1 lutego 1970

I feel like I wouldn't like me if I met me
























Roan Watson







creep

300 komentarzy:

  1. [No cześć ❤❤❤❤❤❤]

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  2. Rodzina nam rośnie, ale to dobrze! Witaj, bracie i lecimy z wątkiem.

    Scott

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Serdecznie witam nowego Pana. :) Bardzo ciekawy, więc życzę duuużo wątków, weny i świetnej zabawy. W razie chęci zapraszam do siebie. ]

    1/2 Administracji | Jason Carraway

    OdpowiedzUsuń
  4. [przybijmy sobie piątkę za arachnofobię i lody miętowe! Część, witaj wśród nas. Baw się dobrzę, a w razie chęci zapraszam do Lily :)]
    Lillian

    OdpowiedzUsuń
  5. [Trochę poza kolejką, ale co tam. Trzymasz zaczęcie <3]

    Ostatnio coraz częściej Scott był poza domem. Nie było to jednak nic dziwnego, miał na głowie szkołę, dorywczą pracę i, jak każdy normalny nastolatek, od czasu do czasu chciał wyrwać się na jakąś imprezę i spędzić czas z rówieśnikami. W przeciwieństwie do niego, Nicky wolała siedzieć w domu. Nie lubiła tłumów. Nie lubiła zapachu alkoholu wymieszanego z dymem papierosowym i ludzkim potem, nie lubiła dzikich wrzasków pijanych nastolatków, nie lubiła natrętnych chłopaków, którzy jedyne o czym myśleli to, aby zaliczyć jakąś naiwną dziewczynę. Nie pasowała do takiego towarzystwa, była cicha, nieśmiała, nie piła ani nie paliła i nie znała się na żartach. Była najzwyczajniej w świecie nudna. Wolała więc zostać w domu, szczególnie odkąd miała swój własny, mały pokoik na poddaszu pewnej starszej kobiety. Miała tam ciszę i spokój, mogła robić to, co chciała i nikt jej nie przeszkadzał. Co prawda, wolałaby, aby Scott był gdzieś obok niej, ale przecież nie mogła go prosić o to, by zrezygnował dla niej ze swojego życia. Miała już siedemnaście lat, musiała chociaż w pewnym stopniu się usamodzielnić i nie zachowywać się jak bezbronna sześciolatka.
    Był już niemal środek nocy, a Scotta wciąż nie było. Ich przyszywana babcia Maggie – kobieta u której mieszkali – już dawno spała, zaś Nicky siedziała przy swoim małym, zagraconym biureczku i zawzięcie szkicowała kolejny rysunek, który tym razem przedstawiał drobną, długowłosą wróżkę z pięknymi skrzydłami motyla. Zawsze chciała rysować ilustracje do bajek dla dzieci, więc większość jej tworów pasowało właśnie do bajkowego świata. W jej notatniku znaleźć można było jednak i inne rysunki – portrety Scotta, babci Maggie, Roana i innych jej znajomych, a także szkice szkolnego budynku, jej pokoju, lasu, różnych roślin i zwierząt. Rysowała wszystko, co się tylko dało, ale nikomu swoich prac nie pokazywała. No, może z wyjątkiem Scotta, bo przed nim nigdy nie miała żadnych tajemnic, prawie żadnych.
    Słysząc dzwonek do drzwi, przestraszona podskoczyła na krześle. Nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie się dobijał do domu o tej porze. Scott miał przecież swoje klucze, nie musiał więc dzwonić. Chyba, że gdzieś je zgubił. Z tą myślą powędrowała na parte, a gdy była już przy drzwiach, zerknęła przez wizjer na zewnątrz. Widok Roana niewątpliwie ją zdziwił, mimo to poczuła ulgę, że był to ktoś znajomy. Otworzyła szybko drzwi i zlustrowała przyjaciela brata od góry do dołu, od razu domyślając się, że chłopak jest pod wpływem alkoholu. Świadczył o tym nie tylko jego wygląd, ale i zapach, który Nicky poczuła nawet z odległości kilku metrów. Westchnęła cicho, unosząc lekko brwi w górę, po czym odsunęła się na bok, aby Roan mógł wejść do środka. Scotta nie było, ale przecież nie zostawi jego przyjaciela w takim stanie na pastwę losu. Kto wie czy nie wylądowałby w pewnym momencie gdzieś w rowie lub, co gorsza, nie wlazłby pod samochód.
    — Scott jeszcze nie wrócił, ale możesz poczekać w jego pokoju jeśli chcesz — powiedziała i machnęła ręką w kierunku schodów, które prowadziły na poddasze, gdzie prócz jej pokoju znajdował się także pokój jej brata oraz malutka łazienka.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  6. [Candice najchętniej posłuchałaby, jak cała kapela gra. Oj, posłuchałaby. Albo mogliby spotkać się na siłowni. What else...Ugh, też chcę wątek, ale lepiej mi wychodzi zaczynanie, niż wymyślanie :(]

    Candice

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam! Pan wydaje się być bardzo fajny, a z taką buźką czeka go pewnie mnóstwo adoratorek! :D Przyszłam życzyć dobrej zabawy i masy wątków, a także zaprosić do siebie. Ellen mogłaby znać jego ojca i chętnie nawiązałaby z nim "matczyną" relację, bo wiedziałaby o sytuacji w domu. Taki mam przynajmniej pomysł, ale nic nie narzucam :D]

    dr Ellen Decker

    OdpowiedzUsuń
  8. [Dzień dobry!
    Ja naprawdę nie rozumiem, czemu ludzie za nim nie przepadają, ja tam bym go polubiła! :) No i to głos rozsądku Scotta, nie może być aż taki straszny, by go nie lubić.
    Domagam się wątku! Marianna, jako chwilowy kompozytor Crazy Wolves, też się go domaga. Wymyślmy razem coś ciekawego, pięknie proszę! :)]

    Marianna

    OdpowiedzUsuń
  9. [Cześć! Poczułam się wyróżniona, a co za tym idzie nawet nie śmiem odmówić wątku. Zresztą rzadko odmawiam, więc o czym ja tu mówię. Jeśli Jimmy w jakikolwiek sposób mógł poprowadzić, czy nakierować Roana to ja chętnie w to graj, a co. :)]

    Jimmy

    OdpowiedzUsuń
  10. [Już mam jeden wątek z filmowaniem po kryjomy, a nie chcę się powtarzać, ale siłownia może być.
    Znać się mogą, albo kojarzyć chociaż, albo przekomarzać się po cichu na wspólnych zajęciach, bo na przykład siedzą ławka w ławkę, o. Candice tylko tak niewinnie wygląda, więc możemy zaszaleć :D]

    Candice

    OdpowiedzUsuń
  11. [O, skoro już wspomniałaś o próbach, to może Roan przyszedłby nieco poćwiczyć w samotności, a zastałby tam Mariannę z plikiem zapisanych kartek i załamaną swoimi marnymi próbami stworzenia arcydzieła? Akurat przechodziłaby kryzys, a on postanowiłby nieco się przyjrzeć jej pomysłom i sprawdzić, czy naprawdę było tak źle? Tak na dobry początek znajomości? Potem możemy nieco bardziej zaszaleć i wplątać ich w jakąś szaloną intrygę w stylu: Hej, a może podszyjemy się pod członków tej grupy, która ma mieć niedługo występ w klubie? Bo sama dzisiaj jestem w takim stanie, że nic twórczego nie przychodzi mi na myśl. :c]

    Marianna

    OdpowiedzUsuń
  12. [Pomoc będzie jak najbardziej mile widziana. :) Byłabym wdzięczna, gdybyś ty zaczęła, bo ja mogłabym to zrobić najwcześniej w piątek, niestety.]

    Mari

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ziom, lody miętowe z kawałkami czekolady to najlepszy i najgenialniejszy wynalazek człowieka *jak zdobyć serce twórczyni Adama w sekundę*. Hokeista, no tak, podoba mi się to. Można się spiknąć na łyżwach. W celu lepszego ustalenia czegokolwiek zapraszam na GG czy coś albo nie wiem :< Wymyślanie ciężko mi idzie.]

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  14. [Tbh Roan jakoś mi nie podpasował na początku, to nawet się za kartę nie zabierałam, a teraz jestem zauroczona ;; Niestety Ben raczej by sam z siebie do Watsona nie zagadywał (bo trochę o to trudno) ani nic, a ja jestem chyba zbyt przerażona tym, do jak rozległej rodziny na blogu on należy, by wyjść z czymś dobrym. Niemniej może na dobry początek określimy co chcemy osiągnąć? Ja standardowo pójdę na wszystko, ale czego potrzebowałabyś dla Roana? Oprócz ładnej koreańskiej twarzyczki ;-)))]

    |Benedict

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Chyba że wasza paczka należy do tej, które czasami, kiedy nie pochwalają jakiegoś zachowania, dają o tym znać osobie, która ich irytuje.
      Ewentualnie Roan mógłby usłyszeć o interesie Bena i próbować może jakoś go nawrócić...? Bo jakiś taki złoty mi się wydaje mimo tego wszystkiego :-(]

      Usuń
  15. [Ach, to wymyślanie! :D Jimmy czasem śpiewa, ze swoim zespołem, w knajpach, klubach i innych takich. Żaden tam wielki fejm :D I z reguły kombinuje takie miejsca, by nie wpaść na nikogo znajomego, a tym bardziej nikogo ze szkoły, ale wiadomo, że nie zawsze się tak da, więc Roan miałby szansę trafić na jego występ. Jimmy musiałby coś z nim zrobić, co by pozostało to tajemnicą. XD A poważnie jest to dobra opcja, jako uzupełnienie tego twojego drugiego pomysłu. Czyli, skoro jest opiekunem zespołu to oczywiście im pomaga, ale w wyznaczonych godzinach, czyli właściwie poświęca swoim podopiecznym tyle czasu, na ile mu pozwolą. Mógłby zajrzeć na próbę Roana, bez zapowiedzi. Obserwować z ukrycia, a po skończonej próbie odbiegającej od tego, co widział na co dzień wejść z oklaskami (i jakimiś uwagami). Ot, mniej więcej tak widzę zarys rozwinięcia twoich propozycji. I tak pewnie większość wyjdzie na spontanie, bo mój Jimmy bywa chaotyczny :D]

    Jimmy

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Hej. :) Jak najbardziej coś z Tobą napiszę, z wielką chęcią. Co do dogadania - dane do mnie są w zakładce "Dyrekcja", więc pisz śmiało i coś ustalimy. :) ]

    Jason

    OdpowiedzUsuń
  17. [Tak, bo Alex to taka fajna jest i uwielbiam ją jak jest taką suczą, więc idealnie pasowała na wizerunek mojej Avery. Wymyślmy im coś skomplikowanego :D]
    Avery

    OdpowiedzUsuń
  18. Świadomość własnej niesamodzielności postawiła go w tej mało komfortowej sytuacji, a także zmusiła do wyjścia z dormitorium w piątkowy wieczór. Późny wieczór, jakby tego było mało. Miał zamiar jutro trenować przez dobre trzy godziny, ale nie wyglądało na to, by był w stanie. Zawdzięczał to tylko i wyłącznie własnej głupocie, mógł sobie to gdzieś zapisać albo po prostu pamiętać. Zaburzył ułożony harmonogram i musiał za to zapłacić.
    Wiedział, że miało go to kosztować wiele wysiłku, ale wciąż posiadał maleńką cząstkę nadziei, która sprawiała, iż wszystkie jego ruchy były chaotyczne, nazbyt szybkie i pozbawione odpowiedniej cierpliwości. Rozglądał się, nie zatrzymując wzroku na żadnej z sylwetek, chciał załatwić to szybko i wreszcie się stamtąd wynieść, zrzucał winę na światło i ciasnotę, a nawet na skąpstwo właściciela. W innych okolicznościach może rozważałby szybki zarobek, ale w tamtej chwili przeważało pragnienie o powrocie do bezpiecznego i cichego miejsca. Zatrzymał się dopiero, kiedy zakręciło mu się w głowie i uznał, iż szanse na upadek były tak wysokie, że nie wypadało dalej ryzykować. Musiał usiąść, by wreszcie się uspokoić i zacząć myśleć.
    Na pewno tu był. W końcu zadanie Benedicta polegało na odebraniu tego przeklętego zeszytu przed piątkiem, bo Justin ewidentnie nie miał zamiaru spędzać wolnych dni na terenie szkoły. Jeśli nie znajdował się na tej... dyskotece, to gdzie indziej?
    Ostatnim miejscem, na które postawił, były okolice tylnego wyjścia. Nie znał Justina, ale po samej aparycji i krótkiej obserwacji stwierdził, że mógł się tam znajdować. Niekoniecznie przytomny, ale wciąż obecny.
    Wygląd tego miejsca przytłaczał Benedicta w takim stopniu, że zaczął zastanawiać się czy przypadkiem nie zachorował. O ile odór używek nie wydawał się niczym dziwnym, naprawdę sądził, że tynk odpadający ze ścian nie prezentował się dobrze, a samo umieszczenie wszystkich obiektów uznał za pozbawione logiki i bardzo niekorzystne. On zrobiłby to inaczej. Wątpił, że znajdujący się tu ludzie podzielali jego zdanie albo w ogóle się nim interesowali, ale to on był swoim najbliższym towarzyszem i zrobiłby to, kurwa, inaczej.
    Odnalazł go nieopodal łazienek, trzymającego w dłoni papierosa i dziwnie przytomnego. Dopiero po zbliżeniu się Benedict dostrzegł niezbyt obecne spojrzenie i drżenie rąk, a choć nie miał w tym doświadczenia, to pokusił się o stwierdzenie, że świadczyło to korzystaniu z używek. Jakichkolwiek. Przynajmniej wzrosły szanse na kradzież miast konfrontacji.
    – Hej, Benny – zagaił Justin, dostrzegłszy zbliżającego się chłopaka. – Stęskniłeś się, co?
    Benedict zmusił się do uśmiechu mimo narastającego zdenerwowania. Mógł być teraz u siebie. Śpiąc albo czytając coś, cholera, wszystko, tylko nie znajdowanie się w tak parszywym miejscu. Zręcznym ruchem porwał należącego do Justina papierosa i zaciągnął się nim, powstrzymując kaszel. Nie ciągnęło go do takich zachowań, ale wydawało się to jak najbardziej na miejscu, a także działało poniekąd na jego korzyść, o czym świadczył wciąż poszerzający się uśmiech Justina, który wpatrywał się w niego z nieskrywanym zafascynowaniem, niekoniecznie trącającym o zdrowe.
    – Wiesz, Benny, wcześniej tego nie zauważałem, ale pod odpowiednim kątem jesteś nawet ładniutki.
    Holt uniósł brwi i pozbył się niemal całej dzielącej ich przestrzeni. Bezgłośnie podziękował siłom wyższym za to, że Justin nie grzeszył wysokością i pocałował go, nie pozostając zbyt długo bez odpowiedzi.
    Nie czuł nic. Jak zwykle w takiej sytuacji stawał się tylko skorupą, podatną na to, co z nią czyniono, ale odłączoną od pozostałości, umysł nigdy nie rejestrował bezpośrednio wszystkiego, co się działo, czyniąc to wszystko bardziej znośnym, choć okłamywałby samego siebie gdyby wzbraniał się przed przyznaniem, że czerpał z tego przyjemność. Podobał mu się kontakt fizyczny. Podobało mu się to, jak nikt nie szanował jego ciała i to, jak dostarczano mu rozrywki na tak przyziemnym poziomie, w zasadzie nawet nie do końca tylko po to, by mógł coś zyskać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Został rzucony o ścianę, kiedy tylko jego dłoń znalazła się w tylnej kieszeni spodni Justina i sięgnęła po klucze do jego pokoju.
      Przegrał.
      Początkowo próbował się nawet wyrywać, mimo że posiadał tę okrutną świadomość, że nic z tego nie będzie. Nie dlatego, że nie miał siły, ale nie był pewien czy chciał i to między innymi ta niepewność doprowadziła do skrępowania mu nadgarstków bez żadnego problemu i zaatakowania jego szyi, prawdopodobnie w celu pozostawienia tam po sobie widocznych znaków.
      Miał tylko nadzieję, że po wszystkim odzyska swój zeszyt. Głupio byłoby oblać fizykę.

      choke me, daddy

      Usuń
  19. W jednej chwili stał z zamkniętymi oczyma, próbując oddalić się od tego wszystkiego, od muzyki, od zapachu alkoholu, który drażnił jego zmysły, od wszelkich znaków, które pozostawiał po sobie Justin. W drugiej chwili ten sam Justin, który jednocześnie zaczął figurować na samym szczycie listy głupich ludzi, włożył mu do rozchylonych ust pigułkę, a potem uniemożliwił pozbycie się jej.
    A z tego, co było Benedictowi wiadomo, ten skurwiel wcale na rozszerzeniu chemicznym nie był.
    Uczucie było porównywalne do spadania w otchłań i powracania tylko po to, by dobiegające zewsząd bodźce mogły go zabijać, gwałtownie, ale wciąż z dozą cierpliwości, która miała utrzymać go w tym stanie do samego końca. Żołądek skręcał się... A może wcale go tam już nie było? Czy jego ciało nadal funkcjonowało? Czy to wszystko nie było tylko głupim snem? Nie był w stanie zaczerpnąć oddechu od wieczności, więc pewnie wcale już nie żył. Albo żył, ale był w jakiejś cholernej śpiączce, która miała za zadanie wykończyć go tak, by już zawsze był przypiętym do łóżka warzywem. Nie miał większego zamiaru narzekać, w końcu teraz również nim był, tyle że jak dotąd nikt nie miał zamiaru, który polegałby na zrujnowaniu tej parszywej cząstki egzystencji, jaka mu pozostała albo wcześniej tak tego nie odbierał.
    Kiedy otworzył oczy, czuł się jak podczas wynurzania po godzinach spędzonych pod wodą. Ból promieniował przez całe jego ciało, nie miał źródła i brał się zewsząd, atakował ze wszystkich stron, wywołując mdłości i niekontrolowane drżenie. Dostrzegał jedynie rozmyte fragmenty, jakby Justin był, ale też nie, znikał w różne strony, przyprawiając go o skonsternowany wyraz twarzy. Coś zatrzymywało dopływ światła, wysoka i czarna ściana...
    Po prostu go kopnął. Mógł zrobić to wcześniej, ale wtedy nie sądził, że zostanie czymś otruty. Nie miał pojęcia skąd Justin wziął tę substancję, ale wątpił, że pozyskał ją sam. Pewnie trzymał ją w kieszeni przez cały dzień, Bóg jeden wiedział, co jeszcze zostało przez Benedicta spożyte.
    Nie zarejestrował trafienia, ale po tym, jak prawie upadł, uznał, że się udało. Odbił się od ściany i schylił, wprawnym ruchem wydobywając ze spodni Justina klucze. Kosztowało go to resztki możliwego skupienia, toteż następne działania przepełnione były obijaniem się o niezidentyfikowane obiekty, chyba nawet staranował czarną ścianę. W pewnej chwili coś pociągnęło go za kaptur spadającej kurtki, z której wyswobodził się i wybiegł na zewnątrz, gdzie uderzyło go zimne powietrze, uświadamiając o nazbyt wysokiej temperaturze ciała. Ściskał w zamkniętej dłoni skradziony przedmiot i przemieszczał się w nieokreślonym kierunku, który miał zapewnić mu bezpieczeństwo i odpoczynek. Zatrzymał się na rogu i upadł, opierając się o ścianę lokalu. Dopiero teraz podniecenie wywołane potencjalnym narkotykiem zaczęło dawać o sobie znać.
    Zaczynał mieć wątpliwości czy na to zasłużył.

    uznajmy, że tak miało być

    OdpowiedzUsuń
  20. [Wydaje mi się, że można połączyć oba pomysły, ale nie na siłę, jak wyjdzie samo to może się w to jakoś płynnie przejdzie, a jak nie to po prostu zacznijmy od tego, który łatwiej. Mnie właściwie bez różnicy, dostosuję się. :)]

    Jimmy

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Shh, byłaś pierwsza zanim w ogóle powstała <3
    Yup, Willow już się szykuje do przeprowadzania badań na Roanie. Bój się, hue hue hue ;> ]

    Kosmitka

    OdpowiedzUsuń
  22. Im dłużej znajdował się na zewnątrz, tym większą świadomość otoczenia zyskiwał, nie nadwyrężając przy tym zbytnio żadnego ze zmysłów. Całą wiedzę otrzymywał w sposób równomierny, dzięki czemu nie czuł się przytłoczony przez żadną ze stron i dopiero w momencie, w którym ktoś złapał go za ramię, przez jego ciało przetoczyła się nowa fala bólu, a utrzymanie równowagi wymaganej do późniejszej wędrówki do mieszkania stało się niemal niemożliwe. Musiał wymyślić coś innego, a choć wizja niespłacalnego długu u jakiegoś obcego faceta nie wyglądała kusząco, to nie miał lepszego pomysłu. Uświadomiwszy sobie, że wszelkie dokumenty albo posiadał w kurtce, której został pozbawiony, albo zostawił w mieszkaniu, wygrzebał z kieszeni bluzy stare podanie o założenie klubu, którego jakimś cudem do tej pory się nie pozbył. Prawdopodobnie przez fakt, że starał się nie korzystać z tego ubrania, odkąd zostało potraktowane sprayem w celu wypisania nań niezbyt pochlebnych haseł. Drżącym palcem wskazał nagłówek kartki, gdzie widniała nazwa szkoły, upuszczając przy tym klucze, ale nie dostrzegając tego. A może tylko nie zawracając sobie tym głowy? Nie potrafił oddzielić myśli ani uczuć, stał się jednym wielkim chaosem, którego nie mógł uporządkować, a niemożność ta swędziała go bezustannie, uniemożliwiając osiągnięcie stanu, w którym zacząłby w pełni trzeźwo myśleć. Poleganie na innych powoli zaczynało być męczące, ale w takiej sytuacji uznał to za całkowicie uzasadnione.
    Nie docierały do niego słowa. Rozpoznawał je i znał ich znaczenie, ale były tylko bełkotem, który wylatywał z jego głowy niemal natychmiast, wprawiając go w jeszcze większą konsternację, którą prezentował na twarzy, wpatrując się z niezrozumieniem w faceta przed sobą. Miał pewne podstawy, by podejrzewać, że to ta sama czarna ściana, którą trącił przedtem, ale daleko było mu do pewności. Zapewne poszedł za nim, by żądać przeprosin albo czegoś takiego, tyle że Benedict naprawdę nie chciał się w to wtedy bawić. Po wszystkim byłby w stanie nawet się z nim przespać, ale w tamtym momencie zapomniał również o celu tej całej wycieczki i o powodzie, dla którego nie wyrwał się Justinowi wcześniej. Błagał o szybki powrót, by móc przeżywać działanie narkotyku samemu, bez skrępowania, może nawet dając upust cierpieniu poprzez ciche użycie głosu, mimo że na pewno poradziłby sobie bez tego.
    Zmrużył oczy, usiłując wyostrzyć obraz i zidentyfikować tego człowieka, ale właśnie niewidzialny napastnik zaczął wwiercać się w jego czaszkę, skutecznie to uniemożliwiając. Zacisnął zęby oraz powieki, a także poleciał do przodu, zginając się w pół i trzymając za brzuch, który nie zamierzał pozostać bierny. Ciało Benedicta stało się fiestą negatywnych odczuć, wzmagających się wraz z każdym bodźcem, jaki do niego docierał, a końca nie było widać.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  23. Przyjemny wieczór, jeden z tych wielu, kiedy Adam miał niemalże stuprocentową pewność, że nic go nie zaskoczy. Codzienne obserwacje życia uczniów z kampusu przecież nie szły na marne. Doskonale wiedział, o której porze może wyściubić nos ze swojego pokoju, aby zauważyło go jak najmniej osób, a najlepiej nikt. Nadal nie miał pojęcia, w jaki sposób od początku swej kariery w Skyline High School ani razu nie usłyszał żadnej nieprzychylnej uwagi dotyczącej jego dziwnego zboczenia, dokładniej mówiąc, biegania na boso. Przychylnej zresztą też nie. Czuł się tak swobodnie, że prócz łyżew na kryte lodowisko zabrał ze sobą także swojego kota, w końcu był pewien, że nie dostanie za to bury. W końcu od kogo mógłby, skoro tego dnia, o tej porze, nikt już nie kręcił się w jego okolicy? A Lysander wyjątkowo lubił łazić po rozległych trybunach, łapiąc pająki i inne drobne stworzenia, które nie podnosiły prestiżu tego kompleksu. Powinni mu być za to wdzięczni.
    Lawliet wcisnął w uszy słuchawki, będąc już na lodzie. Przejmujący chłód bijący od tafli wywoływał gęsią skórkę na jego ciele, tym razem nie był tak głupi, ubrał cieplejszy sweter w żałośnie szaro-szare paski. Od kilku dni nieznośnie pociągał nosem, kichając i pokasłując do kompletu, co nie stanowiły dobrej wróżby przyszłości. Zerknął tylko kątem stalowego oka w kierunku barierek, po których spacerował czarny kocur. Ufał mu. Być może wiązało się to z tym, że Adam (rzekomo) posiadał niezwykłą rękę do zwierząt, a wręcz potrafił rozmawiać w ich języku. Kiedy chodziło o poważniejsze rzeczy, Lysander zawsze się go słuchał. Niestety, w pokoju Adama czar pryskał i sierściuch był w stanie przez całą noc skakać po jego łóżku, bo przecież mógł. Kładł się na książkach, kiedy próbował się uczyć, wyciągał z torby ważne wypracowania i wrzucał je do kosza lub chował pod pościelą. Jednym słowem, stawał się najbardziej nieposłusznym kotem na świecie, ale i tak nic nie było w stanie wyprowadzić Lawlieta z równowagi na tyle, aby był w stanie pogniewać się na swego jedynego przyjaciela. Dlatego przymknął powieki i wsłuchał się w muzykę bijącą ze słuchawek, która pozwalała mu oderwać się od codziennych trosk, pozwolił kotu panoszyć się w okolicy i rozpoczął swój taniec, który jak co dzień od wielu tygodni męczył, a i tak nie potrafił poprawie wykonać sekwencji z podwójnym lutzem. Zawsze przy lądowaniu musiał zaliczyć bliższe z potkanie z lodem, ale siniaki po tych licznych upadkach przynajmniej uświadamiały mu, jak był beznadziejny. Przecież to proste.

    Adam

    OdpowiedzUsuń
  24. Idąc pod prąd, który pędził do wyjścia z prędkością światła, czuła się, jakby wystąpiła z plastikowym nożem przeciwko Achillesowi. Starała się rozpychać łokciami, przejść jakoś bliżej ścian jak ninja, wciągając powietrze i omijając całe to zbiorowisko, ale każda próba kończyła się na ugrzęźnięciu pomiędzy dwiema osobami oraz ponownym wypchnięciu jej drobnej postaci z lodowiska. I tak za każdym razem, chociaż obelgi, rzucane pod jej adresem, stale się zmieniały. Po tym, jak została wrzucona w zaspę, bo komuś boleśnie nastąpiła na stopę, zrezygnowała z dalszych starań i grzecznie czekała przy drzwiach, obserwując wysypującą się chmarę ludzi. Nie sądziła, że tak pokaźna część szkoły ogląda treningi drużyny hokejowej, ani że tyle dziewczyn, bo to głównie ich trajkotanie słyszała Willow, uważało spoconych, naparzających się facetów, ganiających za krążkiem, za interesujących. No cóż, każdy miał swoje preferencje.
    Kiedy tłum się przerzedził, w końcu bez większych przeszkód weszła do środka. Nie była tu po raz pierwszy, doskonale wiedziała, które krzesło w trzecim rzędzie jest obklejone gumami albo gdzie Clara i Martin wyryli swoje inicjały, otoczone serduszkiem, ale za każdym razem czuła się, jakby wkraczała do całkiem innego wymiaru, gdzie to samo lodowisko jednocześnie było inne. Jak w odbiciu tafli wody, jakiś detal zawsze był zaburzony i mimo wielu podobieństw, nieidentyczny. Wyobcowany. Ale za każdym razem równie fascynujący. Willow zrobiła obrót, ogarniając miejsce wzrokiem, a czapka z pomponem prawie zsunęła jej się na oczy. Wszędzie biel w akompaniamencie z zimnem i dźwiękiem łyżew, uderzających o lód. Poczuła przyjemne dreszcze, rozchodzące się jej po plecach. Sama idea, kiełkująca się w jej głowie, przyćmiła rozmowy osób, jeszcze siedzących na trybunach, a skostniałe ręce odeszły w zapomnienie, bo znowu słowo „rękawiczki” wyleciało jej z głowy. Umysł skupił się jedynie na szkolnej wersji Zimowej Krainy, która wyglądałaby jeszcze bardziej magicznie, gdyby dodać odpowiednie oświetlenie i delikatnie prószący śnieg.
    – Ej, zagradzasz przejście. – Męski głos ściągnął ją na ziemię. Zamrugała parokrotnie, automatycznie przyciskając kamerę do piersi i trzymając ją, jakby to był największy skarb świata. Rozglądnęła się wokół siebie. Owszem, stała na środku, ale mógłby ją spokojnie obejść, tak jak zresztą robiła to reszta osób. Zielone oczy z jego naburmuszonej twarzy zeszły na ubranie. Członek drużyny. Powstrzymała się od jakiejkolwiek uwagi, nie chcąc robić niepotrzebnego kłopotu, i odsunęła się w bok, aby przepuścić mężczyznę. Minął ją bez słowa, dość mocno szturchając ramieniem. Wydała z siebie cichy, zaskoczony dźwięk. Przecież nic nie zrobiła! Westchnęła tylko, szybko zajmując swoje ulubione miejsce w drugim rzędzie, z dala od rozmawiających dziewcząt na widowni. Wielokrotnie słyszała, że po treningu trochę osób zostaje, aby jeszcze poćwiczyć, co stanowiło idealną okazję do przeprowadzania doświadczeń i potwierdzania tez.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włączyła kamerę, sprawdziła ustawienia i wbiła obiektyw w jedyną osobę na lodowisku. Oparła łokieć o kolano, starając się trzymać rękę w miarę nieruchomo, śledząc okiem kamery ruch osobnika. Jej wzrok co jakiś czas latał od obrazu na urządzeniu do prawdziwego widoku, który był znacznie piękniejszy. Mężczyzna poruszał się z gracją, jego ruchy były płynne, wydawały się takie naturalne. Jakby się do tego urodził. Sama jazda wyglądała jak szybki bieg po powierzchni, ale znacznie bardziej majestatyczny. Sunął po lodowisku bez żadnego zawahania się, ruchy miał zaplanowane, a może decydował w ostatniej chwili, nadając temu pozornej spontaniczności? Willow pochyliła się do przodu, zafascynowana tym zjawiskiem, a okulary zjechały jej na czubek nosa. Zakochała się w jego stopach, które przywdziane w łyżwy, wykonywały serię niezrozumiałych dla niej ruchów, zostawiając długie ślady na lodzie, a ręce za nimi nadążały. Starała się oceniać wszystko logicznie, sprawdzać kąt nachylenia, siłę oddziaływania, a nawet wyliczać jego prędkość, biorąc pod uwagę drogę i czas, ale finalnie zostało to zaślepione przez swoiste piękno, płynące z jazdy na łyżwach. Westchnęła, widząc, jak wykonuje obrót. Z nagrania się wszystkiego dowie. Potem. Teraz oddała się chwilowej fascynacji.

