziny mogły być dla niego dobre? Najpierw nabił sobie guza przez cholernego kota, potem czekała go nieprzyjemna sytuacja w pizzerii, a na sam koniec zmuszony był wyć u jego boku i wysłuchiwać marnej historii jego życia. Czy to mogło być w jakikolwiek sposób wspaniałe? Nie miał bladego pojęcia, co takiego uczyniło jego dzień lepszym. Świetnym, jak sam powiedział. Dla Adama najważniejszymi momentami były zdecydowanie te chwile, w których miał okazję doświadczać dotyku Phoenixa. Był najwspanialszym prezentem na świecie, na który Adam ani trochę nie zasłużył. Zastanawiał się, czy Scott myślał podobnie do niego. Nie mógł tego wykluczyć i miał taką cichą nadzieję, ale także nie mógł wykluczyć tego, że dla Nixa nic kompletnie to nie znaczyło.
    Na słowa Nixa nie mógł powstrzymać parsknięcia śmiechem.
    — A może chcę, żeby to była randka? — Ze śmiechem uniósł brew. Wcisnął dłonie w kieszenie, czując, że zaczynają marznąć mu dłonie. Wraz z puszczeniem dłoni Feniksa, opuściło go całe ciepło. Jego słowotok sprawiał, że zaczynał czuć się nieco swobodniej. Nie miał pojęcia dlaczego, ale widząc cudze zakłopotanie, zawsze zapominał o swoim. Bardzo chętnie poszedłby z nim do kina, nie pamiętał, kiedy po raz ostatni oglądał jakiś film na dużym ekranie. Samemu nigdy nie chciało mu się chodzić. Nie chciał wychodzić na odludka. Wspólny czas spędzony w pokoju również nie przeszkadzałby mu, wręcz przeciwnie; czułby się bardziej komfortowo przebywając z kimś sam na sam niż w tłumie. Pomyślał sobie, że mogliby zamówić pizzę i zagrać w jakąś grę planszową. Wziąłby ze sobą Lysandra. Spędziliby jakoś miło czas. Chciałby, żeby byli dla siebie kimś więcej niż tylko znajomymi. W końcu i tak wiedzieli o sobie już dużo więcej, niż ktokolwiek inny wiedział. Chciał, by zostali przyjaciółmi. Potrzebował mieć takiego przyjaciela, który znał wszystkie jego sekrety. I nikomu by ich nie zdradził.
    Poczuł niemały uścisk w sercu, kiedy Scott wspomniał o wujku. No tak. Choć stracił całą rodzinę, miał jeszcze jakąś bliską osobę, dla której był oczkiem w głowie. Która o niego dbała i martwiła się za każdym razem, kiedy nie odpisywał na SMSy w sekundę. Adam nie miał takiej osoby. Ciotka, na której utrzymaniu był, mieszkała w Auguście, w stanie Maine. Nigdy nie brakowało jej pieniędzy, nie utrzymywała kontaktu z rodzicami od śmierci męża oraz córki. Adam doskonale pamiętał, jak wyrywała sobie włosy z nerwów, kiedy okazało się, że musi wziąć go pod swoją opiekę. Była jego jedyną rodziną, ale traktowała go jak obcego, jak intruza w swoim domu. Przynajmniej zawsze obsypywała go pieniędzmi, byleby się go pozbyć. Wszystko załatwiał dzięki temu sam, aby mieć z nią jak najmniej styczności. Nie bez powodu wybrał jak najodleglejszą szkołę, a ciotka każdego pierwszego tygodnia miesiąca pokaźnie uzupełniała jego portfel. Gdyby zapragnął kupić sobie teraz np. nerkę, nie miałby z tym żadnego problemu. Niemniej jednak czuł ból w sercu. Wolałby zamiast funduszy choć raz dostać jakiś telefon, albo chociaż SMSa. Chociaż życzenia urodzinowe. Albo z okazji świąt. Odrobinę zainteresowania. Wiedział jednak, że nigdy tego od niej nie otrzyma. Jeszcze bardziej był świadomy tego, że kiedy skończy osiemnaście lat, ciotka zrzeknie się praw do opieki nad nim. Będzie sobie musiał radzić sam. Nie będzie miał już domu w Maine. Dlatego domem nazywał to miejsce. Chicago.
    — Każdy dzień mi pasuje — wyznał szczerze, posyłając mu smutny uśmiech. — Wiesz, nie mam zbyt wiele do roboty. Może być piątek, sobota, a nawet jutro. Jeśli ci to nie przeszkadza, oczywiście — dodał nieśmiało, znów delikatnie się rumieniąc. Ale tylko bardzo delikatnie.
    Drgnął na kolejne słowa Phoenixa. Normalny człowiek może by się nimi tak nie przejął, jednakże dla Adama miały ogromną wartość. Znowu poczuł przejmujące ciepło w sercu. Jego płomyczek znowu rozpalił się płomieniem.
    — Wiem o tym. Dziękuję, Phoenix — szepnął, rozkoszując się brzmieniem jego imienia.

    A będzie, będzie!

    OdpowiedzUsuń
  41. Adam tak naprawdę żartował, ale był w stanie powiedzieć tego Nixowi. Jego entuzjazm po prostu zwalał go z nóg. Nie potrafił tak po prostu go ugasić i rozczarować. Jego uśmiech oraz zakłopotanie znaczyły dla niego zbyt wiele, aby od tak to zniszczył. Poza tym, wiedział, że to spotkanie i tak randką nie będzie, bo niby w jaki sposób? Znali się tak krótko, poza tym, oboje byli facetami. Adam wciąż nie do końca przyznawał się do swojej orientacji, a raczej nie do końca był jej świadomy. Co więcej, aby spotkanie mogło zostać nazwane randką, powinno być wyposażone w romantyczne intencje przynajmniej jednej ze stron, a Lawliet naprawdę powątpiewał, by Phoenix takowe posiadał. A już na pewno nie względem niego.
    — Wiesz co, ja... ja nie lubię planów. — mruknął pod nosem całkowicie szczerze, krzywiąc się delikatnie. Choć zazwyczaj utrzymywał porządek w swoim życiu, który znacząco pomagał mu w organizacji czasu oraz pracy, tak jeśli chodziło o wyjścia, wolał stawiać na spontaniczność. Po prostu nie chciał przejechać się na tych planach. Gdyby coś im nie wyszło, byłoby mu strasznie przykro. Dlatego wolał nie obiecywać ani sobie, ani Scottowi nic, czego nie mógł w stu procentach dotrzymać. Jeszcze mocniej od własnej przykrości obawiał się zawodu przyjaciela. Uważał, że mógł spokojnie nazwać go w tej sposób. W końcu nie byli już sobie obcy. Nie po tym, co dzisiaj się wydarzyło. Nie po zdradzeniu wszystkich najgorszych epizodów z życia, nie po tych wylanych łzach, nie po tym dotyku, nie po tej bliskości. Zbyt wiele to wszystko dla niego znaczyło. Ale wciąż za mało, by zrozumieć, że wykraczało to daleko poza zwykłą znajomość. — Spotkamy się w piątek po lekcjach, na wszelki wypadek zostawię ci swój numer — dodał nieśmiało, wyjmując z kieszeni spodni prawie rozładowaną komórkę. — Jeżeli ci to nie przeszkadza, oczywiście.
    Wymienili się numerami już w akademiku, jednakże chwilę wcześniej nim doszli na drugie piętro. Adam miał zamiar odstawić Nixa pod jego pokojem, ale widząc, że chłopak ma zamiar uczynić dosłownie to samo, z zawiązanym niczym węzeł gordyjski żołądkiem (z powodu zdenerwowania), pozwolił się odprowadzić. Prędko przekonał się, jak wielki był to błąd. Choć niezupełnie nazwałby to błędem.
    Wsunął klucze do zamka i prędko je przekręcił, ale nie otwierał drzwi, nie chcąc wypuścić kota. Niespodziewanie Phoenix zaczął przełamywać się przez jego przestrzeń osobistą, ponownie oblewając całe jego ciało ciepłem. Serce biło mu szybciej z każdym jego krokiem, ale nie potrafił nawet drgnąć. Wstrzymał oddech, czując ten palący dotyk. Cholera jasna, czuł się tak, jakby miał zaraz spłonąć przez to okropne uczucie, które szalało w jego wnętrzu. W jego sercu. Wszystko za sprawką Feniksa i tych zielonych ślepi, od których nie potrafił oderwać wzroku. Wpatrywał się w niego po prostu jak oczarowany, nie mogąc wykonać żadnej najprostszej czynności. Z trudem odnalazł język w gębie.
    — A... a ja dziękuję za to, że... że po prostu się pojawiłeś — wydukał z trudem, bardzo nieśmiało, a jego policzki utonęły w szkarłacie. Nie potrafił wytrzymać tej presji; jego dotyku i jego spojrzenia. Bał się, tak cholernie bał się, że coś niewłaściwego zaraz się zdarzy. Dlatego odsunął się o krok i prędko nacisnął klamkę. — To do zobaczenia jutro w szkole!
    I zniknął w środku pokoju nr 109. Kurwa mać... pomyślał sobie, czując, jak serce właśnie wyskakuje mu z piersi. Tak bardzo spanikował. Tak bardzo spieprzył ten moment. Nienawidził siebie za to.

    adaś psuja

    OdpowiedzUsuń
  42. Adam nie potrafił długo uspokoić oddechu. Chwycił się palcami za gardło, z bezsilności osuwając się po drzwiach na podłogę. Tak bardzo wszystko spieprzył. Dla Phoenixa prawdopodobnie całkowicie nic to nie znaczyło, jednakże kiedy Lawliet uderzył kilkakrotnie tyłem głowy w drewno, zrozumiał, że po jego piegowatych policzkach płyną łzy. Nawet nie znając takiego uczucia jak miłość był w stanie odróżnić zdenerwowanie, które towarzyszyło mu na co dzień w różnych sytuacjach, od tego, które czuł właśnie przy nim. Jeszcze do czasu, kiedy zasiedli w pizzerii, kompletnie niczym się nie różniło. Ale wkrótce nabrało zupełnie innej barwy, odróżnić można je było z daleka. Nawet obca osoba by to zauważyła. To, w jaki sposób Adam na niego patrzył. Ale czy on to widział? Tak bardzo chciał to wiedzieć. Właśnie te zabójcze myśli krążyły mu po głowie, kiedy w przypływie słabości oraz bezsilności tkwił pod tymi drzwiami. Miał do siebie cholerny żal. Żal o to, że nie pozwolił samemu sobie nacieszyć się tą chwilową bliskością. Ale tylko jakieś siły wyższe wiedziały, co mogło wydarzyć się później. Do czego Adam nie dopuścił. Na szczęście lub nie.
    Uspokoił go dopiero Lysander, który od dłuższej chwili obserwował go w odpowiedniej odległości. Wyczuwał emocje swojego pana, ale potrzebował dłuższej chwili, aby zrozumieć jego rozterki. Dopiero później zbliżył się do niego, wpychając swój czarny, wąsaty pyszczek pod jego dłoń i mruczeniem zacząć domagać się głaskania. Lawliet wręcz nie potrafił odmówić mu tej przyjemności, nie omieszkał także wziąć go w swoje objęcia, aby przytulić go i wycałować, zasięgnąć ukojenia w jego miękkim futrze. Kot wyjątkowo cierpliwie znosił te czułości i fakt, że jego futro stawało się mokre od łez. Wiedział, że jego pan po prostu go potrzebuje. I dzięki temu w końcu zdołał powrócić do rzeczywistości, otarłszy łzy, choć nadal w głowie miał tylko Phoenixa. Phoenixa i jego przepiękne, przecudowne, zielone oczy. Phoenixa i jego koszmarnie przyjemny, parzący dotyk. Phoenixa. Phoenixa i tylko Phoenixa.
    Podziękował Lysandrowi i zaraz nakarmił go, a także uzupełnił wodę w jego misce. Podrapał go przy tym a uchem, po czym pozasłaniał okna, rzucił kurtką wraz z szalikiem i butami na mały, stary fotel w kącie. Następnie zrobił mały rekonesans obecnego stanu pokoju, po czym z wielką niechęcią opuścił pokój, aby najpierw zaparzyć sobie herbaty, a następnie zażyć kąpieli. Nim wyszedł, pięć razy upewniał się, czy Scotta nie ma gdzieś przypadkiem na horyzoncie. Potrzebował zaznać od niego chwili spokoju. Jego umysł i psychika tego potrzebowały. Wyjątkowo długo stał pod lodowatym prysznicem, na całe szczęście o tak wczesnej porze nikt nie pomyślałby nawet o kąpieli. Adam natomiast nawet pod prysznicem wciąż myślał tylko o jednym. Czy jego Feniks też o nim myślał. Czy dla niego to też znaczyło coś więcej. Czy to było coś wyjątkowego, czy nastolatkowi tylko się zdawało. Wciąż o tym samym. Przeklinał siebie za tę burzę hormonów i wiek dorastania. Przeklęty wiek dorastania.
    Próbował zasiąść do książek, odrobił co prawda lekcje, jednakże była to marna imitacja nauki. Nawet Lysander przeczuwał, że na nic się zda zachęcanie go do zabawy i próba zmiany jego nastroju. Został po prostu czymś zarażony. Złapał jakiegoś bakcyla, a raczej pasożyta. Psychicznego pasożyta. Próbował naprawdę różnych rzeczy, aby się od tego oderwać, jednakże nic mu nie pomagało. W końcu zdecydował się położyć do łóżka, pomimo tak wczesnej pory, a przez te wszystkie myśli zapomniał łyknąć tabletek. Sen miał być jego wytchnieniem od przeżyć zagubionego serca. Poznanie Scotta i spędzenie z nim tego dnia wycisnęło z niego całą możliwą energię, jaką posiadał, dlatego wyjątkowo szybko i bez problemowo zasnął. Do czasu. Jak zwykle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdołał przespać spokojnie kilka godzin, nim zaczęły męczyć go koszmary, tak jak każdej nocy. Bardzo często śniły mu się nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, ale zdecydowanie najgorsze były te nierealne sny, nie mające związku z niczym. W związku ze swoją przypadłością, Adam przeżywał te koszmary bardzo realnie. Aż za bardzo. Po takich rzeczywistych przeżyciach bardzo długo nie mógł dojść do siebie i tak było także tym razem. Ale tym razem śniło mu się coś zupełnie odmiennego. Śnił mu się Phoenix, bo na co innego mógł wpaść jego umysł? Dokładniej mówiąc to Phoenix oraz on. I pożar.
      Obudził się wykrzykując jego imię. Phoenixa. Poderwał się do siadu, zaciskając palce na gardle. Okropnie go paliło, nie mógł złapać oddechu. Dusił się we śnie przez dym, dlatego teraz nie mógł się uspokoić. W całości zlany potem, prędko poczuł, że jego policzki zalewają łzy. Ukrył twarz w trzęsących się dłoniach. Na całe szczęście, Lysander, leżący w nogach jego łóżka, prędko zareagował i władował się pod jego pachę, roztrącając jego dłonie. Adam już teraz nie mógł tak po prostu zapomnieć o Scottcie i wrócić do spokojnego snu, nigdy w życiu. Nie po tym, kiedy właśnie doświadczył jego utraty. Nie mógł go stracić. W jakikolwiek sposób. Po prostu nie mógł na to pozwolić, choć nie umiał tego wytłumaczyć nawet przed samym sobą.
      Kiedy już odrobinę się uspokoił, drżącymi rękoma sięgnął po komórkę, którą zawsze zostawiał na szafce przy łóżku. Dziękował Bogu, a raczej samemu sobie za to, że zdołał pozyskać numer do Nixa. Inaczej pewnie by zwariował, nie mogąc się z nim skontaktować. A teraz musiał go zobaczyć, tak cholernie bardzo musiał.
      Zupełnie ignorując fakt, iż była druga w nocy, wyskrobał na klawiaturze krótkie: Śpisz? i niewiele myśląc, wysłał.

      chyba znowu ktoś tu płacze

      Usuń
  43. Cierpliwie czekał na odpowiedź. Nie sądził, że ta chwila nadejdzie, jednak czując wibracje telefonu w dłoniach, odetchnął z ulgą. Phoenix nie spał. Nie spał i teraz siłą rzeczy musiał pomyśleć o nim, skoro prawdopodobnie go obudził. Bał się jedynie, że Nix będzie miał mu to za złe, ale po prostu nie mógł postąpić inaczej. Nie potrafił pozbyć się tego przerażenia wywołanego koszmarem. Lysander tym bardziej nie potrafił mu w tym pomóc. Musiał po prostu być pewien, że Scottowi nic nie jest. Usłyszeć jego uspokajający, miękki głos. Znaleźć się w jego ramionach. Tego teraz potrzebował. Ale wiedział, że tego nie dostanie. Musiał wystarczyć mu zwykły SMS. Już odpisywał, że przeprasza, że tak, wszystko w porządku, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Ze strachu telefon wyleciał mu z ręki, z głośnym dźwiękiem upadając na podłogę. Nix na pewno był w stanie to usłyszeć, co tylko upewniło go, że chłopak nie spał. Za to Lawliet czuł jeszcze większy lęk niż przed chwilą. Kto to mógł być? Głos Phoenixa. Wcale go nie uspokoił. Cholera jasna, naprawdę? Naprawdę przyszedł do niego po tym SMSie? Nie wierzył w takie cuda. Po prostu nie wierzył. Z trudem zwlekł się z łóżka, omal nie zabijając się o leżące na podłodze książki. Cały jego pokój wypełniało ciepłe, delikatne światło lampki nocnej, ale ciężko było mu ustać na nogach, kiedy przeżywał tak wielkie emocje. Zaraz dopadł drzwi, przekręcił klucz w zamku i kiedy nacisnął klamkę, stanęło mu serce. Zdał sobie sprawę, że on sam wygląda jak milion nieszczęść w jednym; w wymiętej, czarnej koszulce, pozbawionej jakiegokolwiek nadruku, w luźnych bokserkach w kratkę, z włosami rozczochranymi jeszcze bardziej niż za dnia, sterczały mu we wszystkie strony, a on sam, kompletnie nieprzytomny, wciąż z łzami na policzkach, stał przed Nixem bez najdrobniejszego makijażu, każda jego skaza była widoczna. I bez soczewek. W półmroku światła bijącego z jego pokoju, jego szare, bardzo jasne oczy, po prostu wręcz lśniły, wypełnione łzami, przypominając czyste, białe srebro.
    — Nie musiałeś... — wydusił i utkwił w nim wzrok. Musiał przyznać, że zaspany Phoenix w dresie zdecydowanie należał do lepszych widoków w życiu. Lustrował go całego, od góry do dołu, czując, jak serce pragnie wyskoczyć mu z piersi przez gardło. Ale kiedy tylko napotkał te zielone oczy, nie wytrzymał. Natychmiast spuścił głowę, odwracając wzrok. Wbił go w swoje bose stopy. Na co mu to było? Sam przyprowadził Scotta pod swoje drzwi. Podświadomie pragnął tego wyjątkowo mocno, ale cholera jasna, była druga w nocy, sam środek nocy, gdzie wszyscy spali, a on był w takim stanie, w jakim był. Do tego Nix wyglądał tak, jakby dopiero co się obudził. Adam czuł z tego powodu okropne wyrzuty sumienia. Niewybaczalne wręcz, zwłaszcza, że dobrze pamiętał, jak Scott powiedział mu, że musi się pouczyć, aby nadrabiać zaległości. Brak snu raczej temu nie sprzyjał.

    akjskdjnfksdfjkjds będzie się działo

    OdpowiedzUsuń
  44. Co prawda nie zaprosił Phoenixa do środka, ale taki miał zamiar. Ani przez chwilę nie przeszło mu na myśl, aby go odprawić. Scott także prędko dał mu do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera. Spodziewał się, że prędzej czy później sam wejdzie do jego pokoju, ale nigdy w życiu nie pomyślałby, że zrobi to, co uczynił po chwili. Adamowi wyraźnie zatrzęsły się nogi, kiedy chłopak przekręcał klucz w drzwiach. Zrozumiał tym samym, że nie miał zamiaru się stąd ruszyć aż do rana. Czując przysłowiową gulę w gardle, z trudem przełknął ślinę, a chwilę później już tkwił w ramionach Scotta. To zwaliło go z nóg. Prawie całkowicie dosłownie. Czując, jak całe jego ciało zostaje przeszyte nieznośnym do wytrzymania ciepłem, skulił się w jego ramionach. Właśnie czuł się najbezpieczniejszy na świecie. Nic mu już teraz nie groziło. Żadne zło, żaden sen, żaden zły koszmar. To było najlepsze schronienie. Jego własne schronienie. Zacisnął powieki równie mocno jak chude palce na dłoni Phoenixa. Nie miał zamiaru puszczać go ani na sekundę. Korzystał z tego garściami. Z tego, że został uraczony jego dotykiem. I czułością. Oba te zjawiska były jak narkotyk, cholernie mocny i jeszcze bardziej niebezpieczny. Cholernie mocno uzależniały od siebie Adama, wywołując w jego zachowaniu oraz reakcjach niepożądane zjawiska. Jak to używki zwykły czynić z ludźmi.
    Płomyczek w jego sercu osiągał rozmiary sporego ogniska, które lada moment mogło zamienić się w pożar. Wszystko spowodował właśnie on, właśnie Phoenix, swoimi gestami oraz słowami. Pierwszy raz Lawliet poczuł się dla kogoś ważny. Istotny. Pierwszy raz ktoś się o niego troszczył, ktoś się o niego bał. Scott bał się, że go straci i Adam doskonale to widział. I czuł doskonale to samo.
    — Miewam problemy ze snem — wyznał, wtulając się z całej siły w ramię oraz szyję zielonookiego. Tak cholernie intensywnie pachniała... po prostu Phoenixem. Przepięknie pachniała. Ten zapach powoli stawał się ulubioną wonią szesnastolatka. Mógł tak przytulać się do niego bez problemu i była to najwygodniejsza pozycja na świecie, bowiem te kilka centymetrów różnicy we wzroście stwarzały ten pozytywny efekt. Adam zaś wciąż pachniał po kąpieli słodkim połączeniem truskawek oraz brzoskwini, a zwłaszcza jego włosy. Stanowiło to dość dziwne połączenie jak na męską gamę zapachów, ale Lawliet nigdy się tym zbytnio nie przejmował. Uwielbiał ten zapach, zwłaszcza truskawek, równie mocno jak same owoce. — A te koszmary... zawsze są bardzo realne — dodał, z trudem wypowiadając słowa, bowiem przerażała go myśl położenia się z Nix w jednym łóżku. A do tego prawdopodobnie właśnie zmierzali, kiedy zielonooki ciągnął go przez pokój. I nie pomylił się. Kiedy Scott wstąpił na jego łóżko, Adam nie zareagował, tylko wpatrywał się w niego z wyraźnym wahaniem. Jeśli się położy, to odda mu się najpewniej całkowicie. I nie będzie w stanie odmówić już niczemu. A tym bardziej tym uczuciom, które paliły jego serce. Na początku jeszcze odrobinę stawiał się, gdy Nix pociągnął go za rękę, ale po chwili całkowicie się poddał. Nie mógł tego ukryć. Tego właśnie chciał.
    Zamknął oczy, tym razem wtulając się mocno w jego tors. Dzięki temu unikał przynajmniej jednego - cholernie rozpraszającego spojrzenia Phoenixa. Przez niego tracił zmysły. Zatracał się w nich. Ale kiedy w nie nie patrzył, czuł się odrobinę swobodniej. Jeśli w ogóle można było być swobodnym u boku nieziemsko przystojnego, trzy lata starszego chłopaka.
    — Śnił mi się pożar — zdołał wydusić. Chciał o tym opowiedzieć. Chciał, żeby Scott wiedział, co właśnie przeżywał w związku z tym snem. Jak bardzo się przeraził. Jaki był dla niego ważny. — I ty tam byłeś... i ja też. Wydarzyło się coś strasznego i... i... — na samo wspomnienie o tym w oczach Adama zbierały się łzy. Nie potrafił tego powiedzieć. Nie przechodziło mu to przez gardło. Że Phoenix w tym pożarze... zginął.

    Ja? Jak już to Feniks może coś planować c:

    OdpowiedzUsuń
  45. — To nie twoja wina — wciął mu się w słowo. Ale to było kłamstwo. To wszystko spowodowane zostało pojawieniem się Phoenixa w jego życiu. Nie obwiniał go o ten koszmar, nie obwiniał go o nic, ale gdyby go nie poznał, nie śniłby mu się akurat taki sen, który wywołał u niego tak wielkie przerażenie. Ponownie spowodowane Phoenixem. Bał się, że go stracił. Na zawsze. Byli już zbyt bliscy sobie, aby go utracić. A także aby go opuścić. Mogło wydać się to śmieszne, ale jego dotyk wyjątkowo mocno zapadł mu w pamięć. Ilekroć tylko go brakowało, czuł dotkliwy chłód. I pustkę. Czuł się tak, jakby czegoś mu brakowało, czegoś równie potrzebnego, jak tlenu w atmosferze. Tym czymś była obecność Scotta. Zdążył wyryć się w jego sercu bardzo, bardzo mocno; wyrył się tym wszystkim, co podarował mu poprzedniego dnia. Adam zyskał przyjaciela. Bardzo bliską osobę. Czuł to teraz wyraźnie.
    Z każdą chwilą Nix zaskakiwał go coraz mocniej. Wszystko w Adamie mówiło mu, że właśnie odnalazł bratnią duszę. Oboje przeżyli ogromne piekło w życiu, oboje nie cierpieli swoich blizn, oboje nie lubili tłumów, miewali koszmary, kochali koty, truskawki i czekoladę. Różniły ich tylko małe drobnostki, o których Lawliet zdołał już zapomnieć. Na przykład oliwki. I trochę większa pewność siebie ze strony Phoenixa. Ale to akurat mu nie przeszkadzało. Gdyby Phoenix nie czuł się tak swobodnie i nie miał takiej odwagi oraz pewności siebie, nigdy nie zjawiłby się u Adama, aby otoczyć go wbrew jego woli ramionami, co więcej, w łóżku. No, może nie do końca tak wbrew jego woli. Ale Adam po prostu nigdy w życiu by się do tego nie przyznał. Nigdy w życiu.
    Ośmielił się pogłaskać chłopaka po plecach przez jego wymiętą koszulkę, smyrając delikatnie palcami odsłonięty kart. Chciał jakoś skomentować jego wyznanie, jednakże nie bardzo potrafił znaleźć do tego odpowiednia słowa. Lawliet na ogól wolał milczeć. Milczeć lub słuchać, bowiem uważał, że cisza jest sprawcą myśli. Chociaż niekoniecznie było to dla niego dobre. Nie w tej chwili. Nie w tej chwili, kiedy każdą najmniejszą czynność, nawet czynności życiowe, takie jak oddychanie, przerywały mu myśli o Phoenixie. A także teraz, kiedy znów poczuł we włosach włosach jego dłoń. Były cudownie miękkie i puszyste, zdążyły już wyschnąć po kąpieli. Kiedy Scott chwytał go w ten sposób, a następnie delikatnie ciągnął za włosy, aby zmusić go do spojrzenia na siebie, Adam czuł się bezsilny i całkowicie zdominowany. Jego jedyny sposób na uniknięcie zakłopotania, to znaczy poprzez odwracanie wzroku, po raz kolejny został mu skutecznie uniemożliwiony. Wiedział, że nie może, że wręcz nie ma prawa uciec od niego wzrokiem. Musiał patrzeć i podołać tym zielonym oczom, w których nieustannie się zatracał. Oddawał im swoją duszę. Tylko Nix mógł zdecydować, czy może ją odzyskać. Nawet przed samym sobą nie potrafił przyznać, jak bardzo mu się to podobało. A tym bardziej przed Phoenixem. Zielonooki zapewne widział to jak na dłoni, a utwierdzało go w tym speszenie Adama oraz jego urocze rumieńce. W tym delikatnym, ciepłym świetle lampki nocnej nie były aż takie mocne, jednak jego jasne, srebrzyste oczy w tym półmroku po prostu błyszczały, spoglądając na Nixa spod wachlarza dosyć długich, czarnych rzęs.
    — Pytaj o co chcesz — szepnął cichutko. — Nie przeszkadza mi to.
    Doświadczał palpitacji serca, jednak zdołał uspokoić emocje wywołane koszmarem. Teraz przeżywał coś zupełnie innego, dla samego Adama coś znacznie gorszego. Nad lękiem po złym śnie potrafił jakoś zapanować, jednak nad tymi emocjami, które przeżywał w obecności Phoenixa, ani trochę. Nie wiedział nawet, czym one są. Czy są dobre, czy złe. Jedyne, co wiedział, to to, że doprowadzały go właśnie do gorączki. I czystego szaleństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nienawidzę swoich oczu — wytłumaczył mu, a mówił o tym z wyczuwalnym smutkiem w głosie. — Oraz piegów. Dlatego, że... że moja matka miała identyczne... Wiem, wiem, że to głupie, ale nie potrafię nic na to poradzić... Wpojono mi to wyjątkowo mocno — zamknął oczy. Teraz już mógł nieco opuścić głowę, co znacząco mu pomogło. Bardzo, bardzo nieśmiało i niepewnie przesunął rękę z jego pleców na swój własny policzek. Położył dłoń na jego dłoni i przytrzymał ją przy twarzy, aby przypadkiem nie zamierzał jej odsunąć. — A blizny... tak, są po wypadku. Oprócz tych mam jeszcze wiele innych, ale raczej nie będę się nimi chwalił — uśmiechnął się smutno. — To od szkła. Maleńki odłamek został mi nawet w lewym oku, wyobrażasz to sobie? — Miał ochotę się nawet cicho zaśmiać. Uważał to za rzecz śmiechu wartą. — Wyleciałem przez szybę. I chyba tylko dlatego uszedłem z życiem... — naparł dłonią na jego policzek.
      Jego głowę wypełniały teraz nieustannie przewijające się słowa Phoenixa. Nie mogę pozwolić, abyś mi uciekł, rozumiesz? Nie. Nie rozumiał, ale wiedział, że to przez nie tak szybko bije mu serce. Tak cholernie łomocze, że Scott pewnie bez problemu je słyszał. Przez nie było mu tak gorąco, te słowa były... były dla Adama wyznaniem. Nix przyznał właśnie, że mu na nim zależy. Tak właśnie sądził, tak to zinterpretował, ale musiał się upewnić. Nie było mowy o pomyłce w takiej sytuacji.
      — Dlaczego nie chcesz, żebym uciekł? — Zapytał szeptem, samemu biorąc się na odwagę, aby spojrzeć mu w te magiczne, zielone ślepia.

      przepraszam

      Usuń
  46. — Nie wiem, czy to taki powód do szczęścia — odparł cicho, gładząc Phoenixa właśnie po plecach. Niewiele myślał o tym, co mówił. Nie zastanawiał się nawet, czy to, co powiedział, miało jakikolwiek sens ani nawet nie rozważał tego, co mógł pomyśleć sobie jego towarzysz. W tamtej chwili racjonalne myślenie nie miało prawa bytu. Liczyli się tylko oni. On i Phoenix. To, że tutaj był. I był tutaj dla niego. — Jeśli chcesz, mogę pomóc ci ukrywać tę bliznę... to dla mnie żaden problem — zapewnił. — Trochę na tym znam — dodał nieśmiało. Gdzieś w kącie pokoju spoczywał ogromny, drewniany kufer, dosłownie taki jak z filmów o piratach oraz skarbach. Adam trzymał tam właśnie swoje skarby. Ciężką do zliczenia masę pędzli, narzędzi, akcesoriów do makijażu, kosmetyków, farb i innych. Zbierał ten asortyment od bardzo, bardzo dawna i przydawał mu się w różnych okolicznościach. Na co dzień używał ich korzystając z własnych umiejętności i znajomości danego produktu, aby zakrywać niedoskonałości na swoim ciele, dokładniej mówiąc twarzy, o czym Scott już dobrze wiedział.
    Napawał się jego bliskością oraz ciepłem jego ramion tak długo, jak tylko mógł. Czuł się przy nim po prostu dobrze. Dobrze i bezpiecznie. Pragnął tak zostać przez całą wieczność, ale wiedział, że to niemożliwe. Jeszcze bardziej pragnął poznać znaczenie tych gestów, jednakże tak mocno, jak chciał to odkryć, tak mocno się tego obawiał. Obawiał się, ze ich znaczenie okaże się być zupełnie inne, niż sobie wyobrażał. Niż to, w które wierzył. Błagał, aby to właśnie było tym prawdziwym. Oddałby za to wszystko. Wszystko, no, może oprócz Lysandra. Ten kocur był dla Adama bezcenny i zajmował ważne miejsce w jego sercu oraz życiu. Na to miejsce właśnie wciskała się osoba Phoenixa.
    Wyznanie Scotta sprawiło, że Adam wstrzymał oddech. Nie był w stanie choćby drgnąć, zamierając całkowicie. Jemu także zależało na Phoenixie. Ale w tamtej chwili nie potrafił tego z siebie wydusił. Był przerażony. Przerażony tym, dokąd to zmierzało, a zmierzało w zupełne nieznane. Poczuł przemożną ochotę ucieczki, kiedy zielonooki zbliżył się tak do niego. I znów ujął jego twarz tak, aby nawet nie myślał o tej ucieczce. Nie miał takiej możliwości. Zapominał o całym świecie, kiedy patrzył w jego oczy. Zapominał o rzeczywistości, wyrywały go całkowicie z czasu i przestrzeni, sprawiały, że liczył się tylko i wyłącznie Phoenix, nic poza nim. Niesamowicie go ośmielały, wprawiały w taki stan, że z trudem panował nad oddechem oraz nieregularną pracą serca. Płomyczek w jego sercu, który już wcześniej stał się pokaźnym ogniskiem, teraz zmienił się w niekontrolowany pożar. Phoenix przekroczył granicę. Rozpalił w sercu Adama ogień, nad którym prawdopodobnie już żaden z nich nie będzie w stanie zapanować.
    Nie potrafił utrzymać z nim kontaktu wzrokowego, raz za razem starał się gdzieś uciec, zamykał oczy, ale ostatecznie i tak musiał znów na niego spojrzeć. Czuł, że zaraz po prostu pęknie, wybuchnie, nie mogąc utrzymać tych emocji na wodzy, tego pożaru w swoim sercu. Czuł, że zaraz po prostu rozsypie się w jego ramionach, a Phoenix nie będzie w stanie z powrotem go pozbierać. Czuł, że obdarza go zupełnie obcym mu uczuciem, które powstało wraz z tym pożarem, które wykraczało daleko poza granice przyjaźni.
    — Wierzę — wyszeptał z trudem i było to jedyne, co udało mu się wydusić. Wszystko w nim krzyczało właśnie "pocałuj mnie". Pocałuj mnie, cholera jasna. Krzyczały to jego z trudem skupione na oczach Phoenixa spojrzenie, krzyczał to nawet jego szept, który drżał równie mocno, co całe jego ciało, krzyczały to w szczególności jego drżące wargi, które najbardziej ze wszystkiego tego właśnie oczekiwały. — Wierzę też w miłość od pierwszego wejrzenia.

    kiss me, babe

    burn me

    OdpowiedzUsuń
  47. Przeczuwał to. Naprawdę. Przeczuwał to od dłuższego czasu, to właśnie to przeczucie spowodowało, że kiedy żegnali się wczoraj pod jego drzwiami, tak prędko uciekł do środka. Uciekł, ponieważ bał się właśnie tego. Pocałunku. O wiele, wiele bardziej, niż się obawiał, tego pragnął. Nie miał bladego pojęcia, co takiego obudziło w nim to pragnienie, ale musiała być to naprawdę niesamowita siła. I oczywiście Phoenix. Nie pragnął pocałunku od nikogo innego. Uważał to za coś skrajnie niepoprawnego, wydawało mu się to tak abstrakcyjne, tak nierealne, że aż nie na miejscu. Był to dla Adama zupełnie obcy świat, do którego, jak do tej pory, nie otrzymał wstępu. Jak dotąd.
    Phoenix nie zaskoczył go. Nie zszokował Lawlieta swoim śmiałym posunięciem, bowiem chłopak tego szczerze i cholernie bardzo oczekiwał. Zacisnął powieki dosłownie ułamki sekund nim poczuł gorące wargi Phoenixa na własnych ustach. W najśmielszych snach nie spodziewał się, że to uczucie jest... właśnie takie. Tak wspaniałe. Nigdy nie rozumiał tych wszystkich par, całujących się gdzie popadnie, namiętnie obnoszących się ze swoją miłością. Teraz już rozumiał. Nigdy też nie wyobrażał sobie swojego pierwszego pocałunku, ale na pewno nigdy nie pomyślałby o takich okolicznościach. I o takim partnerze. Do tej pory nie miał sposobności nawet określić własnej orientacji, ponieważ po prostu nie zastanawiał się nad tym. Nad miłością. Ale teraz już zdecydowanie wiedział, czego i kogo pragnie. Pragnął Phoenixa. Całego. Nie wiedział, czy to właśnie jest miłość, czy miłość tak wygląda, czy to po prostu jego buzujące wciąż z ogromną siłą hormony. Czy można było pokochać kogoś, kogo znało się ledwie kilkanaście godzin? Skoro wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, w taki obrót spraw także powinien wierzyć. Próbował, ale skutecznie uniemożliwiał mu to lęk przed tym, że Scott może wyprowadzić go z tej myśli.
    Adam zatracił się w tej chwili całkowicie. W tym pocałunku. Pożar w jego sercu, rozpalony przez Phoenixa, siał spustoszenie emocji, uczuć oraz doznań w całym jego ciele. Nie opierał się zielonookiemu w żadnym momencie, dał mu się zdominować, odkryć, porwać. Bez sprzeciwu dałby mu się też złamać. Za sprawą tego pocałunku, nieświadomie stawał się jego własnością. Choć podświadomie bardzo tego chciał. Chciał być czyiś. Aby nie być samotnym. Chciał być Phoenixa. Pomimo tego, iż nigdy w życiu się nie całował, dał się poprowadzić Scottowi, a najbardziej ponieść emocjom oraz instynktowi. Również pozwolił sobie wpleść palce w jego ciemne włosy, aby móc skutecznie niwelować każdą powstałą odległość pomiędzy nimi. Rozchylił usta, dając się ponieść namiętności, chcąc doświadczyć jak najwięcej przyjemności płynącej z tego nowego, obcego mu świata. Jego rozpalone do granic możliwości ciało przepełniała rozkosz tej chwili. Miał nadzieję, że Nix także czerpał przyjemność z tej chwili. Adam tracił zmysły i zapominał o całym bożym świecie. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, kiedy trwali w ten sposób, dzieląc się sobą nawzajem. Lawliet chciał stanowczo zaprotestować, kiedy Scott odsunął się od niego, ale miał rację; on też ledwo łapał oddech, jakby ktoś nagle zmniejszył pojemność jego płuc do zera. Nie potrafił zapanować nad wyraźnym drżeniem ciała, chwilowo stracił ostrość wzroku, a na policzkach miał łzy. Nawet nie wiedział, kiedy się rozpłakał. Ale chyba było to spowodowane szczęściem, które odczuwał. Szczęściem i wszystkimi emocjami naraz, bowiem nie było takiej, która właśnie by mu nie towarzyszyła. Od szczęścia, przez zażenowanie, po silny lęk przechodząc. Zacisnął powieki, trzęsąc się. Nie chciał patrzeć na Phoenixa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był przerażony. Skrajnie przerażony. Bał się tego, jak chłopak zareaguje, sam też nie wiedział, jak ma się zachować, choć właśnie spełniło się jedno z jego najskrytszych marzeń. Oblizał delikatnie wargi, nadal czując na nich cudowny smak Phoenixa. Wciąż nie był w stanie zapanować nad oddechem, ale odważył się spojrzeć mu prosto w oczy. Srebrzyste spojrzenie Adama wręcz emanowało uczuciem, którym obdarzał chłopaka naprzeciwko niego. Pozwolił się wycałować, napawając się tym uczuciem i tym gorącem oraz przyjemnością, które ze sobą niosło. Kiedy poczuł wargi Phoenixa na swoim czole, skulił się cały i zaraz zniknął w jego ramionach. To było dla niego jak obietnica.
      — Możesz tu zostać — wyszeptał przez łzy. — Ale tylko jeśli zostaniesz na zawsze.
      Nie powiedział nic więcej. Nie potrafił.

      adaś umar

      Usuń
  48. Szesnastolatek nie był ani trochę w nastroju do żartów. Został wprowadzony w taki stan, w którym obcował pierwszy raz, z którego było go wyrwać znacznie ciężej niż z najgorszych, realistycznych koszmarów. Teraz także czuł się, jakby śnił, bowiem nie potrafił uwierzyć w to, co się działo. Zwiał mu kot, który, zresztą, teraz bacznie im się przyglądał, mrucząc z zadowolenia, choć nikt nie rozumiał, dlaczego; wpadł na Phoenixa, zupełnie przypadkiem, a ten tak po prostu zaprosił go na pizzę. Musiał być naprawdę szalony i zdesperowany, kiedy Adam teraz o tym myślał. Naprawdę samotny. Dlaczego akurat Adam? Czy tak funkcjonowało przeznaczenie? Pierwszy raz czuł to tak namacalnie. Wierzył w to, że ludzkie losy łączyły się pomimo dystansu czasu, spojone właśnie przeznaczeniem. Skoro byli sobie pisani od dawna, nic więc dziwnego, że kiedy tylko ujrzeli siebie nawzajem, powstała między nimi tak silna więź, prawda? To właśnie było przeznaczenie. Nikt ani nic nie było w stanie mu odmówić. Ani go zmienić. Choć ciężko było mu w to uwierzyć, Adam zdawał sobie z tego sprawę i miał nadzieję, że jego przeznaczeniem jest zostać z Phoenixem na zawsze, nie tylko na chwilę. Inaczej by tego nie przeżył. Pragnął, by Phoenix dobrowolnie został przy nim, ale czy miał ku temu jakieś powody? Pomimo tego iż czuł, że odwzajemnia jego uczucia, obawiał się, że to nie wystarczy. Co więcej mógł mu zaoferować prócz swojej miłości? Wciąż był tylko zagubionym, rozbitym emocjonalnie nastolatkiem, o czym Scott musiał przekonywać się za każdym razem, kiedy ścierał jego łzy. Nie potrafił nad nimi zapanować, były jedyną możliwością, aby w jakiś łagodny sposób uchodziły z niego te wszystkie emocje. Wstydził się swoich łez, lecz płacz naprawdę pomagał mu się oczyścić. Kiedyś odreagowywał nadmiar emocji w inny sposób, o czym świadczyły jego nadgarstki. Pomimo upływu czasu i zasklepienia blizn te skłonności nadal w nim pozostały. Wciąż był kruchy jak szkło. Jak lód, po którym kochał jeździć na łyżwach. Po tym wszystkim, co przeszedł w życiu, może nawet bardziej kruchy i delikatny, niż był wcześniej. Nie potrzeba było wiele, aby ponownie go rozbić. Phoenix trzymał go teraz w swoich ramionach, jego oraz jego kruche serce, mógł uczynić z nim co tylko chciał. Musiał postępować bardzo ostrożnie, jeśli nie chciał go skrzywdzić. To było bardzo trudne i wyczerpujące zadanie, którego do tej pory nikt nawet nie próbował podołać.
    Serce zabiło mu jeszcze szybciej, niż biło do tej pory, kiedy usłyszał potwierdzenie z jego ust. Kąciki jego ust drgnęły, jednak nie potrafił się uśmiechnąć, produkując jeszcze więcej łez. Zdecydowanie płakał ze szczęścia. Nikt do tej pory nie ofiarował mu tak wiele, jak Phoenix. Bezwarunkowo, nie oczekując nic w zamian. Uważał, że sobie na niego nie zasłużył, w żadnym, najmniejszym stopniu.
    — Nie żartuj sobie ze mnie! — Fuknął przez łzy. Zabrzmiało to równie zabawnie, co uroczo, w końcu jak taki zapłakany Lawliet mógł zabrzmieć groźnie?
    Nie potrafił się do tego przyznać, ale usta Phoenixa były cudowne. Całował także cudownie, nie umiał opisać tego w żaden inny sposób, to było po prostu... niesamowite. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Oczywiście, nie mógł też porównać tego pocałunku do żadnego innego w swoim życiu, bowiem do tej pory nigdy się nie całował, ale wiedział, że nikt nigdy nie dorównałby w tym Scottowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomimo tego, że w jego sercu w tamtej chwili nie tkwił już żaden smutek, nie potrafił się uśmiechnąć. Wciąż za bardzo trzymał go ten strach, nawet czułe gesty Nixa, które miały za zadanie go rozluźnić i rozbawić, na nic się zdały. Dopiero jego słowa, które wypełniły serce Adama najprzyjemniejszym ciepłem na świecie, sprawiły, że delikatnie, bardzo delikatnie się uśmiechnął.
      — Cieszy mnie to — odpowiedział, wyswobadzając dłoń z jego włosów. Przeniósł ją bardzo ostrożnie na jego policzek, aby pogłaskać go bardzo delikatnie. I czule. — Z kolei nie wiem, czym ja sobie na ciebie zasłużyłem... — wyszeptał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Dolna warga znów niebezpiecznie mu zadrżała, ale obiecał sobie, że tym razem się nie rozpłacze. Zacisnął mocno powieki, aby do tego nie dopuścić.

      tradycyjne rozmyślania Adasia

      Usuń
  49. — Masz rację — szepnął i wziął głęboki oddech. Łzy odpłynęły z jego oczu, zniknęło też nieprzyjemne pieczenie powiek nimi spowodowane. Nieco się uspokoił. Nieco. Pożar w jego sercu trochę przygasł, ale naprawdę była to tylko odrobina wytchnienia. Z każdym słowem, z każdym gestem, Phoenix rozpalał go na nowo jak nagły podmuch wiatru. Przenosił żar w miejsca, gdzie ogień jeszcze nie dotarł i tam tlił się przez chwilę, by zaraz buchnąć dużym płomieniem.
    Tuż obok Phoenixa, w jego ramionach, Adam czuł się tak, jakby znajdował w innej rzeczywistości. Odczuwał mocno i wyraźnie wszystko to, czego brakowało mu na co dzień; czuł się ciepło, bezpiecznie, mógł swobodnie być sobą. Mógł się otworzyć i wiedział, że nie zostanie zraniony. Przestał się bać. Przynajmniej większości rzeczy. A co najważniejsze - czuł się po prostu... kochany. Pomimo tego, że Scott nie wyznał mu miłości wprost, Adam wiedział, że obaj czują to samo. On zresztą także tego nie uczynił, ale nie to liczyło się najbardziej. Najbardziej liczyło się to, że obaj po prostu to czuli. I było to najwspanialsze uczucie na świecie.
    — Ja też nigdy się tak nie czułem — wyznał. Sam nie wiedział, dlaczego nagle się tak rozgadał. Skąd nagle nabrał takiej pewności siebie. Może to przez to, że powoli przyzwyczajał się do obecności, dotyku oraz czułości Phoenixa? Może to przez jego słowa? A może przez to zwątpienie, które wyczuł w jego głosie? Chciał, żeby Nix to wiedział. Żeby wiedział, że także wprowadza go w zupełnie nieznany, cudowny świat. Pragnął odkryć go w całości razem z nim. Te najlepsze rzeczy oraz te złe. Pragnął doznać wszystkiego, aby już nic nie mogło go zaskoczyć tak mocno jak samo to uczucie, które rozpalało jego serce i każdy kawałeczek jego ciała.
    Wysłuchiwał Scotta bardzo uważnie, ani na chwilę nie spuszczając z niego wzroku. Każde jego słowo było dla niego jak złoto, było skarbem. Pragnął spisać je wszystkie gdziekolwiek, w jakimś notesie, na kartce, na ręce, byle je zachować. Zachować je na zawsze. Wiedział, że wkrótce o większości zapomni, ale nie chciał się godzić z tym faktem. Chciał pamiętać każde słowo Phoenixa. Każde. Oraz każdy uśmiech, każdy gest. Były bezcenne.
    Bolało go serce, kiedy musiał oglądać jego smutek. On także był bezcenny, ale był także niesamowicie krzywdzący. Dlatego przymknął oczy i pogładził go czule po policzku, aby dodać mu otuchy. Rozumiał jego ból. Ból po stracie rodziny. Adam sam wciąż go przeżywał, reagował jeszcze bardziej emocjonalnie niż Scott, choć jego wypadek wydarzył się spory kawałek czasu wcześniej, niż tragedia Nixa. Chciał przyznać mu rację, kiedy znów poczuł jego gorące, miękkie wargi zaraz przy swoich ustach. Zatrząsł się cały, bardzo wyraźnie, a drobną dłoń przeniósł z jego policzka na kark, aby palcami uczepić się jego włosów. Pragnął jego ust na swoich, ale widział, że Nix chciał się z nim nieco podroczyć. Czując pocałunek na brodzie, przeszedł go przyjemny dreszcz, który równie delikatnie jak szept oznajmił mu, że pragnie tych pocałunków jeszcze więcej i nawet jeszcze niżej niż tylko na brodzie oraz linii szczęki. W końcu jednak doczekał się i tych upragnionych warg na własnych ustach, nie omieszkał odwzajemnić pocałunku, dosyć łapczywie. Zdążył już się za nimi stęsknić.

    wybacz

    OdpowiedzUsuń
  50. Oddałby wszystkie skarby świata, byleby tylko tego nie przerywać. Zatracał się w wargach Phoenixa, tracił w nich poczucie czasu, swoją rzeczywistość. Był w stanie oddać mu wszystko tylko w zamian za te pocałunki. Tracił przez nie ostrość wzroku, tracił dech w płucach, tracił zdolność reagowania na inne bodźce niż jego dotyk. Nie potrzebował niczego innego, niż to. Dlatego z żalem rozstał się z tymi miękkimi, mokrymi i jakże gorącymi ustami, Pożegnał się z nimi muśnięciem kciuka po dolnej wardze, kiedy przesuwał dłoń z jego karku na policzek, aby zaraz go objąć i wtulić się w jego rozgrzane ciało.
    — Może się pogniewam, ale tylko trochę... — zamruczał dokładnie niczym Lysander, chowając głowę w jego piersi. Był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Szczęśliwy i poruszony, bowiem dopiero teraz docierało do niego, że odnalazł to, czego w zasadzie nigdy nie szukał, ale jednocześnie tego właśnie najbardziej w świecie pragnął.
    Zamknął oczy, wsłuchując się w bicie jego serca. Nic nie uspokajało go tak bardzo jak ta melodia połączona z delikatnym dotykiem Phoenixa, którymi teraz zostały obdarzone jego plecy. Chciał móc wsłuchiwać się w tę najwspanialszą kołysankę już każdego wieczoru, każdej nocy przed snem. W każdym wypadku, gdyby śnił mu się koszmar i także bez żadnego poważnego powodu. Po prostu zawsze. Marzył o tym. Niestety, wiedział, że nie było to tak możliwe, jak na początku myślał.
    — Hej... Ale nie pójdziesz sobie, prawda? Rano, w sensie — zapytał po dłuższej chwili milczenia, kiedy to tak się zamyślił. Delikatnie odsunął się od Scotta, aby na niego spojrzeć, kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Z ogromnym zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, że chłopak już po prostu zasnął. Z niedowierzania musiał kilkakrotnie zamrugać. — Phoenix?
    Nie chciał go budzić, ale poczuł ucisk w żołądku, kiedy nie dostał słowa w zamian. Ta cisza dość mocno go przerażała, ale musiał sobie z tym jakoś poradzić. I nie miał z tym większego problemu, bowiem, cholera jasna, Phoenix leżał właśnie na jego łóżku, w jego pokoju, tuż przy nim. Nic mu tutaj nie groziło, nie kiedy on był obok, nawet jeśli spał. Wierzył w to, że będzie jego obrońcą przed wszelkimi niebezpieczeństwami, przed całym złem tego świata, zwłaszcza przed koszmarami. Bardzo ostrożnie wyswobodził się z jego ramion, aby poprawić nieco poduszkę i ucałował go czule w czoło na dobranoc. Przeczuwał, że sam lada moment odpłynie do krainy Morfeusza.
    — Dobranoc, mój Phoenixie... — szepnął. Nie zdążył powstrzymać łzy, która rozbiła się o delikatnie rozchylone, wciąż mocno czerwone od pocałunków usta zielonookiego. Jednocześnie na jego usta wkradł się szeroki, czuły uśmiech, który sprawił, że Adam poczuł się najbardziej rozbitym człowiekiem na świecie. Przeżywał zupełnie skrajne emocje, które go rozdzierały. Ale nie mógł teraz o tym myśleć, bowiem wiedział, że nie będzie w stanie zmrużyć oka. Ucałował czoło chłopaka raz jeszcze, nim położył się bardzo ostrożnie tuż przy nim i wtulił w jego tors. Pragnął tak zostać na wieczność. Ignorując jutro. Ignorując szkołę. Ignorując cały świat. Zaraz zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Poczuł jak Lysander wskakuje na łóżko, kładąc się w ich nogach, a potem już wszystko mu się rozmyło. Po prostu odpłynął.
    Nigdy nie spał tak dobrze. Tak spokojnie, tak bezproblemowo, tak szczęśliwie. Nigdy nie wierzył, że dozna takiego snu. Chciał cieszyć się nim jak najdłużej; niestety, nie miał takiej możliwości. Obudziło go dopiero miarowe potrząśnięcie, którego zupełnie się nie spodziewał. Kto miałby nim trząść? Lysander? Kiedy powoli otworzył zaspane, srebrzyste oczy, pierwszym, co ujrzał, był właśnie równie zaspany, aczkolwiek spanikowany Phoenix. Phoenix w jego łóżku. Natychmiast rozwarł szeroko oczy, kiedy niemalże poczuł, jak pieką go wargi. Wnet przypomniał sobie wszystko, co zadziało się w nocy, a że wciąż był nieco nieprzytomny po tak głębokim i przyjemnym śnie, z tego szoku i zdziwienia, niemalże odskoczył od Scotta, spadając z łóżka.

    Morning, Darling

    OdpowiedzUsuń
  51. Jęknął cicho z bólu, podnosząc się z podłogi. Prawdopodobnie przywalił skronią w szafkę, o czym świadczyło zaczerwienienie, które pocierał palcami. Niby nic poważnego, jednak ból był nie do wytrzymania. Wciąż nadal rozkojarzony, ledwo stanął na nogi, przytrzymując się Phoenixa. Wyglądał jeszcze żałośniej niż w nocy, kiedy otwierał mu drzwi. Jeszcze bardziej uroczo.
    Nim zdążył zorientować się, co się dzieje, poczuł ten znajomy mu już czuły dotyk ciepłych dłoni na policzkach, a następnie te miękkie usta na swoich wargach. Nie miał nawet szansy się nimi nacieszyć, bowiem jego ukochany bardzo szybko się odsunął. Jego ukochany. Tak go teraz miał zamiar nazywać. Bo tak właśnie było. Zakochał się w nim, nie było innej możliwości. Nie wierzył w to, by zauroczenie mogło być tak silne, tak przytłaczające, tak odcinające jego umysł i wszystkie zmysły od rzeczywistości. Było wręcz zatrważające.
    Dla Adama nie liczył się czas; głęboko gdzieś miał wszystko, co działo się poza przestrzenią, w której on i Phoenix znajdowali się razem. Miał gdzieś szkołę i to, czy właśnie są spóźnieni, ale gdzieś z tyłu głowy pamiętał, że dla Scotta jednak to ma spore znaczenie. Zwłaszcza, że musi zaliczyć parę przedmiotów, aby nie mieć większych problemów, niż ma teraz. Lawliet nie mógł być powodem, przez który to zawali.
    — Cześć — rzucił smutno; po spaniu głos miał nieco zachrypnięty. Poczuł ciepło w sercu, kiedy jego uszy wypełniały się tym spanikowanym słowotokiem. To było całkiem urocze. Szkoda tylko, że musiało się tak skończyć. Jedyne, co zdołał uczynić, to odprowadzić go wzrokiem, bowiem wiedział, że jego słów już nie usłyszy.
    Pieprzony Feniks.
    Ze zdenerwowania kopnął bosą stopą stos zeszytów zaraz obok, pod ścianą. Nie był to zbyt mądry pomysł, jednakże nie do końca przejmował się bólem. Nie to się teraz dla niego liczyło. Przeżywał to, że Phoenix właśnie tak po prostu wyszedł. Wiedział, że musiał, że właśnie ważyły się jego losy w Skyline High, ale po prostu... po prostu pękało mu serce. Nie chciał przerywać tego czasu. Nie chciał go kończyć. Czasu spędzonego z Phoenixem. Oznaczało to powrót do rzeczywistości, do szkolnego życia, którego nie cierpiał. Jego aspołeczność była tak silna, że był gotowy zrobić wszystko, aby nie iść do tej głupiej szkoły, na te głupie lekcje. Ale musiał. Ba, dostrzegł nawet promyczek nadziei w tej całej sytuacji. Przecież w szkole mógł zobaczyć się ze Scottem. Ale był głupi.