      Zakochana w stopach Roana, Willow

      Usuń
  25. Benedict czuł się jak śmieć i mimo że na co dzień nie przejmował się niepowodzeniami, to kiedy uświadomił sobie, że płacze, był pewien, że zawalił tak, jak jeszcze nigdy. Gdzieś z tyłu głowy trzymał tę świadomość, że prędzej czy później nieodwracalnie zniszczyłby swój wizerunek, ale nie sądził, że stanie się to w taki sposób.
    Od zawsze stawiał na neutralność, a jego zawsze zaczynało się we wrześniu i kończyło w sierpniu, o ile zamierzał go dożyć. Kształtowanie wizerunku i pozyskiwanie, pozyskiwanie dóbr nie tylko materialnych choć wszystko sprowadzało się właśnie do nich. Bez stabilnego podłoża nie istniała żadna zadowalająca przyszłość i wiedział o tym z własnego doświadczenia. Dopóki nikt nie widział go w najgorszych chwilach, dopóki nikomu bezpośrednio nie zaszkodził, wszystko kierowało się w pożądaną stronę.
    Pozbycie się wszystkich efektów poprzez zniszczenie butów jednemu facetowi byłoby zbyt proste, toteż nawet nie nastawiał się na pozytywy w najbliższej przyszłości. Chwilową ulgę czy przybyłe rozjaśnienie umysłu potraktował jak szansę na wydostanie się z kolejnej nieprzyjaznej sytuacji, dlatego zignorował ból spowodowany upadkiem, który obecnie wydał mu się niczym i bez zastanowienia sięgnął po leżące nieopodal klucze.
    Prawie zareagował śmiechem, bo mógł to przewidzieć. Po tym wszystkim, co już się stało, mógł być gotowy na całą gamę niepowodzeń, ale nadal oceniał rzeczywistość przez jakiś głupi, naiwny pryzmat i łudził się, że zdoła uratować swoją osobę.
    Prawdę mówiąc, tożsamość tego faceta przeraziła go bardziej niż reszta dotychczasowych utrudnień i nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że podświadomie unikał pozyskania tej informacji. Przy kimś pokroju Justina straty okazałyby się znikome, prawdopodobnie nawet nie zawracałby sobie tym głowy, ale w obecności człowieka, który w jego oczach górował na liście istotnych osób, interes i cała egzystencja Benedicta mogły upaść. Wpatrywał się w niego z nieudolnie skrywanym lękiem, oddychając ciężko i uginając się pod tym, co miało zostać mu narzucone. Pragnął tylko, by wydarzyło się to przed kolejną kolejką cierpienia, ale nie wydawało mu się, by po tym wszystkim zasługiwał na jakąkolwiek wygodę.

    |notlikethis

    OdpowiedzUsuń
  26. [Niech się przekomarzają tak głośno, że trafią do kozy, gdzie będą tylko oni, ooo tak :D Zaczniesz, czy mam zacząć? (druga opcja potrwa trochę dłużej)]

    Candice

    OdpowiedzUsuń
  27. Uginał się od zawsze, więc nie sprawiało mu to większego problemu teraz. Siedzenie bezczynnie, przyjmowanie wszystkiego bez sprzeciwu, który tylko pogorszyłby całą sytuację. Stając przed czymś tak żałosnym jak on nie powinno oczekiwać się pozytywnych czy nawet neutralnych reakcji. Prezentował sobą prawdopodobnie całkowitą porażkę i był idealnym przykładem na to, jak nisko można się stoczyć, kiedy podejmie się próbę zmienienia jakiegoś stanu rzeczy. Nigdy nie miał szans na dotarcie gdziekolwiek tylko dzięki własnym siłom, a usilne dążenie do tego mimo bycia chodzącą pomyłką doprowadziło go do tego momentu. Gdyby tylko pozwolił Justinowi na zrobienie tego, co chciał, nie byłby na łasce Watsona... Choć i tak większe skrępowanie sprawiała mu obawa przed tym, czego ten zażąda w zamian za zmarnowanie swojego czasu. Każdy czegoś chciał, ale w tym przypadku zwykły seks nie rozwiązałby sprawy. A potrafił tylko to.
    Stłumił szloch, który przybył po usłyszeniu trafnej obelgi. Nie zdołał utrzymać wzroku w górze, wszechogarniający go wstyd wyostrzył chęci skończenia ze sobą, które ostatni raz były tak wyraźne po odniesieniu straty decydującej nawet o samym przybyciu do Skyline. Mógł wybrać każdą szkołę, ale w akcie desperacji chwycił się przysłowiowej brzytwy, a ona ściągnęła go na jeszcze większe dno.
    Właśnie w takiej chwili w jego głowie powinien rozlec się dobrze mu znany głos, pocieszając i zapewniając, że wszystko będzie dobrze, choć to najgorsze, co w życiu usłyszał. Ponieważ jednak nic takiego się nie stało, po prostu podczołgał się do pobliskiego kontenera, by posłusznie podnieść klucze. Tylko to mogło go teraz uratować. Posłuszeństwo.
    Pierwsze były zawroty głowy. Zaczął mieć wątpliwości co do swojego położenia w przestrzeni, ale przynajmniej chwilowo nie zapowiadało się na następną reakcję ze strony żołądka. Przytrzymał się ściany, nie mając pewności czy była to ta sama, co wcześniej, wypatrzył Roana i zaczął przesuwać się w jego stronę, wciąż bojąc się pozbawienia asekuracji. Dopiero gdy ten zaczął go popędzać pokusił się o zwiększenie szybkości, choć przyspieszony oddech powinien zaalarmować go na tyle, by nie postępował tak pochopnie. Nie postępował zgodnie z tym, co powinno wyzwolić go od wszelkich nieprzyjemnych następstw i opierał się tylko na szczęściu, którego niestety mu brakowało. Z drugiej strony nie był pewien czy spędzenie tutaj nocy nie okazałoby się lepsze.
    No i może ktoś zabiłby go w śnie. Chyba powinien to rozważyć.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  28. Zamiast bezustannego użalania się nad swoją żałosną egzystencją, wstąpił w niego nagły strach. Starał się, robił, co mógł, by Roan przestał... ze wszystkim, z nieskrywaną irytacją, z wyrzucaniem w błoto swojego cennego czasu. Przecież nie przyszedł tu bez przyczyny, pewnie chciał się odprężyć, może napaść jakiegoś debila pokroju Justina, a skończył w taki sposób. Gdyby był w stanie, upadłby na kolana i przepraszał go przez następne parę godzin, ale nie mógł nawet utrzymać samodzielnie równowagi.
    Kiedy stanęli przy motorze po raz ostatni otarł łzy, szykując się na powolną i bolesną śmierć.
    Szanse na wyjście z tego cało zniknęły i pozostała tylko pusta świadomość, że obie decyzje miały go w jakimś stopniu pogrążyć, jakby już nie utracił wszystkiego. Może jakoś utrzymałby się na tym szatańskim pojeździe, ale na pewno nie spodobałoby się to Roanowi, który ewidentnie nadwyrężał teraz swoją dobroć i pewnie zamierzał wyrzucić go gdzieś po drodze, najlepiej w trakcie jazdy, bo na takie traktowanie teraz zasługiwał. Zostając tutaj wzgardziłby każdą czynnością, jaką Watson wykonał w ciągu tego całego czasu, ale przynajmniej nie naraziłby siebie na jeszcze gorsze samopoczucie. Po prostu odnalazłby Justina i oddał mu klucze. Jedna noc za zaoszczędzenie sobie większej dawki wstydu i zaniżenia samooceny.
    Ścisnął klucze, wcisnął je do kieszeni bluzy i przełożył lewą nogę przez siedzisko motoru. Rozpaczliwie poszukiwał miejsca, którego mógłby się przytrzymać, a kiedy stwierdził, że w razie spadnięcia z pojazdu i tak nie miałby czego rozważać, pochylił się i niepewnie objął Roana, starając się siedzieć jak najdalej od niego. Niestety nie mógł mieć pewności czy udałoby mu się czynienie tego podczas samej jazdy. Położył nogi na prawdopodobnych podnóżkach, a kiedy wyczuł ruch ze strony kierowcy, spiął się i mimowolnie wzmocnił uścisk. Gdy zdołał przywyknąć do uczucia porównywalnego do nieważkości, otworzył oczy. Obraz sunącego obrazu miasta był dla niego fascynującym przeżyciem i na chwilę zapomniał o tym, co do tej pory nękało jego umysł, przestał rozmyślać o swoich decyzjach i ich skutkach, nawet rozluźnił się nieco, ale mimo to nie odważył się na zwiększenie pola widzenia poprzez inne ułożenie. Mógł niszczyć życie sobie, bo to przecież nic nowego, jednak nie widział powodu, dla którego miałby w jakikolwiek sposób narażać pieprzonego Roana Watsona, który jeszcze go nie zabił. Gdy przyłapał siebie kiedyś na myśleniu o byciu w podobnej pozycji w społeczeństwie jak on, na pewno nie wyobrażał sobie czegoś takiego. W tamtej chwili cała noc wydawała się nawet pozytywna.
    Ponowne przerażenie zjawiło się, kiedy Roan stanął, a Benedictowi nie wydawało się, by była to jeszcze jakaś sygnalizacja. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że podczas całej podróży zsunął się z tylnej części siedzenia i obecna pozycja przestała spełniać wymogi kierowcy. Niezbyt ostrożnie postawił nogi na ziemi i wydostał się z przynajmniej części krępującej sytuacji, a następnie zaczął mocować się z kaskiem, pragnąc jak najszybciej stąd zniknąć. Mimo że większość uwagi poświęcał skomplikowanej konstrukcji zdołał dostrzec, że wcale nie znajdowali się w Skyline... ani w jego pobliżu, choć co do tego nie był pewien. Facet wywiózł go gdzieś i pewnie zamierzał zamknąć w piwnicy. Może ten cały wieczór został już zaplanowany, a Justin nafaszerował go czymś z jego polecenia? Kurwa, zachciało się zadawać z elitą.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  29. Z obawy przed kolejnym niemym komentarzem unikał spoglądania na twarz Roana, jednocześnie usiłując dowiedzieć się, gdzie został przez niego wywieziony. To był jeden z tych momentów, kiedy żałował, że przed przeniesieniem się zrezygnował ze zwiedzania. Mógł chociaż powiesić sobie mapę, gdzieś nad łóżkiem albo w innym widocznym w dormitorium miejscu. Gdyby nie lekceważył nieprawdopodobnego przebiegu całego roku szkolnego, pewnie by to zrobił.
    Nie miał szans na ucieczkę. Wiedział to nawet nim Roan chwycił go za łokieć. Jego samopoczucie graniczyło z dobrym, ale nadal nawiedzał go lekki ból głowy, niepozwalający na większe skupienie. Reagował miast myśleć i to zniwelowało wszelkie szanse. Nie protestował, nie wyrywał się, nie robił nic, co mogłoby jeszcze bardziej zezłościć trzecioklasistę. No, taką miał nadzieję. Mimo to nękał go ponury obowiązek wyswobodzenia się z wciąż narastającego długu wobec Watsona, a to w połączeniu z paniką, którą podsyciła wizja zdemaskowania, rozbudziło jego umysł na tyle, by zaczął kombinować. Nie było mowy o ponownym wejściu na ten pojazd, skoro upiekło mu się raz – ewentualnie Roan po prostu nie chciał o tym mówić – to wątpił, że udałoby mu się drugi. Nie dotarła do niego nawet część z mówieniem, a zazwyczaj takie sformułowania bawiły go najbardziej.
    Niemal natychmiast zdjął swoje buty, próbując przywołać jakiekolwiek wiadomości z chemii, powoli żałując, że zrezygnował z niej na rozszerzeniu. Jedyne, co zdołał sobie przypomnieć, to "środki czystości to substancje przeznaczone do usuwania brudu", a formułka ta nie okazała się nazbyt pomocna. Nie skupiał się na wystroju domu, bo rozglądaniem ryzykował napotkanie wzroku Roana albo samo spojrzenie na jego twarz wyrażającą politowanie, obrzydzenie. Zniósłby wiele, ale nie kolejną taką reakcję.
    Nie został wyposażony w nic konkretnego, a naprawdę marzył o rozwiązaniu tej całej sprawy z powrotem, toteż od razu zabrał się za robienie tego, co uznawał za prawidłowe. Brak doświadczenia w usuwaniu czegokolwiek z odzieży prezentowała nawet jego bluza i poniekąd modlił się, by Roan nie zdecydował się na próby odczytania z niej rozmytych haseł. Tylko tego mu brakowało. Odszukał miskę i nalał do niej wody, którą nawet dało określić się jako letnią. Następnym składnikiem było losowe mydło, jakie w jego mniemaniu nie powinno w żaden sposób zniszczyć butów. W najgorszym razie zostałby zabity na miejscu, a ten scenariusz nie brzmiał tak źle. Po odnalezieniu dotąd nieużywanej gąbki zanurzył ją delikatnie w powstałej substancji, mając na celu zebranie piany, a nie nasączenie jej płynem. Z sercem podchodzącym mu do gardła zaczął pocierać materiał glanów tak, by dokonać możliwie jak najmniejszej ilości szkód. Dopóki Roan siedział cicho, nie czynił żadnych pomyłek. Tylko taką aprobatę mógł uzyskać.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  30. Stojący nad nim Roan do złudzenia przypominał przerysowany koszmar i Benedict zaczął rozważać przebywanie w okrutnym śnie. Nie chciał zniszczyć butów bardziej niż dotychczas, ale nic nie szło zgodnie z jego życzeniami, więc zignorował tę chęć i przyspieszył ruchy, by móc już z tym skończyć.
    Nie bez powodu pozostawał w tej samej pozycji społecznej od samego początku i nie miał zamiaru tego zmieniać. We wszystkim chodziło o pieniądze i przedmioty, to one umożliwiały nie tylko samo przeżycie, ale pożądaną rozrywkę, a dorastając w nie do końca sprzyjających warunkach finansowych, Benedict nauczył się szacunku do posiadania. Traktowanie w ten sposób na pewno niezbyt tanich butów nie zszokowało go, ale stało się rzuconym w jego stronę ochłapem wyższości. Respekt do rzeczy materialnych był zaletą i chociaż w tym był od niego lepszy.
    Nadal jednak pozostawał zbyt nisko, by móc samodzielnie zadecydować o swoich przyszłych działaniach, ale był pewien, że po uświadomieniu sobie, jak trudno się z nim porozumieć, Roan po prostu go stąd wywali. Nawet nie musiał się starać.
    "Jeśli chcesz wrócić do domu". A istniała też inna opcja? Czy zgodnie z jego oczekiwaniami obejmowała piwnicę?
    Nie powstrzymywał uśmiechu, za to zadbał o to, by przybrał on przepraszający wydźwięk i sięgnął po klucze, którymi potrząsnął. Schował je niemal natychmiast, jakby w obawie przed kradzieżą. Przeciągnął złączonymi palcami po ustach, wykonując gest zamykania zamka i zrobił coś, do czego jak dotąd nigdy się nie posunął. Bał się, że niewyraźne wspomnienie zabaw z bratem nie będzie wystarczająco wiarygodnym źródłem, ale uczynił to, wciąż nawiązując z Roanem wymagany w rozmowie kontakt wzrokowy. Nakreślił niewidoczne koło w miejscu, w którym znajdowało się jego serce i spuścił wzrok, wyrażając nieme, ale jak najbardziej na miejscu "przepraszam".

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  31. Ludzie różnie reagowali na jego "dysfunkcję", w przeważającej części osób były jednak te, które natychmiast z niego rezygnowały. Niechęć związana z prawdopodobnymi nieporozumieniami i sama osobowość Benedicta skutecznie odpychały potencjalnych przyjaciół czy nawet samych znajomych, zostawiając go z nieobcym mu niczym i niezdatną do zapełnienia pustką po utracie jedynej osoby, której ofiarowywał całego siebie, włącznie z wszelkimi niedoskonałościami i pomyłkami. Niezrozumienie, jakie zdołał wyczytać z twarzy Roana nie było niczym nowym, ale w tej sytuacji przyjął je z zadowoleniem, a nie z bezgłośnym westchnieniem. Jeszcze chwila, jeszcze trochę, a Watson z niego zrezygnuje. Będzie się zamartwiać swoim wizerunkiem później, bo nie odnalazł dotąd niczego, co miałoby go ocalić, a zmuszałoby go do wykonania jakiegoś ruchu już teraz.
    Zdziwiło go, ile emocji wywołał w nim nachalny dotyk Roana. Niejednokrotnie pozwalał na bycie zdominowanym, przecież jeszcze przed przyjazdem tutaj twierdził, że nie zasługuje na choćby okruch własnej inicjatywy, ale kiedy oczy chłopaka zaczęły natarczywie wwiercać się w jego duszę, nawiedziła go niespodziewana eksplozja czystego przerażenia. Czy to przez to, że wreszcie pokusił się o użycie języka migowego? Może nadal czuł się w jakiś sposób lepszy przez tę sprawę z butami i taka pozycja temu przeczyła? Równie dobrze mogła to być kolejna irracjonalna i niepasująca do niego reakcja, która pojawiła się znikąd. Uśmiech niemal całkowicie zniknął, zacisnął zęby i chwycił nadgarstek Roana, nie próbując się jednak wyswobodzić. Nie chciał oberwać, już dawno nikt nie znęcał się nad nim fizycznie i jego ciało z pewnością zapomniało, jak to jest, co czyniło go łatwym i podatnym na wszelkie tortury celem. Przełknął ślinę i mocniej zacisnął palce, po czym pokręcił głową, nieco się przy tym kuląc, jakby już szykował się na nadchodzące uderzenie. Był zdesperowany i uważał, że potrafiłby przyjąć taką karę, byle wydostać się z tego pomieszczenia,
    z tego domu i tej części miasta, byle uciec od Roana, który swoją bliskością wpływał na wszystkie jego zmysły i wręcz uniemożliwiał skrywanie tego.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  32. Odseparowanie złego samopoczucia wywołanego narkotykiem i tego, które pojawiało się w obecności Roana stało się niemożliwe. Powoli powracał do stanu tuż po ucieczce, ale tym razem nie zapowiadało się na zwrócenie zawartości żołądka, co czyniło wszystko odrobinę bardziej znośnym. Ostatkiem sił nie poluzował chwytu, dostrzegając reakcję chłopaka. Skoro naruszono jego prywatność, parę razy, to chyba mógł odwdzięczyć się tym samym? Mógł być w najbardziej rozwiniętym stadium przerażenia, na zupełnie straconej pozycji, ale dopóki napastnik dopuszczał do takich działań, oznaczało to, że mógł je wykonywać. Gdy powróciło drżenie, dotarło do niego, że dalsze ciągnięcie tego nie ma sensu. W przeciągu najbliższych kilku minut Roan doprowadziłby go do omdlenia, a to na pewno nie było opcją, którą chętnie by wybrał.
    Z drugiej strony Watson był cholernie zabawny i jednym sformułowaniem dostarczył mu rozrywki, która wynagrodziła wszelkie trudy.
    Benedict już dawno przestał podlegać "godności". Nie miał zahamowań i doskonale wiedział, że może sobie pozwolić na wszystko, jeśli tylko otrzymał pozwolenie. Był brudny w każdy możliwy sposób i normalnie świadomość tego pewnie nie pozwalałaby mu zasnąć, ale tak naprawdę żaden człowiek nie pozostawał czysty. Po prostu on potrafił to wykorzystać na własną korzyść, a w efekcie nie musiał nawet udawać, że czuje się z tym źle.
    Byli żałośni. Obaj. Tyle że Roan bał się do tego przyznać.
    Benedict wyprostował się i przygryzł wargę, usiłując powstrzymać śmiech i cisnące mu się do oczu łzy. Pękł publicznie pierwszy raz od przyjazdu tutaj i jego widownią musiał być pieprzony Roan Watson. Komedia.
    Śmiał się donośnie jak na codzienne standardy, choć z perspektywy normalnej osoby brzmiało to pewnie jak zwykły chichot. Wylewało się z niego wszystko, dosłownie wszystko, oczyszczał siebie poprzez tę niespodziewaną reakcję, do tego zamknął oczy, by jakiś losowy Watson nie mógł mu w tym przeszkodzić. Ten Watson. Który wbrew pozorom był takim samym śmieciem jak Benedict. Niczym się nie różnili.
    No, ale miej trochę godności, Holt. Przestań uprawiać seks za pieniądze i nie zaczepiaj ludzi z ciekawymi imionami, próbując zwerbować ich do swojego pokracznego klubu. I przestań udawać, że w jakikolwiek sposób boisz się Roana, bo ze sobą chyba możesz być szczery. Chcesz go tylko przelecieć.
    Stracił poczucie czasu i nie był w stanie powiedzieć, ile sekund, minut, godzin zajął mu cały ten proces, ale kiedy skończył, musiał złapać się wanny, by nie upaść. A może to była umywalka? Wszystko wyglądało identycznie i za jedyny rozpoznawalny element uznawał tę górę czerni, na którą cholernie nie chciał teraz polecieć.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  33. Sprawiał mu ból, ale Benedict był już tylko ciałem, bo na pewno nie myślami. Traktował każdą sekundę jak wieczność, każdy ruch Roana, tak samo gwałtowny, zdawał się do niego nie docierać. Tonął, zapadał się, korzystając z nagłej lekkości, jakby wszystkie grzechy uleciały i uczyniły zeń obiekt podatny na tchnienie wiatru. Pozostałości euforii pulsowały wszędzie, w każdej komórce, był źródłem światła, które powoli gasło. Ciągnięto go w dół w sposób delikatny, wręcz przyjazny, oczekiwano zwątpienia, a nie całkowitej aprobaty, jak dotychczas. A właśnie tyle starczało za każdym razem, mignięcie przygnębienia, chwilowe pożądanie, by pociągnąć Benedicta w pożądanym kierunku. Tylko tyle. Ludzie chyba tak łatwo nie upadali?
    Sapnął, kiedy Roan wreszcie przeszedł do ofensywy i wciąż uśmiechnięty Benedict poczuł przeszywający ból promieniujący z pleców. Dopiero on wyrwał go z otępienia i przywrócił możność postrzegania rzeczywistości w prawidłowy sposób, ale nawet z tą umiejętnością nie do końca pojął słowa Watsona. Były tylko echem, po którym nastąpił hałas, zmuszając go do osunięcia się na ziemię i niwelując uśmiech. Rozpłakał się drugi raz tego wieczoru, tym razem jednak nie mógł przypisać tej reakcji niczemu. Przecież do tego dążył, do wzbudzenia negatywnych emocji, by wreszcie ukraść Justinowi zeszyt i przeleżeć objawy narkotyku. Tylko do tego.
    Chryste, Benedict, chyba nie oczekiwałeś, że to wszystko coś znaczy?
    Chwycił zbawiennie umieszczoną tam wannę i podniósł się, oddychając głęboko. Pozostał sam i okazało się to świetną okazją do uświadomienia sobie, jak irytujące uczucie nieświeżości mu dotąd towarzyszyło. Chwilę zajęło mu odnalezienie nieużywanej pasty, a kiedy zaczęły dręczyć go wyrzuty, bo to przecież nie należało do niego, przypomniał sobie słowa Roana. Mieli pieniędzy jak lodu, co nie powinno go dziwić. Brzmiało stereotypowo, ale nierzadko to stereotypy okazywało się prawdą, a nie żadne płatki śniegu, ukryte i intrygujące aspekty osobowości. Bzdury. Po starannym umyciu zębów z wykorzystaniem jedynie palców wypłukał parokrotnie usta i, zobaczywszy się przez przypadek w lustrze, przemył twarz. Nie było szans na niedostrzeżenie zaczerwienionych oczu i nosa, ale lepsze to niż przysłowiowe nic, którym i tak prędzej czy później będzie musiał się zadowolić. Następnym krokiem było odnalezienie dezodorantu, musiał odświeżyć się chociaż w taki sposób, czuł na sobie grubą warstwę wyimaginowanego brudu i nie dawało mu to spokoju. Rezygnując z krótkiego niezdecydowania zdjął także bluzę i rzucił ją na ziemię, zostając tylko w czarnej koszulce i próbując się z tego otrząsnąć, zacząć myśleć trzeźwo. Groźba była oczywista, nie zamierzał stąd wychodzić, ale też nie marzyło mu się oberwanie od tego psychola, który, jak zakładał, tuż po swoim wyjściu stał się źródłem niezidentyfikowanego hałasu nieopodal. Przygryzł wnętrze policzka i ponownie usiadł, opierając się o brzeg wanny i walcząc z kolejnym szlochem. Kurwa, nawet nie miał po co płakać, ale i tak to robił. A wszystko dla fizyki.
    Wzdrygnął się, kiedy Roan powrócił, gotów na kolejną prezentację swojej dominacji, ale wszystko to odeszło, gdy jego wzrok padł na rękę chłopaka. To była jego szansa. Zerwał się na równe nogi i zaczął przeszukiwać szafki, modląc się o odnalezienie jakiegoś bandażu, cholera, czegokolwiek, a dokonawszy tego, zamiast skorzystać z odniesienia takiego sukcesu, zamarł, wpatrując się w Roana z uniesionym zestawem pierwszej pomocy. Oczekiwał na zgodę... albo jej brak. A znając jego szczęście, zmierzał do tego drugiego.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  34. [Hej. Chęci na wątek mam. Teraz tylko pytanie z którą postacią. Nie wiem, którą ty byś wolała pisać, ale może:
    1. Z Alexandrą mogłybyśmy pójść w coś ze schroniskiem. Derek nie przyznaje się nikomu, że chodzi do schroniska na wolontariat. Więc mogli by dajmy na to się tam polubić, bo Derek w tym miejscu pokazywałby nico inną twarz. Nie rozmawialiby jednak o szkole, albo przynajmniej Derek by nic nie mówił, żeby to nigdzie nie wyszło. No i tak by o sobie wzajemnie, nie wiedzieli, aż tu nagle pewnego dnia by na siebie wpadli, albo Alexandra na jakimś meczu by go zobaczyła czy coś i coś można by tam wymyślić. Możemy też pójść w negatywną relację, ale to już nie wiem.
    2. Roan, swoją droga idealnie dobrany do roli Alexa w Shodowshunter. A co do relacji to mogli by się znać przez ojców. W sensie rodzice, żeby pozbyć się obowiązku mogli ich wysyłać w dzieciństwie na jakieś kolonie i tam mogli się poznać i polubić/bądź nie. Nie wiem tak sobie myślę, masz jakąś dziewczynę upatrzoną? To może Derek by ją podrywał i wtedy mogliby się nie lubić.]