    Adam nie poszedł na pierwszą lekcję (kto by się przejmował ekonomią?); zamiast tego zdążył prędko się wyszykować, a nawet skoczyć na małe zakupy. Małe zakupy, które, miał nadzieję, znacznie umilą jego Phoenixowi dzień. Lekcje mijały mu ciężko, wypełnione myślami właśnie o nim. Wspominał wczorajszy dzień, ich spotkanie, wspominał dzisiejszą noc, kiedy to Nix zjawił się u niego; wspominał szczególnie jego czułe gesty, jego ciepłe słowa, jego gorące, cholernie przyjene usta. W żaden sposób nie potrafił skupić się na nauczycielu. Tego dnia nie pamiętał nawet, jak sie nazywał. To nie było istotnie. Istotny był tylko Phoenix.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planował poczekać do długiej przerwy, bowiem nawet nie chciał myśleć o ujrzeniu Scotta na jedyne pięć minut i ponownego rozstania w pośpiechu. Nie przeżyłby tego po raz kolejny. Lekcję wcześniej sprawdził nawet jego plan, aby nie mieć problemu w odnalezieniu go. Wiedział, że chodzi do trzeciej klasy i zaczyna od historii, więc nie miał żadnej wątpliwości, który plan lekcji należał do Nixa. Najpierw jednak wymienił podręczniki w szafce i już sięgał po misterne pudełko, kiedy padł na niego czyjś cień. Wystarczyło mu zwykłe "hej", aby wiedzieć, do kogo należał. Niemalże podskoczył w miejscu, w panice zatrzaskując szafkę, aby Scott nie dojrzał jej zawartości. Wnet napotkał te zielone oczy, które sprawiły, że nogi się pod nim uginały. Lawliet zaś znów miał czarne tęczówki i nieskazitelną cerę. Tylko wargi, wciąż takie same, tak samo blade, delikatnie rozchylone. Tak, jak mógł je zapamiętać. Adam zapamiętał usta swojego ukochanego bardzo dobrze. Nie pomyliłby ich teraz z żadnymi innymi. Zagryzł mocno dolną wargę. Tak cholernie bardzo pragnął go pocałować. Ale wiedział, że nie może. Nie chciał sprawiać Phoenixowi kłopotów i wywoływać kolejnych plotek.
      — Cześć — wydukał, przypominając samemu sobie brzmienie własnego głosu. Dokładnie to samo stanowiło ostatnie słowo, które wypowiedział do Nixa przed rozstaniem. Aż zabolało go serce. — Jak poszedł ci test z historii? — Starał się zachować spokój, jednakże kiepsko mu to wychodziło. Bardzo kiepsko. Przełknął z trudem ślinę i zebrał się w sobie, aby sięgnąć do tej szafki i wyciągnąć to pięknie opakowane pudełko prosto z piekarni, w którym znajdowało się przyszłe śniadanie zielonookiego. — Tak się składa, że figurujesz w moim planie — powiedział nieśmiało i odwrócił wzrok. Speszył się i zarumienił. Jak zawsze. — Wszystkiego najlepszego. Jeszcze raz.

      <3

      Usuń
  52. — Właśnie, że musiałem — zapewnił go. Nie wyobrażał sobie, by nie sprawić mu choćby najdrobniejszego upominku z okazji urodzin. Co prawda, prezent ten był już trochę spóźniony, ale miał nadzieję, że wciąż się liczył. Rozmyślał o nim, kiedy dzisiejszej nocy Phoenix już usnął. Wiedział, że musi mu coś kupić (lub zrobić), a raczej bardziej niż powinność pchała go do tego własna chęć. Nie miał zbyt wiele czasu, aby przygotować mu coś własnoręcznie (a takie prezenty właśnie osobiście wolał), dlatego dłuższą chwilę głowił się, co może mu dać. Na całe szczęście jego pamięć pierwszy raz nie zawiodła, przypominając mu, że Scott lubi truskawki oraz czekoladę. Być może jedzenie nie stanowiło najlepszego upominku na świecie, ale jeśli kiedyś będzie chciał sprawić mu jakiś prezent na całe życie, na pewno to zrobi. Teraz liczył się czas. Z racji Walentynek był nieco spokojniejszy, kiedy rankiem biegał po piekarniach, bowiem w tym okresie sprzedawano mnóstwo podobnych babeczek wypełnionych kremem bądź bitą śmietaną, z truskawkami w kształcie serca do ozdoby. Udało mu się znaleźć idealny słodycz dopiero w drugim sklepie, bowiem szukał takiego, który będzie zawierał jednocześnie i truskawki, i czekoladę. Bez wahania kupił dwie, podświadomie wiedząc, że Scott nie będzie widział innej opcji niż podzielenie się z nim. Skrycie także na to liczył.
    Oddał mu pudełko natychmiast, czując przyjemny dreszcz na całym ciele, gdy na ułamek sekundy poczuł jego dłonie. Brakowało mu tego dotyku cholernie mocno. Zdążył się od niego uzależnić. Tak, Phoenix zdecydowanie należał do mocniejszych używek, jakie istniały (choć Adam z niewieloma miał styczność w życiu). Powinien mieć na czole naklejony duży napis: UWAGA! Substancja silnie uzależniająca. Lawliet miał tylko nadzieję, że nie toksyczna. Inaczej byłoby dla niego już za późno.
    Na słowa Phoenixa ponownie zadrżał, podnosząc wzrok na jego twarz, zerkając niepewnie w jego oczy. Nigdy w życiu nie spodziewał się, że będzie czyimś "najlepszym prezentem". To było cudowne, wspaniałe uczucie, którym chytrze nie chciał się z nikim dzielić. Dzięki temu czuł się wyjątkowy. Czuł się specjalny tak jak nigdy jeszcze nie był. Z zniecierpliwieniem czekał, aż zielonooki otworzy pudełko. Znajdowały się w nim dwie dosyć spore babeczki siedzące w serduszkowych papilotkach,, wypełnione po brzegi śmietankowym kremem z kawałkami czekolady. W masę na szczycie wetknięta była jedna duża truskawka, a jeden plasterek tego owocu służył za dekorację w kształcie serca. Adam sam by się na takie połasił, a wkrótce przekonał się, że Phoenix jeszcze bardziej. Odwzajemnił jego uśmiech, może nie tak szeroko, ale uśmiechnął się. Był to naprawdę jeden z najpiękniejszych uśmiechów na świecie. Nie obnosił się z nim często tak jak Scott; w przeciwieństwie do niego nie był też taki rozgadany, jak zdołał zauważyć. Nie przeszkadzało mu to ani trochę, bowiem od zawsze wolał pełnić rolę słuchacza. Całkiem dobrze mu to wychodziło.
    Lawliet na co dzień nie jadał w stołówce. Należało zacząć od tego, że nie jadał w szkole wcale, dlatego też nie miał z tym problemu. Teraz trzymał się blisko Phoenixa, tuż za nim, widząc, jak zatłoczone było to miejsce. Nie wiedział czemu, ale zawsze w takim tłumie czuł się tak, jakby każdy patrzył na niego. Dlatego unikał dużych grup ludzi. Kiedy usiedli, odetchnął z ulgą. Choć wciąż nie byli zupełnie sami, to znajdowali się przynajmniej na uboczu, co nieco uspokoiło czarnowłosego.
    Kiedy usiedli, cieszył się, że znajdowali się naprzeciwko siebie, a nie obok. Nie zniósłby tej fałszywej bliskości, której nie mógł sobie wziąć. Z delikatnym uśmiechem przygarnął pudełko; przez słowa Phoenixa znów płonęło jego serce. Wiedział, jak wprawić go w zakłopotanie. I jak uczynić go szczęśliwym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziękuję. Trochę liczyłem na to, że oddasz mi jedną — uśmiechnął się szerzej, wyciągając babeczkę. Z każdą chwilą czuł się coraz pewniej u boku Scotta, dlatego też pozwalał sobie na większą swobodę.
      Wgryzł się w ciastko, które, tak samo jak dla Nixa, stanowiło najpyszniejszą pyszność na świecie. Kremu było tak wiele, że jego odrobina została na policzku Adama, kiedy odsunął od siebie babeczkę po pokaźnym gryzie.
      — Ekonomia się nie liczy — mruknął z pełnymi ustami, nie zdając sobie sprawy z tego, że się ubrudził.

      smile, miłość kwitnie

      Usuń

  53. — Dlatego kupiłem dwie — uśmiechnął się szerzej.
    Szczęście Phoenixa było dla niego najwspanialszym podziękowaniem na świecie. Uważał, że wcale nie musiał mu dziękować, ani być mu wdzięczny, a jednak był i Adam wyraźnie to widział. Uśmiech Nixa sprawiał, że radosne, niegroźne płomyczki tańczyły w jego brzuchu, powodując to charakterystyczne łaskotanie, dla jednych przyjemne, dla innych nie. W tamtej chwili dla Lawlieta były zdecydowanie przyjemnym zjawiskiem. Napawał się szczęściem szatyna, ta wartość stanęła na pierwszym miejscu w jego życiu. Ten uśmiech uważał za cudowne zjawisko, którym Scott obdarzał go teraz niemal nieustannie. Pamiętał jeszcze, jak wczoraj, w pizzerii, także uświadczył jego uśmiechu, jednakże teraz już wiedział, że nie był ani trochę prawdziwy. Cieszył się, że zdołał sobie zasłużyć na ten najprawdziwszy. Odwdzięczał się Nixowi tym samym, choć nie czynił tego często, a raczej prawie nigdy. Ale przy nim pozwalał sobie na więcej otwartości, więcej swobody. Pozwalał się odkrywać dużo łatwiej niż innym; pozwalał to nie było właściwe słowo. Nie do końca na to pozwalał. Po prostu nad tym nie panował i nie miał na to najmniejszego wpływu.
    Już chciał wziąć kolejnego gryza, kiedy jego towarzysz niespodziewanie podniósł się z miejsca. Przeniósł na niego pytające spojrzenie, ale nie zdążył też o nic zapytać, bowiem poczuł jego dłoń na swoim policzku. Pomimo tego, że było to bardzo krótkie pojęcie, miał wrażenie, że jego policzek zaraz spłonie. Nic nie zmieniło się od wczoraj. Dotyk Phoenixa nadal tak samo parzył, a nawet mocniej. Mocniej, ponieważ przez noc zdążył nabrać nowego, dużo istotniejszego znaczenia, niż Adam kiedykolwiek mógł przypuszczać. Cały oblał się szkarłatnym rumieńcem, co było widać tylko odrobinę przez makijaż. Cały zesztywniał na widok, którym uraczył go Scott, kompletnie zapominając o babeczce, o stołówce, o całym Bożym świecie. Zdał sobie sprawę z tego dopiero po chwili i skurczył się na siedzeniu, bojąc się, że zaraz spłonie ze wstydu.
    — No tak, dziękuję — wymamrotał niewyraźnie, palcami ścierając niewidoczne już resztki kremu z policzka. Czuł, że się czerwieni i wiedział, że jego zakłopotanie oraz speszenie dla Scotta było bardzo widocznym zjawiskiem, ale nie potrafił nic na to poradzić. Miał tylko nadzieję, że ta sytuacja umknęła oczom innych uczniów. A nawet gdyby nie, Lawliet i tak zbytnio by się tym nie przejął. To nie on był znany w tej szkole, tylko Phoenix. Martwił się jedynie o jego opinię, bowiem nie wiedział, jaki ma do tego stosunek. Stosunek do nich.
    Domyślając się, że wygląda głupio, siedząc taki zestresowany z ciastkiem w ręce, dlatego szybko zabrał się za dokończenie to. Biorąc gryz kremu po raz kolejny przez ułamek sekundy pragnął ponownie uczynić to tak, aby się ubrudzić, tylko dlatego, aby Phoenix mógł ponownie zrobić to, co ośmielił się zrobić przed chwilą. Zachował jednak resztki zdrowego rozsądku i dokończył babeczkę po ludzku, truskawkę zostawiając na koniec. I znów przez sekundę w jego działaniu pojawiło się wahanie, czy nie podarować tej truskawki Scottowi, ale uznał to za bardzo głupie. Nim ją zjadł, ponownie zarumienił się, ale miał nadzieję, że nie zostało to zauważone.
    — Grudzień — mruknął, przeżuwając owoc. — Osiemnasty. Masz dużo czasu — westchnął ciężko. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Może Nix nie zdołał tego wyłapać, ale Lawliet powiedział to tak, jakby oczekiwał, że do grudnia wciąż Phoenix przy nim będzie. W jakimkolwiek sensie, ale będzie. Do tej pory nie myślał ani przez chwilę o tym, że teraz mogło go zabraknąć, jednak... Czy to było możliwe, aby przy nim został? Tak długo? Nienawidził myśleć o przyszłości. Cholernie się jej obawiał, wręcz panicznie. Jeszcze bardziej niż przeszłości.

    adaś miał brudne myśli

    OdpowiedzUsuń
  54. W głowie Adama toczyła się prawdziwa bitwie. Nie, nie bitwa, a raczej wojna. Zażarta wojna myśli. Zdołał przekonać się już o tym, że uczucie, którym darzył Phoenixa jest znacznie cieplejsze i poważniejsze niż te, którymi kiedykolwiek i jakimikolwiek zdołał kogoś obdarzył. Nie wiedział, że to miłość. Nie wiedział, jak powinna wyglądać miłość. To go martwiło. Nie chciał angażować się w nic niepewnego, bowiem za bardzo obawiał się straty. Dlatego zawsze wolał prowadzić żywot samotnika, jeśli sześć miesięcy uczęszczania do Skyline High można było nazwać w ogóle żywotem. Jego problem był taki, że już się zaangażował. Cholernie bardzo. Równie mocno, co cholernie szybko się przywiązywał. I już zdołał się do Scotta przywiązać. Nie miał zamiaru odsuwać się od niego w żaden sposób, wręcz przeciwnie, pragnął pchać tę znajomość dalej, poznawać go coraz lepiej, znaleźć się coraz bliżej niego... Ale jak miał to zrobić? Czuł okrutnie nieprzyjemny uścisk w sercu, kiedy o tym myślał. Znali się zaledwie kilkanaście godzin i już zdążyli się pocałować. Pocałować z wielkim, namacalnym uczuciem i pragnieniem, którego nie potrafił odrzucić żaden z nich. Co to wszystko miało znaczyć? Tego Adam nie wiedział. I to właśnie powodowało u niego taki mętlik. Domyślał się, że Phoenix na pewno przeżywał coś takiego już nie raz; był od niego starszy, dojrzalszy, poza tym, cholera jasna - tak nieziemsko przystojny, że Lawliet uważał to za niemożliwe, aby nigdy nie miał do czynienia z miłością i tymi wszystkimi sprawami. Sprawami. Prędko wybił to sobie z głowy, nie powinien mieć takich brudnych myśli. Powinien zastanowić się nad tym, co teraz poczynić, aby nie zachować Phoenixa przy sobie. Właśnie to czynił. Miał ogromną nadzieję, że Nix miał podobne plany. W końcu obiecał mu, że zostanie. W końcu to on go pocałował. I wciąż był dla niego tak cholernie miły, opiekuńczy i w ogóle. Obdarzał go zainteresowaniem, którym nikt nigdy jeszcze nawet nie chciał go obdarzyć. Liczył na to, że dalej będzie przejmował inicjatywę, tak jak do tej pory. Lawliet był zbyt zagubiony, zbyt nieobeznany w tym wszystkim, by się tego podjąć. Poza tym, nie znał tego, co siedziało w głowie i sercu Phoenixa. Czy brał go na poważnie, czy pragnął z nim czegoś więcej, tak jak on. Czy może po prostu brakowało mu towarzystwa i lada dzień po prostu odejdzie, mówiąc, że było bardzo miło, ale pora to zakończyć. Adam nie chciał być niczyją zabawką, nawet Phoenixa. Nie po tym, kiedy odcisnął tak wyraźne piętno na jego ustach. Tak, wciąż to czuł. Nie potrafił w żaden sposób zapomnieć smaku i ciepła warg zielonookiego, nie potrafił zapomnieć tego palącego, zupełnie obcego mu uczucia, które się w nim pojawiło. Nie rozchodziło się tu tylko o zakochanie, ale o pragnienie, które przestawało czynić Adam takim niewinnym chłopcem.
    Lawliet wrócił do rzeczywistości dopiero wówczas, kiedy szatyn przesunął do niego butelkę z napojem. Zamrugał kilkakrotnie, zdając sobie sprawę z tego, że do tej pory wpatrywał się w niego bezczelnie, nawet go nie słuchając. Wpatrywał się w jego oczy, w których łudził się znaleźć odpowiedź na wszystkie swoje pytania, a także w jego usta, których tak cholernie bardzo pragnął. Zagryzł wargę, czując, że zaraz spali się ze wstydu. Popełniał przy Scottcie coraz więcej niewybaczalnych błędów. Jedyne, co zdołał zrozumieć z jego słów, to zaproszenie do kina bądź na film. Perfidna suchość w ustach nie pozwoliła mu odpowiedzieć, dlatego prędko napił się coli. Kto by się przejmował nowotworem. Oblizał usta i znów wbił wzrok w te przepiękne oczy.
    — Wolę bardziej kameralne przestrzenie, jeśli ci to nie przeszkadza — rzucił, starając się mówić swobodnie, aby nie dać się złapać na tym, że w ogóle go nie słuchał.
    Nie wiedział, co go do tego podkusiło, ale trzymając nogi nieustannie podkulone pod krzesłem, musiał je w końcu rozprostować. W pełni świadomie uczynił to między nogami Phoenixa, po czym postawił nagie stopy na jego kolanach. Znowu zapodział gdzieś buty.

    monologi wewnętrzne są fajne :)

    OdpowiedzUsuń
  55. Lawliet był po prostu uodporniony, a przede wszystkim przyzwyczajony do chodzenia na boso po różnych powierzchniach i w różnych temperaturach. W pewien sposób nigdy nie było mu zimno, przynajmniej nie w stopy, nie w nogi. Wielokrotnie pochorował się po takich wyczynach, wielokrotnie się pokaleczył, niekoniecznie o szkło, ale choćby o ostre kamienie, ale nigdy go to nie zraziło. Czul się o wiele pewniej, chodząc na boso, czując grunt i jego temperaturę pod stopami. Czuł się stabilniej i bezpieczniej. Nie potrafił tego wytłumaczyć.
    Nagły zanim uśmiechu na twarzy Phoenixa mocno go zaniepokoił. Niemal natychmiast zabrał nogi z jego kolan, sądząc, ze to przez to, ale zaraz jeszcze bardziej zesztywniał i zestresował się. Nawet śmiech Scotta go nie rozluźnił.
    — Wyłączyłem się — przyznał się do tego, mamrocząc nerwowo. — Przepraszam, Phoenix — cały skulił się na swoim miejscu, spętany poczuciem winy. — To nie tak, że za dużo gadasz! Bardzo to lubię! To znaczy... — teraz to on wpadł w słowotok, co zdarzyło mu się prawdopodobnie pierwszy raz. — Lubię, kiedy do mnie mówisz... Po prostu się zamyśliłem — rzekłszy to, zarumienił się okropnie i ukrył twarz w dłoniach. Nie potrafił się do tego przyznać, ale Scott mógł się łatwo domyślić, o czym lub raczej o kim myślał.
    Nie umiał się nawet teraz skupić na obmyślaniu planu na piątek, za dużo myśli biegało mu po głowie. Phoenix tylko więcej ich produkował, nie mając o tym pojęcia.
    — Przypominam ci, że nie cierpię planów — zdołał ukoić myśli, masując przez chwilę czoło palcami. Jak on, cichy, nieśmiały Adam, miał zapanować nad taką rozgadaną bestią, jaką był Phoenix? Nie miał bladego pojęcia. — Ale na pewno zabiorę Lysandra. Inaczej będzie zazdrosny — westchnął. — Lepiej nie sprzątaj, zdemoluje ci pokój.
    Aby odpowiedzieć na następne pytanie, przed którym nie potrafił się obronić, musiał wyciągnąć z kieszeni swoją własną komórkę, aby sprawdził plan lekcji. Trzymając telefon w powietrzu zawisła figurka, która była maleńką podobizną Lysandra w postaci zawieszki. Ten mały kotek w istocie był Lysandrem. Miał białą krawatkę pod szyją, niebiesko-zielone oczy, czerwoną obrożę z dzwoneczkiem i ten sam uroczy pyszczek. Było to rękodzieło Adama z modeliny.
    — Biologia... nie odrobiłem zadania domowego — jęknął żałośnie, dopiero teraz sobie o tym przypominając.

    krótkie odpisy rządzą

    OdpowiedzUsuń
  56. Adam istotnie był naprawdę bardzo, bardzo płochliwym stworzeniem. Wystarczyło jedno słowo, jeden gest, aby go przestraszyć bądź zawstydzić. Wystarczyło jedno słowo, jeden gest, aby rozbić, roztłuc go w drobny mak. Tak delikatny był. Obcy ludzie nie wywoływali na nim najmniejszego wrażenia, fakt faktem, cudza opinia, nawet nieznajomej osoby, była dla niego istotna, jednak nie przejmował się tym aż tak bardzo, by jakoś specjalnie go to dotykało. Ale kiedy już komuś zaufał... oddawał całego siebie. Otwierał się i pozwalał sobie okazywać emocje, która na co dzień chował, dzielił się nimi. Kiedy komuś zaufał, cholernie szybko się przywiązywał. Tylko bliskie osoby potrafiły go dotkliwie skrzywdzić. Phoenix stał mu się bliski. Zapewne nawet nie był świadomy tego, jak łatwo było tego dzieciaka zniszczyć. Był kruchy jak szkło. Jak lód. W przeszłości rozbity, zdołał jakoś posklejać kawałeczki swojego życia, swojej psychiki, swojej osoby z powrotem do kupy, ale wciąż były to tylko kawałki, tylko sklejone kawałki, które było jeszcze łatwiej roztłuc niż całość. Nie były ani trochę trwałe. Adam nie był trwały. Był słaby, niewinny i delikatny.
    Istotnie także bardzo się różnili. Różnice te jednak nie dzieliły ich, a wręcz przeciwnie - przyciągały. Lawliet, jako ten zamknięty w sobie, cichy chłopiec, potrzebował śmiałości i gadatliwości Scotta. Z kolei Scott potrzebował spokoju Adama, aby móc odrobinę się wyciszyć. Te różnice nie przekreślały się; łączyły się wzajemnie, uzupełniały się. Oczywiście, łączyło ich także sporo rzeczy. Miłość do kotów, czekolady oraz truskawek. Niechęć do ekonomii. Nieprzyjemna przeszłość. To ostatnie być może nie stanowiło najlepszego przykładu, jednak dzięki temu potrafili łatwiej zrozumieć siebie nawzajem. Adam nie bał się, że zostanie wyśmiany przez swoje słabości, bowiem wiedział, że jego ukochany przechodził przez podobne piekło. Wiedzieli o sobie coraz więcej, co tylko ich do siebie zbliżało. Dla szesnastolatka było to cudowne, zupełnie nowe doświadczenie. Pragnął poznać każdy sekret Phoenixa. Pragnął wiedzieć o nim wszystko. Był gotowy dać od siebie to samo, a nawet więcej. Wszystko i jeszcze więcej.
    — Phoenix — po raz pierwszy odważył się wejść mu w słowo. Powiedział jego imię stanowczo jak jeszcze nigdy, a kiedy szatyn podniósł na niego wzrok, uśmiechnął się delikatnie.
    Sięgnął ponad stołem w jego stronę, aby chwycić jego dłoń. A raczej odebrać mu telefon. Odłożył urządzenie na bok i dopiero wówczas splótł palce z jego dłonią, kładąc całą rękę na stole. Przymknął oczy.
    — Nigdzie stąd nie idziesz — zapewnił go, zerkając spod przymkniętych powiek oraz wachlarza długich rzęs wprost na niego. — Uwierz mi, wiem lepiej.

    odważny Adaś????

    co się wyrabia?!

    OdpowiedzUsuń
  57. Lawliet położył drugą rękę na stole, a na niej ułożył głowę. Mógł obserwować w tej sposób Nixa, a tym samym odpocząć, leżąc wygodnie na blacie.
    Cholera, płyta mu się nie kończy, czy co? Wpatrywał się w szatyna spod przymkniętych powiek. Gdzieś tam pod barwnymi soczewkami, znajdowały się te jego niesamowicie jasne, srebrzyste oczy. Prowadził ze sobą wewnętrzny dialog, we własnych myślach. Tym razem słuchał Scotta bardzo uważnie i właśnie z tego powodu, z powodu jego słów i tego, ile naraz mówił, zaczął gadać sam do siebie w myślach. Nie mógł wypowiedzieć tego na głos, bowiem bał się, że mogło urazić to chłopaka. Myślał o tym oczywiście w sposób żartobliwy, ale mimo wszystko. Jeszcze jedno słowo i naprawdę zwariuję... Nie potrafił powstrzymać parsknięcia śmiechem. Zamknął oczy, mając nadzieję, że jego śmiech nie uraził Phoenixa.
    — Uwielbiam, kiedy tak paplasz bez sensu — westchnął głęboko, rozczulony. Właśnie nasunęła mu się myśl, że gdyby Scott nie gadał tyle, byłby nim prawdopodobnie mniej zainteresowany. Dzięki temu tylko bardziej go do niego ciągnęło. Cieszyło go to. Każdy najdrobniejszy szczegół w całej osobie Phoenixa był dla niego bardzo istotny. Począwszy od jego pięknych, hipnotyzujących oczu, poprzez troskę, którą go otaczał, aż do jego zabawnych słowotoków. Skoro taki właśnie był jego Feniks, to nic mu w tym nie przeszkadzało. Kochał go takiego. Bo chyba go kochał, prawda? Sam jeszcze tego nie wiedział i to sprawiało, że bolało go niemiłosiernie serce. Pragnął wiedzieć, co czuje, ale nie potrafił tego określić. Wiedział na pewno, że jest to coś niezwykłego, cholernie silnego, czego nie czuł jeszcze nigdy w życiu. Ale czy była to miłość? Nie chciał tego tak określać, bowiem bał się, że zaskoczy go coś zupełnie innego. Bał się rozczarowań.
    Ścisnął mocniej jego dłoń. Pragnął, by stały się nierozerwalne. Adamowi również podobał się ten widok. Nie tylko widok, ale i uczucie, w szczególności uczucie. Uczucie ciepła i bezpieczeństwa, uczucie bliskości. Zdecydowanie podobała mu się ta bliskość, zdecydowanie jej potrzebował i odważał się po nią sięgać, kiedy wiedział już, od kogo może ją otrzymać.
    — Naprawdę mało obchodzi mnie biologia. Poradzę sobie jakoś i bez zadania — wyznał.
    Wciąż leżał na swojej ręce, z zamkniętymi oczyma, delektując się tą chwilą. Chciał "naładować" się bliskością Phoenixa, nim znów będzie musiał się z nim rozstać. Każde rozstanie, nawet najkrótsze, wydawało mu się z tej perspektywy bardzo bolesne. Najchętniej przywiązałby go do siebie sznurem albo wpakował do torby, co bardzo często czynił z Lysandrem. Czasami po prostu nie potrafił zostawić go samego w dormitorium i zabierał go ze sobą na lekcje, a kot był na tyle posłuszny, że przez całą godzinę potrafił siedzieć w ukryciu, tylko czasami wyglądając na zewnątrz. Problem był taki, że Scott raczej nie zmieściłby się do podręcznej torby czarnowłosego. Musiał więc wymyślić inny sposób.
    Powoli, bardzo leniwie podniósł powieki i obdarzył towarzysza czułym spojrzeniem. Choć uśmiech mu nieco zrzedł, nadal miał w sobie tę nutkę czułości i rozczulenia.
    — Wiesz, Phoenix, już się do tego przyzwyczaiłem — szepnął, odrobinę się z nim drocząc, ale taka była prawda.

    mam pomysł oeoeoeoe

    OdpowiedzUsuń
  58. Cholera, nie. Nie, nie, nie, proszę... nie rób mi tego.
    Czarnowłosy zacisnął mocno powieki, czując pod nimi piekące, złośliwe łzy. Sam nie potrafił powiedzieć, dlaczego płacze, ale wyjątkowo bardzo nie chciał, by Phoenix to zobaczył. Jeszcze pomyślałby, że w jakiś sposób go uraził, ale nie, zupełnie nie o to się rozchodziło. Adam był po prostu wrażliwy. Tak, aż tak wrażliwy, przewrażliwiony wręcz. Każde słowo Phoenixa było dla niego na wagę złota; wzruszało go. Niektóre jeszcze bardziej wartościowe, wręcz bezcenne. Zwłaszcza te, które miały związek z ich przyszłością. Ich wspólną przyszłością. "Będziesz miał ze mną ciężko." Naprawdę chciał mieć. Cholernie mocno chciał. Ale wiedział, że to, jak się to potoczy, zależy nie tylko od niego... ale i od Scotta. Pomimo tego, iż był już dość mocno przekonany o uczuciu, jakim go darzył, wciąż nie wiedział, czym było to uczucie. Pragnął, by było czymś prawdziwym. Prawdziwym i trwałym, jedynym. Nie wiedział, jakie jego wybranek serca miał doświadczenie w miłości, ale dla Adama było to zarówno pierwszym, jak i naprawdę poważnym czymś.
    Miał na to tylko krótką chwilę, ale zdołał nacieszyć się w pełni tym przelotnym muśnięciem policzka. Było to dla niego naprawdę coś bardzo, bardzo ważnego. Zmarszczył brwi na pstryknięcie w nos i otworzył oczy, zerkając groźnie na Scotta. Łzy zdążyły, na całe szczęście, już zniknąć. Równie niechętnie zaakceptował rozstanie ich dłoni, podnosząc się z miejsca, lecz nim to uczynił, poczuł dłoń Phoenixa w swoich włosach. Uśmiechnął się czule i nieświadomie zarumienił. Pokochał te czułe gesty całym sercem. Tylko się znowu nie popłacz, Adam.
    — Mały? Mały?! — Fuknął na niego, kiedy wydostali się już z tłocznej stołówki. Od razu mógł odetchnąć bardziej świeżym (niż to stołówkowe) powietrzem.
    Tak naprawdę nie był ani trochę oburzony tym określeniem. Wręcz przeciwnie. Znów poczuł przyjemne ciepło gdzieś w środku, które mówiło mu: cholercia, Adaś, spójrz, on cię naprawdę kocha. Kocha. No właśnie. Adam czuł się bardzo kochany, kiedy Phoenix obdarzał go takimi słowami oraz gestami. Ale nie miał żadnej pewności, że to uczucie było właśnie zakochaniem.
    Ściskał jego dłoń z dumą, promieniując szczęściem. Phoenix sam go chwycił, dlatego nie martwił się tym, czy przeszkadza mu to, czy nie. Dla Lawlieta był to właśnie powód do szczęścia. Nie lubił obnosić się ze swoimi uczuciami, ale pragnął wykorzystać każdą, najmniejszą chwilę, aby cieszyć się bliskością Scotta.
    Czując na sobie to zielone spojrzenie, poczuł uścisk w żołądku. Jeszcze silniejszy, wręcz miażdżący, stał się kiedy usłyszał jego spostrzeżenie. Nie wiedział, jak ma zareagować. Kompletnie tego nie wiedział.
    — I co z tego...? — Zapytał niepewnie, zatrzymując się już tylko zaledwie kilka kroków od sali biologiczne. Niepewność, którą wywołał Nix swoimi słowami sprawiła, że bardzo ostrożnie wycofał dłoń i schował ją w kieszeni spodni. Bez dłoni Phoenixa nagle ogarnął go chłód. — Przeszkadzało ci to? — Starał się mówić jak najmniej, czując, jak głos mu drży. Obawiał się tego, co mógł usłyszeć. Nie chciał się znowu rozkleić. Czuł się z tym żałośnie.

    boziu czemu on tyle płacze??

    OdpowiedzUsuń
  59. Adam poczuł się uderzony. Naprawdę. Poczuł się dosłownie tak, jakby ktoś przywalił mu czymś ciężkim prosto w twarz, ewentualnie miał naprawdę mocnego sierpowego. Widział, że swoim zachowaniem zranił Phoenixa, nawet jeśli w najdelikatniejszy sposób, to jednak zranił. To właśnie go tak mocno uderzyło i wręcz zbiło z nóg. Nigdy nie czuł się tak głupio. Nigdy nie czuł się tak okropnie.
    — Phoenix... — szepnął żałośnie, przerywając mu po raz kolejny, jednakże Scott nie bardzo się tym przejął i tylko kontynuował.
    Lawliet znów czuł łzy pod powiekami i tym razem nie potrafił ich powstrzymywać. Zawsze czuł się niewidzialny na szkolnym korytarzu, jednak teraz miał wrażenie, że dosłownie każdy się na niego gapi. Na niego i na Phoenixa. W rzeczywistości mało kogo to interesowało, widok dwóch chłopców romantycznie do siebie nastawionych był w Skyline High jak chleb powszedni. Adamowi także to nie przeszkadzało. To, że szli razem za rękę przez szkołę. Mogliby nawet nosić siebie nawzajem na barana. Nie obchodziła go opinia innych. Ale wyjątkowo bardzo obchodziła opinia Scotta.
    — Co ja myślę? — Spojrzał na niego szklistymi od łez oczyma. Zacisnął palce na pasku torby, którą przewieszoną miał przez ramię. Nie potrafił wydusić z siebie słowa; Phoenix jeszcze nigdy nie przemawiał do niego takim poważnym, zdecydowanym tonem. Takim tonem, w którym czarnowłosy był w stanie usłyszeć, jaki stosunek miał do całej tej sytuacji. Jak mu na tym zależało. — Ja... — Już zebrał się w sobie, aby coś powiedzieć, kiedy Nix diametralnie skrócił dystans między nimi. Głos uwiązł mu w gardle z tego powodu. Jego bliskość stała się wręcz przytłaczająca, ale cholernie na miejscu. Adam cholernie mocno potrzebował jej w tamtej chwili.
    Szatyn niemal wyciągnął Adamowi z ust wszystkie jego obawy; dla Lawlieta wszystko to działo się stanowczo za szybko, ale kamień spadł mu z serca, kiedy usłyszał to samo od Phoenixa. Nim zdążył odpowiedzieć cokolwiek, nim zdążył chociażby zareagować, został napadnięty przez te miękkie, ciepłe usta. Nie mógł zmarnować tej chwili. Tak bardzo na to czekał. Tak mu tego brakowało. Tak bardzo zdążył się za tym stęsknić przez tę całą noc i poranek. Stanął na palcach nagich stóp, aby nie musieć zadzierać głowy i niemalże natychmiast objął Phoenixa za szyję jedną ręką, aby na pewno mu nie uciekł. Uczepił się palcami jego włosów zaraz ponad karkiem, napawając się i delektując tym pocałunkiem, który, jak przewidywał, okaże się zdecydowanie za krótki, niż tego pragnął. Nie miał bladego pojęcia, skąd wzięły się w nim te zachowania, ale nie potrafił postąpić inaczej. Zadrżał mocno, kiedy poczuł delikatny język Phoenixa. Nie był ani trochę nachalny, Adam wręcz czuł, że chwytając go w ten sposób, sam działał nieco zbyt natarczywie. W tej samej chwili, kiedy korytarz wypełnił się brzmieniem dzwonka, poczuł słony smak własnej łzy pośród ich złączonych ust, dlatego tylko kiedy się od siebie odsunęli, prędko ją wytarł. Zaznaczyła mokry ślad na jego policzku, na szczęście była tylko jedna, samotna.
    Przymknął powieki, czując te niesamowite usta na swoim podbródku. Uważał to za niezwykłe, że Nix zapamiętał nawet taki szczegół, jak miejsce, w którym znajdowała się jego blizna. Bardzo niechętnie puścił go i z ciężkim sercem cofnął się o krok. Wiedział, że im dłużej będą ze sobą stali, tym ciężej będzie im się rozstać.
    — Będę — odparł, zagryzając wargę. Przygryzał ją tak mocno i długo, aż Phoenix nie zniknął mu z oczu. Aż nie poczuł charakterystycznego smaku krwi. Potrząsnął gwałtownie głową, wiedząc, że wygląda jak wszystkie nieszczęścia tego świata i udał się do sali, gdzie czekała już nauczycielka. Nie tolerowała nawet sekundowych spóźnień.

    jeszcze więcej płaczu

    OdpowiedzUsuń
  60. Dla Adama z kolei nie istniało nic innego nić Phoenix. Tego dnia kompletnie nie skupiał się na lekcjach. Nauczyciele mogli wołać go tysiąc razy, ale on i tak wpatrywał się nieustannie w okno, a raczej w to, co widział za nim; w rzeczywistości nie znajdowało się tam nic ciekawego, jednak oczyma wyobraźni widział siebie. Siebie i Phoenixa. Jego umysł, serce i dusza zostały nieodwracalnie otrute przez Scotta i rosnące z każdą godziną, minutą, sekundą uczucie do niego. Nie potrafił myśleć już o niczym innym niż on. Ale w końcu zdołał się przemęczyć i wreszcie wrócił do pokoju. Nie zmieniło to jednak jego samopoczucia. Nawet z Lysandrem u boku czuł się niezwykle osamotniony, opuszczony. Jeszcze bardziej niż w szkole. Musiał się czymś zająć, żeby nie zwariować.
    Na początku nadrobił drobne zaległości spowodowane wczorajszym dniem i wszystkimi emocjami. Zdążył przyswoić materiał związany z jutrzejszym krótkim sprawdzianem wiadomości z matematyki, a także wrzucić coś na ząb, zanim tak jak w każdy czwartek udał się z Lysandrem na lodowisko. Prawie zapomniał o tym, że tego dnia był czwartek. Zawsze w ten dzień lodowisko stawało się opustoszałe jak jeszcze nigdy; hokeiści nie ćwiczyli, nikomu także zbytnio nie paliło się, aby zajrzeć na halę, bowiem w tym samym czasie trwało w brut innych zajęć pozalekcyjnych, na które Adam nie uczęszczał. Z łyżwami pod pachą i kotem u boku przemknął do budynku obok sali gimnastycznej, gdzie wkrótce niezauważalnie wślizgnął się na lód. Lysander w tym czasie spacerował po budynku, zwłaszcza po trybunach, najczęściej bawiąc się pająkami. Wiedział, że nie może oddalać się od swojego pana, a hala była na tyle duża, że mógł sobie poszaleć. Bardzo często stał także na straży przed niezapowiedzianymi gośćmi. Również wtedy, kiedy zjawił się Scott.
    Otarł się o jego nogi na powitanie, natychmiast stawiając ogon ku górze. Lubił jego zapach i tolerował jego obecność, bowiem od wczoraj czuł, że Adam pachniał nim bardzo mocno. A Nix pachniał Adamem. Musiał więc być jak najbardziej w porządku.
    Wraz z zielonookim podreptał do hali, gdzie na ogromnym lodowisku śmigał Lawliet. Nie bojąc się chłodu bijącego od tafli lodu, odziany był w jak najbardziej standardową dla siebie czerń; czarne łyżwy, czarne spodnie, czarny, zdecydowanie za duży T-shirt, który łopotał nieco, kiedy chłopak poruszał się pod lodzie dość szybko. Nie było mu ani trochę zimno. Temperatura nie miała tutaj znaczenia. Liczyła się tylko wygoda. Phoenix nie miał jeszcze okazji widzieć go w takim stanie; znajdował się teraz w swoim własnym świecie, świecie jeszcze odleglejszym niż ten, do którego porywał go Scott. W tym świecie czuł się najprawdziwszym sobą, nie wstydził się niczego, tylko w tym świecie czuł się tak pewny i tak bardzo na miejscu.
    Kiedy jeździł, w uszach miał słuchawki, które dostarczały mu jego ulubionej muzyki. Relaksowała go i pomagała mu oderwać się od rzeczywistości; jednocześnie była częścią choreografii, którą sam stworzył i od wielu tygodni ćwiczył. Jeździł w większości z zamkniętymi oczyma, znając już doskonale wymiary lodowiska, dlatego też nie ujrzał Phoenixa. Dopóki Lysander nie wskakiwał na lód, czuł się bezpiecznie; kot w ten sposób przychodził poinformować go o intruzie. Teraz tego nie uczynił, bowiem nie uznał Scotta za niepożądanego gościa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarnowłosy płynnie zakręcił przy najbardziej oddalonej od Nixa barierce, by zaraz rozpędzić się bez najmniejszego problemu; oderwany od rzeczywistości wyglądał jeszcze piękniej i delikatniej niż zazwyczaj. Rozpędził się, aby zrobić odpowiedni najazd do kombinacji skoków, która sprawiała mu największą trudność. Nigdy nie miał profesjonalnego nauczyciela, wszystkiego uczył się sam, do wszystkiego sam dochodził, swoje błędy starał się sam odnajdywać. Ale nie zawsze mu to wychodziło. Tak jak w tym przypadku. O ile ze strony technicznej znał ten skok doskonale, tak praktycznie nie potrafił wykonać go poprawnie. Zazwyczaj kończyło się to upadkiem, mniej lub bardziej bolesnym, które na ogół starał się dobrze amortyzować. Na ogół. Odbił się od lodu, wykonując bezbłędnie te trzy pieprzone obroty, ale przy lądowaniu popełnił ten sam błąd, co zawsze. Dlatego ułamek sekundy później uderzył głucho w lód, na całe szczęście nie głową, lecz całym ciałem bokiem. Jeszcze nigdy nie upadł w ten sposób. Tak boleśnie. Słuchawki wypadły mu z uszu, tak jak komórka z kieszeni, a sam Adam przeklął tak głośno, że z pewnością dotarło to do uszu Phoenixa. Nie potrafił się podnieść, zwijając z bólu na lodzie; czuł się tak, jakby co najmniej pękła mu kość biodrowa.

      ups??

      Usuń
  61. Upadek Adama zdecydowanie nie był ładny, o ile w ogóle można było opisać go jakimiś pozytywnymi słowami. Nie spodziewał się, że przy lądowaniu poślizgnie się aż tak mocno, zatem nie zdołał podeprzeć się ręką; upadł właśnie lewą stroną ciała na twardą powierzchnię, szczególnie uderzając w lód biodrem oraz łokciem. Z tych części ciała ogarniał go promieniujący ból, mógł wręcz przysiąc, że coś sobie złamał, ale na szczęście tak nie było. Siła upadku była szczególnie widoczna, kiedy po zetknięciu się z lodem chłopak wylądował spory kawałek dalej niż powinien. Potłukł się więc mocno, ale nie tragicznie. Nie był to zresztą pierwszy jego upadek, ale zdecydowanie pierwszy, który skończył się tak boleśnie.
    Nie potrafiąc się podnieść, przeklinał gorzko pod nosem, aby dać upust złości na samego siebie. Do oczu cisnęły mu się łzy, kiedy mocno zaciskał palce na obolałym biodrze, leżąc na boku z podkulonymi nogami. Przez własne przekleństwa nie słyszał nawet, kiedy ktoś wkroczył na lód, ruszając mu z pomocą. Ból także przyćmiewał mu zmysły. Zamarł dopiero wówczas, kiedy padł na niego czyjś cień, rozmazanym przez łzy wzrokiem próbował odszukać twarz tej osoby, jednak nim w końcu mu się to udało, poczuł ten znajomy, kojący dotyk. Nigdy w życiu by się tego nie spodziewał.
    — A ty co tutaj robisz? — Wydusił, skrajnie nie dowierzając w obecność Phoenixa. Po prostu nie mógł w to uwierzyć.
    Skąd się tu wziął, jak długo tu jest, jak długo go oglądał? Widział jego upadek? Milion pytań pojawiło się w jego głowie, ale nie bardzo był w stanie się nad nimi rozwodzić. Zdołał położył się na wznak, prostując w końcu nogi. Czarne łyżwy wydały mu się teraz niesamowicie ciężkie. Ból nie mijał ani na sekundę, nie miał pojęcia, w jaki sposób Scott ściągnie go z tego lodu. Czuł się żałośnie. Ale chyba jeszcze nigdy w życiu nie był tak wdzięczny tej sile wyższej, która przysłała Nixa do niego. Zwłaszcza w tej chwili, ale nie tylko. Gdyby nie wpadli na siebie wczoraj, nie byłoby go teraz tutaj.
    — Nie umieram, okej? — Zapewnił szatyna, słysząc to przerażenie w jego głosie. Widok tak zmartwionego i przestraszonego Phoenixa łamał mu serce. Musiał go jakoś uspokoić, choć przez zaciśnięte z bólu zęby niewiele był w stanie powiedzieć.
    Kiedy Nix go dotknął, Adam był zimny. Zimny jak lód. Wszystko przez to, że leżał na jego zimnej powierzchni już chwilę, do tego w samej koszulce z krótkim rękawem. Dzięki tej koszulce Scott mógł ujrzeć na jego bladej skórze, konkretnie na ramionach, kilka rozległych siniaków, których nie przyuważył ostatnio. Właśnie nabił sobie kolejnego, który powoli zaczął się pojawiać.
    Zdołał wysilić się na uśmiech, aby uspokoić ukochanego. Z każdą chwilą ból stawał się delikatnie łagodniejszy, jednak wciąż czuł się tak, jakby jedną stopą był już po drugiej stronie. Ani myślał jechać do szpitala, czy gdziekolwiek. Tylko się przewrócił. Nic wielkiego. Miał przynajmniej taką nadzieję.
    Ostrożnie uczepił się ramienia Phoenixa, z trudem podnosząc się do siadu. Wciąż oddychał ciężko i tym razem nie zdołał powstrzymać jęku; przyniosło mu to minimalną ulgę w bólu, podobnie jak łzy, których już nie kontrolował. Mniej obolałą ręką podwinął koszulkę, aby sprawdzić stan swojego biodra - spore, mocno czerwone przebarwienie świadczące o przyszłym siniaku malowało się na jego boku, choć jego znaczną część zasłaniały spodnie. Nie miał pewności, czy chciał oglądać stłuczenie w pełnej okazałości.

    trzeba pocałować ;c

    OdpowiedzUsuń

  62. To raczej Adam prowadził Scotta do barierki, będąc o wiele bardziej stabilnym w łyżwach niż Nix bez nich. Obolały do granic możliwości doprowadził go do wyjścia, opierając się o niego nieco. Cały świat wciąż wirował w jego oczach, a ten ból był wręcz nie do opisania. Nigdy nie był tak wdzięczny komukolwiek jak Nixowi teraz. Jego obecność dawała mu siłę i pomagała przezwyciężyć ból. Chciał wyjść na twardego w jego oczach; pomijając fakt, jak zwijał się na lodzie i był cały zapłakany. Cholera, na co mu było próbowanie tego lutza? Na nic. Zdecydowanie powinien wyrzucić ten skok ze swojej choreografii.
    Kiedy cudem doczłapali się do szatni, czarnowłosy opadł ciężko na ławkę, opierając się o szafki. Uderzył w metalowe drzwiczki tyłem głowy, oddychając głęboko. Choć powiedział, że nie umierał, czuł się dokładnie na odwrót. Czuł się tak, jakby zaraz miał skonać. A przecież tylko odrobinę się poturbował. O ile obolały bok, ręka oraz kulawa prawa noga świadczyły o właśnie takim delikatnym poturbowaniu.
    — Żadnego szpitala — jęknął błagalnie. Przygryzał mocno wargę, pociągając żałośnie nosem. Nie chciał robić z tego afery, nie chciał nikogo kłopotać, tym bardziej Phoenixa. Był w stanie sobie z tym poradzić. Jakoś. — Uważaj! Cholera jasna... — syknął z bólu, klnąc jak szewc, kiedy szatyn ściągał jego prawą łyżwę. Przy lądowaniu źle postawił prawą nogę, co było przyczyną upadku, a upadając, skręciła się w jakiś dziwny sposób i mocno otarła wewnątrz buta. Dlatego kiedy tylko Scott w końcu uwolnił jego stopę, uraczyła ich widokiem licznych, silnych obtarć, z których nieprzyjemnie sączyła się krew. Była też lekko spuchnięta i mocno posiniaczona. Za sprawą tego widoku łatwo można było się domyśleć, jak skrajnie nieodpowiedzialny był Adam - nie zakładał skarpetek do jazdy, a zatem otarcia były czymś nieuniknionym.
    Nie chciał przeklinać przy chłopaku, jednak wulgaryzmy pozwalały mu dać upust swojej złości. Był wściekły na siebie za to, że mu się nie udało i za to, że tak to się skończyło. Posłał Phoenixowi słaby uśmiech, nie udawany, pomimo tych zaszklonych oczu.
    — To tylko stłuczenie — rzekł i z pomocą Nixa udało mu się stanąć do pionu. Noga bolała go niemiłosiernie, ale był to znośny ból. Podobnie znośne stawało się obite biodro, ale musiał nieco pozaciskać zęby.
    Stojąc, przeniósł wzrok na duże lustro naprzeciwko szafek. Ostrożnie podwinął koszulkę, aby dokładnie obejrzeć szkody. W swoim pokoju nie miał lustra, dlatego chciał zrobić to tutaj. Pobladł widocznie na ten widok, nie tylko już niebiesko-fioletowego obrzęku, ale całego siebie. Wyglądał żałośnie. Posiniaczony, potłuczony, z trudem trzymał się na nogach, cały roztrzęsiony, do tego tak przeraźliwie chudy. Włosy sterczały mu we wszystkie strony, grzywka wpadała nieco do mocno podkrążonych, zaczerwienionych oczu, mokre policzki zdradzały piegi, a wargi mocno mu drżały. Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Właśnie dlatego zrezygnował z lustra w pokoju. Nienawidził swojego odbicia. Nienawidził siebie i swojego wyglądu. Nie miał pojęcia, co takiego Phoenix w nim widział, że nazwał go pięknym.
    — Dam radę — wyszeptał, na skraju wytrzymałości. Obawiał się, że zaraz po prostu rozpadnie się na dobre, a ten głupi Feniks jeszcze zechce zacząć go zbierać. Tyle było z jego udawania silnego, dzielnego chłopca. Nie był dzielny. Był słaby, cholernie słaby, cholernie potrzebował Phoenixa, bo bez niego... nie zostałoby z Adama już nic.

    guess what





    znowu płaczemy :)

    OdpowiedzUsuń
  63. Kto nie chce, ten nie chce, pomyślał Adam, za co skarcił się w myślach. Dawno nie czuł się tak okropnie. Odzywały się w nim rzekomo dawno przezwyciężone autodestrukcyjne zachowania, o których już prawie zdołał zapomnieć. Prawie. I choć uznawał Phoenixa za największy dar i prezent bez żadnej okazji, jego pojawienie się, jego nagłe zaistnienie w życiu szesnastolatka, wpędzało go w melancholię a nawet marazm. Przeznaczał długie minuty, godziny, na to, by odkryć sens tego wszystkiego. Problem tkwił jednak w tym, że nie było tutaj żadnego sensu. Uczucia rodzące się w człowieku nigdy nie miały żadnego wytłumaczenia, począwszy od nienawiści, do miłości. Coraz bardziej czuł, że była to właśnie miłość. Tak bardzo chciał, by była to właśnie miłość. Prosił o to.
    — Mogę to wziąć — zapewnił łamiącym się głosem, sięgając po łyżwy. Zdołał odebrać je Scottowi, który wyraźnie nie chciał do tego dopuścić.
    Lawliet nie chciał wyjść na księżniczkę na ziarnku grochu. Mógł dotrzeć do dormitorium sam, ale przeczuwał, że szatyn ma zamiar go w tym wyręczyć. Chciał chociaż minimalnie umilić mu to niezbyt przyjemne zadanie, dlatego odciążył mu łyżew, związując je razem sznurówkami i chwytając mocno. Obserwował Nixa bardzo uważnie i choć jego słowa zdradzały zamiary, nie był do końca pewien, co chciał uczynić. Nie miał zamiaru się jednak sprzeczać ani buntować; wiedział, że w niczym to nie pomoże, a on sam zresztą, cholera jasna, rozpaczliwie potrzebował po prostu położyć się i nie ruszać, zapominając o tym okropnie obtłuczonym biodrze.
    Zastygł w bezruchu i cały zesztywniał, kiedy Phoenix objął go w ten sposób. Jego lewy bok był strasznie obolały, dlatego wnet zapomniał o spięciu spowodowanym palącym dotykiem Phoenixa. Jęknął głośno z bólu, z trudem powstrzymując kolejne wulgaryzmy. Nie chciał, by Scott pomyślał sobie o nim coś złego. Trzymając łyżwy jedną ręką, drugą uczepił się jego okrycia wierzchniego; cholernie bał się, że zaraz spadnie, choć pragnął ufać swojemu Feniksowi. Ufał mu, że go nie puści. Podejrzewał, że Nix nie wybaczyłby tego sobie. Mieli zaskakująco podobne sposoby myślenia.
    — Lysiu, chodź — zawołał jedynie, tak komicznie przerzucony przez ramię dziewiętnastolatka. Czuł ogromne zażenowanie oraz upokorzenie, ale z drugiej strony... to przecież Phoenix tak go trzymał. Nie było w tym zatem nic złego. Nie miał wręcz prawa doszukiwać się czegoś złego. To było nawet dobre uczucie. W pewien sposób jeszcze bardziej zbliżało ich do siebie.
    Nie odezwał się już przez całą drogę, z trudem znosząc każdy, nawet najdrobniejszy krok Phoenixa, który odczuwał dotkliwie w obitym boku. Będąc w dormitorium chciał już iść samodzielnie, jednak Scott dopiął swego - odniósł swoją "księżniczkę" prosto do komnaty, prosto do łóżka, na nieszczęście Adama (lub zupełnie przeciwne) nie do swojego łóżka. Tylko do łóżka Nixa.
    Kiedy go odkładał, znów jęknął cicho z bólu, prędko kładąc się wygodnie na posłaniu. Nie mógł temu odmówić. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku po tym upadku. W tamtej chwili nie przejmował się nawet aż tak bardzo tym, co powiedział Scott; w normalnej sytuacji spłonąłby ze wstydu, ale teraz bardzo chciał wiedzieć, jak źle z nim było. Wiadomo przecież, że siniaki wychodzą dopiero po chwili. Chciał być pewien, że to tylko wielki siniak i nic poważniejszego. Głównie ze względu właśnie na Phoenixa. Tylko nie do końca chciał być przez niego oglądanym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdołał powoli się podnieść, tylko na chwilę, aby zrzucić z ramion bluzę oraz prędko zdjąć przez głowę koszulkę, aby Scott nie miał problemu z oceną jego stanu zdrowia. Zrobił to także dlatego, że w pokoju Nixa było strasznie gorąco. Nie wiedział tylko, dlaczego zrobiło mu się jeszcze bardziej ciepło dopiero wtedy, kiedy pozbył się koszulki. Prawdopodobnie ze wstydu.
      Położył się z powrotem, kątem oka zerkając na bok - widział tego sinofioletowego potwora bardzo dobrze. Nie był jedynym takim okazem na ciele chłopca. Jego ramiona oraz barki były całe posiniaczone, gdyż w głównej mierze to one amortyzowały upadki, nie tylko te na lodzie. Prócz obrzęków mógł pochwalić się również niemałą kolekcją blizn; co prawda, nie były one raczej powodem do przechwałek, ale nie dało się ich przeoczyć.
      — Przydałby się lód — wymamrotał nerwowo, co zabrzmiało jak bardzo kiepski żart w obecnej sytuacji. Zdecydowanie miał za dużo lodu oraz lodowisk na tę chwilę.
      Niepewnie przeniósł wzrok na Phoenixa, ale szybko zacisnął powieki. Nie patrz na mnie, szepnął błagalnie w myślach.