    Derek

    Może trochę nie

    OdpowiedzUsuń
  35. Serce zabiło mu szybciej, jakby już nie robiło tego z nieprzepisową prędkością. Zgodził się. Chwila wahania spowodowana tym, że może pozyskał trochę sympatii, a robił to tylko dla ucieczki, została rozwiana niemal natychmiast. Zauważył jego oczy, oczywiście. Pewnie dostrzegł też więcej, tworzył już listę elementów, których mógłby przeciwko niemu użyć, a Benedict zapewne sam mu je dostarczał.
    Usiadł przy Roanie i otworzył pudełko, mając nadzieję, że nie będzie zmuszony do improwizowania. Wystarczającym wyzwaniem było dla niego wyczyszczenie butów. Sięgnął po gazę i zamoczył ją w wodzie utlenionej, a kiedy rozpoczął oczyszczanie rany, usiłował potwierdzić swoje uprzednie zarzuty, czego jednak nie potrafił w pełni uczynić. Na pewno zrobił to sobie przed chwilą, ale równie dobrze tamten hałas mógł pochodzić z całkiem innego źródła. Oczyścił brzegi rany wacikiem i utworzył prowizoryczny opatrunek z jeszcze jednej gazy i bandaża, który owinął wokół dłoni. Nie było to co prawda dzieło sztuki, ale jego zdaniem pełniło swoją rolę. Schował wyjęte przedmioty z powrotem do pojemnika i odłożył go na miejsce, jednocześnie wiedząc, że przyszedł czas na udzielenie paru odpowiedzi, a z temperamentem Roana na pewno nie miało to przebiec gładko.
    O ile zignorował pierwszą część jego wypowiedzi, druga sprawiła, że kąciki jego ust nieznacznie uniosły się. Był zmuszony odwrócić wzrok, Watson nie miał pojęcia, jak dalekie od prawdy okazywały się wypowiadane przezeń słowa. Gdyby bał się gwałtu, już dawno by ze sobą skończył. No i nie mógł zaprzeczyć, że Roan wyglądał cholernie kusząco. Tyle że nie przebywał w jego zasięgu, a dzisiejsze wydarzenia dały mu nadzieję na jakiekolwiek zmienienie tego stanu rzeczy. Głupi, głupi, po prostu głupi.
    Otworzył usta, ale natychmiast je zamknął, przywracając przepraszający uśmiech, który wpędził go w tyle kłopotów. Przechylił głowę, dopiero teraz zwracając uwagę na to, że skórę Roana znaczyły tatuaże. Rozmaite tatuaże, zobaczył je już wcześniej, ale jakoś umknęło to jego świadomości. Bezwiednie uniósł dłoń, zafascynowany tym, co zdobiło szyję chłopaka, ale szczęśliwie zdołał się opamiętać i czym prędzej ją cofnął.
    Właśnie wtedy go olśniło. Chyba odpychał od siebie tę opcję, nie chcąc zapaść mu w pamięć, ale było już i tak za późno. Przeszukał wszystkie kieszenie, a kiedy w jednej z nich odnalazł swój telefon, zaczął uparcie twierdzić, że w ten sposób został uratowany. Chryste, to było takie proste! Drżącymi palcami odblokował ekran i odszukał notatnik, a gdy zdołał go uruchomić, ponownie znalazł się w kropce. Co miał mu napisać? Nie używał tego typu metod ani nie korzystał z języka migowego, to, co teraz robił było jedną wielką sprzecznością, ale zdawało się działać. Zerknął szybko na Roana, nim napisał pierwsze, co przyszło mu na myśl i pokazał mu ekran.
    Ben.
    |takjakwyżej

    OdpowiedzUsuń
  36. Drżał jak jakiś pierwszy lepszy idiota napadnięty przez Watsona, ale dał sobie spokój z próbami powstrzymania tego. Nie wykluczał wcześniejszego odczuwania strachu przed innymi ludźmi, ale tamte uczucia nijak miały się do stanu, w jakim był teraz. Stąpał po naprawdę cienkiej linie, nigdy przedtem na żadnej nie będąc.
    Nie zdołał zadowolić Roana, ale wciąż posiadał szansę, której niestety nie potrafił wykorzystać. Desperacko poszukiwał czegoś, co mógłby napisać, tyle że panująca w jego głowie pustka nie była w stanie podsunąć żadnego trafnego pomysłu. Nie pamiętał kiedy ostatnio prowadził jakąkolwiek konwersację, kiedy odpowiedział komuś na zadane pytanie. Jedno. Kurwa, powinien docenić chociaż to.
    Prosisz się o kłopoty, Ben. Dzieciaku.
    Odrzucił konieczność spojrzenia w lustro, by potwierdzić to, że przy Roanie rzeczywiście prezentował się jak dziecko. Jakby to była jego wina. Z drugiej strony określenie, jakie wyszło z inicjatywy chłopaka było jednym z nielicznych, jakie mu nadano i z przykrością stwierdził, że zadowoliło go o wiele bardziej niż używanie właściwego imienia. Nie powinien się tak czuć, jeśli nie chciał oberwać, niekoniecznie fizycznie.
    Nie zauważył nawet, kiedy znowu zaczął prezentować na swojej twarzy strach, tym razem podchodzący bardziej pod niepewność niż panikę. Roan był gwałtowny i nieprzewidywalny, bezustannie zachowywał się jak tykająca bomba, a Benedict nie miał z takimi do czynienia. W pełni rozumiał, że prosił się o nieprzyjemne konsekwencje, ale tylko tyle zdołał wymyślić w tak krótkim czasie. Ponownie pokazał Roanowi telefon, uprzednio napisawszy tam "przepraszam" i nakreślił na swojej piersi koło, mając nadzieję, że po wytłumaczeniu tego gestu jakoś przeżyje.

    |oops

    OdpowiedzUsuń
  37. Nigdy nie ciągnęło ją do alkoholu, a widząc pijanych rówieśników, którzy zataczali się od nadmiaru jego ilości w swoim organizmie, jeszcze bardziej ją od niego odrzucało. Bo gdyby to było chociaż dobre, to od czasu do czasu zapewne by coś wypiła, ale doskonale wiedziała, że wcale takie nie było. Może jeszcze jakieś słodkie drinki nie były aż takie złe, ale piwo, wódka czy wino tanie wino sprawiało, że zbierało jej się na mdłości. Trzymała się więc od tego wszystkiego z daleka, zdecydowanie woląc popijać sok pomarańczowy z lodem. Nie rozumiała więc jak jej brat, czy chociażby Roan, mogli wlewać w siebie to obrzydlistwo i to jeszcze w takich ilościach, że czasami ledwo utrzymywali się na nogach. Co prawda, Scott starał się, aby Nicky nie widziała go w takim stanie, ale raz czy dwa go przyłapała i domyślała się, że zapewne to nie pierwszy, ani nie ostatni raz. To samo tyczyło się zresztą Roana, choć on aż tak się przed nią nie ukrywał.
    Westchnęła cicho i tylko pokręciła głową. W myślach zaś już mu współczuła, bo domyślała się jak okropnie będzie się rano czuł. Bo choć sama nigdy w takim stanie nie była, a co za tym idzie, nigdy nie miała kaca, potrafiła sobie to wszystko wyobrazić. Ale cóż, sam sobie był winien. Nikt mu w końcu nie kazał pić, prawda? Wiedziała tylko, że to ona będzie słuchała jego porannych jęków jak to się źle czuje, o ile w ogóle jęczeć będzie. Zdążyła się bowiem nauczyć, że istnieją dwa typy facetów. Ci, którzy udają, że są twardzi i wszystko z nimi w porządku i ci, którzy wiecznie wyolbrzymiają wszystkie bóle i myślą, że umrą przez najmniejszy ból głowy. Wystarczyło poczekać do rana, aby dowiedzieć się do której grupy należał Roan.
    — Jest noc, Roan. Pora na spanie, a nie na zabawę. Zresztą, ty już chyba wystarczająco się dzisiaj wybawiłeś — mruknęła z rozbawieniem, dając się pociągnąć chłopakowi w kierunku schodów. Nie uszli jednak zbyt daleko, gdy Watson nagle się zatoczył. Nicky zaczekała aż odzyska równowagę, jednocześnie pilnując, aby nie przechylił się za bardzo do tyłu. Gdyby to zrobił, jak nic spadłby na sam dół i na dodatek pociągnąłby ją za sobą. — Nie, nie zawsze. A teraz chodź. Tylko ostrożnie — westchnęła, łapiąc go za rękę, aby pomóc mu jakoś wejść na górę. Co prawda, niewiele mogła zrobić, gdyż była dużo niższa i drobniejsza od niego, ale coś musiała zrobić, aby bezpiecznie trafił do pokoju Scotta i nic sobie po drodze nie zrobił. Był teraz jak duże dziecko, które Nicky musiała pilnować. Można rzec, że była to miła odmiana, bo zazwyczaj to ona potrzebowała pomocy, której najczęściej szukała u Scotta, ewentualnie czasami także u Roana. — No rusz to dupsko, nie będę czekać w nieskończoność — dodała po chwili, gdy chłopak wciąż się nie ruszał. Nie zamierzała w końcu spędzić całej nocy na głupich schodach, a i zostawienie na nich Watsona nie wchodziło w grę.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  38. [O, esu. Wybacz opóźnienie z tym zaczęciem wątku. Biorę się za coś, bo aż głupio. Mam nadzieję, że nie będzie to szajs, ale gorączka... cóż. Mniejsza z tym. Dziś podrzucę rozpoczęcie. Zmuszę się i będzie! O! :)]

    Jimmy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [No to lecimy!]

      Tego dnia najchętniej nie wychodziłby z domu. Najpierw, zepsuł się ekspres do kawy, w szafce nie było, ani jednego ciastka z kawałkami czekolady, a w połowie drogi do szkoły odwołano lekcję, którą miał wpisaną jako zastępstwo. Czy mogło wydarzyć się coś jeszcze?
      Wrócił do domu z zapasem muffinek, ciastek i kawy rozpuszczalnej, uzupełnił ilość kiwi, pomarańczy i bananów ułożonych w ozdobnej misie i stał kilka minut w bezruchu patrząc na zakreśloną zielonym fluorescencyjnym markerem datę w grafiku zawieszonym na lodówce. Tak, to była dzisiejsza data i nie miał, co do tego żadnych wątpliwości.
      Dzień wolny powoli zamieniał się w katastrofę, prawdopodobnie nie tylko przez dziwne zrządzenie losu, ale również przez dziwne roztrzepanie, jakie często mu towarzyszyło.

      Koncert, zapomniałem o tym, cholernym koncercie! – wyszedł powtarzając to pod nosem, jak mantrę i klnąc w myślach. Na tylne siedzenie auta wrzucił ciuchy na przebranie, a sam zajął miejsce za kierownicą, włączył zestaw głośnomówiący i wybrał numer kumpla z zespołu.

      Pod klubem z zabawnie migającym neonem był po trzydziestu minutach. Do otwarcia klubu pozostało niewiele ponad 40 minut, a jeszcze trzeba było przygotować sprzęt, by nie opóźnić występu. Przywitał się z ekipą czekającą przed wejściem i zniknął za podwójnymi drzwiami, by pomóc chłopakom z perkusją, gitarami i nagłośnieniem. Skończyli już po otwarciu klubu, ale fala gości na szczęście zjawiała się ciut później, gdy impreza zaczynała się już rozkręcać.
      Zapomniał o porannych przypadkach licząc, że sytuacja się ustabilizowała. Sprzęt został ustawiony, a koncert wkrótce miał się rozpocząć.
      Przebrał się, zmieniając luźne spodnie na czarne wąskie spodnie, szary t-shirt na czarną luźną i przydługą koszulkę, założył kurtkę z ćwiekami i wygodne trampki. Popatrzył na swoje odbicie w lustrze poprawiając fryzurę i zajął się krótką rozgrzewką głosu.

      Słyszał, jak już zapowiadają występ. Wiedział, że ma piętnaście minut. Wyszedł z zaplecza kierując się do baru, by zamówić sobie jakiegoś bezalkoholowego drinka na teraz, który będzie idealnym początkiem wieczoru i kolejkę na później, by zakończyć dzień.

      Jimmy

      Usuń
  39. Cześć!
    W Dniu Zakochanych przybywam tutaj wraz z worem pełnym walentynek, aby wręczyć je wszystkim szczęśliwcom. Oto Twoja:

    https://s32.postimg.org/lpa8ygjed/unnamed.gif

    Amor Walentynkowy SHS

    OdpowiedzUsuń
  40. [Jeśli tak, to chyba tylko z Indywidualnie. :D Co do wyboru postaci — pozostawiam ci wolną rekę, bo z Roanem mogą być dobrymi kolegami, a z Lexi rzeczywiście moglibyśmy zacząć od jakiegoś treningu, gdzie przyszłaby popatrzeć na trenujących, bo śruby w kolanie na pewno nie wyparły w niej miłości do lekkoatletyki. :)]

    Kaiden

    OdpowiedzUsuń
  41. Jak na całkowitą rozsypkę radził sobie z ponownym dotykiem Roana całkiem nieźle, nie pozwolił sobie na żadne większe rozmyślania o jego znaczeniu i po prostu to przyjął. Nie miał na to wpływu, za to posiadał go na ilość bólu, z jakim powinien się zaraz zmierzyć i między innymi ta nikła gotowość na przyjęcie kolejnego wybuchu sprawiła, że na początku nie zrozumiał, co się dzieje.
    Przepraszał za wszystko, za to, że w ogóle wyszedł dzisiaj z domu, za zniszczenie butów, za wytrącenie go z równowagi więcej razy niż było to potrzebne. A teraz dotarło jeszcze to.
    Miał ochotę wydrążyć sobie w piersi to cholerne kółko, gdyby to załatwiło sprawę.
    Nie mógł tu zostać, nie mógł też wracać razem z nim, nie mógł w ogóle przebywać w jego obecności, nie mógł, nie mógł niczego zrobić porządnie, nie mógł nawet porządnie wyprać bluzy, na którą padł jego wzrok. Hasła na niej wypisane lgnęły do niego, widział je na swojej skórze, były beznadziejną imitacją tatuaży Roana, a on sam był tylko nędzną kopią swojego brata. Chciał stać się Benedictem, a jedynie go zniszczył. Zrobił z niego nieudacznika, dziwkę, prawie zamordował wszystkie jego marzenia i splugawił naukę, którą się parał. Do tego pozwolił sobie na myślenie, że jedne nieobowiązkowe zajęcia faktycznie trącające o jego zainteresowania niczego nie zmienią, niczego nie zepsują. Nie powinien istnieć.
    Dostrzegł na ekranie telefonu własną łzę, więc natychmiast go schował. I tak niczego by już nie zmienił. Stał się samą pustką, niestety wciąż pulsującą, a to jednostajne odczucie doprowadzało go do szaleństwa. Przypominało o tym, że nadal egzystował i nie dokonał żadnej zmiany w tym kierunku, był tym zbyt przerażony, zbyt słaby, zbyt sobą. Strach go paraliżował i nie pozwalał na działanie, ale jednak zmusił się do postawienia kroku, dwóch, trzech, a także czterech i tym sposobem stanął przed Roanem, nie ocierając łez, bo nie widział potrzeby. Na wszystko było już za późno, została tylko ciekawość, a jeśli to też nie odniosłoby skutku, najwyraźniej ozwałby siebie straceńcem. Był piekielnie wysoki i samo stanięcie na palcach nic by nie dało, zdał się więc na gwałtowne przyciągnięcie go w dół za kark, a następnie były już tylko usta i przeraźliwe gorąco.

    OdpowiedzUsuń
  42. Przegrał.
    Nikt wcześniej nie poinformował go, że porażka może mieć taki smak.
    Zawsze uciekał, przed sobą i przed tym, co wyczyniał, był na miejscu i czuł, nadal zbyt wiele, ale nic na niego bezpośrednio nie oddziaływało, pozostawał taki, jak przedtem. Podobnie funkcjonowała cała jego osobowość, która już dawno przestała być próbą skopiowania oryginalnego Benedicta, dążył jak najbardziej w tym kierunku, ale nie robił tego na siłę, podchodził do zmian na spokojnie i powoli żegnał się ze sobą, zmieniając skórę. I tak niewiele przy tym tracił, zamieniał żałosną jednostkę na tę, która była opłacalna dla środowiska. Miał dobrze się uczyć, dostać dobrą pracę i zostać dobrym członkiem społeczeństwa, właśnie tego pragnął. Stałości. No, nie do końca on, ale właśnie takie ideały mu przyświecały, nie powinien pokazywać swoich słabości pierwszemu lepszemu Watsonowi, wymiotować na jego buty, okradać go z środków czystości i jeszcze po tym wszystkim wychodzić z jakąś żałosną propozycją seksu, która przecież miała zostać odrzucona, tak jak on. Tak jak Benedict.
    Było jakoś inaczej i nie potrafił tego nazwać. Jakby Roan przywiązał go i nie pozwolił odlecieć, tym samym wymazując wszystko i wszystkich, którzy dotykali go w ten sam sposób, a jednak inaczej. Jakoś mniej, ale też bardziej, a Watson trafił idealnie w sam środek. I zapach, brutalnie obrzydliwy zapach papierosów, stał się zastępstwem dotąd nieodłącznego tlenu. Chciał go bardziej i mocniej, pod Benedictem, pod ubraniem, pod skórą, chciał go dla siebie, a nie dla niego i po raz pierwszy to on się nie sprawdził. Był słaby, tak cholernie słaby i żałosny, ale to na nim spoczywały oczy Roana, oczy pełne chaosu, który wprawiał go w zakłopotanie, rumienił się jak jakiś dzieciak, bo przecież nim właśnie był. Dzieciakiem. Czyimś dzieciakiem, na chwilę, pewnie zupełnie dla strony przeciwnej nieważnej, ale dla niego będącej zbawieniem. Nie przestawał płakać, bo nigdy tego nie potrafił i miał dosyć głupich poleceń, i tych wszystkich narzucanych mu norm, i kurwa, to on całował teraz Roana Watsona w jego łazience, w jego domu, a nie oni. Wreszcie nie był to nikt inny.
    Oczywiście, że nie zasługiwał na nic, a brak delikatności Roan powinien wypisać sobie na czole, ale chyba faktycznie tego chciał. Poniżenia, bólu, strachu, zaangażowania, uwagi, poruszenia. Wszystkie jego komórki ciągnęły do Watsona, pragnął, by obmył go dotykiem z wszystkich kłamstw i tej całej obłudy, potrzebował ust i ciała, bo wiedział, że nigdy nie dostałby umysłu. W pełni zadowoliłby się samą powłoką, bo nigdy nie otrzymał nawet tyle.
    Potrzebował tylko tyle, tylko jeszcze jednej twierdzącej odpowiedzi. Zdążył się mu wyrwać jeszcze jeden szloch, nim objął Roana, tego Roana, którego już dawno nie powinno z nim być i błagał, modlił się do tego, w co nie wierzył, płacząc w jego tors, ściskając go z całej siły, której nie pozostało wiele i prosząc, by wreszcie to nie Benedict został odwzajemniony, a on.
    Tylko on.
    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  43. [Kurczę, wbijam do Lexi i już preparuję powiązanie, by zaraz potem przybyć tu i stwierdzam, że może jednak skuszę się na Roana, jeśli nie masz nic przeciw. ^^' Zacznijmy od tego, że mogli dość zacięcie rywalizować o pozycję kapitana drużyny, ale jak już Matt dostał fuchę, to się jakoś dogadali i tworzą całkiem zgrany duet na lodowisku. Ponadto Roan może być tym, który nie ma oporów w pieprznięciu Matta przez łeb, kiedy ten przez swoje agresywne zachowania działa na niekorzyść drużyny. A dodatkowo, skoro Roan taki całuśny pod wpływem, to na imprezie po zwycięskim meczu, kiedy procenty uderzą do głowy, może przypuścić atak na Matta, co generalnie może mieć dość opłakane skutki. Co o tym sądzisz? Jestem otwarta na wszelkie sugestie. ;)]

    Matt G.

    OdpowiedzUsuń
  44. Bał się, znowu. Że Roan nie odwzajemni tego gestu, że go wywali i następnego dnia to wszystko rozpowie, przejrzy go na wylot i zaśmieje się mu w twarz, bo wreszcie się pokazał. Stał w ten sposób wieczność, zaciskając palce na koszulce Watsona, nie chcąc, by ten odchodził, odrzucił nikłą i nieświadomie podarowaną akceptację i ponownie wszystko zrujnował. Potem mógł zrobić z nim co tylko chciał, ale nie teraz, nie w takim momencie.
    Najpierw traktował je jak poniżenie, napawały go lękiem i krępowały. Później wywoływały pożądanie, budziły tłumione dotąd pragnienia i doprowadziły do tej niezręcznej pozycji. Dłonie Roana robiły z nim to, czego nie robił jeszcze nikt, już trzeci raz tego dnia doprowadziły go na skraj, ale tym razem dostarczyły radości, szumiącej w jego ciele euforii, nawet jeśli był to znikomy kontakt. Z ulgą rozluźnił uścisk, wiedząc, że otrzymał od niego i tak za dużo. Za dużo jak na Roana, za dużo jak na Benedicta i za dużo jak na siebie.
    Nie wiedział co się działo, ale też nie potrzebował tej informacji. Został uzupełniony i tylko to się teraz liczyło, a mimo to nie przestawał płakać, co najwyraźniej doprowadziło Watsona do niezbyt dobrego stanu. Obchodzenie się z nim na co dzień musiało wymagać cholernie dużej dawki ostrożności, której Benedict na pewno nie posiadał. A już nie pewno nie bez Benedicta. Uśmiechnął się niepewnie, kiedy dotarł do niego szept Roana. Był tak okrutnie ciepły, tak piękny i tak cudownie zniszczony. Jego krótki, prywatny seans z Roanem Watsonem. Nierealne.
    Splótł palce swojej dłoni z dłonią chłopaka, tą, która tak bezlitośnie go trzymała. Był nieodpowiedzialny, dopiero co założono mu świeży opatrunek, a on już go moczył. Wtulił twarz w trzymaną przez siebie rękę, po czym złożył w jej wnętrzu pocałunek, by następnie puścić ją i zbliżyć się jeszcze bardziej. Odnosił wrażenie, że woda zmywała jego prawdziwego siebie i chciał odpowiednio pożegnać Roana, nie utrudniając jednak życia przyszłemu Benedictowi, który wyśmiałby wszelkie pozytywne uczucia, które w nim teraz panowały. Objął jego szyję i złożył tam identyczny gest, musnął ustami istniejący w tamtym miejscu tatuaż, którego znaczenia nie znał i powstrzymał grymas, wywołany kolejną falą łez. Opuścił ręce i schylił głowę, po czym oparł ją o tors Roana, bo wreszcie dopadło go właściwe zmęczenie. Jeśli bycie sobą zawsze oznaczało tyle emocji, to nie dziwił się, że z tego zrezygnował.
    Czucie było cholernie nieopłacalne.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  45. Chciał zostać na dłużej, jeszcze chwilę, bo wszystko było tak kusząco nierzeczywiste. I on, i Roan, i całe otoczenie. Najchętniej nigdy by się nie budził, powrót do normalnego stanu znowu zostawiłby go pustego, wyzutego z elementów, które zabijały ich obu w nieznany dotąd sposób. Stęsknił się za tą przesadzoną wrażliwością i wdzięcznością za każdy najmniejszy ruch wykonany w jego stronę, od zawsze niedostrzegany, wzgardzany. Potrzebował kogoś, kto kochałby nawet te niesprzyjające niczemu części, ale już parę lat temu stwierdził, że wystarczyłoby mu w zupełności docenienie tych dobrych partii. Nie prosił o wiele, nie ze swojego punktu widzenia, ale nie zauważał też, że sam to uniemożliwiał maskowaniem się całkowicie inną osobą, tylko po to, by przeżyć, jakby przetrwanie było tego warte.
    Odebrano mu możliwość oddychania i z trudem powstrzymał nasuwającą się reakcję, która bardzo minęłaby się z aprobatą Roana. Odepchnięcie wywołało ból porównywalny do wbicia mu noża w serce, z którego i tak zbyt często nie korzystał, ale wraz ze wszystkimi innymi emocjami zostało rozbudzone na tyle, by pogłębiać jego cierpienie. Nie oczekiwał dłuższego zbliżenia, właściwie w ogóle nie oczekiwał, że długo tutaj jeszcze postoi, ale nic nie mógł na to poradzić. Był samolubny i interesował się tylko swoimi potrzebami, Watson niejednokrotnie pokazywał mu, że zasługiwał tylko na śmierć, ale on i tak chciał mu dziękować, chciał zrobić dla niego tyle rzeczy, choć na pewno nie zdołałby go naprawić, skoro z trudem radził sobie z własną osobowością. Chciał do niego mówić. Godzinami, dniami, kurwa, latami, chciał zdzierać sobie dla niego gardło, dopóki on nie poderżnąłby mu go, kiedy już by się nim zmęczył. Roan byłby jak rozbite szkło, a Benedict krwawiłby bezustannie, próbując je krzywo złożyć. I może nadal go przerażał, bo ból naprawdę nie był mu na rękę, ale oddałby wszystko za taką szansę. Spartaczyłby ją, jak wszystko, czego dotykał. Sama próba powinna go zaspokoić. To samo wmawiał sobie parę minut temu i dopiero teraz zrozumiał, że kontrolowała go niezdrowa zachłanność, której w aktualnym stanie nie mógł wyeliminować. Musiał wrócić i przestać. Żadna ze stron nie wynosiła z tego większych korzyści, przecież po powrocie do domu miał o tym zapomnieć i żyć dalej. Jako Benedict.
    Jutro.
    Na wszystko przyjdzie czas jutro.
    W końcu i tak zaszli już za daleko.
    Gdyby nie ręka Roana, utrudniająca oddychanie samą swoją obecnością, pewnie znowu by oberwał za to, co pragnął zrobić. Z jego włosami, twarzą, przylegającym do ciała ubraniem. Watson był burzą, a jemu pozostało wpatrywanie się w nią z fascynacją i ściśniętym gardłem, bo przebywanie w jej pobliżu groziło odniesieniem obrażeń, a wycieńczenie w połączeniu z takim atakiem poskutkowałoby śmiercią.
    Obaj byli popaprani, doszedł do tego już wcześniej, ale nie zostało powiedziane, że to Roan wygrywał w tej dziedzinie.
    Przełknął ślinę i położył drżącą dłoń na tej należącej do Roana, patrząc na niego niepewnie. Wymagał od niego pewnej dozy cierpliwości i obawiał się, że Watson nie zdoła jej w sobie odnaleźć. Przesunął jego rękę niżej, na miejsce, gdzie znajdowało się prędko bijące serce i przycisnął ją lekko. Czuł to przyjemne łaskotanie w brzuchu, jak wtedy, gdy wyznawał miłość dziewczynie z podwórka. Spodziewał się podobnego zakończenia – odrzucenia i popadnięcia w zapomnienie, ale i tak uważał, że warto. Dla samego zaprzeczenia jego słowom, którymi okładał samego siebie, Benedict prawie pomyślał, że może zapomniał, kto był tutaj prawdziwą ofiarą. W przeciwieństwie do niedawnych pragnień, przestał chcieć znajdować się nad nim. Stali na równi i jedynym celem stało się sprawienie, by Roan też to zobaczył. Ściągnął brwi i uśmiechnął się do niego, nim znowu załkał bezgłośnie, a przez cały ten niemożliwy czas nie zrywał kontaktu wzrokowego, bo przestawał wierzyć w jakikolwiek czyn Roana.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  46. Idąc pod prąd, który pędził do wyjścia z prędkością światła, czuła się, jakby wystąpiła z plastikowym nożem przeciwko Achillesowi. Starała się rozpychać łokciami, przejść jakoś bliżej ścian jak ninja, wciągając powietrze i omijając całe to zbiorowisko, ale każda próba kończyła się na ugrzęźnięciu pomiędzy dwiema osobami oraz ponownym wypchnięciu jej drobnej postaci z lodowiska. I tak za każdym razem, chociaż obelgi, rzucane pod jej adresem, stale się zmieniały. Po tym, jak została wrzucona w zaspę, bo komuś boleśnie nastąpiła na stopę, zrezygnowała z dalszych starań i grzecznie czekała przy drzwiach, obserwując, wysypującą się, chmarę ludzi. Nie sądziła, że tak pokaźna część szkoły ogląda treningi drużyny hokejowej, ani że tyle dziewczyn, bo to głównie ich trajkotanie słyszała Willow, uważało spoconych, naparzających się facetów, ganiających za krążkiem, za interesujących. No cóż, każdy miał swoje preferencje.
    Kiedy tłum się przerzedził, w końcu bez większych przeszkód weszła do środka. Nie była tu po raz pierwszy, doskonale wiedziała, które krzesło w trzecim rzędzie jest obklejone gumami albo gdzie Clara i Martin wyryli swoje inicjały, otoczone serduszkiem, ale za każdym razem czuła się, jakby wkraczała do całkiem innego wymiaru, gdzie to samo lodowisko jednocześnie było inne. Jak w odbiciu tafli wody, jakiś detal zawsze był zaburzony i mimo wielu podobieństw, nieidentyczny. Wyobcowany. Ale za każdym razem równie fascynujący. Willow zrobiła obrót, ogarniając miejsce wzrokiem, a czapka z pomponem prawie zsunęła jej się na oczy. Wszędzie biel w akompaniamencie z zimnem i dźwiękiem łyżew, uderzających o lód. Poczuła przyjemne dreszcze, rozchodzące się jej po plecach. Sama idea, kiełkująca się w jej głowie, przyćmiła rozmowy osób, jeszcze siedzących na trybunach, a skostniałe ręce odeszły w zapomnienie, bo znowu słowo „rękawiczki” wyleciało jej z głowy. Umysł skupił się jedynie na szkolnej wersji Zimowej Krainy, która wyglądałaby jeszcze bardziej magicznie, gdyby dodać odpowiednie oświetlenie i delikatnie prószący śnieg.
    – Ej, zagradzasz przejście. – Męski głos ściągnął ją na ziemię. Zamrugała parokrotnie, automatycznie przyciskając kamerę do piersi i trzymając ją, jakby to był największy skarb świata. Rozglądnęła się wokół siebie. Owszem, stała na środku, ale mógłby ją spokojnie obejść, tak jak zresztą robiła to reszta osób. Zielone oczy z jego naburmuszonej twarzy zeszły na ubranie. Członek drużyny. Powstrzymała się od jakiejkolwiek uwagi, nie chcąc robić niepotrzebnego kłopotu, i odsunęła się w bok, aby przepuścić mężczyznę. Minął ją bez słowa, dość mocno szturchając ramieniem. Wydała z siebie cichy, zaskoczony dźwięk. Przecież nic nie zrobiła! Westchnęła tylko, szybko zajmując swoje ulubione miejsce w drugim rzędzie, z dala od rozmawiających dziewcząt na widowni. Wielokrotnie słyszała, że po treningu trochę osób zostaje, aby jeszcze poćwiczyć, co stanowiło idealną okazję do przeprowadzania doświadczeń i potwierdzania tez.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włączyła kamerę, sprawdziła ustawienia i wbiła obiektyw w jedyną osobę na lodowisku. Oparła łokieć o kolano, starając się trzymać rękę w miarę nieruchomo, śledząc okiem kamery ruch osobnika. Jej wzrok co jakiś czas latał od obrazu na urządzeniu do prawdziwego widoku, który był znacznie piękniejszy. Mężczyzna poruszał się z gracją, jego ruchy były płynne, wydawały się takie naturalne. Jakby się do tego urodził. Sama jazda wyglądała jak szybki bieg po powierzchni, ale znacznie bardziej majestatyczny. Sunął po lodowisku bez żadnego zawahania się, ruchy miał zaplanowane, a może decydował w ostatniej chwili, nadając temu pozornej spontaniczności? Willow pochyliła się do przodu, zafascynowana tym zjawiskiem, a okulary zjechały jej na czubek nosa. Zakochała się w jego stopach, które przywdziane w łyżwy, wykonywały serię niezrozumiałych dla niej ruchów, zostawiając długie ślady na lodzie, a ręce za nimi nadążały. Starała się oceniać wszystko logicznie, sprawdzać kąt nachylenia, siłę oddziaływania, a nawet wyliczać jego prędkość, biorąc pod uwagę drogę i czas, ale finalnie zostało to zaślepione przez swoiste piękno, płynące z jazdy na łyżwach. Westchnęła, widząc, jak wykonuje obrót. Z nagrania się wszystkiego dowie. Potem. Teraz oddała się chwilowej fascynacji.