      panie doktorze proszę działać

      Usuń

  64. Lysander przez ten czas zdążył przeszukać bardzo dokładnie calusieńki pokój Phoenixa. Nie rozrabiał zbytnio ani nie hałasował, nie chcąc przeszkadzać. Wiedział, że za wszelkie zniszczenia dostanie burę, a zatem wolał tego uniknąć i w ciszy odkrywać nowe, nieznane mu terytorium. Znalazł sobie bardzo wygodne miejsce na parapecie okna, zaraz nad kaloryferem. Napawał się ciepłem płynącym z grzejnika i mógł relaksując się oglądać świat za oknem. Gdyby tylko ludzkie życie było tak proste jak kocie...
    Lawliet przygryzł bardzo mocno dolną wargę. Czyniąc to w pewien sposób starał się zapanować nad emocjami ogarniającymi cały jego umysł. Oraz ciało. Czuł na sobie spojrzenie tych jadowicie zielonych, trujących wręcz ślepi, które nie omieszkały zerknąć na coś więcej niż tylko siniaki. Czuł to bardzo wyraźnie, właśnie to powodowało, że spłonął rumieńcem, a złośliwy dreszcz nieznanego uczucia przeszył całe jego ciało. Kojarzył skądś ten dreszcz. Przeszywał go wielokrotnie ostatniej nocy i za każdym razem, kiedy gorące wargi Phoenixa stykały się z jego ciałem, nieważne na jak krótko. Było to uczucie mocne, krótkie i ulotne jak prąd. Pojawiało się szybko, trwało boleśnie, jeszcze szybciej znikało. Ale było cholernie przyjemne.
    Zacisnął powieki, czując te usta na swoim czole. Pocałunek niosący ze sobą poczucie bezpieczeństwa uspokoił go tylko odrobinkę. Odetchnął z ulgą, kiedy Scott wyszedł, ale musiał ukryć twarz w dłoniach, by się uspokoić. Adam, oddychaj. Nic niezwykłego się nie dzieje. I nic się nie wydarzy. Nic specjalnego, słyszysz? To tylko pierwsza pomoc, zapewniał sam siebie, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, że znajdował się w pokoju Phoenixa, w jego łóżku, do tego do połowy rozebrany. Jakikolwiek był tego powód, nastolatek w głowie i tak miał tylko te myśli, których nie powinien mieć. Te pragnienia. Pragnienie poznania dotyku i bliskości w nieco inny sposób niż do tej pory. Zagalopowywał się, miał tego świadomość, jednak należało mu to wybaczyć. W końcu był tylko chłopcem. Wciąż dorastającym, rzekomo. Testosteron buzował w nim, a ciekawość poznania tego, co pozostawało mu jeszcze nieznane, była jeszcze większa i gorsza nikt ktokolwiek mógł się spodziewać po Adamie.
    Zamarł, kiedy Scott wrócił. Panicznie bał się rozwoju wydarzeń całej tej sytuacji.
    — Ajć — syknął z bólu, kiedy poczuł przy rozgrzanym ciele okropne zimno. W odruchu sięgnął do swojego boku, by powstrzymać Nixa. Wiedział, że chciał dobrze, ale to było tak cholernie nieprzyjemne... — Wszystko jest w porządku — zapewnił go, choć jego serce waliło jak szalone na samą myśl o tym, że miał zostać obnażony jeszcze bardziej.
    Co prawda, ostatniej nocy otworzył Scottowi drzwi stojąc tylko w koszulce i bokserkach, ale teraz czuł się... inaczej. Krępował się, nie potrafił tego ukryć, ale przecież Nix miał rację. Tyle, że przecież mógł sam zdjąć spodnie. Phoenix nie musiał go w tym wyręczać, jednak posłusznie przejął lód. Nie zamierzał się w żaden sposób stawiać ani odstawiać cyrków; nawet mu w tym pomógł, aby oszczędzić sobie mniejszego bądź większego bólu przy zdzieraniu spodni z chudych nóg. Najostrożniej wyciągał obdartą stopę, która także wymagała opieki - przemycia otarć i zimnego okładu, bowiem była nieco spuchnięta.
    — Wszystko w porządku — powtórzył. Sam chciał być tego pewien, bowiem widok stłuczenia wcale go nie przekonywał. Ból istotnie się zmniejsza, co uznawał za bardzo dobry znak, jednak wciąż pozostawał bardzo dotkliwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Scott szukał maści, ostrożnie opuścił nieco bokserki z bioder. Wolał uczynić to samodzielnie niż znów korzystać z pomocy szatyna; wiedział, że nie skończyłoby się to zbyt dobrze, gdyby zaczął dobierać się jeszcze go jego bielizny. Delikatnie trzymał worek z lodem przy swoim boku, oddychając głęboko. Nie śmiał nawet drgnąć; przymknął oczy, by nieco się uspokoić. Własny stan zdrowia coraz mniej go martwił. Martwił go stan, w jakim znajdował się przed Phoenixem.
      Odłożył lód i oddał się pod opiekę szatyna. Drżał z każdym jego dotykiem, odrobinę z bólu, ale w szczególności z innego powodu. Miał nadzieję, że uszło to uwadze Scotta. Starał się panować nad emocjami jak najlepiej, co nie wychodziło mu wcale tak marnie, jak sądził. Miał także nadzieję, że Nix jednak nie zdecyduje się zabrać go do szpitala.
      — Nic mi nie będzie, Phoenix — szepnął, zerkając na niego spod przymkniętych powiek. — Boli coraz mniej.
      Istotnie, dotyk Scotta przynosił mu ogromną ulgę; był relaksujący, ale z drugiej strony powodował u niego coraz większe ciepło. Adam naprawdę żałował, że Phoenix nawet nie spróbował przekonać się o leczniczych właściwościach pocałunku.
      — A nuż podziałałyby — tchnął, nie do końca świadom tego, że powiedział to na głos.

      bardzo dobry, nie kłam

      Usuń

  65. To trudno.
    Lawliet dostawał palpitacji serca. Prawdopodobnie nie znajdował się w najlepszej kondycji fizycznej do takich sytuacji, ale musiał to przeżyć. Sam się o to prosił. Sam tego chciał. Żałował, że nie potrafił obić sobie innych części ciała, na przykład szyi, tak mocno, aby zasłużyła na pocałunek o leczniczych właściwościach prosto od Feniksa. Sam w sobie był magicznym stworzeniem, a zatem dlaczego jego pocałunki istotnie nie mogły przynosić ukojenia w bólu? Nie mógł jednak wzgardzić miejscem, które wybrał na sam początek. Początek, jak twierdził Adam, bowiem miał ogromną nadzieję, że otrzyma ich więcej. Nie miał odwagi zwrócić wzroku na swojego tymczasowego lekarza, ponieważ wiedział, że jeszcze bardziej zapragnie zapaść się pod ziemię. I tak już leżał cały skrępowany i zawstydzony, do granic możliwości wręcz, ale tak jak się spodziewał – nie potrafił odmówić Scottowi niczego. Gdyby tego zechciał, oddałby mu się w całości. W istocie, był zaledwie niewinnym, przeuroczym chłopcem, ale właśnie ta jego niewinność sprawiała, że wśród palącego dotyku Phoenixa pragnął jak wody nieznanego, tego , co właśnie mógł mu ten dotyk zaoferować.
    Przymknął oczy, prawie do końca je zamykając, ale mimo wszystko, chciał na niego patrzeć. Chciał widzieć, jak go całuje, jak dotyka jego ciała, jak go przeszywa i bezcześci, bo zapewne był tego nieświadomy, ale nikt jeszcze nie dotykał go w tej sposób. Zawsze musiał być ten pierwszy raz. Niewinny umysł Adama oczywiście nie wyobrażał sobie nic więcej oprócz tych pocałunków, ale te pocałunki same w sobie były dla niego czymś niewyobrażalnie ważnym i umiejscowionym na zupełnie innym stopniu pojmowania relacji oraz miłości. Miłość psychiczna była czymś, nad czym mógł rozwodzić się godzinami, co zresztą czynił odkąd tylko poznał Scotta, jednakże miłość fizyczna była dla niego zakazaną księgą, zakazanym owocem, ciemną, mroczniejszą stroną tego, co mógł sobie wyobrażać. Nie mógł nad tym się zastanawiać, nie wiedząc, jakie to uczucie; jak pojmuje to Phoenix i jaki jest jego stosunek do tego. Co planował wobec Adama, w nieważne jak dalekiej przeszłości. Tyle niewiadomych sprawiało, że szesnastolatek był kompletnym nowicjuszem, który wkraczał właśnie w nieznany świat, a raczej był w niego wprowadzany, ciągnięty za rękę, z zawiązanymi oczyma, bo nie mógł nawet przewidzieć ani pomyśleć o tym, co mogło się wydarzyć, mógł jedynie oczekiwać. I oczekiwał.
    Wargi Phoenixa sparzyły jego skórę, ale nie sprawiły mu bólu. Wręcz przeciwnie. Poczuł przyjemne, łagodzące ciepło; zadziałał efekt placebo – tak bardzo wierzył i chciał, by pocałunek złagodził jego ból, że istotnie poczuł ulgę. Z każdym muśnięciem, nawet nie, z każdym najdelikatniejszym dotykiem cały drżał, oczekując następnego zbliżenia. Podkurczył nieco tę nogę, aby zapewnić Scottowi lepszy dostęp do posiniaczonego obszaru. Westchnienie cisnęło mu się na usta, ale przecież nie mógł pozwolić, aby mu się wymsknęło. Nie chciał zdradzać Phoenixowi, jaką przyjemność mu sprawiał, w jaki stan go wprowadzał; pewnych rzeczy jednak nie dało się przeoczyć, takich jak gęsia skórka na jego ciele oraz innych oznak przeżywania tej małej rozkoszy. Nie odważył się bąknąć nawet pół słowa w odpowiedzi, milczał, milczał i jedynie czekał. Czekał na coś więcej, jednakże Nix brutalnie sprowadził go na ziemię. Jego noga miała się całkiem dobrze, kiedy tak go całował, wcale nie musiał sobie o niej przypominać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś pieprzonym egoistą, Scott... Adam miał ochotę obdarzyć go wściekłym spojrzeniem, za to, że tak okrutnie przerwał swoje poczynania, ale nie postąpił w tej sposób. Zamiast tego zakrył przedramieniem oczy, aby Phoenix przypadkiem nie dojrzał tego wszystkiego, czego nie pokazywał i próbował ukryć czarnowłosy. I wciąż milczał, wciąż i wciąż, prawdopodobnie zdołał zapomnieć, jak używa się głosu, jak składa się brzmienia w słowa, cierpliwie czekał, aż Nix skończy opatrywać jego stopę, dozgonnie mu za to wdzięczny, choć ukrywał z trudem gorycz. Dopóki nie poczuł tych ciepłych ust z powrotem, trwał nieruchomo. Te usta były symbolem, który przywrócił go do życia, przywrócił go do rzeczywistości.
      Odsunął dłoń i spojrzał na szatyna. Patrzył mu prosto w oczy, nie dowierzając w to, że potrafił tak po prostu zmienić temat na coś zupełnie innego, odległego od tego, co jeszcze przed chwilą przeżywali oboje. Wspólnie.
      Jak w ogóle śmiesz mówić teraz o kocie...? Nie potrafił ukryć swojego rozgoryczenia. Może było to trochę nie na miejscu, w końcu Scott zajmował nim się lepiej niż ktokolwiek, zamartwiał się, choć wcale nie musiał; otaczał go troską i opieką, a Adam nie potrafił być mu wdzięczny, bowiem jego myśli zaprzątało teraz zupełnie coś innego. Zdawał sobie sprawę z tego, że wciąż milczy, a Nix nie ma zapewne bladego pojęcia, o co chodzi i co siedzi mu w głowie.
      Jak w ogóle możesz myśleć teraz o jedzeniu...? Podniósł się powoli ze swojej pozycji, może nie do końca powoli, a nawet zbyt gwałtownie, niż powinien. Nie skrzywił się jednak z bólu, który poczuł z tego powodu, bo nie to było teraz istotne. Zdołał jednym ruchem dopaść Phoenixa, ale tylko dlatego, że siedział na tym samym łóżku. Przerzucając mniej obolałą nogę na drugą stronę nóg szatyna, znalazł się na jego kolanach, siedząc okrakiem, prawie nagi, w samej bieliźnie, do tego wciąż wysmarowany maścią. Nie obchodziło go to. Objął go za szyję, muskając chudymi palcami jego kark, aby zaraz zgubić się gdzieś w jego włosach. Tylko na chwilę nawiązał kontakt wzrokowy, aby zakomunikować mu, jak bardzo nie miał bladego pojęcia, co w niego wstąpiło. Bo nie miał pojęcia, czemu to robi. Po prostu tego chciał.
      — Ten jeden raz, po prostu się zamknij — tchnął dosłownie kilka milimetrów przed jego ustami, nim przycisnął do nich swoje drżące z zdenerwowania wargi. Przysunął się do niego jeszcze mocniej i jeszcze bliżej, o ile było to w ogóle możliwe, wykorzystując kontrolę, którą oferowały mu palce wplecione w jego włosy. Potrzebował tego pocałunku tak bardzo. Potrzebował tej bliskości tak bardzo. A Phoenix nie potrafił się tego domyślić.
      Tak bardzo pieprzonym egoistą...
      Wiedział doskonale, że jego myślenie oraz działanie nie miało sensu, ale po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie miało mieć. Czasem w życiu działy się takie rzeczy, które odgórnie pozbawione były sensu. To właśnie była taka rzecz i taka chwila. Taka chwila, w której Adam zaprzestał być w pewien sposób sobą, nieśmiałym i niewinnym Adamem, ale w rzeczywistości stał się sobą tylko bardziej niż kiedykolwiek mógł się stać i być.








      co tu sie odjebało

      Usuń

  66. Podobał mu się fakt, że ten pierwszy i oby nie ostatni raz, znajdował się wyżej od Phoenixa. W pewien sposób czuł, że dzięki temu ma jakąś kontrolę nad tym co się dzieje; nie wiedział tylko, jak bardzo się mylił. Nie miał żadnej kontroli, nawet najmniejszej. Był jak kukiełka w rękach Scotta. Każdy jego czyn, każdy jego gest, był odpowiedzią na zagrania zielonookiego, które przemyślanie lub nie, rozpalały w Adamie grzeszne pragnienia. Wydawały się być wręcz abstrakcyjne przy tej rzekomej niewinności, ale niewinność pochodziła z przeszłości i doświadczenia, nijak w niej grały rolę pragnienia i potrzeby, które w tym niewinnym chłopcu zostały obudzone. Były częścią każdego człowieka, bez względu na to, czy nazywany był niewinnym, czy wręcz przeciwnie. Pojawiały się dopiero w swoim odpowiednim czasie, a dla Lawlieta to był właśnie ten czas.
    Pomimo tego, że Nix wciąż był w ubraniu, w przeciwieństwie do Adama, czuł cholernie doskonale gorąco jego ciała i każdy jego centymetr. Przylegał do niego mocno, jak jeszcze do nikogo innego w życiu, dosłownie czuł każdy, naprawdę każdy centymetr jego ciała, co z jednej strony było krępujące, ale z drugiej... rozpalało ich obu jeszcze mocniej niż czarnowłosy mógł przewidywać. Wstydził się swoich reakcji, reakcji swojego ciała, nad którymi nie potrafił zapanować. Wstydził się tego, jak mocno trzymał go za włosy, błądząc w nich gdzieś palcami, jak mocno napierał na niego biodrami, jak cały wręcz trząsł się z przeżywanej przyjemności, prosząc tym samym o więcej, jak zdołał sapnąć z rozkoszy w jego ustach... wstydził się tego, ale jednocześnie był z tego cholernie dumny i cholernie szczęśliwy. Mógł tego żałować dopiero później, ale wątpił, że ta chwila nadejdzie. Nie wyobrażał sobie powodu, dla którego miał tego żałować. Przecież kochał Poenixa. Tak, cholera jasna, kochał go.
    Pragnął, by Scott przyciągnął go jeszcze bliżej, choć wiedział, że to niemożliwe. Chciał być jeszcze bliżej i jeszcze mocniej, o czym świadczył jego łapczywe pocałunki. Nie nadążał nawet łapać oddechu, ale nie przeszkadzało mu to. Całował go tak mocno, a jednocześnie z tak czułym uczuciem, jakby miał to być ich ostatni pocałunek. Jakby nigdy więcej mieli się nie zobaczyć. Szczególnie spodobały mu się te francuskie pocałunki, w których próbował dorównać Phoenixowi, ale dość kiepsko mu to wychodziło. Potrzebował odrobiny nauki i wielu ćwiczeń, ale uważał, że mając przy sobie tak idealnego partnera, szybko go w tym przegoni.
    Przy Phoenixie wciąż czuł się dzieckiem, gówniarzem, którego nie brano na poważnie. Zastanawiał się, co Nix o tym wszystkim sądzi, w końcu był starszy od niego i z pewnością dużo bardziej doświadczony. Już chciał odpowiedzieć, że na pewno go nie skrzywdzi, kiedy poczuł te mokre, gorące wargi zaraz koło ucha. Przymknął oczy, odkrywając całą swoją szyję przed szatynem. Coś nieznanego mu podpowiedziało, by tak właśnie uczynił. Podziękował temu czemuś rozkosznym westchnieniem, kiedy otrzymał tam długo wyczekiwany pocałunek. I nie tylko pocałunek. Zacisnął palce na kosmykach jego włosów, chcąc przytrzymać go przy sobie jak najdłużej. Możesz mnie skrzywdzić, nie będzie mi to przeszkadzało... Chciał być oznaczony przez Phoenixa jeszcze większą ilością znamion, były najintymniejszym podpisem własności, jaki tylko istniał. Adam zdecydowanie chciał, aby każdy wiedział, że już do kogoś należy. To samo tyczyło się Scotta, jednak nie miał na tyle odwagi, by odwdzięczyć się mu pięknym za nadobne. Bardzo, bardzo chciał, aby każdy wiedział też, że Phoenix należał do niego. Że to on go ujarzmił. Nikt inny nie miał prawa się do niego zbliżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skrzywdź mnie, tego właśnie chcę... Nie powstrzymał cichego jęku, który wyrwał się z jego ust, kiedy znów połączyli się w pocałunku. Stanowcza dłoń Phoenixa na jego boku uświadamiała go, że nie miał prawa ucieczki, tak jak nie miał przy nim prawa głosu. Byli tak blisko siebie, że bez problemu poczuł ten dreszcz zielonookiego, co utwierdziło go w przekonaniu, że nie przeżywał tej przyjemności sam. Nie chciał, by Scott się powstrzymywał, pragnął dostać jeszcze, jeszcze więcej, ale nie miał odwagi o to poprosić. Odważył się jedynie wcisnąć dłoń pod jego koszulkę, aby znaleźć się w bezpośrednim kontakcie z jego rozgrzanym ciałem. Z wielką chęcią pozbawiłby go jej, ale nie był aż tak śmiały, nie potrafił wręcz. Umiejscowił rękę na jego łopatce, zaczepiając o nią delikatnie paznokciami, aby na pewno mu nie uciekł.

      wszystko jest w najlepszym porządku <3

      Usuń
  67. Adama nie obchodziły w żaden sposób blizny Phoenixa. Po prostu dla niego nie istniały. Nie – istniały, ale nie odbierał ich jako jego wadę. Stanowiły uzupełnienie. Uzupełnienie jego ukochanego. Nie uważał, że go szpeciły, nie uważał, że były szkaradne; los lubił miotać ludźmi i ich żywotami, jednak Lawliet uważał, że nic nie działo się bez powodu. Podobnie jak nie wpadli na siebie bez przyczyny, podobnie jak nie wylądowali bez przyczyny teraz razem w łóżku, tak blizny, które otrzymał w ciągu swojego życia zarówno on, jak i Phoenix, były im przeznaczone. Były po prostu ich nieodrywalną częścią, ale w mniemaniu czarnowłosego, piękną częścią, przynajmniej całości Phoenixa. Całości tego, kim był.
    Kiedy dotknął jego pleców, pragnąc go objąć, ani przez chwilę nie pomyślał o obecności blizn. Nie je miał teraz w głowie, dlatego nie rozumiał, co zrobił źle. Gdzie popełnił błąd, który sprawił, że Scott nagle przerwał ich pełne namiętności zbliżenie. Srebrnooki nie chciał tego przerywać. Pragnął kontynuować to przepełnione rozkoszą milczenie, konwersację ciał i żądz, ale nie było mu to dane. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Wybiło go to kompletnie z tak pieczołowicie wybudowanej atmosfery, ale widząc minę dwudziestolatka, zdał sobie sprawę, że zrobił coś naprawdę bardzo złego.
    — Phoenix...? — Zapytał niepewnie, natychmiast uciekając od niego ręką. Objął go ponownie, tym razem już nie ruszając koszulki, chcąc otoczyć go bliskością, bowiem widział jego strach. Chciał go jak najszybciej ukoić. Znali się tak krótko, ale wiedział, że nie cierpiał widzieć żadnych negatywnych emocji na twarzy swojego Feniksa.
    Po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie licząc tego nieśmiałego jęku, użył głosu. Milczenie było dla niego o wiele bardziej naturalną formą kontaktu, jednak w tamtej chwili uznał odezwanie się za konieczność. Własny głos wydał mu się tak nienaturalny, jak jeszcze nigdy; lekko zachrypnięty, bardzo szybko oddychał, dyszał wręcz, a wszystko przez te pocałunki i kosmicznie drażniący dotyk chłopaka.
    — Nie przepraszaj... — wydusił, głaszcząc go po włosach. Miał nadzieję, że uspokoi go to, choć wciąż nie wiedział, co właśnie się wydarzyło. Jego ciało wciąż drżało i biło gorącem; nie dał się zwieść temu pocałunkowi, wiedząc, że coś Phoenixa męczyło. Oblizał jednak ostrożnie wargi, mając nadzieję, że nie było to nic poważnego i zaraz wrócą do tego, co zostało przerwane. Nie pomylił się tym razem.
    Dał się popchnąć, bezwiednie opadając na poduszkę. Skrzywił się przy tym lekko z bólu, ale prawdę powiedziawszy, ten ból stał się wyjątkowo niemy. Przez cały ten czas nie odczuwał go prawie wcale, zwyczajnie o nim zapominając. Miał przecież ważniejsze rzeczy na głowie niż przejmowanie się bólem. Liczyło się tylko tu i teraz. On i Phoenix. I ta przyjemność. Pieprzona przyjemność, przez którą Adam tracił zmysły.
    No, chodź tutaj w końcu... Wyciągnął do niego chudą, posiniaczoną i pełną blizn rękę, ale kiedy tylko padł na niego cień chłopaka, zamarł. Opuścił rękę i widząc go ponad sobą, do tego w takiej pozycji, serce niemalże mu stanęło. Zapomniał, jak się oddycha. Cały po prostu skamieniał z lęku, który się w nim obudził; to było dziwne uczucie. Zdecydowanie nie mógł nazwać go lękiem. Owszem, był to po części strach, ale w znacznej części... ekscytacja. Oczekiwanie. Pragnienie odkrycia nieznanego, a jednocześnie strach, że rozczaruje Phoenixa. Tak, bał się właśnie tego. Że go w jakiś sposób zawiedzie, nie usatysfakcjonuje. Nie lękał się, że może zostać skrzywdzony, że coś potoczy się za daleko, niewłaściwe; wszystko wydawało mu się być właściwe, był w stanie zrobić wszystko, oddać Phoenixowi wszystko, oddać siebie całego tylko dla jego przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuł, tak cholernie mocno czuł, że cały płonie. Płonął rumieńcami na twarzy, płonęło jego ciało, najbardziej ze wstydu, bowiem był świadomy tego, że teraz nie był już w stanie w żaden sposób ukryć tego, jak bardzo Scott go podniecił. Wcześniej, kiedy to Adam "był górą", mógł jedynie to poczuć, a nie zobaczyć. Obaj zdecydowanie woleli ukrywać pewne rzeczy. Dotyk Phoenixa, muśnięcia jego dłoni jego palców, tak cholernie blisko... bał się, że zaraz oszaleje. I jeszcze to, jak zielonooki był zadowolony z tego powodu... czuł się zażenowany, zdominowany, tak koszmarnie bezsilny. Ale to wszystko składało się na cudowne uczucie, które zbierało się w całym jego ciele, panowało nad całym jego ciałem, powoli stając się uciążliwe... domagało się rozładowania.
      — Phoenix... — tchnął, odnajdując na ślepo jego włosy, bowiem zacisnął powieki, i wplatając w nie palce. Chciał w tej sposób przytrzymał go jak najdłużej przy swoim torsie, który obdarzał pocałunkami oraz malinkami. Teraz jeszcze wyraźniej Scott mógł odczuwać, jak jego chłopiec drżał pod jego dotykiem, jak się nim rozkoszował.
      Pragnął wrócić do tego słodkiego milczenia jak sprzed chwili, ale zdał sobie sprawę z tego, że nie będzie potrafił. Chciał szeptać to jedno imię, które było jego przekleństwem, zakazanym owocem, który sprowadził na niego zagładę, a przecież... przecież sam go zerwał. I sam go spróbował.
      Na skórze szesnastolatka ślad zostawić można było zaskakująco łatwo; liczne siniaki o tym świadczyły. Najmniejszy uścisk mógł spowodować pojawienie się obrzęku na jego delikatnej skórze, najmniejsze uderzenie; najczulsze usta Phoenixa sprawiały, że znamiona na jego skórze stawały się cholernie czerwone, by wkrótce przemieniać się w szkarłatno-sine ślady.
      Uchylił powieki dopiero wówczas, gdy poczuł jego oddech na swojej twarzy. Rozpalony do granic możliwości, sam już nie wiedział, czego chciał i oczekiwał; po prostu się rozpływał, rozpadał. W zasadzie tak niewiele, dawało mu tak wiele rozkoszy, że powoli zaczynał mieć problemy z kontaktowaniem. Rozchylił już wargi, oczekując pocałunku, kiedy usłyszał słowa partnera. Nie do końca zrozumiał ich sens, ale czy naprawdę były takie istotne? Dlaczego miałbym się złościć..? Za co? Przecież...
      Nie zdołał nawet dokończyć własnej myśli, bowiem Phoenix naparł na niego tak mocno. Głośny jęk wyrwał mu się z gardła, prosto w ustach Scotta, kiedy go całował. Nie potrafił go powstrzymać, był zupełnie niezależny od niego, co z lekka go przeraziło. Oplótł jednak jego szyję rękoma, przyciągając go do siebie mocno, napastując pocałunkami, choć przez to wszystko prawie zapomniał, jak to się robi. Daj mi jeszcze... Ponownie sapnął w jego ustach, kiedy poczuł jego gorący język. Nie omieszkał tego nie odwzajemnić, ba, próbował wręcz wygrać z nim te z góry przesądzoną walkę. Jeszcze więcej, proszę... Był spragniony tej przyjemności jak wody. Choć może nie było to najlepsze określenie. Dotyk Phoenixa nie gasił jego pragnienia, wręcz przeciwnie. Sprawiał, że pragnął jeszcze więcej. Jeszcze, jeszcze więcej...

      ah

      Usuń
  68. Lawliet z kolei do granic możliwości korzystał z tego, że nie posiadał, w przeciwieństwie do Scotta, absolutnie żadnej władzy. Właśnie to, że nie mógł zadecydować w żaden sposób o swoim losie, tak cholernie go podniecało. Nigdy nie miał okazji tego poczuć, nigdy nie miał okazji tego określić, ale tak, chciał być uległy i niezaprzeczalnie uległy był. Jego niewinność zanikała z każdą chwilą, ulatywała z niego, aż w końcu nie było jej wcale. Miał do siebie jednak ogromny żal za to, że zbyt wielka nieśmiałość i skrępowanie uniemożliwiały mu odwdzięczenie się za to wszystko, co dostawał od Scotta.
    Wciąż miał problemy z oddychaniem, prawdopodobnie zapomniał, jak to się robi. Dopiero kiedy Phoenix podarował mu odrobinę odpoczynku, próbował przywrócić zarówno oddech, jak i pracę serca do normalności. Pierwszy raz godził się na te chwilę przerwy, bo wiedział, że długo nie pociągnie w tej sposób. Rozmazywało mu się przed oczyma a on kompletnie nie wiedział, dlaczego. Dyszał tak szybko i głośno, jakby właśnie przebiegł maraton wokół Chicago. Także nie wiedział, dlaczego. Jego ciało płonęło, stało w żywym ogniu; nie wiedział, dlaczego. Przy Phoenixie nie wiedział nic. Chciał myśleć, że chociaż wie, czemu to robi, czemu się tak oddaje, ale wciąż... wciąż nie wiedział. Uważał, że go po prostu kochał, ale czy to nie było kłamstwem? Nie mogło być. Żywił do niego właśnie to cholernie mocne, ciepłe i namiętne uczucie, którego nie potrafił nazwać, a raczej bał się nazywać je w sposób, o którym marzył. Bał się, że może to wyrządzić komuś z nich krzywdę. Może nie teraz, może nie w niedalekiej przyszłości, ale wkrótce.
    Pogładził przelotnie Scotta po włosach; przelotnie, bowiem chłopak wkrótce znów od niego uciekł. Był gotów pogodzić się z tym, że to prawdopodobnie już koniec wspólnych pieszczot. Pragnął więcej, ale nie czuł się na to gotowy. Zielonooki jednak zaskoczył go. Bardzo mocno.
    Wpatrywał się w niego ze swojego miejsca, obserwując uważnie jego poczynania. Jego serce przyspieszyło jeszcze bardziej, tak jak oddech. Znów czuł ten strach, wciąż i wciąż. I wciąż. Teraz jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Zlustrował wzrokiem jego sylwetkę, stanowczo za długo zatrzymując wzrok na jego spodniach, ale uczynił to zupełnie nieświadomie. A potem spojrzał mu w oczy, spod przymkniętych powiek, które ukrywały jego lęk. Nie śmiał się odezwać choćby słowem. Nie śmiał powiedzieć czegokolwiek, w jakiś sposób go powstrzymać; nie śmiał i nie chciał, chociaż był niepewny. Nad tą niepewnością górowała jednak chęć poznania tego wszystkiego, poznania jeszcze więcej, poznania tego, co Scott już dobrze znał i chciał się z nim tym podzielić.
    Uczepił się palcami jednej ręki pościeli, odsłaniając przez nim swoje ciało w pełnej okazałości; drugą ręką na zmianę obejmował go za szyję bądź gładził policzek, w zależności od tego, jak daleko od niego się znajdował. Cały spiął się i zamarł, kiedy Nix pocałował go tak bardzo nisko. Przestał nawet oddychać, bojąc się, że w jakiś sposób to wszystko zepsuje. Dreszcze miotały jego ciałem, nad nimi nie potrafił zapanować. Choć miał zamknięte oczy, wiedział, że czekał. Czekał na pozwolenie. Nie potrafił wydusić słowa, nie uczynił kompletnie nic, ale to właśnie miało być znakiem. Teraz to Adam czekał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieważne, jak bardzo chciał, nie potrafił tego odwzajemnić. Nie potrafił odwdzięczyć się Scottowi tym samym, nie potrafił dać mu takiej samej przyjemności. Kiedy tylko został dotknięty, już nie potrafił powstrzymać cichego jęku. Skarcił siebie samego za to mocno w głowie, pragnął zasłonić własne usta, ale nie było mu to dane. Dano mu w zamian gorące, miękkie usta, których pragnął, sprawiały, że czuł się odrobinę pewniej w tej sytuacji, bowiem w pewien sposób tłamsiły jego nienaturalnie niespokojny i prawdziwy głos. Znów uczepił się jego włosów, nie chcąc, aby odebrał mu tę osłonę, ale okazało się to nieuniknione; Phoenix brutalnie odzierał go z resztek godności oraz przede wszystkim niewinności. Kiedy dotykał go w ten sposób, Adam wiedział, że to jest właśnie to. Że nie byłby w stanie pozwolić dotknąć się w ten sposób komukolwiek innemu. Było to zarezerwowane tylko i wyłącznie dla jego Feniksa. Raczył jego zmysł słuchu raz za razem swoim głosem, przepełnionym rozkoszą, układającym się w niezrozumiałe, niemożliwe do powtórzenia sylaby; każdy z tych dźwięków był niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, przypisany tylko Phoenixowi. Jego dotyk, jego pocałunki, jego szept, wszystko to sprawiło, że osiągnięcie całkowitego spełnienia z odległych marzeń stało się zakazaną rzeczywistością. Niezrozumiałe, rozkoszne jęki w tym uniesieniu ułożyły się po raz pierwszy w imię zielonookiego, pierwszy i ostatni, bowiem chwilę później chłopak nie potrafił wydusić z siebie już nic. Oddychał jedynie szybko, szybko i bardzo nierówno, wciskając się w posłanie, płonąc żywym ogniem rozkoszy, przesiąknięty osiągniętym spełnieniem.

      Feniks, i co narobiłeś?

      Usuń
  69. Dla Adama było to aż za dużo. Oczywisty fakt stanowiło to, że był prawiczkiem, choć w tym przypadku o wiele lepiej sprawdziłoby się określenie "dziewicą". Był "dziewicą" we wszystkim – począwszy od pocałunków, poprzez bardziej namiętną bliskość, na właściwym zbliżeniu kończąc. Scott właściwie nie mógł się temu dziwić, jednakże sam Lawliet czuł się z tym źle. Wiedział, że przez to nigdy nie będzie w stanie dorównać swojemu partnerowi. Nie potrafił odwdzięczyć mu się tym samym, co właśnie dzięki niemu poznał po raz pierwszy; a wiedział, że Nix także tego potrzebował.
    Rozkosz wciąż przepełniała jego ciało, wciąż i wciąż rozlewając się po nim powoli, stopniowo łagodniejąc. Miał nadzieję, że nie zaniknie całkowicie zbyt prędko. Pomimo tego, że nadal drżał w miarę regularnych odstępach czasu, starał się uspokoić oddech oraz pracę serca. Wciągał powietrze przez rozchylone usta, co sprawiało, że szatyn doskonale słyszał jego wciąż ciężki oddech, co chwila poruszony dreszczem ciała. Owe ciało natomiast nie przestawało być rozgrzane, rozpalone wręcz, na długo oznakowane szkarłatno-fioletowymi znamionami ust Scotta. Nie potrafił nawet stwierdzić, ile ich otrzymał, ale podejrzewał, że była to liczba powyżej dziesięciu. Tak mu się przynajmniej zdawało, ale nie był pewien. Tak jak niczego jego obecności. Czerwień nie zstępowała z jego policzków, które wyglądały dosłownie tak, jakby ktoś pomalował je farbą. Pragnął zapaść się pod ziemię tak bardzo, jednak stopniowo, bardzo powolutku, uspokajał w sobie tę potrzebę.
    Wszystko jest dobrze. Tak miało być. To jest normalne. Dla par. Odważył się uchylił powoli powieki i spojrzeć zamglonymi oczyma na swojego "oprawcę", który doprowadził go do takiego stanu. Czy byli parą? Cholera jasna, nie wiedział. Nie wiedział, czy było to tak oczywiste, a on tak głupi, czy jednak jego rozmyślenia były słuszne. Lub kochankowie... Równie dobrze mógłby być właśnie tym kimś. Byleby być z Phoenixem. Blisko Phoenixa. Sposób nie miał znaczenia. Liczyła się tylko jego obecność. Którą właśnie mu odebrano.
    Chciał go zatrzymać, złapać za rękę, byle się nie odsuwał, ale jego ciało jakoś niespecjalnie go słuchało. Zdołał zapomnieć, jak uważa się głosu, lub po prostu przestał to potrafić, bowiem żadne słowo nie chciało wydobyć się z jego ust. Był kompletnie wyłączony. Spacyfikowany. Sparaliżowany. Wodził za nim jedynie wzrokiem, aby obserwować jego poczynania, choć i z tym miał problem. Nie zwrócił nawet uwagi, kiedy dostał bokserkami, ale niezbyt się tym przejmował. Niezbyt chciał się przebierać, nie miał nawet na to siły. Domyślał się jednak, że skoro sam Scott mu to zaproponował, było to konieczne.
    Nigdzie się stąd nie wybieram zapewnił go w myślach, odprowadzając go spojrzeniem do drzwi. To ty mi uciekasz... westchnął głęboko, przymykając oczy. Zdołał jakimś cudem przebrać bieliznę, kiedy szatyn już opuścił pokój. Bez jego obecności zrobiło mu się cholernie zimno, a także ból biodra dawał o sobie znać. Pragnął pójść za Phoenixem, dogonić go, zatrzymać, cokolwiek... ale wiedział, że jedyne, co teraz go czekało, to Kraina Morfeusza. Położył się więc na łóżku, na zdrowym boku, zakopując po części w kołdrze i podkulając nogi. Nigdy nie był tak tragicznie zmęczony, tak kosmicznie mocno szczęśliwy i tak cholernie bardzo zagubiony. Szczególnie zagubiony. Nie wiedział, co miał o tym wszystkim myśleć.
    — Phoenix... — szepnął, wtulając głowę w poduszkę. Tak przepięknie pachniała Phoenixem. Wszystko tutaj nim pachniało. Nawet Adam czuł, że pachnie właśnie nim. Nie mógł wymarzyć sobie lepszego miejsca do spania. Brakowało jednak najważniejszego – Phoenixa właśnie. Nie miał jednak na tyle cierpliwości ani fizycznej wytrzymałości, aby na niego zaczekać. Kiedy tylko ułożył się wygodnie, odpłynął natychmiast, a Lysander, który do tej pory odpoczywał na torbie Scotta, nie chcąc im przeszkadzać, wskoczył na łóżko i ułożył się przy swoim właścicielu, na całe szczęście nie na miejscu Phoenixa.

    dobranoc

    OdpowiedzUsuń

  70. Lawliet nie śmiał choćby drgnąć przez całą, calusieńką noc. Spał jak zabity, może nie dosłownie, ale naprawdę bardzo mocno. A Scott naprawdę bardzo mocno go wymęczył. Nie obudziło go jego kręcenie się w łóżku, nie obudził go Lysander niejednokrotnie zmieniający miejsce do leżenia na ich nogach, nie zbudził go nawet pierwszy budzik, a dopiero drugi, który jął dzwonić natarczywie.
    Kiedy uchylił powieki po tak długim i mocnym śnie, nie do końca poprawnie kontaktował z rzeczywistością. Towarzyszyło mu zupełnie nieznane uczucie, które wprowadzało go w srogi stan otępienia. Ciepło drugiego ciała tuż przy swoim. Słyszał cudze bicie serca. Ale ten rytm kojarzył już dosyć dobrze.
    — Phoenix... — szepnął sennie, wtulając się w jego pierś.
    Wciąż nie był świadomy tego, gdzie się znajdował, z jakiego powodu, co się stało poprzedniego dnia. Był całkowicie oderwany od rzeczywistości, wyrwany z czasoprzestrzeni, wszystko za sprawą uczucia, które pojawiło się w jego sercu tego dnia, gdy spotkał Scotta. Ostatnio wszystko działo się za jego sprawą. Nie obchodziła go szkoła, nie obchodziły go lekcje, nie obchodził go ten budzik, który złośliwie dzwonił. Zastanawiał się nawet, dlaczego dzwoni, bowiem był przekonany, że w żadnej rzeczywistości nie musi się nigdzie spieszyć, kiedy Phoenix jest blisko. Jeszcze nie czuł tego niepokoju. Jeszcze.
    Rozbudzał się coraz bardziej, aż w końcu zdecydował się od niego delikatnie odsunąć. Naprawdę niewiele, ale jednak. Na tyle, by z jego ciepłych ramion przenieść się w chłód. No tak. Upadł na lodzie, teraz dopiero to poczuł i to wyjątkowo dotkliwie. Bolał go każdy centymetr ciała, a zwłaszcza jego lewa część; bark, ramię, bok w szczególności, udo i prawa stopa także. Ale to wcale nie było najistotniejsze, to nie było nawet istotne. Istotne było to, że Scott przyniósł go tutaj, zajął się nim, a potem... cholera jasna.
    Szesnastolatek cały spłonął rumieńcem, chowając się na powrót w piersi szatyna. Objął go mocno, wtulając się w niego. Umiejscowił dłoń na jego karku, zażywając jego ciepła jak tylko się działo. Pogładził jego skórę opuszkami palców, dotykając włosów. Cholera. Co oni narobili? Nie było mu wstyd. I nie żałował. Absolutnie niczego nie żałował, ale... czuł ogromny niepokój w sobie, w sercu, którego nie potrafił wytłumaczyć. Nie wiedział, czy był spowodowany śmiałym zagraniem Nixa z poprzedniego wieczoru, czy zupełnie czymś innym. Wiedział jedynie, że było z nim mocno związane, zaciskało mu gardło i żołądek. Denerwował się. Bał się. Nie czuł się swobodnie. Bał się, że Phoenix zaraz mu ucieknie, że sobie pójdzie, że go zostawi... że może ma zupełnie inne odczucia po tym wieczorze niż on. Dlatego złapał go mocniej.
    Przesunął się nieco, aby złożyć na jego odkrytej szyi bardzo delikatny pocałunek. Ten budzik zwiastował koniec. Koniec tej przyjemnej, cudownej chwili. Nie chciał jej końca. Chciał ją przedłużyć jak najbardziej tylko się dało. Niemalże poczuł łzy w oczach z tego powodu,które nie były dobrą zwiastunką poranku. Wykorzystując zaspanie Phoenixa, bardziej sugestią niż siłą przesunął nieco jego głowę, aby zapewnić sobie lepszy dostęp do jego szyi. O ile pamięć go nie zawodziła, to obiecał sobie oznaczyć go także, ale poprzedniego wieczoru chyba nie zdążył tego uczynić, a przynajmniej nic na to nie wskazywało. Dość niepewnie przyssał się do jego skóry, niedaleko blizny, ale zaraz nabrał tej wymaganej śmiałości. Kiedy odsunął się po kilku sekundach, z delikatnym uśmiechem stwierdził, że może być z siebie dumny. Pogładził swoje dzieło z czułością palcami, opierając się na łokciu, przez co mógł patrzeć na swojego Feniksa odrobinę z góry.

    shhh, shhh

    OdpowiedzUsuń
  71. Jęk Phoenixa niezwykle przyjemnie połechtał jego zmysł słuchu. Nie został nim uraczony poprzedniego wieczoru, dlatego musiał doprosić się go teraz zupełnie samodzielnie. I był z siebie cholerny dumny przez to, że zdołał go wywołać.
    Spoglądał na szatyna z czułością, którą sam nie do końca rozumiał. Scott, prawdopodobnie przez zaspanie, dopiero teraz mógł dojrzeć, że oczy Adama, nawet przymknięte, połyskiwały srebrem w bladych, wciąż jeszcze zimnych promieniach poranku. Kiedy leżeli w ten sposób, w swoich objęciach, tuż przy sobie, po wspólnie przespanej nocy, po tych niezwykłych czułościach i pocałunkach, Lawlietowi tak cholernie mocno cisnęło się jedno słowo na usta. A raczej dwa. Pragnął powiedzieć Phoenixowi, że go kocha. Nie tylko kocha. Bardzo go kocha. Ale podobnie jak wczoraj, słowa w jakiś sposób nie potrafiły wydostać się z jego gardła, a co dopiero dotrzeć do ust. To chyba nie była odpowiednia pora. A on chyba nie był tego tak do końca pewien. Tak bardzo chciał przedłużyć tę piękną chwilę, w jakiś sposób uwiecznić twarz Phoenixa, kiedy patrzył na niego w ten sposób. Czuł się kochany. Właśnie z powodu tego uczucia, czuł jakiś dziwny, bardzo nieprzyjemny, niepokojący uścisk w sercu, który mówił mu, że może się cholernie mocno mylić.
    — Cześć — odparł, uśmiechając się jeszcze szerzej. Nie kontrolował tego uśmiechu, sam wkradał się na jego twarz.
    Rozkoszował się tym pocałunkiem, choć był bardzo krótki. Zdołał go odwzajemnić i podarować Phoenixowi podobny, równie krótki. To było coś... innego. Ale równie ważnego. Pozbawiony wszelkiej namiętności, ale tak samo przyjemny, tak samo zapewniający o bliskości drugiej osoby. Mogliby w ten sposób przywitać się nawet bez słów. Adam wolał milczenie, przynajmniej ze swojej strony. Podejrzewał, że Scotta nie będzie w stanie w żaden sposób uciszyć. Nawet kiedy poprzedniego wieczoru Adam już w ogóle go nie słuchał, bowiem nawet nie był w stanie, Nix i tak gadał jak nakręcony. Gdyby tego nie robił, Lawliet zapewne stwierdził mu, że ktoś podmienił mu jego Phoenixa. Podobnie było teraz, co wywołało u niego jeszcze większy uśmiech.
    — Raczej podziękuję — mruknął, kładąc się powoli na poduszce. Przetarł oczy, pełne śpiochów. Nawet nie pamiętał, gdzie i kiedy zdjął soczewki, prawdopodobnie przed snem, ale teraz tak naprawdę mało go obchodziły. Nie zamierzał ich już nosić. Nigdy więcej. — Czuję się już lepiej, nie martw się — zapewnił i westchnął ciężko. Uśmiech powoli znikał z jego twarzy.
    Zdawał sobie sprawę z tego, że powoli powinni podnosić się z łóżka. Adam uczynił to jako pierwszy, bowiem nie miał takiego problemu z rozbudzeniem się, w przeciwieństwie do Scotta. Kiedy postawił obie stopy na zimnej posadzce, z ulgą stwierdził, że prawa, poszkodowana w wyniku upadku stopa, boli go znacznie, znacznie mniej niż wczoraj. To znaczyło, że w najgorszym wypadku coś sobie naciągnął, ale na szczęście nie skręcił. Scott dobrze opatrzył mu tę nogę, za co był mu wdzięczny.
    Powoli stanął na nogi, chwiejąc się przy tym. Dopiero teraz poczuł cały ten ból, który towarzyszył mu wczoraj. Pomimo tego, że spał dobre dziesięć godzin, czuł się okropnie. Zmarnowany jakby go ciężarówka przejechała, a walec dobił. Podobnie wyglądał, o czym przekonał się chwilę później, przypadkiem spoglądając w lustro. Znajdowało się w każdym pokoju, niemałe, zazwyczaj stojące w kącie, o ile ktoś go nie przestawił. Adam już prawie o tym zapomniał, bowiem swoje własne wyrzucił już dawno. Teraz przypomniał sobie, dlaczego; zwłaszcza kiedy zamarł widząc swoje odbicie. Nie spodziewał się takich efektów wczorajszego dnia, począwszy od siniaków na ramionach, udzie oraz biodrze, które wyglądały tak okropnie, jakby naprawdę został potrącony jakimś ciężkim samochodem. Zagryzł mocno dolną wargę, która po wczorajszych drapieżnych pocałunkach z Phoenixem nosiła z dumą małego krwiaka. Był niczym w porównaniu do tych, które zdobiły ciało Adama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z nieukrywanym przerażeniem stwierdził, że malinka na jego szyi wyglądała o wiele gorzej niż ten siniak na biodrze; był z niej tak cholernie dumny, że nie wyobrażał sobie, że miałby ją ukryć, jednak bał się pomyśleć o tym, co powiedziałby ktokolwiek obcy na jej widok. Scott zdecydowanie się postarał. Chłopak próbował zliczyć pozostałe znamiona, jednak zgubił się gdzieś po drodze; te na torsie nie były problemem, znacznie gorzej było wytłumaczyć się z tych trzech mniejszych i jednej ogromnej na szyi. Ale w zasadzie, to komu miałby się tłumaczyć?
      Nie wiedział nawet, kiedy zaczął dotykać ich wszystkich, przeglądając się w lustrze, aby upewnić się, że są prawdziwe. Phoenix... Miał ochotę go za to zabić. A jednocześnie z czułością wycałować i odwdzięczyć się tym samym; poczuł teraz niemały wstyd, zerkając na malinkę, którą mu zrobił, następnie znów patrząc na swoją szyję. Cóż, nie mógł się z nim równać.
      Westchnął głęboko i przeciągnął się. Zdał sobie wówczas sprawę z tego, że paraduje przed Scottem prawie nagi, a on na pewno cieszy się tym widokiem. Jednakże nie miał zamiaru mu go odbierać, tylko powoli wrócił na łóżko, kładąc się z powrotem obok niego.
      — Nigdzie się stąd nie ruszam.

      Adam-biedronka

      Usuń
  72. — Zostaw moje włosy — fuknął niczym mały chłopiec. Przyklepał je prędko, co nie dało w zasadzie nic; wciąż każdy z czarnych kosmyków sterczał w zupełnie inną stronę niż inne. W żaden sposób nie dało się ich okiełznać. Do tego krzywo obcięte z jednej strony dodawały Adamowi tego unikalnego uroku. Sam je sobie przycinał, kiedy uznawał, że są za długie.
    A ja mógłbym przyzwyczaić się do leżenia tak z Tobą tutaj... Żałował, że nie był w stanie tego powiedzieć. Nie wiedząc czemu, takie wyznania jakoś ciężko przechodziły mu przez gardło. Spoglądał na niego przez chwilę, by zaraz podnieść się nieco i położyć się na jego piersi. Bardzo, bardzo mocno pragnął poczuć jego nagą skórę. Choć Scott nie wyjawił mu tego, Adam domyślał się, że miał z tym jakiś problem natury emocjonalnej; zapewne chodziło o blizny, których nie chciał mu pokazywać. Lawliet starał się go zrozumieć, lecz nie do końca dobrze mu to wychodziło. Pozostawał w nim niemiły żal, który zwracał mu uwagę na to, że przecież on zdołał się przed nim odsłonić, pokazać niedoskonałości swojego ciała, a Nix nie. Odtrącał jednak te egoistyczne myśli i owe pragnienie ugaszał innymi aspektami; Scott dosyć dobrze mu w tym pomagał, zwłaszcza, kiedy go całował. Podobnie jak teraz.
    Odwzajemnił jego pocałunek, głaszcząc go przy tym po policzku. Uwielbiał dotyk jego skóry. Uwielbiał jego usta. Mógłby całować je bez przerwy i bez końca. Wierzył w to, że kiedyś będzie miał do tego okazję. Kiedy poczuł, że szatyn ma zamiar się odsunąć, przygryzł jego dolną wargę zębami; delikatnie, ale stanowczo, co jednak nie powstrzymało go od przerwania tej jakże przyjemnej czynności.
    — Wiem, wiem, że musisz iść — westchnął ciężko. Nie chciał wypuszczać go z tego pokoju. Nie chciał się rozstawać. Nawet na chwilę, a co dopiero na parę godzin. Uśmiechnął się jednak zaraz delikatnie. — Ale masz rację. Będę mógł mieć cię na własność przez całe dwa dni.
    Wyciągnął się na łóżku, kiedy był już na nim sam. Przeciągał się zupełnie niczym kot; prawie jak Lysander. I był dumny z tego, co udało mu się powiedzieć. Miał nadzieję, że Scott dobrze to odbierze.
    Podążał za nim wzrokiem cały czas. Pragnął skomentować jakoś jego piżamę, jednak nie potrafił znaleźć do tego odpowiednich słów. Parsknięcie śmiechem uznał za wystarczające wyrażenie opinii. Nie uważał jej za żałosną czy dziecinną, Scott nie wyglądał w niej głupio, ale całkiem uroczo. I zdecydowanie śmiesznie. Dwudziestoletni facet, co? Trzymajcie mnie. Próbując powstrzymać chichoty, usiadł i sięgnął po butelkę z wodą, która stała zaraz przy łóżku. Sam także zawsze stawiał wodę na szafce nocnej, bowiem w nocy zawsze chciało mu się pić. Jak dobrze, że Phoenix był równie przezorny. Odkręcił butelkę i prędko się napił, zerkając na szatyna. To, co wydarzyło się chwilę później, zaskoczyło nawet Lysandra, który do tej pory kręcił się pod nogami swojego nowego, drugiego pana.
    Lawliet domyślał się, że Scott miał zamiar się przebrać, ale po tym, jak wczoraj nie chciał zdjąć nawet koszulki, nigdy nie spodziewałby się, że uczyni to tak bardzo przed jego oczyma. Przed tymi niewinnymi oczyma Adama. Zapominając przełknąć wodę, opluł się cały na widok pewnego charakterystycznego dla płci męskiej narządu; może nie zrobiłoby to na chłopcu tak wielkiego wrażenia, gdyby znajdował się w stanie spoczynku. Miał okazję podziwiać swojego Feniksa w pełnej krasie tylko przez kilka sekund, ale okazało się być to wystarczające, aby dotknął go podobny problem.
    Zakaszlał, jakoby zachłysnął się wodą, a nie opluł z wrażenia.
    — Nie przejmuj się, okej? Poradzimy sobie — powiedział jak gdyby nigdy nic, wycierając wierzchem dłoni mokre usta oraz brodę. Oczywiście, miał mokry także cały tors, ale może Nix tego nie zauważy? Nadzieja matką głupich.

    krztuszę się pomocy

    OdpowiedzUsuń

  73. Zakręcił tą pieprzoną butelkę z wodą i odłożył na swoje miejsce. To wszystko przez niego. Przez tego cholernego Feniksa, jego cholerną wodę i jego cholerny wzwód. Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Fakt faktem, chciał poznawać świat tych wszystkich brzydkich rzeczy bardzo mocno, odkąd poznał Scotta, ale nigdy w życiu nie spodziewał się, że nadejdzie to tak szybko. Że wszystko tak mocno się na niego zwali. Z jednej strony, było to całkiem przyjemne doświadczenie, ale z drugiej... ten lęk i wszelaka obawa coraz bardziej w nim rosły. W końcu dojdzie pomiędzy nimi do czegoś, czemu Adam nie będzie w stanie podołać. Bał się, że wówczas zawiedzie Phoenix jeszcze bardziej.
    Nie podobało mu się to, że Scott nagle zamilkł. Dla Lawlieta było to zupełnie naturalne zachowanie, jednak Nix... Nix przeciez nie mógł milczeć. W ogóle potrafił być cicho? Nie dość, że go to zmartwiło, to jeszcze przeraziło. Powiedział coś nie tak? Zachował się nie tak? Cholera jasna, to nie jego wina, że parsknął z pełnymi płynu ustami.
    Cały skamieniał na swoim miejscu, kiedy Phoenix zbliżył się do niego. Przecież miał zbierać się na lekcje i do szkoły. Nie miało już być żadnych zbliżeń. Żadnych. Zbliżeń. Żadnych ekscesów. Jednak Scott chyba planował zepsuć postanowienie szesnastolatka. Chłopiec był niższy od niego, a przyparty i ponownie zdominowany, musiał podeprzeć się za plecami rękoma i nieco zadrzeć głowę, aby mógł spoglądać na swego ukochanego i obserwować jego poczynania. Chciał spytać, tak bardzo chciał spytać, co on znowu wyprawia, jednakże znów słowa nie przechodziły mu przez gardło. Za każdym razem, gdy Phoenix się zbliżał, nagle tracił głos, jakby zaklęty. Przeszedł go znajomy dreszcz, kiedy poczuł jego wargi na swojej skórze. Ah, żeby to były tylko wargi. Żeby tylko na wargach się skończyło. Nie skończyło się. Po wczorajszej nocy Adam spodziewał się naprawdę wszystkiego, ale na pewno nie tego. Zadrżał mocniej i przymknął oczy, wyciągając szyję najmocniej, jak tylko potrafił. Chciał otrzymać jak najwięcej bliskości szatyna nim opuści go na kilka długich godzin. Wiele kropel wody wciąż zaznaczało ślad na jego skórze, kiedy dwudziestolatek zdecydował się odsunąć. Zdecydowanie nie wystarczało to Adamowi. Zdecydowanie nie. Ten "przypadkowy" ruch biodrami wcale nie pomógł mu w nasyceniu się jego czułościami. Miał ochotę go za to zamordować.
    Nie nacieszył się tym pocałunkiem tak, jakby tego chciał. Było to dla niego stanowczo za mało, a Phoenix prawdopodobnie tego nie rozumiał. Widok go odsuwającego się, schodzącego z jego potłuczonych nóg, odchodzącego w stronę drzwi... Cholera jasna, niemal czuł łzy w oczach. Nie mógł pozwolić mu tak po prostu wyjść. Co on sobie myślał? Lawliet potrzebował zdecydowanie czulszych pożegnań niż to, które zaoferował mu Scott. Dlatego też dopadł go, kiedy ten przekręcał już klucz w drzwiach, chwytając go za materiał bluzy na wysokości obojczyków, aby skierować go ku sobie i przytrzymać. Wszystko to uczynił w nagłym przypływie emocji oraz adrenaliny, nie potrafił nad tym zapanować, po prostu uznał, że musi tak zrobić. Stanął na palcach, muskając czule miękkie usta Phoenixa. Nie dało się nie wyczuć smutku zawartego w tym pocałunku. Czarnowłosy był aż zbyt wrażliwy na takie pożegnania. Całował go tak, jakby już nigdy więcej miał go nie zobaczyć. Cholera...
    —Miłego dnia — wydusił, odsuwając się. Sam doskonale usłyszał, jak bardzo załamał mu się głos. A kiedy tylko Phoenix wyszedł, nie powstrzymywał już łez. Żałosnych łez, które tłumił w sobie przez cały czas, aby nie zamartwiać Scotta. Potrzebował się wypłakać, ale na całe szczęście, miał na to calutki dzień.