      Zakochana w stopach, Willow

      Usuń
    2. * czary mary, fika mika
      poof, sztuczny tłum znika

      Usuń
  47. Willow westchnęła z zafascynowania, rozdziawiając usta. Dalej podziwiała, jak sunął z gracją, manewrując przy tym krążkiem, z którym tworzył świetny jednoosobowy zespół. Prawie tak jak ona ze swoim laptopem. Prawie, bo jej zajęcie nawet nie umywało się do magii, jaką wyprawiaj na lodowisku. Przestała nawet co jakiś czas zerkać na kamerę, aby sprawdzić czy wszystko jest odpowiednio ostre i dobrze wykadrowane. Nie mogła oderwać od niego oczu. Wzrok cały czas przemieszczał się po jego sylwetce, dostrzegając nawet najmniejsze gesty, tylko utwierdzające ją w tym, że się do tego urodził. Z ust dziewczyny wydobyło się kolejne westchnięcie. Też chciała być w czymś tak dobra. I to w czymś tak pięknym, wywołującym powszechny zachwyt.
    Poprawiła okulary, które zdążyły się zsunąć, zerkając na kamerę i przemieszczając rękę, aby sylwetka chłopaka znalazła się w centrum. Przez urządzenie obserwowała jego ruchy. Zwłaszcza ten jeden gwałtowny, który posłał prosto w jej stronę krążek. Automatycznie schowała głowę, wydając z siebie okrzyk zaskoczenia.
    – Oszalałeś? – Wyrwało jej się dość piskliwym głosem. Zdezorientowane spojrzenie spadło na jego sylwetkę, a ręce zaczęły przyciskać kamerę do piersi, obawiając się bardziej o nią niż o jej właścicielkę. – To krążek, nie statek kosmiczny! Nie powinien latać po widowni i przyprawiać ludzi o palpitacje serca! – Wydęła usta z niezadowolenia, obserwując Roana. Przybrał taką pozę, jakby to on był „panem i władcą”, co po części było prawdą, w końcu znajdował się na swoim terenie. Willow poczuła na sobie wzrok dziewczyn, siedzących na widowni, który wprawiał ją w pewnego rodzaju dyskomfort. Przecież ona nic nie zrobiła!
    Słysząc donośne słowa Roana, którego znała jedynie z imienia i nazwiska, włączyło jej się czerwone światło, a odgłos syreny alarmowej zaczął odtwarzać się w jej głowie. Jej intuicja zaczęła krzyczeć „Uciekaj”, wybudzając Willow z chwilowego zaskoczenia. Dociskając do siebie kamerę, tak też zrobiła, tyle że w swój nietypowy sposób. Zanurkowała pod siedzenia i na klęczkach, aby ukryć swoją postać, zaczęła się w miarę szybko przemieszczać.

    Ninja Willow

    OdpowiedzUsuń
  48. Przeważnie robiła to, co niespodziewane, zaskakując przy tym nawet nauczycieli, obchodząc szerokim łukiem schematyczne rozwiązanie zadania, w końcu docierając do poprawnego wyniku. Uczniowie z początku też byli nieźle zdziwieni, widząc ją w tych wszystkich jej kostiumach, zachowującą się zmiennie jak pogoda. Raz potrafiła obdarowywać wszystkich uśmiechem i obsypywać wszystkich komplementami, a niekiedy wpadała w furię, rozrzucając notatki, wywiercając się z uścisków, a nawet rzucając się na kogoś i uczepiając się ich jak miś koala. Chociaż po dłuższym czasie znajomości z panną Westwind to, co zaskakujące, stawało się normą.
    Nie powinna tak jawnie śledzić „obiektów badań”, zwykle kamerowała ludzi z ukrycia; nawet nie wiedzieli, że byli pod stała obserwacją. Może to i lepiej, przynajmniej nie spodziewali się własnego folderu na laptopie Willow, nie oskarżając ją przy tym o cyberprzemoc. Tutaj nawet nie miała się gdzie schować, krzesła nie były wystarczające i tak czy siak, zwróciłaby na siebie uwagę. Liczyła, że Roan bardziej skupi się na jeździe, odpływając gdzieś myślami.
    Kamera utrudniała jej przemieszczanie się, ale ani myślała jej zostawiać! Wolała już dać się złapać i ochronić materiał aniżeli zostawić całe swoje życie za sobą. O tak, panna Westwind gromadziła na tym małym urządzeniu dosłownie wszystko.
    – Kiedyś trzeba zacząć! – Rzuciła, mając nadzieję, że nie zlokalizuje jej głosu i nie ustali dokładnego położenia. Szło jej w miarę dobrze, jak na jedne z pierwszych poważniejszych ninjowskich kroków. Wcześniej starała się jedynie niezauważalnie przemykać korytarzem z zadawalającym efektem. Już docierała do jednego z ostatnich siedzeń, które prowadziło tuż do pierwszego rzędu, kiedy poczuła uchwyt na ramieniu. O cholera. Spięła mięśnie, stojąc nieruchomo i wbijając zielone oczy w jego wściekłe spojrzenie. Ścisnęła kamerę za plecami, biorąc głęboki wdech. – Początkowo chciałam użyć nagrany materiał od kolejnego projektu z fizyki, ukazując, jak praktycznie można wykorzystać zasady i twierdzenia do doskonalenia ludzkich czynności, a łyżwy wydawały się do tego wręcz idealne, jeszcze wcześniej ktoś mi powiedział, że czasem członkowie drużyny zostają, aby poćwiczyć i to była wyśmienita okazja! – Nabrała powietrza, kontynuując swoje wyjaśnienia. – I wtedy zobaczyłam, jak wspaniale jeździsz na łyżwach! To było coś niesamowitego, jakbyś się do tego urodził, twoje ciało poruszało się z taką gracją, a każdy gest był dopracowany i taki majestatyczny, a twoje stopy, na wszystkie galaktyki, twoje stopy. Kocham twoje stopy. Nigdy nie widziałam, aby ktoś równie szybko i tak wspaniale tworzył wzory na lodzie… - Wzięła kolejny wdech, jakby chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale widząc, że spojrzenie Roana jest równie srogie, pochyliła głowę ze skruchą. – Błagam, Roan, nie zabijaj mnie… A jeśli musisz, to zabij, ale oszczędź kamerę. – Ścisnęła jeszcze mocniej urządzenie za sobą.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  49. Kiedy zaczynała o czymś mówić z fascynacją, jeszcze jako tako nad tym panowała, jednak gdy coraz bardziej się rozkręcała, gubiła kontrolę, a słowa wpadały same na język, zanim mózg zdążył je przetworzyć. W jednym zdaniu, wiecznie oddzielonym przecinkami, była w stanie wepchnąć miłosne słowa, zahaczyć o nienawiść i zacząć rozmawiać o gwiazdozbiorach. Tak było i tym razem, mimo że pojęcia o łyżwiarstwie nie miała żadnego, zdawało jej się, iż mogła rozmawiać na ten temat godzinami. Wystarczył jej sam widok i szybka analiza. Większość ludzi po prostu czekała, aż potok słów sam przestanie płynąć, niektórzy zatykali jej ręką usta, a przyjaciele wysłuchiwali, reagując z takim samym optymizmem jak ona. Cóż, Roan sam sobie utworzył osobną kategorię i to jeszcze tą intrygującą. Był pełen tajemnic, podejrzanych zamierzeń, obojętności. Willow zmarszczyła brwi. Nadawał się idealnie, aby uchylić choć rąbek tych jego sekretów. Żeby wiedzieć w jaki sposób funkcjonują na pozór normalni ludzie. Jak reagują na nowe środowisko, jak utrzymują znajomości, czemu odtrącają tych a nie tamtych. W oczach blondynki pojawił się dobrze znany błysk.
    Kiedy puścił jej jedno ramię, uniosła głowę do góry, znowu patrząc na jego twarz.
    – Jaki jest sens tego pytania? – mruknęła pod nosem, marszcząc brwi i wlepiając w niego zdezorientowany wzrok. Przecież udzieliła mu satysfakcjonującej odpowiedzi. – Taaak, pewnie ustawiają się do nich kolejki, aby wychwalać ich piękno. – Uśmiechnęła się promiennie, gdy wspomniał o stopach. Były niesamowite na lodowisku i zdania nie zmieni, mogłaby nawet oprawić je w ramkę. Pociągnęła czapkę, widząc, jak lustruje ją wzrokiem. Westchnęła teatralnie. – Powiedzmy, że dodatkowy projekt z fizyki powiązany z jazdą na łyżwach… – Zdążyła w porę ugryźć się w język, nim zaczęła zagłębiać się w swoje małe kłamstwo. Znając życie, prędzej czy później by się pogubiła. I miało być konkretnie. Przesunęła lewą nogę do tyłu, z zamiarem powolnego wycofywania się.

    Willow

    OdpowiedzUsuń
  50. [Cześć! W takim wypadku nie ma chyba innej możliwości. Masz jakieś powiązanie, którego może Ci brakuje? Roan jest w zespole od samego początku? Duncan - wiem, że nie ma tego zaznaczonego w karcie - jest od początku swojej trzeciej klasy. You know poczuł się wolny i w końcu robi to co chce, przez pierwsze dwa lata miał poczucie winy i, że nic mu nie wolno. W każdym razie może właśnie od tego coś pociągnąć? Albo po prostu powiedz czego Ci brakuje, to jakoś zbierzemy wszystkie pomysły w jedną kupę? :D]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  51. [Jasne, zawsze. Nawet wybaczę to opóźnienie ;>
    Nie no, ale bardzo jestem ciekawa co to masz za pomysł :) ]

    Priscilla

    OdpowiedzUsuń
  52. [Hihi, nie ten Griffin ;) Tak się złożyło, że zdublowały nam się nazwiska. Bratem Pris jest Kaiden, więc na nic nie musimy czekać!
    To teraz ja się wysilę, już taka zła nie będę i wymagająca.
    Tak myślę, skoro Roan jest burzliwy, a Pris z reguły spokojna, to mogłoby go to denerwować. Może to zwalić na niszczenie wizerunku zespołu. I tak od zawsze mogliby się nie dogadywać. Powiedzmy, że teraz przybrało to na sile, przez co odbija się to na całym zespole. Z tej okazji opiekun może kazać im się jakoś porozumieć. Możemy zacząć od radykalnych środków jak zamknięcie dwójki w jednym pomieszczeniu, aż do uspokojenia się i Pris, i Roana. Potem mogliby zostawać zmuszani do pracy w parze (zauważyłam, że chodzą razem na historię i fizykę). No i po prostu mogliby się w końcu do siebie przekonać, że może tak naprawdę nie są aż tacy źli.
    Nie wiem, co ja tam wymyśliłam :))) Chyba już na mnie troche za późno :)))) ]

    Priscilla

    OdpowiedzUsuń
  53. [Prawdę mówiąc chciałam zrobić z niego perkusistę, ale mogę mu to zostawić jako hobby całkowicie poza szkolne, a w zespole może grać w sumie na tych klawiszach. Jeżeli chodzi o początek znajomości to jak najbardziej mi to odpowiada. Skoro nie chcesz powiązań, możemy ograniczyć się po prostu do znajomości z zespołu i wątek również poprowadzić na tym tle, a później pomyśleć nad czymś konkretnym. Przyznam szczerze, że godzina późna już dla mnie i moje myślenie idzie... niekoniecznie sprawnie, tak jak powinno.]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  54. Z pijanymi osobami było jak z dziećmi. Trzeba było ich pilnować na każdym kroku, aby nie zrobiły czegoś głupiego, a szczególnie krzywdy sobie i innym. Była świadkiem wielu głupich pomysłów ludzi w takim stanie i to był kolejny powód, dla którego wolała trzymać się od alkoholu z daleka. Zazwyczaj jednak trzymała się od takich ludzi z daleka i gdyby pijaną osobą, którą właśnie podtrzymywała, nie był Roan, prawdopodobnie zostawiłaby go na kanapie w salonie. Ale przecież to był najlepszy przyjaciel jej brata, druga najbliższa jej sercu osoba i jej pierwsze w życiu zauroczenie. Był dla niej kimś wyjątkowym.
    Westchnęła po raz kolejny, teatralnie wywracając oczami. Nic jednak nie powiedziała, poczekała aż w końcu zdecyduje się ruszyć dalej, a kiedy wreszcie to zrobił, poszła w jego ślady. Przy okazji też rzuciła kilka niemiłych komentarzy w myślach w stronę Scotta, że nie ma go akurat wtedy, gdy jest potrzebny. Nie była pewna czy był w pracy, czy sam był na jakiejś imprezie, ale wydawało jej się, że zawsze i wszędzie chodził z Roanem. A skoro Watson był tutaj, zapewne nie wiedział gdzie starszy McCall się znajduje, inaczej by tu nie przychodził.
    Niemal odetchnęła z ulgą, gdy schody się skończyły, a oni wreszcie stanęli na pierwszym piętrze. Radość jednak nie trwała długo, gdyż chwilę później została prawie przygnieciona do ściany przez Roana i tylko dzięki jego refleksowi, którego się po nim nie spodziewała, nie uderzyła głową o ścianę. Wstrzymała na chwilę oddech, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w chłopaka, który nagle znalazł się zdecydowanie za blisko niej. Bo może i wyrosła już z głupiej nadziei, że Roan zobaczy w niej kiedyś kogoś więcej niż młodszą siostrę przyjaciela, ale wciąż uważała go za przystojnego i nadal ją trochę pociągał, nawet jeśli nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą.
    Przez chwilę tylko obserwowała jak się od niej odsuwa, a po chwili próbuje iść dalej sam, ale widząc, że mu to nie wychodzi, ponownie złapała go za ramię.
    — Chyba nie do końca — mruknęła z lekkim przekąsem, starając się nie dać po sobie poznać, że jego chwilowa bliskość w jakikolwiek sposób na nią zadziałała. Popchnęła go lekko w kierunku sypialni Scotta, a gdy wreszcie się w niej znaleźli, podeszła do łóżka i odsunęła kołdrę na bok. — Kładź się lepiej — powiedziała, próbując zdjąć z niego kurtkę, którą na sobie miał. Wiedziała, że i tak nie da rady rozebrać go całego, w zasadzie nawet nie chciała tego robić, ale mogła chociaż pozbyć się jego kurtki i butów, aby podczas snu się nie spocił i żeby było mu chociaż trochę wygodniej. Nie sądziła bowiem, że Roan sam będzie w stanie to zrobić, miała wrażenie, że nie do końca wie co się dzieje, nawet jeśli chwilami robił lub mówił coś z sensem.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  55. Przenieśli się we właściwe miejsce w zaskakująco krótkim czasie, przepełnionym nadmiernym czuciem i odwzajemnianiem pragnień, co nie powinno się wydarzyć, nigdy. Opuścił gardę i musiał powrócić do uprzedniego stanu, właściwego stanu, a w międzyczasie przetrwać. Po wszystkim miał opuścić jego sypialnię, bez wahania, bez emocji, bez przywiązania. Żaden problem.
    To wszystko było nienormalne, porąbane w najgorszy z możliwych sposobów i na pewno nie powinien się tu znajdować, nie powinien wzdychać do czyjegoś ucha, bo czekała go ta cholerna fizyka, której za nic nie pojmował, pranie na pewno już wyschło, Justin zdążył wrócić i czatował przed jego mieszkaniem, by dokończyć to, co zaczął, cały świat czekał na Benedicta, a on odrzucił go jak pierwszą lepszą przejętą tożsamość i udawał, że mógł wyjść z tego cało. Nie było na to szans, najmniejszych, powinien pożegnać się ze sobą i dotychczasowym życiem, bo zdołał je zniszczyć jednym, głupim Watsonem, który po wszystkim zamierzał wywalić go ze swojego życia, obkleić całą szyję plastrami, żeby nie musieć patrzeć na te obrzydliwe pozostałości po równie niezasługującej na uwagę części Holta. Nigdy nie powinien się przed nim ujawniać, prawidłową decyzją było zdechnięcie pod klubem, dopiero teraz to dostrzegał.
    Biznes to biznes, Holt. Dokończ, co zacząłeś.
    Miał problem z odnalezieniem właściwego przycisku, jakby to całe przedstawienie zabiło tę jego część, ale przedostał się tam przed rozpoczęciem właściwego występu, dzięki czemu uniknął ponownej utraty rozsądku, rozumu, po prostu umiejętności racjonalnego myślenia. Działał automatycznie, korzystał z zapisanych wcześniej schematów, nie zwracając uwagi na odległe wołania, próbujące uświadomić go, że nic nie było tak jak wcześniej i udawał właśnie przed samym sobą. Nie widział w tym nic złego, bo zachowywał się poprawnie, tak, jak powinien, robił to, czego od niego oczekiwano, reagował w całości, zaciskał dłonie na pościeli, wykonywał polecenia i był, bo tyle zawsze wystarczało. Znajdował się poza sobą, patrzył na całą tę sytuację z trzeciej osoby, nie interesując się nią na tyle, by przystanąć, większość wysiłku psychicznego poświęcając na naprawianie tego, co, delikatnie mówiąc, spierdolił, dając się odurzyć Justinowi. Po czymś takim będzie chodził obolały, na pewno nie da rady poćwiczyć, co dawało mu lekką przewagę nad uprzednim stanem, a teraz wystarczyło ją tylko wykorzystać, a aby to uczynić, musiał spełniać wymagania, co zazwyczaj było prostsze, bo informowano go o tym, co chciano osiągnąć. Roan był jednak chaotyczny i nieprzewidywalny, jeszcze w łazience zapewniał go o odczuwanej pogardzie, pałał do niego wykraczającą poza normy nienawiścią, a teraz dobierał się do niego bez skrępowania, więc jedynym w miarę sensownym i akceptowalnym wyjaśnieniem było to, że czegoś chciał. Może gdyby nie bawił się w empatię i ujarzmianie faceta, którego imię po zmianie jednej litery brzmiało jak onomatopeja odpowiadająca za ryk zwierzęcia, co czyniło to wszystko jeszcze bardziej żenującym, pewnie znałby jego potrzeby, zakładając, że w ogóle skończyłby w ten sam sposób. Kurwa, tacy byli najgorsi, nie kierowały nimi wyraźne na pierwszy rzut oka schematy i korzystali z każdego potknięcia, ale mogło się to wiązać również z faktem, że Benedict nie przebywał za dużo z tego typu ludźmi. W ogóle nie przebywał z ludźmi, jeśli nic z tego nie miał. To wszystko wina Justina. Właśnie tak. Nie cała, na pewno byłby w stanie wcześniej wyrwać się z tego ogłupienia, ale gdyby koleś zachowywał notatki z poprzednich lat, Benedict nie... nie czułby. Niczego. I tak byłoby lepiej.

    |Ben

    OdpowiedzUsuń
  56. Wyodrębnianie ciała i umysłu zawsze stawało się trudniejsze podczas osiągania pełnego spełnienia, a po powrocie odczuwał jeszcze większe zmęczenie, niż gdyby sobie tego oszczędził. Po tak nieostrożnej krucjacie emocji stało się wręcz niemożliwe trwanie w takim stanie do samego końca, toteż zdecydował się na szybsze przyjęcie tych przyziemnych i nieodpowiednich dla niego uczuć, dzięki czemu zdołał doświadczyć składania na jego szyi pocałunków, co, czego się obawiał, wytrąciło go z równowagi i nawet kiedy Roan wyszedł, pozostawiając go samego, roztrzęsionego, rozbitego i pełnego obrzydzenia do własnej egzystencji. Czuł go wszędzie, na całym sobie, był tym przytłoczony i potrzebował oczyszczenia. Miał nieodpartą chęć na odrąbanie sobie nogi, która płonęła o wiele bardziej niż reszta, będąc pod wpływem jednego ze swobodniejszych muśnięć, jakby próbowała wmówić mu, że to cokolwiek znaczyło. Że może ktoś go docenił.
    Z trudem uniósł się i obrócił, chcąc zlokalizować zaginionego chłopaka, nie będąc pewnym, co go teraz czekało. Otrzymanie z powrotem swoich ubrań było jednocześnie ciosem w twarz i zbawieniem, bo nie potrafił wybrać jednego. Zaczął ubierać się w pośpiechu, nie do końca przez to całe odliczanie, które obchodziło go w tamtym momencie najmniej, ale przez sam fakt, że wreszcie mógł z tym skończyć, że wracał do siebie i jego życie znowu miało stać się starannie planowaną rutyną, a nie pełną nieścisłości i niezdatną do przewidzenia farsą, znów stawał się Benedictem, a nie niestabilnym emocjonalnie nastolatkiem.
    Chciał go wyminąć i natychmiast się stąd wydostać, pozostawić ten przykry incydent za sobą i zastanowić się, jak uporządkować wszystkie zwalające się na niego obowiązki, ale wciąż stał niepewnie, przez co nie mógł pozwolić sobie na szybsze poruszanie się, a sam Roan na pewno nie wypuściłby go bez odstawienia kolejnej sceny, co zdołał potwierdzić bez żadnych starań.
    Skurwiel mógł zawieźć go tam od razu i nie byłoby żadnego problemu, ale najwyraźniej postanowił go wykorzystać. I nawet nie był tym jakoś przesadnie zdziwiony, bo wysługiwanie się nim leżało w codziennej rozrywce wielu osób, ale późniejsze słowa Watsona doprowadziły go do następnego stadium niezrozumienia i rozpaczy, mieszając to jeszcze z zażenowaniem i uznał, że naprawdę chciał go nienawidzić. Z całego martwego serca, pragnął patrzeć nań z nieokiełznaną wrogością, bo tak byłoby prościej. Prościej, niż przyswajać przez następne dni jakąś niepełną obietnicę, pewnie jeszcze w jakimś stopniu oczekując jej spełnienia. Wszystko byłoby prostsze.
    Przyjrzał się złapanemu kocowi, który pewnie cały przesiąkł zapachem chłopaka, ale nie widział innego wyjścia. Nie miał kurtki, a w przemokniętych ubraniach daleko by nie zaszedł, nie wspominając o tym, jak nieprzyjaźnie brzmiała półgodzinna wędrówka do Skyline, którą mimo szczerej niechęci musiał odbyć. Ale... przynajmniej był już koniec. Zdołał uciec, za parszywie ogromną cenę, ale liczył się sukces, a nie droga do jego osiągnięcia.
    Dlatego nie rozumiał, dlaczego szumiący w jego głowie głos, bezustannie nazywający go dzieciakiem, stał się głównym powodem powrotu do pokoju, tylko po to, by pocałować skroń Roana i wydostać się stamtąd jak najszybciej.
    Kiedy skręcał za garażem, zgodnie z poleceniem, szarpnęła nim jeszcze jedna nieuzasadniona chęć, która towarzyszyła mu do samego końca.
    Ogarnij się, Holt. On nic do ciebie nie czuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justina nie było. Nie włamał mu się do pokoju, nie napadł go, gdy usiłował przebrnąć przez niezliczoną ilość opróżnionych butelek i grzebał w cudzych rzeczach, by odnaleźć swoją własność, a na końcu zostawił klucze przed drzwiami, nawet ich nie zamykając. Na pewno ktoś pasjonował się konfliktami z tym chłopakiem, a Benedict nie miał nic przeciwko ofiarowaniu lekkiej pomocy.
      Uciekł spod prysznica, roztrzęsiony, kiedy oddech Roana owionął jego szyję, przyprawiając go o kolejną falę obrzydzenia, akurat, gdy zaczynał jakoś akceptować to, co ze sobą zrobił. Chciał wyrzucić go ze swojego życia, z głowy i z serca, ale on bezustannie powracał, nie zezwalając na zapomnienie. To było jego ciało, jego umysł i powinien móc decydować o takich rzeczach, ale Watson zawładnął nim całym, zaczął go posiadać. I nigdy nie mógł się dowiedzieć.
      Przekrwione oczy i niesubtelne ślady w okolicach obojczyka były jedynie początkiem. Odnajdywał coraz więcej zaczerwienień, ugryzień, zadrapań z każdą sekundą, wyglądał jak po gwałcie i w zasadzie tak też się czuł. Zaatakowany przez wspomnienie dobierania się do cudzej erekcji prawie zwymiotował. Wyszorował zęby, wypłukał jamę ustną i wypadł z łazienki, nie chcąc widzieć siebie w takim stanie. Nie zamierzał unikać własnego odbicia przez następny tydzień, ale na razie mógł sobie oszczędzić tego widoku. Wystarczyło, że nie radził sobie z własnym umysłem.
      Zauważył brak telefonu, chcąc poinformować klientów o swojej chwilowej niemożności wykonywania zawodu, zamierzał zrzucić to na przeziębienie, jednocześnie mając nadzieję, że tylko na tym się u niego skończy. Wystarczająco zawalał rozszerzenia, nie potrzebował kolejnego wymuszonego urlopu. Kurwa, przecież wypadł mu wtedy, w łazience. Dlaczego o tym nie pamiętał? Nie pamiętał o wielu rzeczach, na przykład o tym, że przywiązanie się do kogoś skutkowało cierpieniem, ale nigdy dotąd nie zapomniał o komórce. Czuł się jak bez ręki, a myśl o tym, że Roan miał dostęp do jego...
      Kurwa, nie miał się czym martwić. Hasło. Rok urodzenia Ludwika Spitznagla. Nie do złamania.
      Nadal jednak dręczyła go świadomość, że będzie zmuszony do kolejnej konfrontacji z Watsonem, by go odzyskać. Znowu zobaczy jego oczy, poczuje lawendę, zacznie pożądać tych pełnych ust, tego ciała, zapragnie być przezeń rozerwanym na strzępy i...
      To, co robił, było żałosne i nigdy nie pomyślałby inaczej. Rzeczywiście nie posiadał żadnej godności, skoro posuwał się do tak haniebnych metod, ból nie przynosił niczego, żadnej ulgi, tylko nakładał się na to, co już go niszczyło. Upuścił nóż kuchenny, z którego i tak rzadko korzystał, brakowało mu czasu na regularne i domowe posiłki. Nałożony na ranę opatrunek wyglądał beznadziejnie w porównaniu z tym, co wcześniej zrobił dla Roana. W końcu dawanie czegoś od siebie zawsze szło mu prościej niż dbanie o siebie. Znowu zbierało mu się na płacz, ale był zbyt zmęczony, by w ogóle pomyśleć o kolejnej serii obelg, którymi zwykł siebie obsypywać. Skoro z trudem wykonał dwa cięcia, to śmierć najwyraźniej nigdy nie była opcją, która leżała w jego zasięgu. Oszukiwał siebie przez ten cały czas, udając, że zdoła zrobić to samodzielnie, a tak naprawdę potrzebował wyręczenia.
      Żałosny, obrzydliwy dzieciaku.
      I chyba znał osobę, która mogła tego dokonać.
      Wtulał się w pierś Roana, kuląc się pod należącym do niego kocem przez całą noc.

      #JustinOut

      Usuń
  57. Nierzadko miewał problemy ze snem, w niedawnym czasie prawie w ogóle nie korzystał z tej formy odpoczynku, próbując przetrwać nawał sprawdzianów i innych obowiązków, a przy tym pozostać dostępnym w razie możliwości zarobku. Stres nie pozwalał na zaznanie choćby chwili spokoju, jego grafik był cholernie napięty i przez krótką chwilę rozważał rzucenie tego, ale zdołał się opanować. Przetrwał kolejny gorszy okres, ale nadal zmagał się z uporczywą bezsennością, która zmieniała wszystko w istne piekło, doprowadzając go do rozmyślań nad zwróceniem się po pomoc lekarską, bo częstotliwość nocnych pobudek zaczynała go niepokoić. Tymczasem wystarczyło ukraść komuś koc, przesiąknięty zapachem zapewniającym upojenie, by wszelkie zmartwienia odeszły. Osiągnięcie upragnionego stanu nie zostało przerwane nawet przez pulsujący i ostry ból w okolicach nadgarstka, jego zdaniem całkowicie wyolbrzymiony, bo nie naruszył nawet najbardziej wrażliwej sfery.
    Prawdopodobnie przespałby całą noc, dopuszczając wyobrażenia o obejmujących go cudzych ramionach i cieple drugiej osoby, gdyby nie pukanie, które wdarło się do jego głowy i sprawiło, że zerwał się z łóżka jak po wybudzeniu z koszmaru, co po chwili uznał za dość adekwatne. Nie miał pojęcia, kto mógł przyjść do niego o tej godzinie, bardziej opłacalne byłoby już poczekanie do rana, biorąc pod uwagę umiejscowienie jego pokoju, co skierowało go na przyjęcie możliwości, że Justin wreszcie po niego przybył.
    Najpierw przywitał go chłód, nieznaczny, bo i tak postawił na spanie w koszulce, by nie skupiać się na tym, co znaczyło jego ciało. Kierując się w stronę drzwi natknął się na porzucony uprzednio nóż, który pochwycił, początkowo zranioną ręką, a nagły ból wywołany nieostrożnym zaciśnięciem palców na rękojeści sprawił, że wreszcie dostrzegł rozprzestrzeniającą się pod opatrunkiem krew, ale nie miał czasu na przejmowanie się tym. Otworzył drzwi, wychylając się zza nich nieznacznie, gotów na samoobronę czy nawet ofensywę, bo nadal nie do końca pojmował, dlaczego ktokolwiek miałby nawiedzać go tej nocy, a gdy dostrzegł Roana, opanowało go przerażenie, że te chore fascynacje zmanipulowały jego wzrok. I słuch. Pewnie też całą resztę. Nieznane uczucie kazało mu jednak upuścić ostrze i pchnęło go do szerszego otworzenia drzwi i tym samym stanięcia naprzeciwko prawdziwej, istniejącej naprawdę osoby. Bezwiednie uniósł ranną dłoń do swojego obojczyka, ale zaraz opuścił ją i zamknął dotąd otwarte w wyrazie niezrozumienia usta. Miał tylko dwie możliwości do wyboru i żadna nie pokrywała się z zepchniętymi na bok pragnieniami, żadna nie oferowała tego, co te irracjonalne halucynacje, podsuwające myśli, że może zaczynał wariować. Albo przyszedł po koc, albo znalazł jego telefon i kiedy przypomniał sobie odczuwaną podczas niedawnego snu błogość, był gotów błagać, by przybył po to drugie.
    Albo w ogóle nie istniał. Oczywiście, że właśnie ta opcja najbardziej by mu odpowiadała. Bez wątpliwości.

    |Beniamin

    OdpowiedzUsuń
  58. Nie obchodził urodzin. Tak to tłumaczył sobie i innym. Tylko tyle. Zagłębianie się w przyczyny tej decyzji uznawał za bezcelowe, bo tak naprawdę robił to już wcześniej, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Nigdy nie chodziło o przedmioty czy osiąganie jakiegoś wieku, a o szczęście, szczęście brata, który uwielbiał przeżywać takie wydarzenia i otrzymywać podarunki, życzenia, pławić się we własnym blasku i zapominać o niedogodnych faktach. Benedict chciał jedynie, by pozostawał szczęśliwy, cały czas, dla niego.
    Ale nie zdołał go obronić.
    Nim doszedł do jakiejkolwiek decyzji o swoim następnym działaniu, Roan zapewne bez większych starań wzmocnił jego nienawiść do siebie i kazał mu przestać. Nawet, jeśli nie wiedział co miał przestać robić, czuł, że faktycznie powinien. Dopiero kiedy dostał w swoje ręce telefon, nie rozumiejąc z tej sytuacji nic i powrócił opuszczonym wzrokiem na Watsona, dotarło do niego, że nadszedł dzień. Uformowanie w głowie zdania, mówiącego o tym, że przespał niemałą część nocy tworząc fantazję o przebywającym z nim chłopaku ponownie wywołało mdłości. Chciał się go stąd pozbyć, jak najszybciej, jakikolwiek podarunek zmuszałby go do pamiętania, a wbrew wszystkiemu, w tym sobie, Benedict nie chciał pamiętać.
    Odtrącił bosą stopą nóż, łudząc się, że nie zostanie dostrzeżony i, nadal wpatrując się w Roana z pełnym niezrozumieniem wymalowanym na twarzy, odsunął się, by przepuścić go w drzwiach. Nie wszedłby. Jawna pogarda wręcz z niego emanująca napawała Benedicta pewnością, że tak się go najłatwiej pozbędzie i przy okazji odda mu ten nieludzki telefon. Kurwa, wszystko byłoby już rozwiązane, gdyby po prostu o nim nie zapomniał.

    |Benon

    OdpowiedzUsuń
  59. Benedict był zdania, że wulgaryzmy świadczyły o braku elokwencji i niskiej inteligencji, a ponieważ jak najbardziej odpowiadał temu opisowi, nie krępował się przy ich używaniu. Dobre użycie takiego wyrazu przecież nie było grzechem, a nawet mogło idealnie odwzorować to, czego nie dało się inaczej określić. Ale nigdy wcześniej nie dotarł do momentu, kiedy potrafił już tylko kurwić, zapanowała całkowita pustka i został odsłonięty, pozostawiony bez broni w obliczu zagrożenia.
    Chyba działało, w końcu nie wszedł do środka, a wręcz wyciągnął go poza pokój, zadając mu przy tym ból, na który zaparło mu dech w piersi, ale nijak miał się on do tego, co dostarczała mu ta przeklęta, spragniona bliskość. Znajdował się w swoim własnym stanie trzeźwości i reakcje na tego człowieka przerażały go coraz bardziej, jakby potwierdzały podejrzenia, że wcześniej, u niego, z nim, przy nim, tak naprawdę był w pełni przytomny i podejmował świadome decyzje. Justin mógł odurzyć go na jakiś czas, ale czy naprawdę pozostawał pod wpływem narkotyku przez całe zdarzenie?
    Decyzje. Jak zwykle błędne decyzje wrzucały go w wir nieprzyjaznych i niekomfortowych zdarzeń, tylko dlatego, że nie potrafił i nie miał zamiaru ich wyjaśnić. Może gdyby Roan wiedział, co wydarzyło się wtedy, w klubie, zanim wszedł, wszystko potoczyłoby się inaczej i nie byłoby ich tutaj, żadnej lawendy, żadnych papierosów i żadnego gorąca, rozlewającego się po całym ciele. Był chory, poważnie chory, ale wcale nie odpowiadało za to żadne doświadczone zimno czy spanie w samych bokserkach w tę porę roku. Miał sprawcę przed sobą, a nawet przy sobie i nie zamierzał znowu dać wciągnąć się w jakieś nieporozumienie.
    Zwilżył wargi, przenosząc wzrok z oczu na kuszące go bezustannie usta i odszukał kieszeń kurtki Roana, by schować do niej wręczony mu, nieporęczny przedmiot i wyszarpnąć się z uścisku, który uniemożliwiał myślenie o czymkolwiek innym niż o rzeczach, jakie mógł z nim zrobić, tu i teraz, bez zastanowienia. Zerwał opatrunek i uniósł rękę, pokazując dwa nacięcia, nienachodzące nawet na miejsce, które formalnie powinien zranić. Potrząsnął głową, oddychając ciężko, jakby zakończył długi bieg i zaraz jego wzrok padł na odkryty nadgarstek. Po przedramieniu spływała strużka krwi, w którą wpatrywał się jak zahipnotyzowany, nim opuścił rękę, nie wiedząc nawet do końca dlaczego to robi. Udowodnienie mu, że faktycznie był tylko głupim dzieciakiem próbującym ze sobą skończyć mogło doprowadzić go do zwycięstwa, a on sprzeciwiał się własnemu rozumowi, jakby Roan miał faktycznie kontynuować zabawianie się z nim, bo przecież niedoszli samobójcy byli tacy opłacalni. Kurwa, musiał naprawdę zastanowić się nad tym, co chciał osiągnąć.

    |Benon

    OdpowiedzUsuń
  60. Były tam. Źródło jednoczesnego szczęścia i rozpaczy, bo potwierdzenie swojej aktywności podczas tamtej trącającej jego i tak nikłą godność sytuacji znaczyło, że podejmował decyzje i najwyraźniej wcale nie protestował. Niczego sobie nie uroił. Nie wariował. No, może odrobinę, ale nie na tyle, by się tym przejmować. Po prostu reagował na rzucane w swoją stronę resztki możliwej uwagi, w przypadku takiego odosobnienia i unikania głębszych relacji chyba było to naturalne. Co nie znaczyło jednak, że nie mógł się tego pozbyć i powrócić do bycia Benedictem, bo tak się nazywał i to właśnie go określało, nie żadna niewyraźna przeszłość czy jednorazowy błąd, który z biegiem czasu powinien popaść w zapomnienie. Obietnice bez pokrycia nie stawiały go w żadnej kłopotliwej pozycji, wręcz przeciwnie, ich niespełnienie działało na jego korzyść. Ktoś, kto nie dotrzymywał danego wcześniej słowa nie był odpowiednim przewodnikiem. Gdyby sam nie zdołał go odepchnąć, jak planował wcześniej, wystarczyła cierpliwość. Poza tym, zadawanie się z Watsonem szkodziło jego plecom, które znowu przeszyła fala tępego bólu, przyćmionego przez zaskoczenie. Jeśli nadal zamierzał dążyć do skończenia jako korporacyjna mrówka, to jakikolwiek trwały uraz bardzo by mu w tym przeszkadzał. Proste.
    Kurewsko zimne dłonie pozostawiały po sobie palące ślady i to przeczyło wszystkiemu, czego się kiedykolwiek nauczył, ale przy Roanie cały świat działał wbrew ustalonym zasadom, więc nie przejął się tym na tyle, by przystanąć. Nawet gdyby zapragnął poświęcić temu chwilę, po prostu nie mógł, bo znowu został zamknięty w ciasnej przestrzeni z człowiekiem, którego bawiło przeprowadzanie zamachów na jego niemal nieistniejącą prywatność i doprowadzanie go przy tym do unikanych dotąd stanów. W głowie miał już tylko kontrolkę podpisaną "Roar" i migała ona bez przerwy, bo czuł go ciągle i ciągle, bez momentu na oddech, a teraz było tylko gorzej. Jeśli to samo działo się z nim przedtem, to chyba mógł sobie wybaczyć. Kiedyś.
    I naprawdę tego chciał, oznaczyć całe jego ciało, a potem też umysł, widzieć go w oddali i myśleć o tym, że pod tymi warstwami nieznośnie ciemnych ubrań kryły się ślady, których istnienie nie przemykało przez niczyją głowę, bo byli dla siebie, a nie dla innych. Benedict był dla niego. Cała ta wizja, kolano wywierające nacisk na jego krocze, dłoń sunąca coraz wyżej, nawet te beznadziejne teksty, które od dawna przestały na niego działać, a teraz nagle potęgowały istniejący już chaos, wszystko prowadziło tylko do jednego i nie zniósłby odmowy.
    Przyciągnął go zdrową ręką, drugiej rezerwując możność wsunięcia się pod kurtkę Roana i wychylił się nieznacznie, bo i tak stali cholernie blisko, wręcz niezdrowo i pocałowanie go przy czymś takim wydawało się oczywiste. Zaciskał powieki, bał się tego, jak zostanie odebrana jego desperacja, bo tylko to pozostawało wyraźne, desperacja i nieodpowiednie do pory dnia pożądanie, bo przecież też miał rozpocząć niebawem zajęcia. I jakaś jego część próbowała zasygnalizować, że na miejscu byłoby wzięcie tego telefonu i zostawienie Watsona w spokoju, ale... ale nie.

    |Beniamin

    OdpowiedzUsuń
  61. Coś szarpało wszystkie nerwy i pociągało za sznurki, obdarzało go fałszywymi zapewnieniami i wyciągało na wierzch zachłanność, prześwitującą przez skórę niecierpliwość. Gdyby Roan chciał go tam, na korytarzu, nawet by się nie opierał, wręcz przeciwnie, chłopak budził w nim uśpione potrzeby, jakiś głupi pociąg do niebezpieczeństwa, co na pewno zmierzało w złym kierunku. Póki się nie wychylał i nie uczestniczył bezpośrednio w życiu społecznym, nie mógł niczego schrzanić. Gdyby nagle zaczął się udzielać, pokazywać, gdyby zaryzykował staniem się sobą w oczach większej grupy, wszystko poszłoby na marne. I poniekąd właśnie to teraz robił. Czy naprawdę Roan był tego warty?
    Wsuwał dłoń coraz dalej, błądził nią po ciele Watsona, przypominając sobie pokonane już niegdyś drogi, podążał tymi samymi ścieżkami. Akceptował wszelkie odruchy, mimowolne ruchy bioder, swoją rękę pod jego czapką, by ponownie zetknąć się z włosami, które w tak zachęcający sposób spod niej wystawały, pozostawał podatny na zaciśniętą na boku, rozsyłającą przeraźliwie gorące zimno dłoń, która zamarła we wdzierającym się w jego serce bezruchu. Posiadał jego niezdatne do funkcjonowania płuca, walące się budynki umysłu, ściśnięte gardło, zarumienioną skórę, miał go, kurwa, w całości i jeszcze bardziej. Benedict nie mógł wykrzesać z siebie więcej. Gonił go czas, obowiązki, prawdopodobnie także sam świat, ale zabrano mu możliwość oddania się reszcie, bo istniał już tylko Roan i ta lawenda, którą być może sobie uroił. I dobrze.
    Przez moment podążył za nim, łaknąc więcej, ale zdołał się opamiętać. To jego powinni pragnąć, nie na odwrót, ale także z tą myślą był bliski rozpaczy. Pobudził go i splugawił, a następnie porzucał. Skrył twarz w dłoniach i osunął się na ziemię, zniszczony, poruszony, jego. Brakowało mu sił, by dalej próbować się opierać. Gdyby otrzymał takie polecenie, błagałby na kolanach o uwagę i zaspokojenie, ale tylko nie czyniąc tego z własnej woli mógł nadal mieć siebie w chociaż najmniejszym stopniu.

    |done

    OdpowiedzUsuń
  62. Wyrwał się Willow i całemu tłumowi ludzi, bo miał już serdecznie dość i nie odnosił się tylko do przebywania wśród tak przerażającej ilości osób. Zgubił Adama i utracił wszelkie chęci na odnalezienie go, wciąż będąc nazbyt przejętym występem Roana, co doprowadziło go na zaplecze. Jakoś tak wyszło, pewnie chciał zaprezentować swoją nachalność i bardziej pogrążyć swój wizerunek. Nie zdziwiłby się, gdyby faktycznie posiadał taki cel, nieświadomie. Już nic nie było w stanie go zdziwić.
    Wahał się długo, stał przed wejściem, rozważając powrót do bezpieczeństwa, do pokoju i zawinięcie się w nienależący do niego koc, jeśliby tego potrzebował. Brzmiało prosto i przyjemnie, a przy tym bezkonfliktowo, bo starczyło mu ludzi na jeden dzień.
    Ludzi tak. Roana nie.
    Otarł łzy, którym wreszcie pozwolił spłynąć i wszedł na zaplecze, gdzie powitała go urocza i napawająca nieopisaną ulgą pustka, bo ponownie jego cały świat zmalał tylko do pochylającego się Watsona. Nadal czuł się jak intruz, ale przynajmniej byli sami. Nikt więcej nie miał ujrzeć upokorzenia i prawdopodobnego odrzucenia, bo aż się o to prosił, przychodząc tutaj i robiąc to, co korciło go tak naprawdę od samego początku. Podszedł do Watsona szybkim krokiem, bojąc się, że nagle zrezygnuje i objął go w pasie, przyciskając policzek do jego pleców. Znowu trwała upojna chwila, którą musiał czym prędzej się nasycić, pragnął pochwycić wszelkie emocje, jakie mogły jeszcze ulatywać z Roana po występie i zamknąć je w sobie, tym samym nadal pozostając na swojej definicji zwycięskiej pozycji. Potrzebował tego bardziej niż ucieczki.

    |wybierzpodpis

    OdpowiedzUsuń
  63. Jasno postawił sprawę i wydał pozbawiony bezpośredniości rozkaz, któremu Benedict powinien bez sprzeciwu ulec, jak posłuszna zabawka w jego rękach, którą przecież był. Nie unikał stwierdzania tego faktu, bo i tak był najlepszym i najcieplejszym, co posiadał, ale zalewająca go fala wstydu zmieszanego ze złością napędziła dotychczas nikłą chęć zmiany tej pozycji na coś pewniejszego, bardziej oczywistego. Brak informacji dotyczących tego, jakie były zamiary Watsona utrudniał każdy ruch i w wyniku tego docierali do tak niezręcznych momentów. Przynajmniej dla niego. Było nawet gorzej niż gdy mu się ofiarowywał, bo teraz usiłował zrobić coś, co robili inni ludzie, uczynić to na polu psychicznym, a nie fizycznym. Ale w większości jedynie miotał się między "chcę" a "robię", nie mogąc tego rozsądnie wypośrodkować.
    Spróbował i poległ, czyli ponownie musiał zacząć myśleć, jak z tego wybrnąć i możliwie niczego nie zepsuć. Nawet jeśli już zdążył to zrobić. Poluźnił uścisk, odczuwając brak swobody w działaniach i przesunął dłoń wyżej, tak, by móc zakreślić na piersi Roana koło, przekazać mu wiadomość, ale nie narażać się na stanie twarzą w twarz. Niechętnie odsunął się od niego, bo pomimo braku wzajemności z jego strony czuł się dziwnie komfortowo mogąc po prostu stać w ten sposób, czuć jego funkcjonujące ciało i kiedy już miał wyjść, podjął kolejną głupią decyzję. Jedną z wielu. Kierowany przypływem emocji, głównie bolesnej bezsilności, wyjął z plecaka plaster, wyminął Roana i przykleił mu go w miejscu, gdzie uprzednio kreślił okrąg, unikając przy tym jego spojrzenia. Dopiero wtedy wycofał się, przeklinając w myślach siebie i swoje idiotyczne pomysły. Mógł po prostu nie przychodzić.

    |@

    OdpowiedzUsuń
  64. [Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku :) ]

    Cece nie chciała tutaj być.
    Cała idea terapii grupowej w ogóle do niej nie przemawiała. Siedziała w kółeczku z nastolatkami pogrążonymi w żałobie, którzy aż nazbyt chętnie dzielili się swoimi traumatycznymi przeżyciami, wyrzucając z siebie nagromadzony ból oraz frustrację, a ona nie mogła przestać się zastanawiać, co jest z nimi nie tak. Na samą myśl, że miałaby zwierzyć się tym obcym ludziom z tego, co się wydarzyło, zbierało jej się na wymioty, mimo to jej rodzice byli nieugięci i wciąż musiało ją do uczestnictwa w zajęciach. Wszyscy chcieli, żeby Cecelia z nimi porozmawiała, żeby w końcu opowiedziała, co pamięta z tamtego dnia, żeby wyrzuciła z siebie to wszystko, ale za każdym razem, gdy otwierała usta, słowa zaczynały dławić ją w gardle, dusząc ją. Dlatego prawie przestała się odzywać. Otoczyła się murem zbudowanym z obezwładniającej ciszy, stworzyła odpychającą maskę milczenia, przez którą niezdolne były się przedostać kolejne prośby czy groźby. Ludzie nie lubili bezgłosu, bo kojarzył im się z martwotą. Cisza sprawiała, że czuli się nieswojo, niekomfortowo, a ponieważ Cece czuła się obnażona pod ich oceniającymi spojrzeniami i szeptami, zaczęła wykorzystywać milczenie jak oręż; jedyny sposób, w jaki faktycznie mogła się chronić. Nie miała światu nic do wyznania. Gdyby zaczęła mówić... To, co się wydarzyło, stałoby się rzeczywiste, a tak wciąż mogła udawać, że Josh wyjechał studiować do Londynu, tak jak zawsze planował i jest zbyt zajęty nauką, by ich odwiedzić, podczas gdy dłoń Cecelii nadal jest w pełni sprawna i na jesieni uda się do Harvardu, by spełnić marzenie o zostaniu chirurgiem. To była gra, którą prowadziła sama ze sobą.
    Ale wszyscy chcieli z nią nieustannie rozmawiać.
    Bębniła palcami zdrowej ręki o kolano, uparcie wpatrując się przed siebie, podczas gdy reszta grupy po kolei opowiadała o swoich przeżyciach. Było ich dwanaścioro plus terapeuta; młody, optymistyczny chłopak, który najwyraźniej miał zamiar zbawić świat, ale jego niekończący się entuzjazm działał Cece na nerwy. Nie dawała tego po sobie poznać, z tą samą znudzoną miną czekając na koniec tych tortur błędnie nazywanych terapią, kiedy nagle James podniósł się ze swojego krzesła i zaklaskał w dłonie.
    – Dzisiaj spróbujemy czegoś nowego – wyjaśnił, stając pośrodku koła uformowanego z krzeseł. – Wszyscy macie za sobą straszne przejścia, a trauma zostawia niezatarty ślad na waszej psychice, niszcząc także wasze relacje z najbliższymi. Dzisiaj popracujemy nad budową zaufania do drugiej osoby. Poznaliśmy się już trochę w ramach zajęć, ale ile tak naprawdę wiecie o pozostałych? To czas, by ruszyć do przodu, zacząć budować od nowa zdrowe relacje ze światem i zaczniemy właśnie teraz, od tej grupy. Zaczniemy od czegoś małego. Najpierw dobierzemy się w pary.
    Cecelia bardzo starała się nie wywrócić oczami, ale okazało się to być niewykonalne. Po prostu cudownie. Co będzie następne? Rysowanie laurek w kształcie serca i wręczanie swojej bratniej duszy wśród uczestników sesji terapeutycznej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Cece – Pewnie gdyby odezwała się choć raz od momentu, w którym zaczęła chodzić na zajęcia, powiedziałaby terapeucie, żeby nie zwracał się do niej w ten sposób, bo tylko przyjaciele (których nie posiadała) mogli używać tego skrótu. James stał przed nią ze zmarszczonymi brwiami, najwyraźniej czekając, aż podniesie swój tyłek i ruszy do chłopaka stanowiącego jej parę. Stał po przeciwnej stronie pomieszczenia. Cecelia go kojarzyła. On również bardzo rzadko się odzywał, jednak nie to zwróciło jej uwagę. Znała tę twarz. Chodzili razem do Skyline, przez co z uporem maniaka zaczęła kryć się w zagłębieniach korytarza, byle tylko na niego nie wpaść. Nie potrzebowała kolejnych plotek w szkole dotyczących Perfekcyjnej Lawley i tego, jak bardzo się zmieniła od czasu wypadku.
      Cece uniosła brew. Niemal do perfekcji opanowała komunikację niewerbalną. Teraz jednocześnie zadawała Jamesowi nieme pytanie i mówiła, że mógł się od niej odpier...
      – Posłuchaj. Musisz się bardziej postarać. Od kilku tygodni nie zrobiłaś żadnych postępów. Wiesz, co się stanie, kiedy zgłoszę to twoim rodzicom.
      Zadrżała. Grozili, że odeślą ją do zamkniętego ośrodka gdzieś na zupełnym zadupiu. Dziewczyna, krzywiąc się z niechęcią, podniosła się ze swojego krzesła i ruszyła w kierunku Roana. Stanęła w dużej odległości od niego, splatając dłonie na klatce piersiowej i posyłając mordercze spojrzenia w kierunku terapeuty.
      – Dobrze. Zaczniemy od prostego zadania na zaufanie. Jedna osoba zamyka oczy i przechyla się do tyłu, a druga ma ją złapać. – Po pomieszczeniu przetoczył się zaskoczony szmer. Cece patrzyła na mężczyznę jak na kretyna. James ponownie zaklaskał, przerywając rozmowy. – No dalej! Robiliście to nawet w przedszkolu! To nic takiego!
      Cecelia zerknęła na Roana. Wydęła wargi, nieznacznie marszcząc brwi, jakby chciała powiedzieć zapomnij, koleś, po moim trupie.

      Cecelia

      Usuń
  65. [O wow, ale masz tutaj teraz pięknie<3 Chyba mogę cię oficjalnie obwołać mistrzynią html'a ;)
    Obiecuję, postaram się skracać! xD]

    Dziewczyna zerknęła w stronę drzwi. Może uda jej się wymknąć chyłkiem z sali i nikt tego nie zauważy?
    – A kto powiedział, że ja chciałabym się bawić z tobą? Naprawdę jesteś na tyle arogancki, by sądzić, że pragnę mieć cokolwiek do czynienia z kimś takim jak ty? – prychnęła Cece. Nie wiedziała dlaczego, ale temu chłopakowi z miejsca udało się w niej obudzić irytację, co ostatnio nie zdarzało się zbyt często. Od momentu, w którym wybudziła się z kilkutygodniowej śpiączki i dowiedziała się, że jej brat nie żyje, jej serce zamieniło się w czarną dziurę pochłaniającą każdy, choćby najmniejszy zalążek emocji. Była pusta, wydrążona, jakby znalazła się za nieprzepuszczalną barierą zbudowaną z goryczy oraz żalu. Nie potrafiła się zmusić, by cokolwiek poczuć, ale z czasem uznała to za błogosławieństwo. Niemal wszystko było jej obojętne, jednak wystarczyło jej jedno spojrzenie na ten krzywy, drwiący uśmieszek, by cała się zjeżyła.
    Cecelia nie wiedziała, kogo stracił Roan. Nigdy nie odzywał się na spotkaniach, jedynie siedział, obserwował wszystkich tymi przeszywającymi, chłodnymi oczami i słuchał. Przez rok była wyłączona z życia towarzyskiego Skyline High, więc nie znała jego historii. Pewnie mogłaby kogoś zapytać, ale nie chciała niepotrzebnie zwracać na siebie uwagi i grzebać w czyjejś przeszłości. Miał prawo do swojej prywatności, której Lawley strasznie mu zazdrościła. Wszyscy w szkole wiedzieli, kogo straciła dziewczyna i jak to się stało. Na jej szafce ludzie wciąż przyklejali krótkie liściki z kondolencjami lub zdjęcia Josha, osoby, które widziała pierwszy raz w życiu, współczuły jej straty... Roan mógł pozostać anonimowy pod tym względem. Ona sama nie mogła korzystać z tego przywileju.
    Cecelia oparła się plecami o ścianę, specjalnie omijając wzrokiem chłopaka.
    – Spokojnie, nie mam zamiaru tego robić. Nie znajdziesz osoby, która bardziej nie chciałaby przebywać w tym miejscu, ale ten cholerny despota mi grozi. – Cece skinęła głową w kierunku Jamesa stojącego obok jednej z par, która przed chwilą wykonała jego ćwiczenie. Uśmiechał się tak szeroko, że dziewczyna bała się, iż jego twarz zaraz pęknie na pół. Większość osób przychodziło na terapię dobrowolnie, niektórzy przychodzili raz i nigdy już nie wracali, inni zostawali na dłużej. Dla niej grupa wsparcia była przymusowym sposobem leczenia, odkąd jej psycholog uznał, że sesje indywidualne nie dają oczekiwanych rezultatów. – Więc wyświadcz mi przysługę, uśmiechaj się ładnie i kiwaj głową ze zrozumieniem, jakbym właśnie opowiadała ci ckliwą historię mojego życia, a potem będziesz mógł spokojnie wrócić do udawania zblazowanego, ponurego buntownika czy na kogo tam pozujesz.
    Powinien czuć się zaszczycony. To była najdłuższa wypowiedź, na jaką zdobyła się dziewczyna od kilku tygodni.
    Nagle uwagę Cece przykuła dość nietypowa para. Chudziutki jak patyk mężczyzna wyciągał zachęcająco ramiona w kierunku kobiety, która musiała ważyć co najmniej trzy razy tyle co on sam. Miała na imię chyba Brittney i zajadała żałobę hamburgerami z McDonalda. Jej ciało było tak ogromne, że dziewczyna zastanawiała się, jakim cudem Britt przecisnęła się w drzwiach. Teraz dość nieśmiało wpatrywała się patyczaka, świeżynkę w ich grupie, jakby naprawdę miała zamiar wykonać zlecone im przez Jamesa zadanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – O nie – mruknęła pod nosem Cece, kiedy pełna ufności Brittney opadła do tyłu, licząc na to, że mężczyzna ją złapie. Ten jednak został pociągnięty przez ciężar kobiety w dół i rozpłaszczony na podłodze pod jej tłuszczem, przeklinając i wijąc się, ale nie był w stanie uwolnić się spod Britt.
      Cecelia roześmiała się na tyle głośno, że większość osób odwróciło się w jej stronę, ale nic nie potrafiła na to poradzić. James rzucił jej ostre spojrzenie i ruszył na pomoc chłopakowi, który machał rękami w powietrzu jak w słabej kreskówce. Cece próbowała zdusić śmiech, odwracając się plecami i przykładając dłoń do ust, ale jej ramiona wciąż się trzęsły od ledwo powstrzymywanego chichotu.
      – Okej, to naprawdę było żenujące – wydusiła, zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy operacja uratowania mężczyzny spod wieloryba okazała się być sukcesem.