    teraz krztuszę się łzami, aaaaaaaa

    OdpowiedzUsuń

  74. Lawlietowi ten dzień dłużył sie znacznie bardziej niż dwudziestolatkowi. Większość poranka spędził leżąc w łóżku Scotta, które wciąż przesiąknięte było ich wspólnym zapachem, próbując ukoić łzy. Były nieuniknione w tamtej sytuacji. Nie potrafił ich powstrzymać i w zasadzie, to nie miał nawet ku temu powodów. Nikt nie musiał go oglądać prócz Lysandra, nie musiał ich więc ukrywać, mógł bez wstydu wydusić z siebie to całe zebrane od dłuższego czasu kłębowisko emocji, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Starał się wreszcie określić, co takiego czuje do Scotta. Sądził, że go kocha, jednakże jakoś z trudem to do niego docierało. Wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, w końcu nie kłamał mówiąc o tym dwudziestolatkowi, ale, cholera jasna, czy można było pokochać kogoś tak mocno w zaledwie niecałe dwa dni? Właśnie ta myśl tak boleśnie go rozbijała.
    Po porannym drobnym załamaniu, zabrał się z pokoju Nixa do siebie. Zgarnął także wygłodniałego Lysandra, którego w końcu nakarmił, a sam poszedł się wykąpać. Akademik świecił pustkami, łazienka tym bardziej, ku uldze szesnastolatka. Niekoniecznie chciał, by ktoś go oglądał w takim stanie; tak poobijanego i... cóż. Oznaczonego, doszczętnie zawłaszczonego przez Phoenixa.
    Wyjątkowo długo stał pod wyjątkowo zimnym strumieniem wody, mając nadzieję, że sprowadzi go to jakoś na ziemię i ukoi jego nerwy. Wciąż czuł się oderwany od rzeczywistości, wyciągnięty z czasoprzestrzeni. Czas cholernie mocno mu się dłużył, kiedy nie miał przy sobie tej ukochanej osoby. Zaraz po zażyciu kąpieli posprzątał wszelkie ślady swojej obecności oraz kota z pokoju Scotta. W końcu stwierdził, że powinien się ubrać, nie mając oczywiście zamiaru zwracać Nixowi jego bielizny. Jakby tego było mało, zbierając z podłogi wczorajsze ubrania, mając do wyboru swój T-shirt bądź koszulkę Phoenixa, wybrał oczywiście to drugie. Nieco przepocona bluzka, tak cholernie silnie pachnąca jego ukochanym zielonookim. Założył ją bez wahania, niemal się w niej topiąc, w końcu Nix był od niego wyższy i zdecydowanie szerszy w barkach, podczas gdy Adam był wyjątkowo drobny, do tego ważył stosunkowo mało; stanowczo o wiele za mało, niż powinien.
    Nadrobił drobne zaległości z ostatnich lekcji, przygotował nawet notatki na przyszłe sprawdziany. Prawdę powiedziawszy, nawet nie wiedział, o której Scott wróci, dlatego imał się wszystkiego, aby ten czas jakoś mu zleciał. Nie chciał przeszkadzać mu i rozpraszać go w czasie zajęć, dlatego nie zdecydował się napisać do niego SMSa. Zdawał sobie sprawę z jego zaległości, dlatego, choć najchętniej trzymałby go dla siebie na cały dzień, ustalił pewne priorytety. Najpierw nauka, potem przyjemności.
    Kiedy znów zaczynało mu się nudzić, ponownie przesiadywał w pokoju Scotta. Nie miał zamiaru grzebać mu w jego rzeczach, ale skorzystał z wyciągniętych już wcześniej z torby książek, aby zabić nudę. Wówczas to się stało. Znów. To, co już dawno nie miało miejsca, o czym przez Nixa już prawie zdążył zapomnieć, tak jak zdołał zapomnieć o zażywaniu lekarstw. Narkolepsja nie była łaskawa. Ataki katapleksji przychodziły znienacka, a im rzadziej występowały, tym mniej Adam był na nie przygotowany.
    Zawsze w pierwszej chwili po przebudzeniu nie bardzo pamiętał, co takiego się stało oraz gdzie się znajduje. Potrzebował minuty lub dwóch na pełen powrót do świadomości, jednak teraz w sekundę do pionu postawił go przerażony głos Scotta. Wiedział, że znów zasnął. I domyślał się, jak okropny musiał być to dla niego widok, dlatego niemalże natychmiast rzucił mu się na szyję, tuląc go mocno do siebie. Panika w głosie dwudziestolatka wręcz przerażała Adama. Nigdy nie chciał widzieć go w takim stanie. A teraz musiał. I na dodatek sam był tego powodem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Phoenix, Phoenix, nic mi nie jest, wszystko w porządku, wszystko jest dobrze — zapewniał go, trzymając go przy sobie. Przeklinał samego siebie za to, że nie zdążył wcześniej uświadomić szatyna o możliwości wystąpienia takiej sytuacji. Wszystko było jego winą. Scott telepał się ze strachu z jego powodu. Miał tylko nadzieję, że Lysander zdołał powstrzymać go przed wezwaniem karetki. Lawliet wyuczył swojego kota tego, by zawsze rzucał się na telefon wyciągany w momencie, kiedy jego pan upadał bądź spał. Domyślał się, że za nic tego nie rozumiał, ale przynajmniej wiele razy dzięki temu zdołał uniknąć nieprzyjemności. Jego drzemki nie wymagały interwencji lekarza, o ile nie rozbiłby sobie głowy.
      — Naprawdę — powtórzył, głaszcząc go po plecach. Adam chciał w ten sposób uspokoić zarówno Phoenixa, jak i siebie. — Przepraszam, przepraszam, Phoenix...

      ioioioioioio

      Usuń
  75. Lawliet był równie przerażony, co sam Scott. Przerażony i jeszcze bardziej wściekły na siebie. Powinien powiedzieć mu o tym wcześniej, nie przewidział tego, że znajdą się w takiej a nie innej sytuacji. Przeklinał siebie za swoją głupotę, za swoją pewność, że to przecież się nie wydarzy, przecież nie zdarzyło mu się zasnąć od dłuższego czasu, tak więc na pewno nie zaśnie w towarzystwie Phoenixa. Tak bardzo się mylił i to wszystko wydarzyło się z jego własnej winy; nie dbał o siebie, nie panował nad emocjami, nie pamiętał o lekarstwach. Mogli uniknąć tej sytuacji, gdyby Adam tylko zdecydował się poinformować Scotta o swojej przypadłości. Ale wyleciało mu to z głowy. Tak samo jak wszystko to, co zazwyczaj ważne.
    — Phoenix, spokojnie. — Prawdę powiedziawszy, to nie miał bladego pojęcia, jak uspokoić dwudziestolatka. Nie spodziewał się, że wpadnie w aż taką panikę... nie spodziewał się, że aż tak bardzo mu na nim zależało.
    Czuł się potwornie. Potwornie, wręcz najgorzej na świecie, czuł się tak, jakby złapał motyla i zamiast cieszyć się jego pięknem, uważać na jego delikatne istnienie, z lubością i radością wyrywał mu skrzydła. Nix był takim bezbronnym, delikatnym motylem, już raz złamanym przez utratę bliskich osób, a teraz jeszcze on wprowadził go w taki stan z własnej winy. Fakt faktem, nie mógł przewidzieć ataku, ale mógł chociaż przygotować Scotta na możliwość jego wystąpienia. Najgorsze było to, że podczas ataku Adam nie był w stanie się ruszyć, w żaden sposób skontaktować z otoczeniem, choć był prawie w pełni świadomy tego, co się dzieję. Nazywał to snem, choć tak naprawdę nie miało to ze snem nic wspólnego. Czuł wszystko i słyszał, lecz nie mógł otworzyć oczu; zazwyczaj towarzyszyło temu spore otępienie, przez co po odzyskaniu władzy nad ciałem potrzebował chwili, aby przetworzyć to, co się stało. Teraz jednak wszystko docierało do niego wyjątkowo mocno, bez żadnego opóźnienia – słyszał, jak ktoś wchodzi do pokoju, ktoś, a konkretniej Phoenix, słyszał jego przerażenie, ba, nawet je czuł, kiedy sprawdzał jego stan. Musiał doświadczać jego strachu, nie mogąc zareagować w żaden sposób, nie mogąc go uspokoić. Te sekundy były dla niego największą torturą.
    — Nie płacz, najdroższy... — wydusił, zaciskając powieki. Sam znajdował się na granicy wybuchu, choć i tak zaskakująco radził sobie z trzymaniem emocji na wodzy.
    Przytulał szatyna do swojej piersi bardzo mocno, jak małego chłopca; Nix mógł słyszeć, jak cholernie szybko biło jego serce. Chciał ukoić jego łzy, uspokoić go w jakiś sposób. Do tej pory nie widział Phoenixa płaczącego i nie chciał tego widzieć. A teraz musiał. Musiał to widzieć, słyszeć i czuć, nie wiedział, za co świat go tak karał, ale była to zemsta idealna.
    — Nie zostawię cię nigdy, obiecuję... zaufaj mi — kiedy to szeptał, łzy już znaczyły ślady na jego bladych, piegowatych policzkach. Po chwili także rozpłakał się na dobre i oboje potrzebowali sporo czasu, aby się uspokoić.
    Poczuł ulgę, kiedy Scott w końcu odsunął się i objął dłońmi jego twarz. Widział, że wciąż drżał, ale przynajmniej znacząco się uspokoił. Adam wziął głęboki oddech i pociągnąwszy nosem, wytarł mokre od łez oczy.
    — Przepraszam — powtórzył po raz kolejny. Nie potrafił spojrzeć mu w oczy, nie chciał widzieć tych jadeitowych ślepi wciąż wypełnionych łzami. Wyrzuty sumienia okazały się zbyt duże, aby miał na to odwagę. — Nic mi nie jest. To... to jest całkowicie normalne, zaufaj mi — wiedział, że brzmi to absurdalnie, ale tak, było to normalne. Gdyby nie lekarstwa, które zażywał, a przynajmniej powinien zażywać, zasypiałby w tej sposób nawet kilkanaście razy dziennie. Ataków snu ani katapleksji nie dało się wyeliminować całkowicie, ale można było je przynajmniej ograniczać do minimum. — To jest taka choroba... ja jestem chory — wyrzucił to z siebie w końcu. — Na narkolepsję.

    a

    OdpowiedzUsuń
  76. Oboje wyglądali jak dwie kupki nieszczęść, choć Adam nieskromnie uważał, że wyglądał zdecydowanie o wiele, wiele gorzej, wliczając w zapłakane oblicze tuzin siniaków i jeszcze więcej malinek. Jednym słowem, sponiewierany i to do granic możliwości. Podobnie sponiewierany czuł się na duszy, czego nie potrafił do końca wytłumaczyć. Phoenix dawał mu wszystko, czego w życiu mu brakowało; dawał mu najwięcej szczęścia, jak tylko się dało, a mimo wszystko wciąż towarzyszyło mu to dziwne, nieprzyjemne uczucie niepokoju.
    — No wiem... — spuścił wzrok, wbijając go w podłogę. Wyrzuty sumienia jeszcze nigdy nie były tak brutalne i złośliwe jak teraz.
    Zdawał sobie sprawę z tego, w jaki stan wprowadził Scotta; przekonał się o tym przecież na własnej skórze. Dwudziestolatek nie musiał mu tego wcale tłumaczyć, choć jego charakterystyczny słowotok zdecydowanie uspokoił chłopaka. Skoro Phoenix znów nawijał jak opętany, to wszystko wracało do normy. Wszystko zaczynało być dobrze.
    Słuchał uważnie wyjaśnień Nixa, choć uznawał je za zupełnie zbędne; przecież nie musiał mu się tłumaczyć. Gdyby on zastał go w takim stanie, nie zareagowałby inaczej. Pewnie spanikowałby jeszcze bardziej, ba, nie byłby w stanie działać racjonalnie; nie pomyślałby o wezwaniu pomocy, tym bardziej o pozycji bezpiecznej, zapewne rozpłakałby się i po prostu czekał na jakiś cud.
    — Wytłumaczę ci wszystko — obiecał. Dużo obietnic zdążył już dzisiaj złożyć.
    Nigdy nie podejmował takiego ryzyka. Raczej nie był dobry w dotrzymywaniu obietnic, ale zależało to oczywiście od tego, komu i jakie obietnice składał. Miał zamiar dotrzymać każde dane Phoenixowi słowo. Nie mógł go zawieść ani rozczarować. Nie jego. Nie chciał go skrzywdzić w żaden sposób, nigdy więcej. Nigdy więcej nie chciał widzieć jego łez, pragnął zaznawać tylko jego uśmiechu, ciepła, bliskości, czułości... Dlatego też odetchnął z ulgą, kiedy Scott ponownie się do niego zbliżył. Każdy gest był dla Adama nad wyraz ważny. A to przecież dlatego, że... no właśnie. Właśnie to mu tak ciążyło na sercu. Dlaczego tak bardzo cieszyło go to wszystko, co wychodziło od Nixa w jego stronę, począwszy od najkrótszego spojrzenia, przez słowa i uśmiech, do namiętnych czułości, których oboje zaznawali wczoraj.
    Co prawda już się uspokoił, ale tylko kiedy poczuł drżące od płaczu wargi Phoenixa na swoich ustach, znów zapiekły go oczy. Od łez. Cholera jasna, miał dosyć tego, że ciągle tylko płakał. W zasadzie, to zawsze potrafił tylko się rozpłakać. Kiedy było mu źle – płakał, kiedy był szczęśliwy – płakał, kiedy był z Phoenixem – również płakał. Ale Phoenix łączył to wszystko w jednym; zarówno euforię, jak i smutek, rozpacz, strach. Wszystkie te emocje połączone ze sobą tworzyły uczucie wdzięcznie nazywane miłością.
    Znalazłszy się na kolanach dwudziestolatka, całe jego ciało i umysł ogarnął spokój. Błogi spokój, ale niestety, tylko chwilowy. Siedzieli w tejże pozycji także wczoraj, lecz tym razem chłopak nie miał zamiaru doprowadzać do podobnej sytuacji; inne priorytety krążyły mu po głowie. Podobnie jak przed chwilą, ostrożnie oparł czoło o czoło szatyna; znajdując się nieco wyżej, czuł jego ciepły, drżący oddech na swojej brodzie oraz szyi. Obdarzył jego policzek czułym dotykiem, opuszkami palców zbierając resztki łez. Gładził go tak przez chwilę, jednakże zamarł, słysząc pytanie Scotta. Dla niego samego wydawać się mogło pewnie oczywiste i zupełnie nie takie, jak odebrał je Adam. Chwyciło go za serce i przyprawiło wręcz za mdłości ze zdenerwowania. Cholera...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opuścił dłoń, lecz nie odsunął się od zielonookiego. Wciąż opierał się o jego czoło, w ten sposób przynajmniej unikając jego przenikliwego spojrzenia, które odzierały go ze wszystkiego – resztek spokoju, resztek prywatności, resztek zdrowego rozsądku. Położył dłonie na własnych udach i tam zacisnął je w pięści. Męczyło go to tak cholernie bardzo cały dzień. Ale nie tylko dzisiaj. Wczoraj także. I jeszcze wcześniej. Nie do końca był tego świadomy. Aż do teraz.
      — Tak... jest coś, o czym powinieneś wiedzieć — wyszeptał Adam, a głos drżał mu teraz ze zdenerwowania o wiele bardziej niż z wciąż trzymającego ich oboje strachu.
      Powiedział to tak, jakby był to największy sekret na świecie, najbardziej intymny, którego wyjawić obawiał się nawet Nixowi. Zwłaszcza Nixowi. Cholernie długo zbierał się w sobie, aby zmusić samego siebie do wyduszenia z głębi serca tej ogromnej tajemnicy.
      — Kocham cię, Phoenix.





      TYLKO JA TAK POTRAFIĘ SPIERDOLIC WSZYSTKO



      NIE POZDRAWIAM

      Usuń
  77. Czarnowłosy trwał spokojnie, cierpliwie, siedząc na kolanach dwudziestolatka, wciąż z czołem opartym o jego czoło. Trwał i czekał jak na skazanie, bojąc się nawet drgnąć, bojąc się nawet oddychać, a właśnie ten oddech tak cholernie drżał i zdradzał jego marne położenie oraz burzę emocjonalną, która miała w nim miejsce. W jego sercu. Milczenie Phoenixa wcale mu w tym nie pomagało, ale rozumiał, że jego bzdurne słowa musiały go mocno uderzyć. Zapewne teraz przetrawiał je oraz analizował, a reakcji i odpowiedzi na tę analizę Lawliet tak bardzo się obawiał. Nie mógł tego dłużej w sobie dusić, musiał wyznać chłopakowi swoje uczucia, których w końcu był pewien. Zdążył już przekonać się o tym, jak cholernie niepoważnym i zdradliwym uczuciem było zakochanie. Jak bardzo nieprzewidywalnym. Gdyby nie ono, nigdy nie otworzyłby się tak bardzo przed Scottem; w jego towarzystwie po prostu nie mógł postępować inaczej. Mówił i działał tak, jak nigdy przy nikim innym by się nie zachował, ale chciał tego i czuł, że tak po prostu musi.
    Zacisnął mocniej powieki, czując jak łzy zbierają się w jego oczach w ogromnej ilości, kiedy dwudziestolatek w końcu się odezwał. Tak, Adam jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, że to było kompletne szaleństwo. W końcu dopiero się poznali. Phoenix miał rację. Cholera jasna. Tak bardzo chciał uciec z jego kolan, ale coś wyjątkowo silnie go przy nich trzymało; i dobrze, bowiem dzięki temu miał okazję usłyszeć resztę wyznania szatyna. Zadrżał, czując jego dłonie, zadrżał jeszcze mocniej, czując jego wargi na swoim policzku.
    — Phoenix, poczek... — chciał mu przerwać, odsuwając się od niego nieco, ponieważ nie do końca rozumiał, do czego chłopak zmierza. Na całe szczęście, nie udało mu się to. Zamarł, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia i wpatrując się w jego twarz. Nie zdołał powstrzymać łzy, która zaznaczyła ślad na jego policzku. Tak, zdecydowanie zawsze płakał, w każdej sytuacji. — Co...?
    Wiedział, że Scott także coś do niego czuje, a przynajmniej miał taką nadzieję. Miał nadzieję, że odwzajemniał jego uczucia, ale jakoś nie do końca potrafił w to uwierzyć. Uznawał siebie za głupca, tylko dlatego, że tak szybko oddał komuś swoje serce; nie sądził, że ktoś inny także będzie w stanie to uczynić. Dla niego zwłaszcza. Uważał to za skrajną głupotę... aby ktoś oddawał mu swoje serce. Nie zasługiwał na to. Nie zasługiwał na miłość z niczyjej strony, a co dopiero Phoenixa. Phoenix zasługiwał na kogoś lepszego, na kogoś, kto wyciągnąłby go w końcu z tego całego cierpienia przeszłości, pokolorował życie na nowo, kogoś, dla kogo chciałby żyć i być szczęśliwy. Adam nie wierzył, że jest mu w stanie to wszystko zaoferować, a co dopiero zapewnić. Zamiast tego miał do siebie okropny żal za to, że zwala na niego swoje smutki, swoje problemy i swoje cierpienie.
    Nie oczekiwał, że Scott powtórzy swoje słowa, a sam miał coraz większy mętlik w głowie. Czy aby na pewno się nie przesłyszał? To zdanie brzmiało tak nienaturalnie, kiedy je analizował w swojej głowie. Zwyczajnie nie potrafił w to uwierzyć. Wydawało mu się to zbyt proste. Zbyt piękne. Wpatrywał się w te jadeitowe ślepia, głęboko nie dowierzając, a jego własne srebrne oczy wypełnione były łzami, które wciąż spływały po jego piegowatych policzkach. Pragnął coś powiedzieć, cokolwiek, podziękować mu w jakiś sposób, ale... po prostu nie odnajdywał w swoim umyśle żadnych odpowiednich słów. Milczenie dłużyło się niemiłosiernie im obu, dopóki Lawliet wreszcie nie pękł wewnętrznie, chwytając Phoenixa obiema dłońmi za policzki i składając na jego ustach pocałunek. Pocałunek wypełniony po brzegi właśnie tym uczuciem, które obaj sobie wyznali. Miłością.

    Phoeliet confirmed.

    OdpowiedzUsuń
  78. Lawliet podzielał obawy Phoenixa w stu procentach. Nie potrafił powiedzieć ich na głos, nie do końca je rozumiał, ale w końcu był ich świadomy. Świadomy tego, że to właśnie przez te obawy nie był pewien swojego uczucia do Scotta.
    — Ja ciebie także — tchnął, obejmując go rękoma.
    Oddychał szybko i płytko nawet po tak krótkim pocałunku. Emocje buzowały w nim równie mocno co pierwszej wspólnej nocy z Phoenixem, jak i poprzedniej. Ale nie zwiastowało to niczego dobrego. Zazwyczaj w takich przypływach uczuć najczęściej doznawał ataku katapleksji lub po prostu napadu snu. Dlatego starał się z całych sił uspokoić, ukoić nerwy, ukoić strach, pozostawić na wolności jedynie euforię, która wraz z ciepłymi, przyjemnymi płomykami ogarniała jego duszę, umysł oraz ciało.
    — Ale tego malucha tak łatwo ci nie wybaczę — fuknął.
    Nie był przecież wcale tak niższy od Scotta. Tylko kilkanaście centymetrów, nawet nie. Fakt, był drobny, na dodatek wychudzony, ale nie aż tak. No chyba, że Nix miał na myśli co innego... zarumienił się na samą myśl o tym, która tylko bardziej uraziła jego dumę. Wcale nie był taki mały.
    W końcu westchnął i przymknął powieki. Oburzył się oczywiście w żartobliwy sposób, co tylko pomogło mu się wyluzować. O ile można było być wyluzowanym siedząc na kolanach Scotta, znajdując się w jego ramionach... a teraz jeszcze będąc całowanym przez niego, całowanym tymi gorącymi wargami. Co prawda, było to jedyne przelotne muśnięcie w szyję, wyjątkowo delikatnie, ale i tak wywołało na całym jego ciele straszne ciarki i dreszcze.
    — Może... — szepnął, rumieniąc się jeszcze bardziej.
    Tak, ukradł mu ją, bowiem tylko ona leżała w zasięgu jego ręki. Oczywiście, miał do wyboru jeszcze swoją własną, ale po prostu nie mógł się oprzeć tej pokusie. Koszulka Phoenixa... czy mogłoby być coś lepszego? Do tego cały dzień noszona, przesiąknięta jego zapachem; czysty T-shirt nijak się miał do tego w stu procentach feniksowego. Nosił go z dumą i ogromnym szczęściem przez cały dzień, a ilekroć miał ochotę, zaciągał się jego zapachem i przynajmniej chwilowo zaznawał bliskości Scotta. Tak bardzo mu go brakowało przez cały dzień. Tak bardzo się stęsknił, za nim całym, bez wyjątku. Za jego głosem, za jego paplaniną, za jego śmiechem i uśmiechem, za jego spojrzeniem, za jego objęciami, za jego dotykiem, za jego ustami... za jego bliskością. Kochał go w całości, każdy najmniejszy element składający się na Phoenixa był dla niego skarbem, nawet te blizny, których Nix tak nie cierpiał. Adam także nienawidził swoich, tak jak nienawidził swoich oczu oraz piegów, ale odkąd Scott powiedział, że są piękne... po prostu nie mógł go karać i odbierać mu ich widoku, skoro je tak uwielbiał. Zdecydował się przezwyciężyć własne lęki oraz kompleksy. Dla niego. Dla Phoenixa.
    — Ty mi wystarczysz — odparł, wciąż tuląc się do niego. Nie miał zamiaru się odsuwać, ani go wypuścić. Właśnie zaczynali wspólny weekend, a zgodnie z niepisaną umową, weekendem Phoenix miał być tylko jego własnością.

    co teraz?

    OdpowiedzUsuń
  79. Ciało Adama przeszył bardzo łatwy do zobaczenia oraz poczucia dreszcz, kiedy Nix tylko dotknął jego nagiej skóry. Jego dłonie były bardzo ciepłe, tak jak mógł się tego spodziewać; w końcu był Feniksem, a ogień należał do atrybutów tego ptaka. Ten sam ogień został rozpalony w jego sercu, ale jak dotąd stanowił źródło przyjemności oraz ciepła, nie zagrożenia. Podobny ogień trawił wczoraj jego ciało, kiedy pozwolili sobie na nieco bardziej namiętne czułości niż pocałunek. Lawliet w zgodzie z samym sobą stwierdził, że do dotyku Phoenixa nie przyzwyczai się tak szybko, o ile w ogóle, a już na pewno mu się nie znudzi. Drżał za każdym razem, kiedy się do niego zbliżał; nie musiał nawet go dotykać, wystarczyło, że próbował to zrobić lub chociażby to planował.
    Zastanawiał się, czy Scott znał lub raczej czy pamiętał położenie malinek na jego ciele, które w końcu sam wykonał. Nawet Adam nie pamiętał ich wszystkich, a patrząc w lustro, długo liczył, gubiąc się kilkakrotnie. Dwudziestolatek przeszedł pod tym względem samego siebie, a chłopak wiedział, że nigdy mu nie dorówna. Nawet nie chciał. Zdecydowanie podobało mu się to, w jakiej relacji się znajdowali; Adam czuł się wyjątkowo dobrze będąc tym młodszym, niewinnym, bezbronnym przed Scottem. Nie musiał tego nawet udawać, po prostu taki był. Cieszył się i wręcz napawał tym, że jego Feniks bez słów stanowił przeciwieństwie i dopełnienie jego charakteru, przez co trwali w idealnej symbiozie. Lawliet całkiem nieskromnie nazwałby tę relację doskonałym mutualizmem (jak na biologiczne rozszerzenie przystało) i miał nadzieję, że rzeczywiście tak było. Phoenix jak dotąd nie dawał żadnych oznak tego, że było mu źle u jego boku. Cóż, Adam nawet z komensalizmu byłby zadowolony. Byleby nie okazać się pasożytem.
    Wtulony w Phoenixa, był w dziewięćdziesięciu dziewięciu koma dziewięciu procentach pewien, że w końcu Nix przerwie tę ciszę. Znali się bardzo krótko, ale tak jak szybko zakochali się w sobie, tak szybko poznawali siebie nawzajem. Pomimo tego, iż Adam wolał cieszyć się milczeniem oraz ciszą, która była sprawcą przyjemnych myśli, trwając w bliskości z ukochaną osobą, gadatliwość Scotta pokochał równie mocno, co jego samego. Bez tego wiecznego potoku słów po prostu nie byłby ze sobą, a ze względu na to Lawliet czuł się przy nim jak prawdziwy niemowa. Co prawda, pewnemu panu z Klubu Bezgranicznej Miłości oraz Poświęcenia Poetom Polskiego Romantyzmu nigdy nie dorówna, ale mało go to interesowało.
    — Przecież planowaliśmy iść gdzieś — przypomniał mu, delikatnie się od niego odsuwając, z równie delikatnym uśmiechem.
    Nie cierpiał planować, bowiem bał się, że te plany po prostu się zmienią lub zepsują całkowicie, co spowoduje u niego żal i rozczarowanie. Tylko dlatego nie lubił tego robić. O ile Scott miał zamiar dotrzymać tych planów, to mógł sobie planować do woli. Cierpliwie wysłuchał wszystkiego, co miał do powiedzenia, bowiem nie chciał już nigdy więcej wcinać mu się w słowo. Nie tak ostatnio.
    — Najpierw pizza, potem kino? — Zaproponował.
    Umierał z głodu. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz jadł jakiś pożywniejszy posiłek niż paczka chrupek dzisiaj rano oraz przed wczorajszymi ćwiczeniami na lodowisku. Ale nie chciał się do tego przyznawać Nixowi.
    — Phoenix... — szepnął, dotykając z czułością jego policzka i przysuwając się do niego bardzo blisko z powrotem. Spojrzał mu prosto w oczy. — Nie potrzebuję przyzwoitki... — zapewnił go. W jego spojrzeniu kryło się coś bardzo dwuznacznego, nad czym sam nie do końca potrafił zapanować. — I nie chcę — szepcząc to, musnął ustami wargi dwudziestolatka, w bardzo delikatny sposób, aby następnie nieco drapieżniej rozchylić je własnym językiem. Wyjątkowo szybko się uczył.