      Cece

      Usuń
  66. [Sądzę, że faktycznie mogą się dogadać. Z początku mogła ich łączyć niezbyt ciekawa relacja, ale pewne wydarzenia przybliżyły ich do siebie i teraz, pomimo swojej specyfiki, potrafią dość do porozumienia. I jasne, gra jak najbardziej wchodzi w grę. Z tego co widzę, to lubi gitarę, więc z chęcią mógłby mu pokazywać to i owo. Orpheusa jeszcze nie patrzyłem, ale jak wypatrzę, to tam też pewnie coś napiszę. ;) ]

    Callaghan

    OdpowiedzUsuń
  67. Nie dążył do tego, ani trochę, ale w inny sposób nie potrafił pomóc. Zbyt słaby, zbyt nieobeznany w obchodzeniu się z ludźmi, tym bardziej jego pokroju, służył tylko cieleśnie, nigdy nie będąc dla nikogo umysłem i w ten sposób wykluczając zaangażowanie. Nie powinien się go nawet obawiać, bo bycie Benedictem to jego w pełni świadomy wybór, ale w razie jakiegokolwiek zawahania, zawsze mógł się wycofać. Przy Roanie było już za późno i pierwszy raz pozwoliwszy komuś na dostęp do prawdziwego siebie, nie radził sobie z tym, co ta decyzja ze sobą niosła. I nie mógł już wrócić, nie przy nim, zbytnio się odsłonił wcześniej i teraz bez większej przyczyny czynił to znowu, wystarczyło ujrzenie go, krótkie przypomnienie sobie, jak przyjemnie było pokazywać mu siebie i stawać się czyimś obiektem.
    Oddawał pocałunek z równym zaangażowaniem, gdy w jego głowie ponownie formował się chaos, uniemożliwiający podjęcie próby wyswobodzenia i powrotu do obklejania mu plastrami całej duszy. Sam sobie nie radził i uginał kark pod wyrzutami sumienia i własną bezwartościowością, bojąc się konfrontacji z rzeczywistością, ale posiadał pewność, że on dałby radę. I może wcale nie musiałby z niczego rezygnować. Gdyby tylko zdołał ukazać mu konsekwencje...
    Ale nie był odpowiednią osobą, która miałaby pouczać Watsona i nie mógł o tym zapominać.
    Wykorzystał wolną rękę i pochwycił nią tę dłoń Roana, która nie krępowała mu dotychczas ruchów, a jedynie odpowiadała za zmianę miejsca. Przesunął ją, pewnie, ale nadal delikatnie wręcz zachęcająco, na swoją szyję, na której ją zacisnął, już nie tylko przyjmując, bo również dając.

    |jakbardzodotyłujesteśmy

    OdpowiedzUsuń
  68. Znajdował się w jednoczesnym szoku i rozbawieniu, bo krzywda w jego mniemaniu tak bardzo odbiegała od jej obrazu, który najwyraźniej posiadał Roan. Wielokrotnie dochodził do wniosku, że o to mu chodziło, o zniszczenie i doprowadzenie kogoś na skraj, przez moment wahał się czy jego pełnym celem nie było popełnienie samobójstwa. I robił to, bardzo skutecznie, ale nie rozbijał tej części, którą powinien. Benedict znikał, nie mogąc stawić oporu takiej sile, ale pod nim kryło się jeszcze coś i właśnie to zaczynało ponownie przeważać, dopuszczanie emocji do głosu, przejmowanie się innymi ludźmi było trudne, bolesne niemal bez przerwy, ale należało tylko do niego i przed tym wszystkim nie zdawał sobie sprawy, jak za tym tęsknił. Za improwizowaniem, popełnianiem błędów i ponoszeniem za to konsekwencji, za nazbyt szybkim przywiązywaniem się i bezustannymi prośbami o więcej dla siebie, nie dla innych. Roan sprawiał, że żył i mimowolnie pragnął podzielić się tym życiem z nim.
    Zapewne po tak częstym doświadczaniu tego, Roan zaczynał mieć dość spoczywającego na nim smutnego, współczującego wzroku. Benedict korzystał z takich emocji, o ile ktoś już mu je podarował, ale na wierzch wydostawały się coraz większe różnice w ich sposobach na przeżycie, toteż w samym życiu również musiały istnieć. Tak sądził. Uśmiechnął się, z ulgą stwierdzając, że przeszła mu ochota na płacz i pochylił głowę tak, by stykali się czołami, po czym przymknął oczy, bo Roan Watson był większym debilem niż mógł sądzić. I w jego ustach wcale nie było to obelgą, mało jednostek dorównywało oryginalnemu Benedictowi, który był cudem ludzkości w każdej dziedzinie poza emocjami. Tylko tyle mu oddał. Emocje.

    |aaaspokopewniejakieś150stron

    OdpowiedzUsuń
  69. Nawet on miał jakieś limity i na miejscu byłoby stwierdzenie, że jest zbyt wyczerpany, by się za nim tak uganiać. Ale skłamałby, a nie chciał tego robić, skoro już zaakceptował na pewien czas odrzucenie codziennego zachowania, mającego uchronić go przed zmarnowaniem swojego życia, choć na jakiś swój pokręcony sposób i tak to robił. Nie chciał i nie zamierzał przestawać, bo to nie jego wina, że zdążył go ze sobą związać, kurwa, bawienie się cudzymi uczuciami miało właśnie takie konsekwencje. Sam się o to prosił.
    Uniósł brwi, gdy został pozbawiony naklejki w dość bolesny sposób. Roan był kłębkiem nerwów i wyraźnie sobie nie radził, ale Benedict nie miał do niego wystarczającej cierpliwości, jeszcze nie. Wciąż za dużo chciał dla siebie i niewiele rozumiał z jego zachowań, przez cały czas emanujących sprzecznością w jej najczystszej postaci. Sięgnął po paczkę, rzucając ostatnie spojrzenie na leżące nieopodal ufo, kojarzące mu się teraz z tak... przyjemnym doświadczeniem. Wyjął z niej papieros i włożył go między zęby, resztę podając Roanowi, którego uwagę zwrócił poprzez nieznaczne muśnięcie jego ramienia. Tak, żeby się nie narazić. Umknął mu moment, gdy zaprzestał z tym całym uśmiechem, bo ewidentnie nie pasowało to do sytuacji. Ani trochę, został przecież odrzucony, zgodnie z przewidywaniami i mógł mu już tylko dać spokój, na dzisiaj. Watson nie był w humorze. Jeszcze raz nakreślił na swojej piersi koło, choć wyraźnie nadużywał tego gestu i z każdym kolejnym użyciem tracił na znaczeniu. Nie mógł tego jednak powstrzymać, bo przebywając w jego towarzystwie jedyne, co potrafiłby z siebie wydusić, gdyby mówił, to przeprosiny i podziękowania. Zaczynał wątpić, że kiedykolwiek dotrą do tej chwili.

    |skoroopaleniumowa

    OdpowiedzUsuń
  70. Determinacja mieszała się z lękiem, który przybywał po pokazie gwałtowności i nieprzemyślanych reakcji. Posiadał palącą ochotę odebrania mu koperty, zrobiłby wszystko, byle tego nie pogorszyć, pragnął cofnąć czas i nigdy tutaj nie przyjść, może nawet dalej, w ogóle nie zjawić się wtedy w klubie. Odgonił te myśli, przypominając sobie te niepełne chwile uniesienia, niezręczny dotyk dłoni na swoich plecach i arogancki uśmiech, pożądał powrotu do tamtych chwil, bo Roan nie podkopywał jego wiary w siebie i własną wartość, wręcz przeciwnie. Teraz znowu zaczynał czuć się jak śmieć i gdyby mógł, pod wpływem nagłych emocji przywróciłby Benedicta i zrezygnował. Tyle że nie potrafił i może tak było lepiej.
    Nie zamierzał faktycznie zapalić, nie tolerował papierosów i przez to skrzywił się nieznacznie, gdy poczuł dym, tak przez siebie znienawidzony. Lubowanie w takich używkach nie należało do niego i nie mógł się do tego zmusić, mimo że w ten sposób tworzył jeszcze mniej kompletny obraz Benedicta, ale dzięki temu wciąż zwiększał nikłą wydajność. Gdyby palenie zabijało natychmiastowo, raczej by się nie wahał.
    Powstrzymywanie go przed odejściem leżało na samym końcu jego aktualnych chęci, toteż patrzył bezradnie na oddalające się plecy Roana, nie wiedząc, co miało stać się teraz. Czy już wszystko zepsuł? Bo chyba nie było już większych nadziei? Napotkał spojrzeniem leżącą na ziemi naklejkę, ale potrząsnął głową i wziął plecak, po czym skierował się do wyjścia. Do własnego pokoju.
    Musiał pomyśleć.

    |ziomtochybanastępnywątek

    OdpowiedzUsuń
  71. Cały wieczór zdawał mu się nierzeczywisty i gdyby nie rozciągnięty sweter i nowy ślad na szyi, pewnie by w to jutro nie wierzył. Schrzanił wszystko na swój sposób i to byłaby naturalna reakcja, udawanie, że nic się nie stało, tak naprawdę nie wyszedł z łóżka i wcale nie zachowywał się żałośnie. Utracił jakąś cząstkę Roana, nie pojawiał się on już wcale, nawet gdy owinął się później w koc i nie założył koszulki, gdy wpatrywał się w malinki czy dotykał ust, jeszcze przed prysznicem. Po prostu go tam nie było, zniknął wraz z ostatnimi słowami i w przeciwieństwie do wcześniejszych form cierpienia, jakich mu dostarczał, tej nie polubił. Chciał traktować to jako możliwość powrotu do codzienności, mógłby zapomnieć o mających wprawić go w zawstydzenie czy zdruzgotanie obietnicach, wymazać z pamięci zamazany uśmiech. Z łatwością, która tak go przerażała. Wcześniej dążył do tego za wszelką cenę, a gdy wreszcie pozyskał taką możliwość, zdążył zrezygnować i się poddać. Lęk przed odtrąceniem Watsona paraliżował go i przyprawiał o mdłości i zgodnie z postępowaniem Benedicta powinien teraz zapalić, a potem, gdy to już zawiedzie, sięgnąć po coś mocniejszego. Ale przecież tego nie robił. Tak jak nie płaszczył się przed byle perkusistami. Zaczynał zapominać, co należało oryginalnie do niego, a co zdołał już przyjąć.
    Widział swoją twarz i czuł się tak, jakby była czyjaś, nie Benedicta i nie jego, tylko jeszcze innej osoby. Pewne elementy były nowe albo po prostu nie dostrzegał ich wcześniej. Wydawał się... ostrzejszy, z większą łatwością prezentował odpowiednie emocje, jakby ponownie stał się ruchomy, ale nie tylko w jedną stronę. Jakby żył wielowymiarowo, a nie na jednym poziomie. I zaczynał tego żałować, bo bez Roana nie mógł funkcjonować w ten sposób przez określony okres, bez niego musiał albo to ścisnąć, albo robić to cały czas. Większość. Przynajmniej. Potrzebował go.
    Nigdy wcześniej szkolne obowiązki tak na nim nie ciążyły, dotychczas były jak starzy przyjaciele, wprawiający go w błogą rutynę, która uniemożliwiała wprowadzanie niechcianych zmian. Gdy już do tego dopuścił, nie mógł się skupić, spoglądając na zeszyty ogarniało go nagłe zmęczenie i wykonywał wszelkie zadania z niechęcią. Zaniedbywał wszystko, o co dotychczas tak walczył. Na dodatek wydawało mu się to adekwatne do sytuacji, usprawiedliwiał swoje decyzje bez problemu i ignorował powinności, bo twierdził, że mógł. I kiedy zmusił się do opanowania zakresu materiału z fizyki, z którym i tak zalegał, zaklął i rzucił podręcznikiem, dając ponowny upust emocjom, choć miał ich już tyle, że nie przypuszczał, iż będzie ich więcej.
    Dawno tego nie robił, tydzień choroby był niewybaczalny i karmił się bezpodstawną nadzieją, że ktoś inny się nimi zajął. A nawet jeżeli nie, to że same o siebie zadbały, może naciągnęły jakiegoś innego debila na ocieranie się i niesubtelne pomiaukiwania. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się im przez to stało.
    Wydał ostatnie pieniądze na kolejną porcję karmy, bo nie zadbał o żadne zapasy, w obawie przed nagłą potrzebą spożytkowania ich na coś innego. Zmierzał w stronę tyłów szkoły ze ściśniętym gardłem, traktował tę część dnia jako najprzyjemniejszą i wmawiał sobie, że sympatia była obustronna, by w ten sposób dostarczyć sobie jeszcze większej odpowiedzialności. Bo tego potrzebował, więcej problemów. Nie miał brata, nie miał siebie i nie miał Roana, ale miał bezdomne koty i nieważne jak bezwartościowy był, robił chociaż tyle.
    Kąciki ust drgnęły, gdy dostrzegł je po tak długiej przerwie. Bez wahania kucnął i zdjął plecak, by wyjąć z niego opakowanie pożywienia i dwie miski, bo jedynie tyle dał radę nabyć. Zwierzęta nie wyglądały źle, choć zdawały się nieco głodne, ale teraz wszystko było już dobrze. Był przy nich, wyczerpany próbami życia, ale wciąż obecny.

    |czytoznaczyżenadrabiamy???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Towarzyszyły mu wspaniałe emocje, czysta radość, tak dawno porzucona. Zawsze wracała w ich obecności, bo to tylko koty, nie oceniały go ani nie oczekiwały wiele, jedynie uwagi i jedzenia, bo dotąd były zdane na siebie lub czyjąś łaskę. On natomiast wypełniał swój obowiązek wobec świata, jakby pokutował w ten sposób za śmierć brata, powoli, pewnie nieopłacalnie, ale w jakimś stopniu skutecznie. Oczyszczało go dokarmianie tych stworzeń, no i były tak niezaprzeczalnie śliczne i proste. Kto przeszedłby obok nich obojętnie?
      Usłyszawszy ten wrzucający go w ocean przerażenia głos, nie wiedział czy powinien się odwrócić. Gdyby się unikali, może choć Roan zdołałby zapomnieć, wyminąć go na tej całej życiowej ścieżce i żyć dalej. Nie żeby Benedicta to zadowalało, przecież sam postanowił, że zamierza mu się narzucać, ale gdy już przychodziło do czynów, po prostu nie potrafił. Mówił jednak o zgubie i choćby przez samą ciekawość podniósł się, by ujrzeć kolejnego kota, nieznanego mu jednak, wtulającego się w Roana. Jak on. Chryste. Mimowolnie poszerzył uśmiech i sięgnął po zwierzę, chwytając je delikatnie i podejmując próbę wyswobodzenia Watsona, gdy jednak się to nie powiodło, uniósł ramiona w geście bezradności. Nie rozpoznawał go, najwyraźniej był tu nowy, może ktoś go zgubił. Wskazał palcem na gromadę kotów za sobą, a następnie na tego, który tak nie chciał opuścić Roana, po czym pokręcił głową. Sytuacja była komiczna, ale nie chciał znowu wpaść w kłopoty, więc jedynie pogłaskał kota, nie widząc innego wyjścia. Watson musiał się nim zająć. Cóż za niefortunna sytuacja

      nocuz.

      Usuń
  72. Hej, hej!
    Zostawię jeszcze tutaj informację, że posłałam do Ciebie maila. C:

    OdpowiedzUsuń
  73. [Jasne, że możemy się dogadać. Wręcz musimy się dogadać, bo Robert i ja właśnie po to tutaj jesteśmy. Odezwę się na maila!]

    /Robert Dawson

    OdpowiedzUsuń
  74. [A dziękuję, dziękuję! Nie bój żaby, pomyślimy, bo mnie się obaj panowie szalenie podobają! No i lubię jak się komplikuje, można trochę poskakać po emocjach, więc chciałabym zaproponować coś pogmatwanego. Pozwolisz, że napiszę Ci maila i tam się wyżyję artystycznie w kwestii ewentualnych pomysłów? :)]

    Mistral

    OdpowiedzUsuń
  75. Już parę razy przyłapał siebie na myśleniu o rozmowie, o słowach, o własnym głosie, trafiającym tylko do Roana, nikogo więcej. Wmawiał sobie, że zrobi to następnym razem, przełamie się i wszystko stanie się proste, ale po ostatnim zdarzeniu nie widział tego zbyt optymistycznie. Usta Watsona układały się w zupełnie inny sposób, ale wypowiadane przez nie słowa były zawsze takie same. Jesteś żałosny. Powiedzenie czegoś nic by nie zmieniło. Może także pogłębiło uraz, po prostu nie. Nie teraz. Nie kiedykolwiek.
    Wydął wargi w udawanym zastanowieniu, nim zabrał się za zapinanie kurtki Watsona, nie do końca i uważając, by nie przytrzasnąć zamkiem kociego futra, w tym samym czasie kręcąc głową. Nie miał pojęcia o opiekowaniu się zwierzętami, to, co robił dla tych tutaj było intuicyjnymi działaniami, niczym więcej. Potrzebował krótkiej chwili na zastanowienie, jakiś dobry plan, który obejmowałby zarówno opiekę nad kotem, jak i zrobienie czegoś, czegokolwiek z Roanem. Nieważne czy chodziło o pozbycie się go czy zatrzymanie przy sobie. Wsypał niemałą ilość karmy do obu misek, chowając resztę do plecaka i wyminął chłopaka, po drodze ciągnąc go delikatnie za brzeg kurtki i tym samym dając znak, by za nim podążył. Gdy wydostali się na nieco bardziej otwartą przestrzeń, wskazał akademik i skinął głową, mając cichą nadzieję, że Roan podąży za nim bez sprzeciwu. Tym razem nie zajmował pierwszego miejsca w rankingu troski Benedicta i naprawdę mógłby odpuścić sobie te sceny. Byłoby prościej, gdyby zdobył się na wydobycie z kieszeni niezbyt ciepłej kurtki telefonu, ale pokazanie Watsonowi, że z niego korzystał, trochę mijało się z celem.

    |zazdrośnijesteśmykri

    OdpowiedzUsuń
  76. Przez całą drogę towarzyszyła mu myśl, że popełnia ogromny błąd i będzie za to gorzko płacić. Już raz próbował go tam zaciągnąć, ale wtedy miał jeszcze szanse na otrzymanie choć minimalnej dawki sympatii, teraz byli już zbyt oddaleni. Chodziło tylko o kota, o nic więcej. Zadbają o jego chwilowe bezpieczeństwo, odszukają najbliższego weterynarza i koniec. Nic więcej.
    Stojąc przed drzwiami dotarł do niego kolejny głos. Ogarnij się. Nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej sprawił, że czym prędzej dostał się do środka i natychmiast pozbawił siebie plecaka oraz kurtki, po drodze do pokoju rozwiązując jeszcze szal i zrzucając buty. Nie bawił się w prośby o uczynienie tego samego, najwyżej by posprzątał, a przynajmniej ograniczał prawdopodobieństwo wystąpienia jeszcze jednej nieprzyjaznej sytuacji. I tak za bardzo już to wszystko schrzanił.
    Nie miał szans na pozbycie się Roana ze swojego życia, trzymając w mieszkaniu jego koc, toteż zgarnął go z łóżka, mając nadzieję, że jego uprzednie położenie nie zostanie skomentowane i rozpiął kurtkę chłopaka, by owinąć nim kota. Wykonał obrót w miejscu z uniesionymi rękoma, sygnalizując, że Watson mógł rozsiąść się gdziekolwiek, bo nie robiło to przecież żadnej różnicy. Następnie skierował się w stronę biurka, gdzie włączył laptopa, jedyne urządzenie, które jeszcze względnie u niego działało i zakręcił się na obrotowym krześle, zgarniając przy okazji gumę do żucia. Tylko ona mogła go teraz odprężyć. W oczekiwaniu na pełną funkcjonalność zmienił pozycję na nieco bardziej swobodną, pokusił się o siad skrzyżny, niezbyt subtelnie unikając przy tym spoglądania na Roana, bo to naprawdę nic by nie dało.

    |aw

    OdpowiedzUsuń
  77. Opanowanie narastającej paniki naprawdę wiele od niego wymagało, ale powiodło się i uniósł palec wskazujący do ust, kręcąc przy tym głową i wręcz błagając Roana o milczenie. Na chwilę, dla tego pięknego stworzenia, które trzymał w swoich ramionach. Czy prosił o tak wiele? Przecież to nie tak, że wybrał zostanie niemową. No, w pewien sposób owszem, ale nie do końca nad tym panował. Ogarniał go wstyd, gdy przypominał sobie, jak siarczyście zaklął wczorajszego wieczora, szczęśliwie chyba opanował się już i nie miało się to powtórzyć.
    Odwrócił się i skorzystał z przeglądarki, by dotrzeć do informacji na temat tutejszych przychodni weterynaryjnych i gdy tylko namierzył jakąś, w dość krótkim czasie, bo działała nań presja, wyrwał kartkę z losowego zeszytu i zapisał na niej adres oraz dane o poszukiwanym lekarzu. Pozbył się gumy, gdy w głowie zaświtał mu jakiś głupi pomysł, ale wciąż nie posiadał pewności czy zdoła go wykonać. Z niemałą ulgą wstał i przybliżył się do Watsona, kucając przed nim i wręczając mu papier, drugą ręką głaszcząc kota. Nie odczuwał potrzeby posiadania zwierzęcia, bo po prostu nie miał na to czasu, ale nie ukrywał, że gdyby kiedykolwiek w jego życiu pojawiła się szansa na przygarnięcie jakiegoś, prawdopodobnie by nie zrezygnował. Watson był cholernym szczęściarzem i Benedict prosił nieistniejące siły wyższe o uświadomienie go w tym. Podnosząc się zmusił się do pocałowania Roana w policzek, delikatnie, niemalże powolnie, bo powrócił myślami do kwestii narzucania się i tylko na tyle było go stać. Bezwiednie musnął palcami jego włosy, odchodząc, kierując się z powrotem do biurka, by tam oczekiwać na samotność, której nie przepełniał stres i strach przed ujawnieniem siebie.

    |aellalegustalagasolina

    OdpowiedzUsuń
  78. Powinien być zadowolony, a musiał ugryźć się w dłoń, by powstrzymać szloch. Po chwili nie wiedział nawet czy katar wziął się z powodu uczulenia, czy jednak nie dał rady. Odebrał mu koc, ostatnie nadzieje i zostawił niezdatną do zasklepienia ranę, nad którą Benedict będzie zmuszony nieźle się pomęczyć, by i tak skończyć z blizną. Taki właśnie był finał tej całej upragnionej nachalności i starań, odczuwał zmęczenie, uniemożliwiające dalsze funkcjonowanie i jedyne, czego pragnął, to sen, który o tej porze dnia nie miał szans go nawiedzić, ale także z taką świadomością i tak rozebrał się i położył, uprzednio wziąwszy jeszcze leki zwalczające alergię. Zgodnie z przewidywaniami sen nie nadchodził, ale podobnie unikały go wszelkie myśli, w jego głowie panowała cisza, żadnego szelestu, żadnej lawendy i catapult my heart, jak dotychczas. Całkowita pustka, tak długo wyczekiwana.
    Czy miał teraz wrócić do normalnego życia? Był do tego zdolny?
    I zabijała go bezszelestna nicość, zrywała z niego skórę i szarpała wnętrzności, jawiąc się jako najgorszy koszmar, a wcześniej będąc normalnością. Nie tak witało się dawnych przyjaciół, na jakiś czas wymienionych, nietrafnie zresztą. Poznał coś nowego i łkaniem zagłuszał odejście od tych wyzutych z rutyny działań, powrót wydawał się niemożliwy, nieosiągalny. Ale wciąż go czekał, jakby całość była tylko próbą silnej woli, a on świadomie zamierzał tę próbę oblać.

    |niemamsiłynapodpisy

    OdpowiedzUsuń
  79. Benedict naprawdę nie miał nic przeciwko pukaniu albo chociaż informowaniu go o swoim przybyciu. Albo najlepiej zostawieniu go w spokoju, umówieniu się na spotkanie, cokolwiek, co nie sprawiało, że chciał więcej. I tak wziął już za dużo i złamał zbyt wiele reguł, a dopuszczając Roana tak blisko, tylko to pogarszał i zmierzał do miejsca, z którego nie było już powrotu, obejrzenie się i prędkie zrezygnowanie nie wchodziłoby w grę już nigdy. Tyle że podejmowanie jakichkolwiek decyzji w ogóle nie widniało w jego umyśle jako opcja, kiedy dochodziło do takich sytuacji, z nim. Nie pamiętał czy zasnął, może przed chwilą twierdził, że ktoś się do niego włamał, z pragnieniem zabójstwa, z trudem zachowywał przytomność pozwalającą na odróżnienie poszczególnych części ciała, chyba nadal znajdował się na łóżku, ale równie dobrze mogła to być podłoga. Jedyne, czego był pewien, to te znajome usta i piekielnie irytujące przez swoją niecodzienność uczucie, które odpowiadało za wszelkie działania zamiast niego. Zdjął Watsonowi kurtkę, z pewnym wysiłkiem pozbawił go szala i przyciągnął do bliżej, do siebie, tak, by obaj całkowicie mogli wykorzystać potencjał posłania, nawet jesli krzyczała w nim dezaprobata, bo już dawno tak tego nie żałował. Nie chciał go, nie w ten sposób, ale z drugiej strony tylko tak mógł go mieć. Odłożenie wyboru na później nie wchodziło w grę, tak jak samo jego dokonanie, toteż jedynie czynił, myśląc nadmiernie, ale tych myśli ani trochę nie słuchając. Przynajmniej jeszcze.

    |pewniewtedycierpiałam

    OdpowiedzUsuń
  80. Wspomnienie dotyku w tych wszystkich miejscach powróciło, rozpalał je na nowo, jeszcze bardziej boleśnie, jakby Benedict już nie cierpiał wystarczająco. Chciał zapomnieć o wcześniejszych potrzebach bycia z nim na zupełnie innym poziomie, ale to powracało, bezustannie, nękając go i nie dopuszczając myśli, że może tak właśnie musiał skończyć. Jako ciało, a nie umysł. Czyjś prywatny śmietnik. Dopiero wtedy zrozumiał, że nadal istniało prawdopodobieństwo, że Roan nie wiedział o tym, że nie był jedyny, że nie miał pojęcia o cudzych dłoniach wszędzie tam, gdzie on docierał teraz. A jeśli było przeciwnie? Przyszedł, bo posiadał świadomość, że zrobił dla niego tyle, że mógł sobie na to pozwolić? W jego najskrytszych marzeniach skryła się wizja Watsona robiącego to celowo, z zamiarem przywłaszczenia go, znaczącego Benedicta śladami, które miały odstraszać resztę, ale w jakiś sposób przyjmował okrutną rzeczywistość, bo z całą pewnością stwierdzał, że ponownie odbiegała od jego chorych fantazji.
    Sunął dłonią po kręgach, podwijał należąca do Roana koszulkę, wsunąwszy pod nią rękę, aż dotarł do karku, który przycisnął, choć już dawno zaczęło brakować mu tchu. Gdy doszło do pierwszego kontaktu z kroczem chłopaka jedynie zadrżał, ale kiedy poruszył się pod nim, bez racjonalnej ostrożności, oderwał się od niego, odchylił głowę i zagryzł wargę, usiłując powstrzymać jęk, cichy, niemal niemożliwy do usłyszenia, ale nadal istniejący. Na jego twarz zaczęła wkradać się niesubtelna czerwień, gdy zrezygnował z tej próby i po prostu sobie na to pozwolił, na tę chwilę triumfu nad własną niemożnością. Unikał spojrzenia Roana, całkowicie tym zawstydzony. Pewnie jak zwykle nie rozumiał, a raczej taką nadzieją karmił się w tamtej chwili Benedict, bo tak byłoby prościej. Gdyby ani trochę nie rozumiał.

    |taksiebawisz

    OdpowiedzUsuń
  81. Nie określiłby siebie frustrującym, prędzej sfrustrowanym. Od dawna nie ścierały się ze sobą tak wielkie sprzeczności, obawa przed podjęciem ryzyka, przed ewentualnym odtrąceniem pchała go ku kontynuowaniu, przecież egzystowanie jako jego cielesna zabawka nie mogło być takie złe. Z pewnością by się tym zadowolił. Problem leżał jednak w jego nieprzemierzonej zachłanności, o którą posądzał się już wcześniej. Gdy zaczynał brać i brnął we własne korzyści, tylko ją pogłębiał. Przez pewien czas żył z tym, co otrzymał dobrowolnie, ale potem zaczynały męczyć go myśli o spróbowaniu czegoś więcej, niepewnie wyciągał po to rękę i psuł wszystko, co do tej pory zbudował. Jedynie wspomnienie konsekwencji takiego czynu powstrzymywało go przed zrobieniem kolejnego głupstwa. Raczej nie na długo.
    Nie zdążył podjąć decyzji przed ponowną uległością. Ponadto dopiero odkrył, jaką chorą satysfakcję dawało mu używanie głosu, jakby możliwość wyzwalania cichych dźwięków z głębi gardła była największą nagrodą, jaką mógł tamtego dnia pozyskać. I ta dłoń, zbawienny sposób, w jaki go dotknął, kurwa, wszystko skłaniało go do zaakceptowania takiego stanu rzeczy, dla dobra przyszłych zdarzeń. Ułożył rękę jeszcze wyżej, zacisnął ją na włosach Roana, w tym samym czasie zachęcająco odchylając głowę i w swoim mniemaniu nie szczędząc na wokalnej aprobacie. Pozbędzie się go zaraz, za moment. Przecież nigdzie mu się nie spieszyło.
    Znalazł się w stanie przeszywającego go przerażenia, kiedy pomyślał, że mógłby tak skończyć. Pozbawiony człowieczeństwa, istniejący tylko dla zaspokajania potrzeb. Już kiedyś tak było, a Benedict nie przepadał za tego typu powtarzalnością. Nadal brakowało mu odwagi, a może czekał na dogodną sytuację, ale przynajmniej dotarł do rozpoznania celów, które bardzo mijały się z tym, co do tej pory osiągnęli. Jeszcze raz poruszył się pod nim niespokojnie, mając jednak wyznaczone już jasne plany, których brak wykonania przyniósłby kolejne cierpienie, a stamtąd nie mógłby zrobić nic, by dokonać zmiany.
    Zaciskając zęby oderwał Roana od swojej szyi, jak już niejednokrotnie to czynił, ale tym razem nie zamierzał spełniać jego oczekiwań. Obdarzył go krótkim spojrzeniem, skierowanym prosto w te przepiękne tęczówki, nim objął Watsona, przewracając się przy tym na bok i po prostu się w niego wtulając, nic więcej. Nie mógł się nawet rozpłakać, co zazwyczaj w takich sytuacjach przychodziło samo, nieproszone, ale był zbyt przerażony tym, w jaki sposób chłopak zamierzał się z tego wydostać. W jaki sposób zamierzał go raz na zawsze odtrącić.

    |triggered

    OdpowiedzUsuń
  82. Przestawanie nie wchodziło w grę. Albo miało mu się powieść, albo nastąpił nieuchronny koniec, ale sam fakt, że jeszcze trwali w takiej pozycji był powodem do posiadania nadziei. Musiał zatrzymać go przy sobie, za wszelką cenę, ale nie na warunkach, przez które traktowano by go jako kogoś podrzędnego, jako nierównego sobie. Roan zapewne nadal myślał w ten sposób, ale samo zaakceptowanie tego uścisku prowadziło do zmiany takiego stanu rzeczy. Do sukcesu.
    Chwycił go mocniej, gdy wyczuł ruch, ale prędko przekonał się, że nie istniał powód do paniki ani desperackich ruchów, choć dotychczas preferował unikanie pokazywania Watsonowi, że korzystał z jego podarku. Wraz z narastającą chęcią do zatrzymania go przy sobie na długi, długi czas, malała potrzeba do skrywania takich rzeczy. W porównaniu z resztą nie były ani trochę istotne.
    Czuł się trochę jak te wszystkie bohaterki romansów, odczuwające stres i zdenerwowanie w pobliżu obiektów ich zainteresowań, tyle że w jego przypadku egzystował także strach, głównie on. Strach i wrażenie, że grał o bardzo wysoką stawkę, taką, od której zależało jego życie. Początkowo rozważał podniesienie się do siadu, ale wolał nie ryzykować jeszcze więcej. Wykonywanie jak najmniej samodzielnych ruchów mogło go jeszcze uratować, bo nie skrywał lekkiego uśmiechu, który prawdopodobnie najlepiej obrazował wszystko, co wtedy w nim szalało. Opadł na plecy i odblokował telefon, a następnie włączył notatnik, ignorując zalewające go z nerwów gorąco. Były pytania, na które nie mógł udzielić odpowiedzi i będzie musiał nieźle kombinować, by tego uniknąć.

    |jakrozmawiaćzbenonemporadnikdlaopornych

    OdpowiedzUsuń
  83. Oczekiwał czegoś prostego, pytania o wiek, rozszerzenia, przyczynę przybycia wtedy do klubu. Wszystko, co nie dotyczyło jego rozedrganej psychiki było proste, kiedy musiał tłumaczyć się ze swoich czynów, zaczynały się niemożliwe do przeskoczenia trudności. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał udzielić odpowiedzi, ale sam jej nie znał. Jeszcze do tego nie dotarł. Ponadto miał poważny problem z posługiwaniem się słowami, napisanie swojego imienia było banalnym zadaniem, ale nagle wymagano od niego dłuższej wypowiedzi, która na dodatek miała zaspokoić czyjąś ciekawość.
    Ściągnął brwi, wpatrując się w ekran z pustką w głowie. Czuł ogromną presję, przebywający tak blisko Roan zmusił go do grania na czas. Podniósł się do siadu, jak planował wcześniej i odetchnął głęboko, rzucając mu jeszcze jedno, niepewne spojrzenie, nim faktycznie rozpoczął formułowanie tak wymijającej odpowiedzi, jak tylko potrafił. Kurwa, kiedy ostatnio dobierał jakiekolwiek wyrazy?
    Nie wiem. To skomplikowane. Wszystko. Przepraszam.
    Utworzenie dłuższego zdania wydawało mu się niemożliwe, jakby zdążył zapomnieć, jak się to w ogóle robiło, a używanie czasowników w pierwszej osobie brzmiało z jego perspektywy cholernie sztucznie. Wcześniej nie było żadnego ja, sam Benedict i z pewnością nie chcę.
    Chyba się pppppp
    Czy mógł tak napisać? Miał wrażenie, że jakoś naruszał jego prywatność, ale po tym, co wyczyniali ostatnio, chyba nie do końca ją posiadali.
    Chyba się przywiązałem. Przez pewne sprawy z przeszłości. Bzdury.
    Pokazał mu ekran, zakrywając twarz dłonią i odwracając wzrok. Było trudniej niż się spodziewał.

    |fav

    OdpowiedzUsuń
  84. Ponownie zwrócił się w jego stronę, słysząc jakiś odzew na jego żenującą wiadomość. Nie zapytał o bardziej konkretny powód i to wywołało odrobinę ulgi, ale następne pytania wcale nie obniżały poprzeczki, w pewnym sensie nawet ją podnosiły. Wstrzymał oddech, kiedy jego niezaspokojone podniecenie ponownie zostało uaktywnione i zgarbił się przy tym nieznacznie, z trudem utrzymując bolesny kontakt wzrokowy i słuchając dalszej części wypowiedzi, zbyt rozbudowanej, by mógł w pełni na nią odpowiedzieć. A może Roan wcale tego nie wymagał? Nie miał pojęcia o rozmowie, jakiejkolwiek, szczytem jego możliwości było to cholerne kółko na piersi i wydawało się ono przesadnie adekwatne do sytuacji. Tylko to przychodziło mu do głowy, bezustanne przeprosiny za nic konkretnego, które pewnie bardziej by Watsona wkurzyły.
    Nie wiem nic, skłamał, wmawiając sobie, że to prawda, a jego znikome wiadomości o pozycji społecznej Watsona nie miały nic do rzeczy, tak jak nieznaczne zainteresowanie jego sposobem na życie publiczne. Nie chcę ciebie w ten sposób, dopisał jeszcze, wykorzystując do tego niemal całą odwagę, jaka mu pozostała. Wtedy wpadł na pomysł uczynienia tego handlem wymiennym, co po całym dotychczasowym ryzyku zabrzmiało w jego głowie najmniej szalenie. Dlaczego wróciłeś? Dzisiaj?

    |stwierdzamżedzisiajzadawaniepytańjestprostszek

    OdpowiedzUsuń
  85. Zagryzł wargę i przymknął na moment oczy, uspokajając się na tyle, by mógł kontynuować. Stawało się coraz trudniej, nie tylko przez same pytania, które zmuszały go do przyznawania się do wielu aspektów życia, których moralności nie poruszał nawet w myślach, ale także ze względu na rosnącą, chorą przyjemność z tego, jak Roan się nim właśnie bawił. Posiadanie kontroli było bezpieczne i nie plugawiło tego imienia tak jak zwykłe poddanie się. Głównie przez to nawet nie brał się za rozważania na ten temat, ale Watson dopadł go w najgorszym momencie i jedyne, co pozostało Benedictowi, to rozkoszowanie się czynnościami, do jakich doprowadzało bycie pod kimś, choć wcale do tego nie dążył i nie miał zamiaru zmieniać zdania. Mógł bez problemu sprawić, by Roan przestał, wyzwolenie przyszłoby natychmiast i znowu pozyskałby jasność umysłu, ale wcale tego nie chciał. Podobały mu się te wszystkie poniżające sytuacje, a w tym samym czasie pragnął zaprowadzić tę relację w bardziej uczuciową stronę. Było to w ogóle wykonalne?
    Napisanie jedynie potwierdzenia zostałoby przezeń niejasno odczytane, więc postawił na coś mniej lakonicznego.
    Widziałem cię parę razy. Na korytarzu. To wszystko.
    Wziąłbyś obcą osobę do domu i się z nią pieprzył?