    Dziękuję za to, że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  80. Podzielał zdanie Phoenixa. Wiedział, że jeśli znów oddadzą się przyjemności i nie będą trzymać emocji na wodzy, nie wyjdą dziś z tego pokoju. Nie żeby Adamowi bardzo to przeszkadzało. Nie przeszkadzało wcale. Najchętniej zostałby właśnie tutaj, ciesząc się jego bliskością, napawając się jego dotykiem. Dotrzeć razem z Scottem do krainy rozkoszy, zanurzyć się w niej, zostać tam. Zasnąć znów u jego boku. Ale szkoda było mu na to dnia. Dokładnie to samo mogli zrobić, kiedy już wrócą tutaj; do tego wizja randki, pierwszej prawdziwej randki z dwudziestolatkiem wywoływała u niego ogromną ekscytację. Nie mógł się już tego doczekać.
    Bardzo niechętnie pogodził się z tym, że został odsunięty i odłożony na bok. Udawał nawet naburmuszonego, ale kiepsko mu to wychodziło; zaobserwował, że kiedy przybiera obrażoną minę, Nix tylko bardziej się z niego śmiał. Doszedł do wniosku, że ani trochę z tego nie korzysta, dlatego postanowił zaprzestać takiemu postępowaniu. Obserwował go jednak uważnie, siedząc na łóżku z rękoma podpartymi za plecami.
    — Nie chcę się przebierać — odparł stanowczo, ale na jego czystych od makijażu policzkach pojawił się szkarłatny rumieniec.
    Nie potrafił się do tego przyznać, ale cholernie mocno podobała mu się aktualna pozycja w relacji między nimi dwoma, którą zajmował. Ściślej mówiąc, uwielbiał fakt, że to on nosił ubrania Phoenixa, a nie na odwrót. Że Scottowi podobał się ten widok. Że wczoraj patrzył na niego z dołu i nie bardzo miał prawo do jakiegokolwiek sprzeciwu. Cholernie bardzo go to kręciło. Co gorsza, było mu cholernie mało atencji Phoenixa. Dlatego podkradł mu jego koszulkę i absolutnie się tego nie wstydził. No, może troszeczkę.
    — Ale bluzą bym nie pogardził... — dodał ciszej, o wiele bardziej nieśmiało. Im więcej rzeczy Phoenixa, tym lepiej, prawda? Tym bardziej, że miał zamiar dzielić się nimi dobrowolnie.
    Laliwet nie lubił zostawiać swojego kociaka samego, ale w tej sytuacji wyjątkowo nie chciał go ze sobą zabierać. Pragnął skupić całość swojej uwagi tylko i wyłącznie na Scottcie, a tak, to musiał uważać także na Lysandra. A on nie zawsze był taki posłuszny jak sprawiał pozory teraz. Z pewnością nie przesiedziałby długiego seansu w torbie ani nie oparłby się pokusie sprawdzenia, co tak przepysznie pachnie, gdyby poszli na pizzę.
    Obserwując, jak Phoenix rozpakowuje się, w końcu nie wytrzymał; zlazł z łóżka i kiedy chłopak szukał w szafie bluzy dla Adama, zakradł się do niego po cichu, by go objąć od tyłu. Stanął na palcach, by zajrzeć mu przez ramię i sam niezdarnie sięgnął na półkę, skąd wyciągnął schludnie złożoną, prawdopodobnie największą ze wszystkich, prostą, szarą bluzę z kapturem, zapinaną na zamek. Przy tym zrzucił na podłogę kilka innych ubrań, które na tej właśnie bluzie były ułożone. Uśmiechnął się i przepraszająco musnął wargami ucho chłopaka, odsuwając się i z dumą zakładając swoją zdobycz na siebie.
    — Ja jestem już gotowy — wyszczerzył się, przeglądając się w lustrze. Malinka na jego szyi zapewne nie pozwoliłaby się ukryć nawet pod szalikiem. Wyglądała tak, jakby ktoś naprawdę wyjątkowo mocno go pobił. Lawliet był z niej dumny. — Jeśli pozwolisz, to zostawię Lysandra tutaj. Podoba mu się tu — rzekł, kucając przy kocie, który plątał mu się pod nogami. Kocur zamruczał szczęśliwy, prawdopodobnie rozumiejąc słowa swojego pana.
    Adam nie miał zamiaru zakładać butów, to było oczywiste, jednak i tak musieli wpaść do jego pokoju, aby wziął portfel i drobne oszczędności. Tym samym przypomniał sobie o lekarstwach, których nie brał już od dwóch dni; zaplanował zapobiegawczo zażyć podwójną dawkę.
    — Skoczymy jeszcze do mojego pokoju na chwilę, dobrze? — Upewnił się, że Nixowi to nie przeszkadza, szukając po kieszeniach klucza do 109.

    stóweczka!

    OdpowiedzUsuń
  81. Pożegnali się z Lysandrem i opuścili pokój Phoenixa. Adam prędko przeskoczył te kilka metrów korytarza, aby znaleźć się u siebie; w przeciwieństwie do Scotta nawet nie musiał otwierać drzwi kluczem, bowiem zostawił je otwarte. Średnio dbał o swoją własność; kiedy miał Lysandra przy sobie, to w pokoju nie miał już nic wartościowego. No cóż, oprócz pieniędzy otrzymywanych od ciotki, odkładanych w jednym miejscu od kilku miesięcy. Podebrał z nich trochę, wpadając przy okazji na pomysł, że teraz to on postawi Scottowi pizzę. W końcu ostatnim razem nie dorzucił się nawet groszem do rachunku, a owej pizzy nawet nie zjedli, tak więc wciąż czuł wyrzuty sumienia. Mógłby przy okazji kupić coś smacznego dla Lysandra, skoro zostawili go samego. Należała mu się drobna rekompensata, ale Adam nie chciał towarzystwa kota. Nie chciał mieć przyzwoitki. Pragnął spędzić ten wieczór sam na sam ze Scottem, skupiając się tylko i wyłącznie na nim.
    Prócz pieniędzy wygrzebał z szuflady szafki nocnej opakowanie z tabletkami. Nie miał za bardzo czasu brać ich wszystkich teraz, dlatego stwierdził, że ile będzie pamiętał, to po zjedzeniu pizzy łyknie ze dwie lub trzy tych najważniejszych leków, aby nadrobić deficyt spowodowany swoją słabą pamięcią. Wcisnął je do kieszeni płaszcza razem z pieniędzmi i zaraz wyszedł ze sto dziewiątki, zamykając drzwi tym razem na klucz.
    — Wziąłem — poinformował Scotta z delikatnym uśmiechem, przelotnie muskając jego wargi. — Ale butów nie biorę — burknął, zamykając drzwi i chowając klucz do kieszeni.
    Miał nadzieję, że Nix zdoła to uszanować i w końcu się do tego przyzwyczai. Dla Adama było to już wręcz naturalne, że buty były mu kompletnie niepotrzebne; mogło wydawać się to głupie, ale biegając na bosaka lepiej odnajdował się w otoczeniu. Prawdopodobnie dzięki temu lepiej zapamiętywał, gdzie znajduje się jaka powierzchnia, którą czuje pod stopami.
    Zacisnął palce na jego dłoni. Tak, ta forma bliskości była wręcz idealna. Poza tym, idealnie pasował mu sposób, w jaki trzymali się za ręce; podobnie ich dłonie idealnie do siebie pasowały. Wszystko było po prostu idealne.
    Przez całą drogę uważnie słuchał dwudziestolatka, choć oczywiście, jak na Lawlieta przystało, nie odezwał się prawie wcale. Miał nadzieję, że do tego także Scott zdoła przywyknąć. Czarnowłosy po prostu na ogół nie mówił za wiele; wolał słuchać i nieskromnie twierdził, że był w tym całkiem dobry, chociaż nieczęsto miał ku temu okazje. W końcu, jeśli z nikim nie rozmawiał, to także nie miał kogo słuchać. A Lysander nie należał do zbytnio rozmownych osobników, nie licząc narzekania na karmę.
    W międzyczasie zdał sobie sprawę z tego, że kompletnie nie pamiętał drogi do pizzerii. Prawdopodobnie dlatego, że kiedy ostatnio prowadził go do niej Phoenix, był bardziej skupiony na jego osobie niż na tym, dokąd właściwie idą; poza tym, wówczas miał na sobie buty, a zatem uznał tę sprawę za rozwiązaną. Nie kojarzył nawet nazwy lokalu, ale kiedy tylko do niego dotarli, pamięć nagle mu wróciła. O tak, pizzę podawali tutaj naprawdę dobrą, szkoda tylko, że ostatnio brutalnie im przerwano. Bardzo chciał, aby ta randka, ich pierwsza prawdziwa randka, wypadła idealnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem lokal prawie świecił pustkami; Scott był świeżo po lekcjach, a nie skończył wcale tak późno, zatem właściwa pora obiadowa była dopiero przed nimi. Mając do wyboru większość miejsc w pomieszczeniu wybrali oczywiście to samo, co ostatnio. Prawdopodobnie oboje zakodowali sobie, że ten mały stolik w kącie przy ścianie należy już oficjalnie do nich. Co z tego, że znów nie mogli pomieścić pod nim swoich długich nóg.
      — Właściwie, to... powiedzmy, że wybrałem już jakiś film — mruknął niepewnie czarnowłosy, nieśmiało zerkając na Nixa.
      Nie miał bladego pojęcia o jego gustach muzycznych, dlatego bał się proponować produkcję, która ostatnio wpadła mu w oko. Ale naprawdę bardzo, bardzo chciał zobaczyć ten film, niekoniecznie na dużym ekranie, ale skoro mieli ku temu taką okazję, to czemu nie miałby powalczyć o swoje małe marzenie?
      — Pomyślałem sobie o "Pięknej i Bestii", ostatnio miał premierę, ale jeśli nie chcesz, to oczywiście nie musimy... — mamrotał niewyraźnie pod nosem. Nie był pewien, czy Phoenix cokolwiek zrozumiał z jego paplaniny i w zasadzie miał nadzieję, że nie zrozumiał absolutnie niczego. Pierwszy raz wpadł w słowotok.

      przepraszam. Kocham Cię, Owco <3

      Usuń

  82. Szesnastolatek spodziewał się usłyszeć raczej odmowę, bowiem domyślał się, że nie każdy dorosły już facet lubił oglądać produkcje dla dzieci. Fakt faktem, bajki, szczególnie Disneyowskie, miały w sobie coś takiego, że chwytały i urzekały nawet dorosłych; tak przynajmniej uważał Adam. Tym bardziej ekranizacja jednego z większych klasyków nie mogła tak po prostu ominąć Lawlieta. Podejrzewał nawet, że skierowana była bardziej do dojrzalszej widowni niż małolatów, ale i tak spodziewał się raczej tłumu dzieciaków w kinie. Nie żeby jakoś specjalnie miałoby mu to przeszkadzać; i tak planował zająć te podwójne miejsca na samej górze sali, aby w połowie o ile nie na początku filmu uwalić się na Phoenixie. Zdecydowanie miał poważne plany na ten seans, na tę randkę, zdecydowanie bardzo, bardzo zuchwałe. Sam nie wiedział, skąd bierze się to w jego głowie, ale po prostu chciał. Chciał robić pewne rzeczy, by w tej sposób okazywać Scottowi swoją miłość. Pragnął by chłopak był jej świadomy zawsze i w każdym momencie, aby ją czuł, aby nie musiał przypominać mu o tym słowami.
    Uśmiechnął się szeroko i odetchnął z ulgą. Nie uśmiechał się zbyt często, tylko dlatego, że nie bardzo lubił swój uśmiech; należało jednak przyznać, że uśmiech posiadał wręcz przecudny. Szczery, prawdziwy, uroczy... po prostu piękny. Szczególnie dla Phoenixa mógł wydawać się tak piękny i wyjątkowy, jak tylko Adam go nie postrzegał. I dlatego właśnie przy Phoenixie nie wstydził się uśmiechać.
    — Jak dobrze, że się zgadzamy — rzucił, nie chcąc przerywać Scottowi jego naturalnego słowotoku.
    Cieszył oczy jego euforią tak długo, jak tylko się dało. Cholera jasna, pragnął patrzeć na takiego szczęśliwego Phoenixa bez przerwy. Zdecydowanie był to najpiękniejszy widok na świecie.
    — Wiesz, wstyd mi się do tego przyznać, ale dziewięćdziesiąt pięć procent produkcji Disneya znam prawie na pamięć — wyznał, przygryzając wargę. Sięgnął ponad stół i krótko pogłaskał szatyna po policzku.
    Drgnął jednak i zamarł z dłonią przy jego twarzy, kiedy do jego uszu dotarło to stwierdzenie. Cholera. Scott zdecydowanie powinien uważać na słowa, bowiem takie w szczególności mocno uderzały w Adama, w jego uczucia, we wszystko. Cholernie dużo dla niego znaczyły. Nie rzucał nigdy takich słów na wiatr.
    — Pewnie w Maine — szepnął, nie mogąc powstrzymać czułego uśmiechu. Był po prostu zbyt szczęśliwy, by tego nie zrobić, choć w kącikach oczu czuł łzy.
    Na całe szczęście z tego stanu wyrwał go kelner, a raczej zapach pizzy, która odsunęła wszystkie emocje na bok; teraz liczyło się tylko zaspokojenie dzikiego głodu, a nic nie było w stanie uczynić tego lepiej niż pizza pepperoni.
    — Dobrze — odpowiedział z pełnymi ustami, przez co Scott zapewne nic z jego odpowiedzi nie zrozumiał. Jakby tego było mało, umorusał sobie policzek sosem pomidorowym; nie mogło się to skończyć inaczej w momencie, kiedy pochłaniał kawałki pizzy w sekundę.
    Fakt faktem, biodro wciąż cholernie mocno go bolało, ale nie był to jakiś śmiertelny ból. Bywało gorzej. Musiał po prostu przeżyć tego siniaka. Pod nieobecność Nixa posmarował go jeszcze maścią, co odrobinę łagodziło obrzęk. Z kolei jego stopa miała się o wiele lepiej; opuchlizna zniknęła całkowicie, a obdarcia, dobrze opatrzone, nawet mu nie przeszkadzały, kiedy tak biegał na bosaka.

    300 słów w wydaniu Mickiewicza

    OdpowiedzUsuń
  83. Lawlietowi nie umknęło nagłe wyciszenie się Phoenixa. Domyślał się, że spowodowane było reakcją na jego słowa, jednak wolał upewnić się w tym upewnić. Obserwował go uważnie, konsumując pizzę. Cholera jasna, nie chciał go tym urazić. Był tak bardzo szczęśliwy z tego powodu, dokładniej mówiąc przez to, co Nix powiedział. Chciał mu odpowiedzieć tym samym, ale uznał to za głupie.
    Będąc już pewnym, że Scott źle odebrał jego reakcję, już odłożył pizzę, chcąc coś powiedzieć, kiedy szatyn pochylił się nad stołem; miał dziwne deja vu, a raczej prawdziwe wspomnienie. Już kiedyś przechodzili przez podobną sytuację, kiedy jedli wspólnie babeczki w szkolnej stołówce. Czarnowłosy zarumienił się, obserwując Nixa uważnie, jego usta, jego oczy, jego mimikę. W niekontrolowanym impulsie zatrzymał go ponad blatem, nim wrócił na swoje miejsce, aby złożyć na jego ustach szybki, czuły pocałunek. Miał nadzieję, że to rozwieje wszelkie jego wątpliwości i poprawi mi humor, a wracając na krzesło, oblizał delikatnie wargi, powoli, aby zielonooki na pewno miał okazję to zauważyć.
    — W Maine i czekałem na ciebie — odparł z delikatnym uśmiechem, wracając do jedzenia pizzy.
    W tym jego uśmiechu kryło się trochę więcej niż tylko ogrom miłości, czułości i uroku; w tamtej chwili przypominał nieco uśmiech szelmy, jakby coś planował, jakby maskował swoje "nikczemne" intencje.
    — Pytanie tylko, gdzie ty wtedy byłeś — wytknął na niego figlarnie język nim znów zabrał się za jedzenie.
    Dźwięk komórki przyprawił go o mały zawał. Absolutnie nie spodziewał się, że ktoś będzie chciał przerwać im tę chwilę. Spodziewał się, że Scott odbierze, dlatego zamilkł i napił się coli. Coli, którą prawie opluł się chwilę później.
    — Możliwe?! — Fuknął. — Nawet nie pamiętasz, czy mu mówiłeś, czy nie? A myślałem, że to ja mam problemy z pamięcią... — westchnął, ale zaraz uśmiechnął się i zachichotał. — Cholercia, czyżby czekało mnie teraz małe przesłuchanie? — Uniósł brew.
    Prawdę powiedziawszy, to nawet nie spodziewał się ani przez sekundę nie myślał o tym, że kiedykolwiek będzie miał okazję poznać wuja Scotta. Nie wybiegał aż tak bardzo w przyszłość, nie lubił tego z tych samych powodów, dla których nie lubił planować. Bał się, że wszystko drastycznie się zmieni.
    — Oczekuję jakichś wyjaśnień — mruknął. — Co znaczy "w szoku"? I co mu o mnie powiedziałeś? Gadaj, ale już. Mam zakładnika — to rzekłszy, odnalazł pod stołek nogę Phoenixa i objął ją mocno własnymi, ciagnąc przy tym w swoją stronę.

    WSZYSTKIE WARUNKI SPEŁNIONE TROLOLO

    OdpowiedzUsuń

  84. Kochanie...? Lawliet przygryzł mocno dolną wargę. Cholera jasna. Phoenix nie powinien mówić takich rzeczy. To znaczy, powinien, powinien jak najbardziej, jak najczęściej, ale niekoniecznie publicznie. Adam był bardzo wrażliwym chłopakiem i bardzo szybko się rozklejał. Nikt nigdy nie mówił do niego w ten sposób, nikt nigdy go tak nie nazywał. Nikt nigdy nie podkreślał, że go kocha. Słowo wypowiedziane przez Nixa sprawiło, że ciepło w jego sercu jeszcze bardziej urosło, ale nie potrafił odpędzić łez wzruszenia. Nie cierpiał samego siebie za tę wrażliwość właśnie, bowiem na wszystkie emocje reagował tak samo - płaczem. Na szczęście, smutek, złość. Obawiał się, że Scott jeszcze dobrze nie rozróżniał jego emocji, dlatego nie chciał, by znów przypadkiem pomyślał, że jego słowa go uraziły. Wręcz przeciwnie. Uszczęśliwiły go. I to cholernie mocno.
    — Tygrysie — prychnął i puścił jego nogę, a raczej tylko rozluźnił ścisk kończyn, nadal trzymając ją przy sobie. — Uważaj na słowa, Phoenixie Scottcie.
    Zaraz sięgnął z powrotem po kawałek pizzy, który zdążył już znacząco wystygnąć. Przy Nixie głód spadał jakoś na dalszy plan, czego nie do końca rozumiał. Zazwyczaj potrafił zjeść o wiele, wiele więcej, jednak przy nim jakoś dziwnie kurczył mu się żołądek. Pomimo tego, w czasie kolejnego monologu szatyna, zdołał zjeść następne dwa kawałki; łącznie zjadł ich pięć, został jeszcze tylko jeden (jeśli chodziło o jego pizzę pepperoni, oczywiście), a brzuch już wręcz mu pękał. Wytarł prędko usta, odkładając talerz na bok i przypatrywał się zielonookiemu, kiedy ten kończył mówić oraz jeść.
    — Pięknego chłopaka — parsknął pod nosem. Nie chciał nawet wiedzieć, co pomyślał sobie szanowny wujaszek Scotta, niemniej jednak, ponownie zrobiło mu się ciepło i równie przyjemnie.
    Cieszył się, że jego biedny, skrzywdzony przez życie Feniks miał jeszcze kogoś bliskiego, kto się o niego martwił, troszczył i rozumiał go. Adam miał zamiar przejąć od niego pałeczkę. Nie do końca był pewien, czy da radę zaopiekować się Phoenixem, ale taką miał nadzieję i zamiar na przyszłość. Obiecał sobie, że nigdy nie dopuści do tego, by ktoś skrzywdził jego Feniksa. Nie ma mowy.
    — Oczywiście, że masz mnie — zapewnił go cichym szeptem, sięgając po jego dłoń ponad stołem. Stoliki w lokalu wyjątkowo ułatwiały mu pewne czynności, które pragnął wykonać; podobnie jak teraz, kiedy chwycił jego rękę i musnął wargami wierzch jego dłoni. — Jestem tylko twój. Pamiętaj o tym.
    Kiedy go puścił, Scott mógł w spokoju dokończyć jedzenie; Adam zaś ukradkiem wyciągnął opakowanie z lekarstwami z kieszeni płaszcza przewieszonego przez krzesło, aby wysypać na dłoń trzy sztuki dużych pigułek i prędko je połknąć, popijając colą. Zerknął na szatyna przez moment, aby upewnić się, że nie przyuważył, ile dokładnie ich zażył.
    W momencie gdy Nix kończył konsumować ostatni kawałek pizzy, Lawliet prędko podniósł się ze swojego miejsca.
    — Wiesz co ci powiem? Dzisiaj ja płacę — wyszczerzył się i jak powiedział, tak zrobił. Nie przyjmował żadnych słów sprzeciwu ze strony dwudziestolatka; uznał, że w ten sposób będą kwita za ostatnią obiado-kolacje w tym miejscu, którą średnio się nacieszyli.
    — No raczej, że się załapiemy — mruknął Lawliet, kiedy wyszli już z lokalu. Nie bardzo orientował się, gdzie znajdowało się najbliższe kino, dlatego tylko wplótł palce w dłoń Scotta i pozwolił mu się prowadzić. — Sprawdziłem dzisiejsze seanse, kiedy byłeś w szkole. Najbliższy zaczyna się za jakieś pół godziny, jeśli się nie mylę.
    Podobno nie lubisz planowania, Adasiu.


    dzie to kino panie władzo

    OdpowiedzUsuń
  85. Adam nie miał tak miłych wspomnień z "poprzedniego życia". Tak właśnie je nazywał. Można by rzec, że swoje "nowe" życie liczył od momentu pojawienia się w nim Lysandra – gdyby nie ten kot, nigdy nie wróciłby do normalności, do normalnego funkcjonowania. Kocię postawiło go na nogi, sam nie wiedział, dlaczego; być może kiedy wyciągał pół żywe maleństwo spod brudnego kontenera zdał sobie sprawę z tego, że to nie on jest najbiedniejszym, najbardziej skrzywdzonym stworzeniem na świecie, a właśnie ta kuleczka. Lysander sprawił, że ponownie zaczynał chcieć żyć. Nauczył się tego od nowa. Znalezienie kocura stanowiło jedno z nielicznych wspomnień, na myśl o których się uśmiechał. Wydarzyło się to niedługo po opuszczeniu przez niego oddziału w szpitalu próbie samobójczej i gdyby nie on, zapewne prędko by tam wrócił.
    Wspomnień z czasu, kiedy żyła jego matka, miał jeszcze mniej. Zapewne spowodowane to było wypadkiem, po którym przez dłuższy czas przechodził częściową amnezję, a także oczywiście tym, że był wtedy po prostu małym chłopcem. Minęło zbyt wiele czasu, by pamiętał dokładnie cokolwiek; jednego jednak nie potrafił zapomnieć i miał nadzieję, że zostanie to w jego pamięci do końca życia. Uśmiech jego matki. Jej uśmiechnięta twarz, jej szare, nie, srebrzyste oczy, które zawsze patrzyły na niego z miłością. Wiedział, że nawet gdyby chciał, nie będzie w stanie zapomnieć tego widoku, bowiem patrząc w lustro, widział właśnie ją. Jego własny uśmiech był jej uśmiechem, podobnie jak oczy i często zagubione spojrzenie. Nie potrafił wybaczyć światu oraz sobie tego, że ją stracił.
    Uśmiechał się czule do Phoenixa, kiedy zmierzali do sali. Słuchał go bardzo uważnie, nawet parsknął śmiechem; ale gdzieś tam próbował ukrywać łzy smutku, które pojawiły się u niego na myśl o matce. Nie chciał zaprzątać tym głowy swojemu Feniksowi, a nawet sobie; wiedział, że rozwodzenie się nad tym jeszcze zepsuje mu dzień. Przeszłość była przeszłością. Miał teraz swoje nowe, coraz to piękniejsze życie. Z każdą chwilą coraz piękniejsze dzięki jednej osobie. Dzięki Phoenixowi.
    Lawliet nie miał zamiaru dopytywać, jakim cudem jego ukochany czyta mu w myślach. Nie konsultowali tego, które miejsca wybierają, a i tak zajęli te, o których myślał Adam – podwójne siedzenie dla dwóch osób, przypominające miękką kanapę. Czarnowłosy wiedział doskonale, dlaczego chce siedzieć właśnie tutaj; w końcu film trwał ponad dwie godziny, a on nie miał zamiaru siedzieć sztywno przez cały ten czas i tylko zajadać popcorn.
    Wyjątkową ulgę poczuł, kiedy zaczęły się reklamy, co oznaczało, że więcej osób już prawdopodobnie się nie zjawi; sala była niemal pusta, tak więc opuścił go ten dziwny stres spowodowany obawą, że będzie komuś przeszkadzać, jeśli wyciągnie swoje długie nogi na oparcie siedzenia z przodu. Chciał uczynić to nieco później. Podobnie jak Scott, zdjął zarówno płaszcz, jak i bluzę, pozostając w tej zdecydowanie za dużej, zlewającej się z czernią sali koszulce. Polubił ją bardzo, ale nie miał zamiaru ukraść jej Nixowi na wieczność; nie miałoby to sensu. Wiedział, że będzie musiał oddać mu ją na jakiś czas, aby znów ponosił ją i nasączył swoim zapachem. Dopiero wówczas podbierze mu ją ponownie.
    — Jak to jest, że zazwyczaj zjada się większość popcornu jeszcze przed rozpoczęciem filmu? — Zapytał z delikatnym śmiechem, ale nie omieszkał się poczęstować. Podejrzewał, że we dwoje zjedzą go jeszcze szybciej, niż sądzili.

    aż sie głodna zrobiłam ;c

    OdpowiedzUsuń
  86. Czarnowłosy, w przeciwieństwie do Phoenixa, skupił się na projekcji całkowicie. Nie do końca był w stanie przytoczyć ostatni raz, kiedy był w kinie. Do tego ta produkcja sama w sobie nieziemsko urzekła go samą zapowiedzią, którą był w stanie oglądać i analizować milion razy dziennie. Bajkę produkcji Disneya uwielbiał samą w sobie, znał ją doskonale na pamięć, a możliwość ujrzenia je