    Cień rozbawienia wstąpił na jego twarz, gdy usiłował zadecydować o losie drugiej linijki wiadomości, z której zrezygnował. Szło mu zbyt dobrze.
    Nie żeby w tym samym czasie rozważał zniszczenie tego prawdopodobnie prawidłową odpowiedzią na drugie pytanie. Wpatrywał się w całe sformułowanie, nie wierząc, że kiedykolwiek mogłoby zostać przez niego wymówione na głos, brzmiało obco i zupełnie nieadekwatnie do wszystkiego. Nadal jednak posiadało pewien stopień prawdy, a ona mogłaby zadziałać na jego korzyść.
    Chcę cię kochać.
    I chyba nie chodziło o nic więcej.

    |triggerword

    OdpowiedzUsuń
  86. Nie tylko Roan reagował na te słowa, sam Benedict nie wiedział, dlaczego w ogóle to zrobił, dlaczego się do tego przyznał. Przed sobą. Stronienie od ludzi miało swoje zalety i jedną z nich było to, że nie poznawał ich na tyle, by się przywiązać. Nikt normalny nie traktował go tak, nikt normalny nie zostawał z nim po tym i naprawdę nie potrafił znaleźć wyrazów, które by to wszystko wyraziły, toteż zdołał odnaleźć jakiś pozytyw w zmianie pozycji, a także prawdopodobnej zmianie całej reszty, bo znali się parę dni, a on na swój chory sposób wyznał właśnie miłość temuRoanowi Watsonowi. Może nie do końca miłość, ale swego rodzaju... zauroczenie. Pragnienie. Nie zasłużył na nic, a i tak czynił takie rzeczy i utrudniał chłopakowi życie, wzbudzał w nim wściekłość i na dodatek nie chciał przestawać, bo dotarł za daleko, by już czegokolwiek się bać. Pragnął go z każdą sekundą coraz bardziej, dostrzegał w nim swoją nadzieję na przyszłość lepszą od przeszłości, a to było cenniejsze od czegokolwiek, od swojego wizerunku, od powinności, od świata, od Benedicta. Bo Benedict nie żył. Benedict nie żył, a on musiał przestać przywracać go do niechcianego życia.
    Wciąż nie odkrył wszystkich kart i walczył z potrzebą zrobienia tego, jakby ujawnienie całej swojej prawdziwej osobowości miało jakkolwiek pomóc, a jedyne, co byłoby w stanie to zrobić, to nieistniejąca instrukcja obsługi do tego gwałtownego człowieka, której chyba nikt nie posiadał. Co najwyżej ten cały McCall jakoś sobie z nim radził, ale nie tak, jak chciał tego Benedict. Podchodził do Roana inaczej, spragniony wyjątkowości i zostania zapamiętanym przez swoje czyny, swoje własne, samodzielne. Przez cały ten czas miał go na wyciągnięcie ręki, a i tak bezustannie trącał nieodpowiednie sznurki. Nie wpychał się do jego życia, a ciągnął go do swojego, co było tak cholernie egoistyczne, że nie potrafił uwierzyć, że tak łatwo to zaakceptował. I kontynuował, bo wierzył, że zdoła pokazać mu lepsze wyjście, doprowadzi do otworzenia się na tę małą część świata, którą sam posiadał i skończą przynajmniej dobrze. A skoro do tej pory przy Roanie było wręcz wspaniale, to osiągnięcie pierwszej opcji nie mogło być specjalnie trudne.
    Powtarzał się, ciągle identyczny rozkaz, który Benedict puszczał mimo uszu, nie zatrzymując się nawet po to, by odkryć jego znaczenie. Nic nie współgrało ze sobą, całość była rozstrojona i nadmierna chęć trzymała go w bezruchu, ciężkim oddechu i nieprzyjemnym spięciu, bo mówił mu, kurwa, ale on nie chciał słuchać. Czy takie działania były prawidłowe w miłości? Nic o niej nie wiedział, jedyna osoba, która znaczyła dla niego coś więcej leżała zakopana w ziemi, a nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby tamtych uczuć miłością, może lekką sympatią. Podchodziło pod obsesję, ewentualnie poleganie na kimś w całości i odrzucenie samodzielności na rzecz bezgranicznego zaufania.
    Nie tego oczekiwał od Roana.
    Utracił pewność czy to on działał wolno, czy cały świat chciał przedłużyć tę chwilę, pierwszą od dawna szczerość i ten przeklęty uśmiech, który pojawił się znikąd. Całował go w nieskończoność, a przecież zdecydował się tylko na jednorazowe muśnięcie jego warg, z dłońmi na cudownej twarzy należącej do pieprzonego Roana Watsona, bo mógł. Dochodząca zewsząd cisza przyprawiała go o ból głowy, a może serca? Zaprzestał dygotu, którego wcześniej nie zauważył, chyba także nie oddychał, za to przeszywał chłopaka intensywnym spojrzeniem pełnym nadziei, bo był gotowy zmieniać świat, byle go uszczęśliwić, naprawić. Otworzyć. Niespełna parę sekund później, które zdawały mu się być całymi minutami, zamknął oczy i przeniósł dłonie na jego kark, delikatnie je tam ułożył, opierając się swoim czołem o jego, odczuwając spełnienie i w pełni akceptując rozlewającą się po nim falę emocji, nierzadko sprzecznych, bo ktoś był tuż przy nim, żył tuż przy nim, choć jeszcze nie dla niego.

    |wracamydodługichodpisówor

    OdpowiedzUsuń
  87. Sam potrzebował ratunku, a rzucał się na pomoc osobie, która dążyła do jego destrukcji. Nie był sobą, kierował się doprawdy beznadziejnymi wartościami i nie szanował własnej osobowości, podając się za kogoś innego, ale i tak wbił sobie do głowy, że będąc takim wrakiem człowieka wciąż będzie w stanie ocalić Roana. Trzymał się tej myśli, bojąc się nagłego zniknięcia, obudzenia, bo dotarł na skraj braku realności. Nie wykluczał przerażenia, niejednokrotnie narastała w nim trwoga, gdy przebywał w jego towarzystwie, ale nie była ona taka jak zazwyczaj, mniej czysta, mniej paraliżująca. Wręcz przeciwnie, pchała go do działania i odpowiadała za wiele czynów, których powinien żałować, bo tak byłoby rozsądnie. Porzucił dla niego wszystko, w co wierzył i nie wyobrażał sobie wycofania się.
    Przez ten cały czas nie zmieniał chwytu, nie spuszczał z niego wzroku i słuchał każdego słowa, mimo że wcześniej nie miały dla niego większego znaczenia, gdy ogarniały go te niecodziennie emocje. Nie zawahał się ani na moment, przesuwając jego dłonie na swoje plecy, by następnie wsunąć ręce pod ramiona chłopaka i przyciągnąć go do siebie, przylgnąć doń całym ciałem, ze świadomością, że nawet w razie porzucenia w jego kruchym sercu znalazło się już miejsce dla Roana i nigdy nie zamierzał z niego rezygnować. Tak jak wbrew przykremu zrozumieniu nie mógł pozbyć się stamtąd Benedicta, miał jedynie nadzieję, że Watson nie będzie mieć na niego równie niszczącego wpływu po swoim odejściu, o ile faktycznie by do niego doszło. Holt nie zapominał o ludziach, którzy mieli tak znaczący wpływ na jego życie. Po prostu nie.

    |eh

    OdpowiedzUsuń
  88. Jego życie górowało w rankingu spierdolenia, Roan miał to naprawić, a nie pogorszyć. Nie byłby w stanie. Nie, gdyby zdecydował się go przyjąć. Jedyne, co mogło zniszczyć Benedicta bardziej, to odrzucenie i tylko tego się w nim bał, tej niedostępności, którą sobie utrwalił i właśnie w taki sposób jawił mu się Watson za każdym razem. Brak zmiany w tym kierunku doprowadziłby go do szaleństwa. I tak się wstrzymywał, nie stawiał na pełnię swoich możliwości i dzięki temu nie wciskał się na siłę w jego pole widzenia. Korzystał ze zbiegów okoliczności, z w pewnym sensie błędnych decyzji Roana. Denerwowała go myśl, że nawet w razie jasnej odmowy nadal by się mu narzucał i naprawdę nie chciał iść w tym kierunku.
    Wkradło się w niego jednak małe zwątpienie, które w porę zdusił. Przed chwilą pisał mu takie rzeczy, to nie był moment na myślenie o potencjalnych konsekwencjach. Znajdował się coraz bliżej, czuł to i musiał postępować szybko i rozsądnie, by wreszcie go pojmać. Na własnym przykładzie idealnie prezentował, że na zmiany nigdy nie było za późno i udowodnienie mu tego już dawno zanotował jako życiowy priorytet.
    Chcę cię kochać.
    Otworzył usta, ale nie wydostał się z nich żaden dźwięk.
    Chcę cię kochać.
    Cisza, cisza wdzierająca się pod jego skórę i rozrywająca głowę przez sączoną niepewność. Zwracająca się przeciwko niemu, nieuchronnie. Musiał się na to zdobyć, musiał przekazać mu to jeszcze raz, dobitnie, tak, by nie miał wątpliwości. Nie wiedział tylko czy potrafi, po tak długim czasie wydawało mu się to trudniejsze niż te wszystkie cholerne zadania z fizyki, bo dotyczyło bezpośrednio jego. Nikt nie mógł mu w tym pomóc, był zmuszony odnaleźć motywację w sobie, nie w innych. Dzięki niedawnej utracie cierpliwości wiedział, że nie zapomniał, przynajmniej nie na tyle, by...
    Kurwa.
    Chcę...
    Napełniał go nienawiścią do samego siebie, jakby dotąd nie było jej za dużo, zaczynała wylewać się z naczynia i paraliżowała go myśl, że mógłby się przez to poddać. Głupi, działający pod wpływem chwili, nie myśląc o konsekwencjach i trzymając się nielogicznych nadziei, które nie mogły go wyzwolić spod jarzma wyrzutów sumienia i ciągłych błędów.
    — ...cię kochać.
    Był głośny, przerażająco donośny, skrzypliwy i przyprawiający o dreszcze. Łamliwy, raz wysoki, raz ochrypły.
    Nie należał do niego.
    Ogarnięty nagłą paniką zacisnął palce na jego koszulce, spiął się cały i miał ochotę zwymiotować. Był obrzydliwy, na zewnątrz i w środku, a wraz z tymi przemianami zmienił się jego głos. Żałował.
    Żałował, że w ogóle go poznał.

    |BOOIIII

    OdpowiedzUsuń
  89. Brzmiał jakby ktoś poderżnął mu gardło, co idealnie dopełniało obraz żałosnej jednostki, za jaką się uważał. Egoistyczny, obrzydliwy skurwysyn, który z pewnością nie zasługiwał na uwagę, jaką dotychczas mu poświęcono. Usiłował dawać z siebie wiele, ale i tak robił za mało i w efekcie nie obdarzał nikogo niczym, okłamywał każdego, także siebie. Ohydny, pełen obłudy. Miał ochotę wyszorować całego Roana, każde miejsce, które dotknął, a później odciąć właśnie ręce, by więcej go tak nie skazić. Nie znał źródła litości, jakiej dotąd od niego doświadczał, ale wyraźnie tutaj się ona kończyła. Watson miał go dość, nie mniej od samego Benedicta, który cholernie żałował, że nie skończył tego po powrocie z jego domu. Byłoby znacznie prościej.
    Zasłonił usta dłonią, gdyby zamierzał znowu zaburzyć świat swoją mową i kucnął, nie mogąc tego znieść. Po chwili dołożył drugą rękę, gdy jego ciałem wstrząsnął szloch, był nieobliczalny i kolejne użycie głosu mogło nadejść niespodziewanie, by był w stanie nasycić się pogardą do własnej osoby. Nie mógł spojrzeć mu w oczy, nie po tym, co zrobił. Spał z każdym, kto miał przy sobie jakieś pieniądze, a usiłował przekonać Roana, że jest zdolny do miłości, do naprawienia go. Kłamał, zgodnie z przeszłością. Łgał, by akceptowano go i umożliwiano spędzanie czasu z bratem, by nie rezygnowano z niego, bo nie należał do zaufanego grona. Łgał, niszcząc mu życie i doprowadzając do tragedii, pokutując przez nią do teraz.
    A jednak nadal pragnął go całego, chciał powrócić do uprzedniej pozycji i znowu poczuć jego oddech, idealne dłonie, piękne włosy, cudowne usta i zniszczone serce, do którego pałał nieograniczoną miłością, której rozlewu nie potrafił powstrzymać. Odcinał się odeń, walcząc z chęcią bezustannych przeprosin, wycięcia sobie na piersi koła, jakie mógłby pogłębiać zawsze, gdyby zrobił coś nie tak. Potrząsnął głową, musiał wybić sobie z głowy te głupie myśli, bo nie zasługiwał na niego, nie mógł trzymać go przy sobie na siłę, ale cały doń ciągnął, rwał się, by nie dopuścić do zostania samemu. Opuścił ręce i opadł na ziemię, przyciągając kolana do piersi i biorąc duży wdech. Zmusił się do spojrzenia na Watsona i krótki uśmiech, nieme "Jestem żałosny, prawda?", nim ponownie się rozpłakał, bo był pieprzonym egoistą i ewidentnie nie tak miało to wszystko wyglądać.

    |pamiętamjakpanikowałamjaksiępisałodialogi

    OdpowiedzUsuń
  90. Najpierw był przerażony, myślał o najgorszych scenariuszach, różnie interpretując jego słowa. Miał zamiar uderzyć go czy po prostu wyjść? Początkowo nie widział innego wyjścia i czuł, jak wszystko rozpada się na kawałki w obliczu odrzucenia. Wstrząśnięty tą sceną, zrażony doń poprzez ukazanie najgorszych stron Roan wreszcie uciekał, zostawiając Benedicta samego, rozrzuconego po miejscach, w których się spotkali, a do których powrót wcale nie oznaczał odzyskania części siebie.
    Ale te silne ramiona i ten stanowczy, w jakiś sposób ciepły głos uświadomił mu, że gdyby Watson się na to nie zdecydował, prawdopodobnie sam znowu by do tego doprowadził. Ponownie go objął, skulił się trochę, chcąc skryć się w nim, odciąć się od reszty świata, jedną z rąk kładąc na jego głowie, choć wiedział, że powinien od niego uciec, a raczej wyzwolić go od siebie. Nie rozumiał, co pchnęło Roana do tak poniżającego czynu, którym rezygnował z bezpiecznej pozycji. Benedict zrobił to z egoistycznych celów, pragnień, nie z niczego wzniosłego i godnego pochwalenia. Czy z Watsonem mogło być inaczej? Może kierowała nim zwykła litość albo chciał go wykorzystać, ale potrzebował do tego pełni sił Benedicta, a znajdowanie się w takim stanie nie spełniało wymagań? Albo nadal chciał go tylko przelecieć.
    I bez żadnego problemu oddałby mu w tamtej chwili wszystko.
    Cały ten gest tylko wzmocnił płacz, więc zaczynał podejmować próby uspokojenia się choć trochę, nie zważając na obawy, że wtedy nastąpi koniec jego małego sukcesu. Gdyby nie uważał siebie za osobę niegodną możności oddychania, pewnie by triumfował, tymczasem jedyne, co odczuwał to przeklęty spokój, na który także nie zasługiwał, ale i tak go posiadał. Nienawidził wciąż pojawiających się nowych pragnień, chciał więcej, mając już za dużo. W pewnym momencie doszedł nawet do wniosku, że wolałby po prostu oberwać.

    |oshitwaddup

    OdpowiedzUsuń
  91. Twierdził, że doprowadzenie do opuszczenia tego lokum przez Roana było prawidłowym wyjściem, tym rozsądnym, tym, które wybrałby Benedict. Jednocześnie był przerażony taką wizją, bliskość dawała mu wszelkie poczucia, których dotąd nie uważał za potrzebne, włącznie z dygocącym bezpieczeństwem. Jeśli Watson zamierzał tylko dobrać się do jego cielesności, to najwyraźniej w sytuacjach zagrażających temu potrafił zadziałać i obrócić to na swoją korzyść. Jeśli. Zawsze charakteryzowała go naiwność, między innymi przez nią powstał łańcuch własnej destrukcji, obejmujący także śmierć brata. Bo głęboko wierzył, że pomimo bycia jego żałosną imitacją, ktoś mógł go pokochać.
    Wyrywał się jedynie przez chwilę, bez większych starań, rozproszony wszystkim, najbardziej jednak skupiając się na przeraźliwym spojrzeniu, które na nim spoczęło i wykorzystując to tak, by odwrócić myśli od reszty i uspokoić się, chociaż trochę. Tonął weń, przenosił całą swoją uwagę na coraz mniejszą dzielącą ich przestrzeń i nerwowo wyczekiwał na upragnione zbliżenie, chciał powrócić do uniemożliwiających zaczerpnięcie tchu pocałunków i posiadania Roana wszędzie, potrzebował dowodu na to, że wcale nie był aż tak bezwartościowy oraz żałosny.
    Watson na pewno poczuł na swoich wargach drżący oddech, który stał się z początku jedyną reakcją na to oskarżenie. Benedict zatrzymał się, z mimowolnie otwartymi ustami, nim odsunął się odrobinę, gwałtownie, patrząc nań z nieskrywanym bólem, będąc dotkniętym żywcem. Nie rozumiał. Domyślił się, że wiedział o nim coś więcej? Nie były to jakieś cenne informacje, po prostu interesował się nim nieco bardziej niż przyznał, więc wykluczył tę możliwość. Czuł się oszukany, starał się jak tylko mógł, a kończyło się dokładnie tak, jak przewidywał. Złapał jego rękę, wskazując drugą dłonią leżący na łóżku telefon, przeniósł nań wzrok i powrócił do Roana, patrzył na niego błagalnie, prosząc o umożliwienie wyjaśnienia tego, jakkolwiek, a w przypływie desperacji pocałował go mocno, zaciskając powieki, ignorując ponownie wzbierające łzy. Nie przeszło mu przez myśl, by oszukiwać go na większa skalę, a przynajmniej już tego nie pamiętał, oddał mu całego siebie, a teraz grożono mu w tak okrutny sposób, uprzednio pobudzając i dając nadzieję. Czy nie tego obawiał się od samego początku?

    |teżkolanaaleniedokońca

    OdpowiedzUsuń
  92. Pozostawał w jednym z najwyższych stadiów paniki, a drżące palce w połączeniu z rozmazującym się co chwilę wzrokiem nie pomagały w osiągnięciu aktualnego celu. Ponadto jego dłonie przyprawiały go o dreszcze, nie wspominając o miłowanym przezeń głosie, zapewne gdyby nie walczył o przetrwanie tej całej znajomości, a przy tym siebie, byłby tą sytuacją zachwycony w nadzwyczajnym stopniu. Pogrążał się coraz bardziej, nieświadomie, poprzez reakcje ciała, których nie kontrolował w pełni, a czasami nawet wcale i nie mógł ich zwalczyć. O ile w ogóle chciał.
    Nie posiadał czasu na myślenie nad tym, co powinien napisać, bo choć nadal nie wiedział, o co chodziło Roanowi, grał o naprawdę wysoką stawkę i zwlekanie z nieuchronnym nadejściem odpowiedzi byłoby ogromną głupotą. Musiał po prostu wytłumaczyć mu wszystko. No, bez istotnych szczegółów. Krótko, zwięźle i tak, by go przy sobie zatrzymać. Jak najdłużej. Na zawsze. Teraz.
    Naprawdę cię nie znałem. Przysięgam.
    Zerknął na Roana, nie do końca wiedząc, co teraz. Tylko to przychodziło mu do głowy, nie mógł wymyślić nic innego mimo stanowczości, jaką uprzednio sobie wmówił, przecież... Kurwa, chyba nie miał na myśli tego?
    I nie mówię. Nie mówię od roku, może dłużej. Chyba dłużej.
    Gdyby nie trafił, zaprzepaściłby wszystko, na co tak ciężko pracował, już wystarczająco zniszczył to odezwaniem się, a działania Watsona coraz bardziej wyróżniały się na tle innych, niedalekich wydarzeń. Nie mógłby tak prędko z niego zrezygnować, cierpiałby przez wiele dni i nie poradziłby sobie z tym. Niewątpliwie.
    Nie kłamię. Nie wiem co chciałem w ten sposób osiągnąć. Proszę, nie zostawiaj mnie
    Podając mu telefon nie był w stanie myśleć o niczym innym niż o cudzych rękach dotykających go w identyczny sposób i zrozumiał, że prawdopodobnie nigdy nie miał powrócić do przeszłego ja.

    |przysypiamtbh

    OdpowiedzUsuń
  93. Roan zdusił nadzieję płonącą w jego oczach i zastąpił ją cierpieniem oraz niedowierzaniem. Nic do siebie nie pasowało, ostry ton i delikatność, jakiej doświadczał na swojej twarzy, wbijane w jego serce sztylety, a potem odłożenie ich na bok z obietnicą powrotu do tej tortury, chwilowe zastąpienie jej bezbronną fizycznością, której Benedict tak łatwo ulegał. Kiedyś okazało się jednoczesnym źródłem bólu i ulgi, bo miał jeszcze czas. Musiał uważać, jak zawsze, ale coś trzymało przy nim chłopaka i chwilowo mógł się tym nie zamartwiać. Nawet jeżeli była to tylko chęć wyzwolenia nagromadzonej dotychczas frustracji. Dopóki znajdował się przy nim, poświęcał swoją uwagę i chociaż udawał, że mu zależy, sprawiał takie wrażenie, Benedict nie miał nic przeciwko. Na ten moment, nie wątpił, że niebawem zacznie pragnąć więcej, jak zwykle i ponownie postawi na zniszczenie zamiast chłodnej akceptacji tego, co dostawał bez własnej inicjatywy.
    Pozbawiony możności otarcia łez, poruszał sfery dotąd nietknięte, przez brak odwagi, z zamiarem zadowolenia Roana, jak najbardziej, by pozyskać tak potrzebną mu teraz przychylność. Nieudolnie ignorował jego dalszą część wypowiedzi, traktował ją jako element, w który nie powinien wierzyć, choć do tej pory się sprawdzał. Stawał się coraz lepszy w okłamywaniu siebie. Usiadł jeszcze bliżej, przysunął się tak, jak tylko było to możliwe, początkowo oplatając go nogami w pasie. Po wieczności błogiego oddawania pocałunków pchnął jego tors z całej siły, wciskając go w materac. Pochylił się, zawisł nad chłopakiem, nie przerywając patrzenia w jego oczy, prezentując własny, trawiący go głód. Zbliżał się do jego twarzy, zwilżył przy tym wargi, ale w ostatniej chwili zrezygnował, przymykając już nawet oczy i zaatakował jego szyję, runę o niejasnym znaczeniu, mając zamiar zostawić tam ślady swojej obecności, skoro poprzednie zdołały już zniknąć. Bo nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś inny, obcy mógłby całować to samo miejsce, jego miejsce, jego... Roana.

    |noelo

    OdpowiedzUsuń
  94. Przechodzili do wszystkiego nader szybko i Benedict powoli tracił poczucie czasu, a wraz z nim odchodziła potrzeba myślenia na ten cały temat. Był wykorzystywany, mieszany z błotem i akceptował to w pełni, bo potrzebował go. Potrzebował Roana, nawet jeśli miało się to tak skończyć, ale pomimo chwilowego przystania na taki przebieg zdarzeń, nie przyjął jeszcze wizji poddania się. Zapewne miała przybyć z jego kolejnym odejściem, lecz nie ułożył sobie wszystkiego w głowie na tyle, by dotrzeć do takiej konkluzji.
    Zgadzał się na pozbawienie siebie ubrań, nawet mu w tym pomógł, gdzieś po drodze zrzucając z łóżka również telefon, który do tej pory niósł ze sobą same kłopoty. Nie nadążał za nim, ponownie, nie mógł zebrać się na tyle, by dać mu coś własnego. Z tego powodu zgarniał całość podarunków, aprobował poprzez westchnięcia i ciężki oddech, ale nie czynił nic więcej. Do czasu.
    Zerknął na swój tors, nie szczycąc go jednak dłuższą uwagą, bo odczuł nagły chłód, gdy Watson odsunął się, przywracając mu w ten sposób świadomość. Chciał być dobry. Najlepszy. Jedyny. Bez zawahania wychylił się i wyjął z nocnej szafki wymienione obiekty, rzucając je na posłanie i również przeniósł się na kolana, patrząc Roanowi prosto w oczy, gdy rozpoczął wykonywanie polecenia, jednocześnie powracając do rozgorączkowanego stanu. Jego pierś unosiła się wolno, jednostajnie, wysunął nieco język, posyłając mu wyzywające, zamglone spojrzenie. Było inaczej, jak zawsze, gdy chodziło o niego, przeważnie nic nie robił sobie z widowni, prawie za każdym razem był zdany na siebie i nijak mu to nie wadziło, ale samo posiadanie go tak blisko sprawiało, że tracił wszelką pewność. Wyryte pod skórą zasady nagle zanikały, a ustalana przez niemały czas moralność stawała się zupełnie bezwartościowa. Przymknął oczy, oblizał wargi, stwierdzając gotowość, ale nie chcąc robić nic bez jego pozwolenia, bez kolejnego odebrania własnej woli, bez jeszcze jednego upadku o szczebel niżej w urojonej hierarchii.

    |płakałamwtedy

    OdpowiedzUsuń
  95. Robił to świadomie tylko raz, pamiętny raz, który prześladował go do dnia dzisiejszego i do samego końca twierdził, że popełniał błąd, nie wyłączając świadomości, nie tłumiąc zmysłów. Nie chciał do tego wracać, zbudzenie uśpionego dzięki zmianie własnego wizerunku głosu było jak stąpanie na naprawdę cienkiej linie, a upadek przybliżał go do utonięcia w morzu największych koszmarów. Nigdy nie lubił podejmowania ryzyka, nie interesowała go adrenalina czy inne przyziemne motywacje do działań, które w porównaniu z potencjalną utratą zupełnie traciły na wartości, ale znalazł się w punkcie, z jakiego wszelkie podejmowane przez niego decyzje ani trochę nie pokrywały się z tym, co faktycznie powinno nim kierować. Dlatego został z nim, przy nim, dla niego. Cały.
    Przytłoczył go niespodziewany nadmiar i nie wiedział czy dotyczył on tylko Roana, czy działo się tak zawsze. Jakby utracił kontrolę nad własnym ciałem, może w ogóle się go pozbył, jednocześnie będąc tak blisko ziemi, jak nigdy dotąd. Nieustający mętlik, panoszący się w jego głowie chaos, dłonie na plecach, paznokcie wbijające się w skórę, zostawiające po sobie pozbawione subtelności, czerwone ślady, plątanina nienasycenia, euforii i kończyn, przeniesienie na nowy poziom rozpaczy i niezrozumienia. Przerwane pocałunki, mimowolnie, nie mogąc skupić się na tylu doznaniach, rozprzestrzeniający się wszędzie i zewsząd ogień, przypominający stan upojenia, choć nie miał o nim pojęcia, niezaznajomiony. Ciepło, bliskość, ściśnięte gardło. Miłość.
    Szerokie otwarcie ust, drgnięcie ich kącika, zamknięte oczy. Ostatni raz rozorał skórę na plecach Roana, nim zaczął stopniowo się rozluźniać, dochodzić do zdrowego, ale wciąż stłumionego przez spełnienie rozsądku. Przełknął ślinę, nim spojrzał na chłopaka, za sprawą jego szeptu, nierealnego. Chwilę zajęło mu dotarcie do odpowiedzi, nie funkcjonował prawidłowo, zbyt zmęczony, usatysfakcjonowany w sposób, do którego nie dążył, ale napatoczył się on po drodze. W międzyczasie zabrał ręce z karku Watsona, na którym znalazły się niedawno i przeniósł je na jego twarz. Uniósł głowę chłopaka, prędzej poprzez sugestię niż użycie siły, by ucałować niezmiernie intrygującą skazę na jednej z jego brwi, a następnie uniósł się odrobinę, wymuszając na nim to samo. Podobny gest złożył na lewej części torsu Roana, czule, delikatnie, umęczenie. Później pozostało tylko ponownie opadnięcie na posłanie, był wyczerpany i oczekiwał na nadejście podłych myśli, na kolejne poniżenie z jego strony. Nawet na wypadnięcie z mieszkania w ciągu następnych dziesięciu sekund i zerwanie całego kontaktu, bo Benedict był wyraźnie popierdolony.

    |dobraeloidęspać

    OdpowiedzUsuń
  96. Nie rozumiał, ale nie zamierzał na siłę wymuszać żadnych odpowiedzi, pomijając sam fakt, że nie byłby w stanie czegokolwiek z Roana wycisnąć. Zostawał. Tylko to się liczyło, o ile... o ile rzeczywiście zostawał. Proste konkluzje sprawiały mu niewiarygodny problem, trwał w stanie największego zużycia i najchętniej zasnąłby, nie ruszając się z miejsca, ale dokuczliwe uczucie brudu na całym ciele i w pewnym stopniu także uwaga Watsona zmusiły go do wykonania wielu czynności, niechętnie, ale z poczuciem obowiązku. Zaczął od odszukania stosownych ubrań, choć po chwili zastanowienia i tak zabrał ze sobą jedynie świeże bokserki i pozbierał to, co wylądowało wcześniej na podłodze. Zatrzymał się po drodze do łazienki i zawahał, co poskutkowało rzuceniem w Roana jego częścią bielizny, bo jeżeli zamierzał tu zostawać, to też musiał się ogarnąć. Benedict mógł sypiać z każdym, kto kupił mu obiad, ale nadal potrafił odseparować interesy od czułości, a to, czego tak niecierpliwie wyczekiwał, podchodziło pod drugą opcję.
    Unikał swojego odbicia w lustrze, bojąc się, co zostało z Benedicta, czy w ogóle jeszcze jakieś jego skrawki trzymały się twarzy. Sam rozbił tę skorupę, gdyby nie dopuścił Roana tak blisko, do niczego by nie doszło i nadal żyłby w iluzji, myśląc, że poradzi sobie z takim ciężarem. Postanowił natomiast znaleźć się w bezbronnej pozycji, całkowicie i bezmyślnie polegając na dobroci Watsona, która do tej pory była dosyć skąpa, choć na pewno nie z jego perspektywy. Dał mu więcej niż ktokolwiek w całym jego życiu, pomijając...
    Nie pomijając. Kurwa.
    Dopiero gdy wyszedł z pomieszczenia jego wzrok zatrzymał się na leżącym w korytarzu kocu. Powstrzymał chęć sięgnięcia po niego, choć już wyciągał rękę, mając cichą, ale też przeraźliwie głośną, wyjącą w głowie nadzieję, że on nadal tam był. Człowiek. Roan. I rzeczywiście nadal się tam znajdował, żywy, oddychający, w miarę swoich możliwości akceptujący go na płaszczyźnie, jakiej nikt inny nie widział. Podszedł doń cicho, jakby Watson miał nagle przypomnieć sobie, że zadawał się z kimś tak obrzydliwie bezwartościowym i musnął wargami jego policzek, pochylając się, by następnie przejść na drugą stronę łóżka i wejść na nie, odrobinę bojaźliwie. Usiadł nań tak, by móc bez problemu obserwować Roana, bo nadal nie potrafił w to uwierzyć, w szczęście, jakim go właśnie obdarzano, nawet jeśli przyjmując je naginał własne zasady. Zadrżał nieznacznie, odczuwając panujący w pokoju chłód, ale i tak nie poruszył się, nie wiedząc, na ile może sobie w takiej sytuacji pozwolić.

    |wracam

    OdpowiedzUsuń
  97. Pierwszym odruchem było przykrycie go, sięgnięcie po jakiś losowy koc i narzucenie go na śpiącego chłopaka, nie chcąc bawić się w wyszarpywanie spod niego prawidłowej pościeli. Zdołał rozbudzić się w ten sposób, nie powrócił do pełni sił i wyraźnie potrzebował snu, ale potrafił funkcjonować względnie poprawnie. Rezygnując z prędkiego osiągnięcia upragnionego stanu narzucił na siebie jakąkolwiek koszulkę, przez moment rozważając kradzież, bo przecież posiadanie w swoim mieszkaniu ubrań przedmiotu adoracji nie zdarzało się zbyt często, ale odrzucił ten pomysł, kiedy dostrzegł, co takiego działo się z Roanem podczas jego krótkiej przerwy od obserwacji.
    Chciał uważać go za skurwiela pozbawionego uczuć, w drodze ku łatwiejszemu rozstaniu, dostawał jednak same potwierdzenia swoich uprzednich stwierdzeń. Watson też coś przeżył, również przeszedł przez ciężki okres i radził sobie z tym w ten a nie inny sposób i z każdą sekundą napiętego myślenia o swoim następnym ruchu wzrastało poczucie... znajomości. Obaj zostali zniszczeni, nie wiedział jeszcze w jakim stopniu, ale wbił sobie do głowy zamiar odkrycia prawdy. Jakkolwiek ciężkie by to nie było. Obdarzenie Roana nie rozwiązaniem ani pocieszeniem, a gorzkim zrozumieniem, akceptacją, mogło uratować Benedicta. I tak, kierowany egoistycznym myśleniem i tylko w pewnym stopniu koniecznością zrobienia w stosunku do chłopaka tego, czego on sam nigdy nie dostał, powrócił na łóżko, tym razem jednak także wchodząc pod koc. Wcześniej otarł jeszcze pojedynczą łzę, która wystąpiła na twarzy Roana i zdała mu się najpiękniejszym darem od świata. Przysunął się niebezpiecznie blisko, z szybko bijącym sercem i objął go jedną ręką, układając głowę tuż pod jego brodą. Zaciskał przy tym zęby, błagając o wywołanie jakiegoś wpływu na Roana, na wyzwolenie go od cierpienia wtedy, gdy powinien odpoczywać, bo naprawdę nie umiał obchodzić się z ludźmi. A już na pewno nie z nim.

    |niedługomójfavodpis

    OdpowiedzUsuń
  98. Nie wytrzymał na tyle długo, by dowiedzieć się czy jego desperacka próba uspokojenia chłopaka podziałała. Mimo wyraźnego spięcia, jakie odczuwał, dominował weń spokój, który nigdy wcześniej go nie nawiedził. Pierwszy raz spał z kimś w tym sensie i dotarło do niego wrażenie, że uczucie to było zbawienne. Jakby zacierająca się świadomość o przebywaniu z kimś w takiej pozycji umożliwiała wypoczynek na poziomie dotychczas niedostępnym i w pewnym momencie zapomniał nawet, że był to Roan, skupiając się na samej egzystencji, a nie jej plakietce.
    Zbudził się, czując ruch, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje i dlaczego ktoś porusza się tuż przy nim. Przeciągając się odrobinę, zaczął unosić się na tyle, by móc dostrzec twarz osoby, której imienia nie mógł sobie przypomnieć, myśli o niej zdominowała jedynie sympatia i wdzięczność, początkowo tak odłączona od reszty. Przetarł oczy, tym samym odgarniając włosy z czoła, nieco przydługie i dopiero wtedy przypomniał sobie wszystko. Za dużo. Ewidentnie zbyt wiele.
    Nadal posiadał podobne zdanie na ich temat, jedna, spokojna noc nie odmieniła nagle jego sposobu patrzenia na to, ale i tak nie czuł się pewnie. Wczoraj Watson był zmęczony, zrobił to, co chciał zrobić i po prostu nie miał sił na wydostanie się stąd, ale nic nie wskazywało na to, że miało tak pozostać. W odruchu paniki chwycił jego rękę, bojąc się spojrzeć mu w twarz i zetknąć się z serią emocji, których nie chciał u niego widzieć. Nie wiedział nawet jaki jest aktualnie dzień, toteż nie mógł wykręcić się u samego siebie pretekstem zajęć, po prostu trzymał go, prosząc o jeszcze więcej, zanim eksploduje z nienasycenia.

    |tentakinadwatysiącewink

    OdpowiedzUsuń
  99. Kiedyś cię zostawię.
    Starał się poruszyć, ale nie mógł. Wreszcie zdołał na niego spojrzeć i po prostu zamarł, bliski rozpaczy, łez. Niechęć do pogorszenia sytuacji była ostatnim, co na nie nie pozwalało. Pod osłoną nocy, pragnień, Roan stawał się bardziej przystępny, a Benedict potrafił wytrącić go z równowagi własnym łaknieniem, za to w obliczu poranka i świeżości znowu znajdował się w stanie zawieszenia. Powinien nie dopuścić do jego odejścia, podejmować próby zatrzymania go za wszelką cenę, ale nazbyt obawiał się konsekwencji. Brakowało mu motywacji. I tak nie mógłby go zatrzymać gdyby zechciał odejść. Jedyne, czego oczekiwał to wyraźny koniec, nie wytrzymałby niepewności, nasłuchiwania w nocy czy przypadkiem nie powrócił. Zwariowałby, bez wątpliwości.
    Powoli zabrał rękę i podniósł się, umożliwiając Roanowi ucieczkę. Było trudniej niż się spodziewał, choć mógłby uznać to stwierdzenie za kłamstwo, gdyby nie bał się dłuższego powrotu do przeszłości. Podobnie zachowywał się w stosunku do brata, narzucał się i twierdził, że ma do tego prawo, otrzymawszy ochłap zainteresowania. Tyle że w jego przypadku respektował odmienności społeczne, snuł się za nim i korzystał z chwil, kiedy byli sami, nie mając wiele przeciwko jego relacjom z innymi ludźmi. W tym przypadku myśl o Roanie zachowującym się tak jak wczoraj w stosunku do kogoś innego wywoływała mdłości, stronił więc od niej w miarę możliwości, choć były one naprawdę nikłe. Wbił paznokcie prawej dłoni w jej wnętrze, powstrzymując ukazanie jakiejkolwiek większej reakcji, bo wystarczająco ukazał słabość wpatrując się w niego z nieskrywanym bólem. Odwracał uwagę od samotności, do jakiej właśnie zmierzał, może niezbyt skutecznie, ale przynajmniej w ogóle próbował. Zszedł z łóżka, zaciskając zęby i skierował się w stronę skromnego przedziału kuchennego, choć finalnie zatrzymał się już przy biurku i tam zasiadł, wbijając wzrok początkowo we wszystko, co nie było Roanem, by na końcu obserwować już tylko jego, bez skrępowania. Zachowywał odległość i wbrew pozorom pozwolił Watsonowi na cholernie dużo, więc przysługiwało mu chociaż tyle. Bezwstydne wpatrywanie się w niego, nie zaprzestając zadawania sobie bólu.

    |niemogęsiędoczekać

    OdpowiedzUsuń
  100. Za każdym razem umierała w nim jakaś cząstka, niezidentyfikowana, ale wciągająca go w stan całkowitej bezbronności. Za każdym jego odejściem. Poniekąd modlił się, by było ono ostatnie, bo niewątpliwie nie przetrwałby kolejnego. Tysiąc razy bardziej wolał doprowadzać do sytuacji o czysto negatywnym wydźwięku niż pozostawać bez niczego, bo wtedy przynajmniej był, nierzadko nawet sobą. Chciał wspominać każde jego słowo, każdy dotyk, najmniejsze drgnięcie ust, ale Roan pozostawił po sobie tylko to nieczułe spojrzenie i Benedict nie miał dostępu do niczego więcej.
    Powstrzymywał wybuch do momentu, w którym dojrzał ten przeklęty koc i wgryzł się w dłoń, powstrzymując szloch. Pozostawał odsłonięty już nie tylko na samego Watsona, ale na cały świat i nie wróżył sobie obiecującej przyszłości, bo naprawa tego nie wchodziła w grę. Zrezygnował z takiej możliwości przez głupią nadzieję, że ofiarowując to wszystko zostanie doceniony i zdoła się do niego przywiązać na stałe. Zakończył rozdział poświęcony Roanowi z dziurą w sercu i portfelu, nie mogąc zorganizować sobie nawet śniadania, upewniając się co do dnia tygodnia i postanawiając nie ryzykować na pokazywaniu się publicznie. Miał tylko ten pierdolony telefon, pogłębiający alergię koc i ślad na sercu, dosłownie oraz w przenośni. Wrzucił do kosza na pranie wszystko: pościel, ubrania, koc, żałował tylko, że nie mógł zrobić tego samego z sobą. Wyszorować własnej duszy, serca, cokolwiek go tak, kurwa, kochało, którakolwiek z części Benedicta wmawiała mu, iż wreszcie nadszedł odpowiedni moment na podjęcie właściwej decyzji i jedyne czego potrzebował, to odwaga. Albo czyjaś pomoc.
    Justin brzmiał zbyt entuzjastycznie i już na samym początku wydał się podejrzany.
    – Benny, co za niespodzianka! – Wytknął język, wpatrując się w Benedicta z niecierpliwością, jakby już przejrzał go na wylot. – Kiedy?
    Benedict przełknął ślinę, nagle zestresowany. Niejednokrotnie umawiał się z nim przez komunikator internetowy, ale będąc w takim stanie nie mógł pozbyć się wrażenia, że popełniał błąd. Wzruszył ramionami, sięgając po gumę do żucia, bo tylko wyrazista mięta potrafiła wyrwać go z nieodpowiedniego na tę rozmowę nastroju.
    – Wiesz, trochę się stęskniłem, Benny. Jesteś tak popierdolony, że to aż komiczne. – Justin odchylił się na krześle, niby niecelowo odsłaniając leżącą na krześle za nim kurtkę, która niegdyś należała do Holta. – Problem jest taki, kochany, że nie ma mnie w mieście przez następny tydzień, tak od jutra, a dzisiaj jakoś nie mam ochoty. – Poszerzył uśmiech, traktując to nowe, wygłodniałe spojrzenie Benedicta jako naprawdę ciekawe zjawisko. – A co, już się nie boisz? Że ci wpierdolę za tę scenę w klubie? Czy po prostu nikt nie chce się z tobą pieprzyć? W końcu jesteś tak obrzydliwie brudny, Benny. Ohyda.
    Wzdrygnął się, ale nie zareagował bardziej. Choć chyba powinien.
    – Czekałem na twój powrót – ciągnął niewzruszenie Justin, nie spuszczając wzroku z kamery własnego komputera, by podkreślić swoje słowa. – Na kolanach, jak się spodziewałem. Dawno nie słyszałem o twoim interesie, muszę przekazać wieść dalej. Najlepsza męska dziwka w szkole wreszcie zmądrzała! – Zaśmiał się głośno, szczerze, piętnując tym umysł Holta, który coraz bardziej chciał rozłączyć się i zapomnieć. Jakby sam nie wiedział tego wszystkiego. – No, skoro tak ładnie prosisz, to niech ci będzie. – Powrócił do uprzedniej pozycji, pochylając się tak, by jego twarz zasłaniała cały ekran. – Następna sobota. I uwierz mi, Benny, będziesz krzyczał, kurwa, z bólu.
    Pierwszy raz zgadzał się z Justinem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie był dla niego ważny, w żaden sposób i dlatego nie rozumiał, dlaczego ten się zgodził. Odesłał jedynie krótkie "ok", nic więcej, ale poświęcił mu swój czas, pozwolił na rozdrapanie strupów i stanięcie twarzą w twarz z przeszłością, z której obaj nie byli dumni. Benedict miał się nigdy nie dowiedzieć, bo jak się później okazało, Matthew doskonale wiedział, co robi. Miał świadomość, że wylądował w takiej pozycji z osobą, z którą nie powinien i nie zrezygnował z tego, z czystej ciekawości czy przez inne motywy, ale nigdy, przenigdy nie zamierzał wyciągać tego na światło dzienne. Po prostu mieli pecha, pierdolonego pecha, który doprowadził do noszenia na barkach grzechu, pod jakim bezustannie się uginali, nie potrafiąc go udźwignąć. I radzili sobie z nim na zupełnie odmienne sposoby, do których nie chcieli się przed sobą przyznawać, co było naturalną reakcją na spotkanie kogoś, kto znał ich wcześniej, przed dokonaniem tych zmian, mniej lub bardziej trafnych.
      Wyglądał inaczej, zupełnie inaczej i nie chodziło nawet o samo pofarbowanie włosów na wściekły niebieski czy noszenie odmiennych ubrań. Nabył dojrzałe spojrzenie, parę niepasujących kolczyków na twarzy i łagodniejszy uśmiech, nie tak ostry jak wtedy, gdy ostatkiem sił usiłował ubłagać Benedicta o zmianę zdania, bo zawsze miał do niego słabość. Uwielbiał go fotografować, a zdjęcia rozwieszał w całym swoim pokoju, wpatrując się w nie całymi nocami. Wiedział, był tego świadkiem, gdy wkradał się do jego sypialni, kiedy nie mógł spać. Spędzając w ten sposób godziny, razem z nim, sam popadł w zafascynowanie, tak to sobie tłumaczył, patrząc na twarz w lustrze, swoją, ale też Benedicta, tak bardzo chciał się nim stać.
      Matthew zwrócił się w jego stronę i obdarzył go najcieplejszym uśmiechem, na jaki było go stać. Widok chłopaka wzbudzał w nim wszystko, przed czym do tej pory stronił, ale posiadał okrutną świadomość, że konfrontacja pozostawała nieunikniona. Dlatego zdusił cichą nadzieję, że tak naprawdę zmierzał w jego stronę Benedict, a nie ostatnia osoba, do jakiej pragnął wracać, by przebiec przez to gładko, bez niepotrzebnych zdarzeń.
      – Hej, Will. – Wyciągnął dłoń z kieszeni, machając nią niepewnie. Dotarł do miejsca, z którego nie było powrotu. Mógł po prostu mu nie odpisywać, nie godzić się na żadne spotkanie, ale skoro już się tutaj znalazł, chciał zostać dobrze zapamiętanym. A przynajmniej lepiej niż do tej pory.
      Holt skinął głową, próbując przypomnieć sobie, dlaczego znalazł się w takiej sytuacji i nie został w domu, czekając na tego pieprzonego Justina i własny koniec. Pierwszy powód, jaki mu się nasunął, był po prostu Roanem, mijanym na korytarzach Roanem, unikanym Roanem, Roanem, tylko nim. Zacisnął dłonie w pięści, także skrywając je w kieszeniach i odrzucając wniosek o uznanie Wastona za główne źródło podejmowanych decyzji. Robił to dla siebie i Benedicta, w żadnym stopniu nie dla niego. Matthew był ostatnią nierozwiązaną sprawą, pomijając grób brata, z którego jednak zrezygnował. Nawet gdyby chciał, nie miał tylu pieniędzy, by zagwarantować sobie podróż do innego stanu, a stojący przed nim chłopak zgodził się na przyjechanie tutaj, w końcu jeśli czegoś mu nie brakowało, to właśnie pieniędzy. Inaczej sprawa miała się z innymi aspektami życia, równie istotnymi, co Benedict uznał za oczywistą konkluzję. Obaj spierdolili sobie życia, dla jakiegoś głupiego eksperymentu. Przez naiwność.
      – Dlaczego napisałeś? – zapytał Matthew, nie chcąc bawić się w podchody. Obaj ich nie lubili. Znał go na tyle, by móc to stwierdzić, choć nie posiadał pełnej pewności, jak do niczego współcześnie. – Chciałbym zostać z tobą długo – kłamał – ale muszę niedługo wracać. Wiesz, Amber wyprawia przedwcześnie urodziny i muszę wszystko przygotować, bo impreza zaczyna się o... jakiejś późnej godzinie, zabije mnie jeśli tego nie ogarnę na czas.

      Usuń
    2. Benedict zmarszczył brwi, zawiedziony. Dobre kłamstwo nie było szczegółowe, a oczywistym było, że Matthew raczej w tej dziedzinie nie górował, ale nie spodziewał się, że posądzał go o taką głupotę, by nie wyczuć tam żadnego fałszu. Albo wcale nie skrywanie tego miało okazać się jego intencją. Prawdę mówiąc, także Holt nie chciał tego przeciągać, musiał dokonać oględzin swojego ciała, bo dotąd bał się patrzeć na nie dłużej niż biorąc prysznic, ale przygotowanie się na destrukcję tego wymagało. Nie zamierzał rezygnować, nawet gdyby ślady po Roanie nadal się tam znajdowały, ale przygotowałby się przynajmniej na potencjalne komentarze. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się prędko, nieszczerze. Przerzucił plecak do przodu, by wyjąć z niego notes i ołówek, w razie konieczności dopisania czegoś więcej. Zorganizował parę kartek z zapisanymi na nich słowami, które chciał przekazać, bo przybył tu głównie po to, by zaspokoić swoją duszę chociaż w minimalnym stopniu.
      Chciałem tylko przeprosić. Wcześniej tego nie zrobiłem – szło na pierwszy ogień. Jeszcze przed wyjazdem przestał się odzywać, więc Matthew nie był tym sposobem porozumiewania się zaskoczony, co najwyżej lekko zasmucony, bo miał cichą nadzieję, że chłopak uporał się już z tą niemożnością.
      – Nie masz za co. No, może masz, ale ja też powinienem – oznajmił, wzruszając ramionami. – Przepraszam. Ciebie i... – urwał, gdy załamał się mu głos. Kurwa, minęło tyle czasu, a on nadal nie był w stanie. – Nic by się nie stało, gdybym się wtedy ogarnął. Po rozpoznaniu ciebie.
      Uśmiech zniknął z twarzy Benedicta, ale nie odwrócił wzroku. Mówienie o tym było cholernie bolesne, porównywalnie z tym, co sprawił cały tydzień oczekiwania na koniec, ale zaistniała szansa na zaspokojenie jakiejś części poczucia winy i jego obowiązkiem było skorzystanie z niej.
      Wszystko sprowadzało się do ciebie, dlatego napisałem. Za to też przepraszam. Mam nadzieję, że to nie było samolubne i też coś ci da.
      – Jesteśmy cholernie egoistyczni, Will. Jadąc tutaj myślałem tylko o tym, ile może dać mi to spotkanie.
      Tym razem nie zdołał zlokalizować kłamstwa.
      Zrezygnował z przyszykowanych tekstów, bo wydawały się okropnie sztuczne przy takiej odpowiedzi. Prawie jak cała jego osoba.
      Kochałeś go, prawda?
      Matthew zamarł, także niwelując uśmiech. Pytanie trafiło w niego z całą siłą i musiał zgromadzić wiele sił, by wydusić cokolwiek przez ściśnięte gardło.
      – To mało powiedziane. Ben był dla mnie...– Zamknął oczy i opuścił głowę, pocierając skronie. Tego się obawiał, że nie da rady się wypowiedzieć, że nadal jest za wcześnie.
      Nie chwycił go za rękę, nie objął, nie zbliżył się nawet, bo w tym wypadku znał swoje granice i szanował fakt, iż nie zostały wyznaczone przez niego. To nie był Roan ani nawet pierwsza lepsza osoba, tylko Matthew, z którym miał zatrważająco wiele wspólnego i próbował właśnie podzielić się z nim winą za całe zdarzenie. Pogłębianie ran nie znajdowało się w jego celach.
      Też go kochałem, Matt. Był dla nas wszystkim.
      Kiedy zaledwie godzinę później Benedict zamknął za sobą drzwi w akademiku, czuł się lekki, odłączony w pewien sposób od całego tego świata, w którym ginęły piękne jednostki, z cudzej winy. I przy ziemi nie mógł zatrzymać go nawet Roan.

      Oczekiwał ciosu, może niezjawienia się na miejscu, ośmieszenia go publicznie. Justin był porypany w każdą z możliwych stron i nie byłby zaskoczonym jakimś niespodziewanym obrotem spraw, ale nic takiego nie nastąpiło, wprawiając go w jeszcze większe niezdecydowanie i pragnienie ucieczki, które uniemożliwiały jedynie przytępione słowa, bez ustanku odtwarzające się w jego głowie. Słowa osoby, która doprowadziła go do takiego stanu i nie ponosiła za to żadnej odpowiedzialności, może sama wyczekiwała końca, by móc zmieszać go z błotem jeszcze raz, ostatni, taki na pożegnanie. Bardziej stawiał na popadnięcie w zapomnienie, ale nadal nie zrezygnował z marzeń, za to starannie separując je od rzeczywistych oczekiwań.

      Usuń
    3. Kazał mu przyjść do obcej dzielnicy, zupełnie dotąd nieznanej Benedictowi, pożyczywszy tam od kogoś mieszkanie na jedną noc. Sobotnią noc, parszywie zimną, tyle że kierowany myślą, iż nazajutrz będzie i tak trupem, założył tylko losową bluzę, a traf chciał, że padło na tę, którą miał na sobie wtedy, w klubie. Do końca prześladowała go okrutna ironia.
      Był względnie czysty, tylko niewyraźne ślady odznaczały się jeszcze na jego szyi, bliżej obojczyka niż żuchwy, ale wątpił, by Justinowi to jakkolwiek przeszkadzało. Robił to z nim parę razy i nigdy nie dostawał żadnych uwag, chłopak mógł szczekać całymi dniami, ale po seksie stawał się nienaturalnie cichy, czasami nawet zasypiał niemal od razu, a o zapłatę Benedict musiał się wtedy upominać. Tym razem nie ustalili kwoty, zatem powinna towarzyszyć blondynowi myśl, że zrobią to po, podczas gdy jedynym, co chciał od niego pozyskać Holt, była jeszcze bardziej zaniżona chęć do egzystowania.
      Wręcz wciągnął go do środka, zamykając za nim drzwi i od razu zabierając się do roboty. Całował go głęboko, niespokojnie, wsuwając dłoń pod warstwy chroniące skórę Benedicta, sunąc po jego torsie, wygłodniały, uważając, że znajduje się na wygranej pozycji. Nim oderwał się od chłopaka, ugryzł jeszcze jego dolną wargę, wydając z siebie niski pomruk i Holt nie mógł powstrzymać nagłego stwierdzenia, że w porównaniu z tym, co oferował Roan, Justin był po prostu żałosny.
      Ale nie chodziło o Roana i musiał wbić to sobie do głowy, raz na zawsze.
      – Co, Watson nie dał ci tego, czego potrzebujesz? – wypalił nagle Justin, jakby czytał mu w myślach i dostrzegając zaskoczenie wymalowane na twarzy Benedicta, uśmiechnął się krzywo. – Kurwa, wasz mały sekrecik nie jest tak pilnie strzeżony, jak myślałeś, Benny. Dlatego przyszedłeś? Jest aż tak beznadziejny? – Pochylił się, muskając wolną ręką policzek Holta i wywołując u niego nieprzyjemne dreszcze. – Bo wiesz, ja nie mam nic przeciwko pokazaniu ci, jak powinno się cię zadowalać – wyszeptał prosto do jego ucha, a następnie, nie czekając na odpowiedź, znowu się w niego wpił, z jasno postawionym zamiarem.
      Działało lepiej niż się tego spodziewał.

      |NICZEGONIEŻAŁUJĘ

      Usuń
  101. Panikował, ale Justin skutecznie zagłuszał to swoimi działaniami. Był mu przez to chociaż minimalnie wdzięczny, gdyby teraz się wycofał, musiałby zmierzyć się z następnym dniem, później jeszcze kolejnym i tak dalej, aż do momentu, w którym poddałby się i upadł, nie mogąc wstać nigdy więcej. Ciągnięcie tego nie miało najmniejszego sensu, nie ofiarowałby nic światu, bo powrót do uprzedniego stanu leżał poza jego zasięgiem, a życie dla Roana najwyraźniej nigdy nie było opcją. Zmęczyły go i tak nikłe starania, mające na celu zostanie kimś dla niego istotnym i nie zmierzał do pogodzenia się z tym, więc musiał radzić sobie w inny sposób. Pogrążenie się za pomocą Justina pojawiło się w jego głowie niemal natychmiast, toteż próby ucieczki byłyby po prostu żałosne.
    – Jesteś jakiś inny.
    Benedict otworzył oczy, słysząc ten zarzut i zamrugał parokrotnie, udając, że nie ma pojęcia, o co chodzi. Chciało mu się płakać, ilekroć przypominał sobie o tym, że dotykał go ktoś inny i mimo ogromnych starań nie ofiarowywał siebie tak, jak zazwyczaj. Wstrzymywał się trochę, spinał, trzymał ręce na torsie Justina, jakby zamierzał go niebawem odepchnąć. Nic dziwnego, że dotarł do właśnie takiego wniosku. Musiałby być ślepy.
    Walcząc z chęcią rezygnacji zdjął bluzę, a następnie także koszulkę, nim ponownie złączył ich usta w krótkim pocałunku, zachęcając go do tego samego podwinięciem brzegów ubrania. Chłopak bez zastanowienia uczynił to samo, swoimi dłońmi sięgając do spodni Benedicta, które zaczął rozpinać z zamiarem szybkiego pozbawienia go wszelkich warstw, bo nawet jeśli chciałby stąd nagle zwiać, nie pozwoliłby mu. Taki rodzaj zemsty jak najbardziej mu odpowiadał, a skoro przy okazji miał oberwać także ten skurwiel z drużyny hokeja, to nie mógł tego nie wykorzystać. Nie obchodziło go nawet, że Holt wyraźnie protestował przeciwko pozostawieniu po sobie paru śladów, normalnie za wszelką cenę siłowałby się z nim, byle zrobić coś, czego ten nie chciał, ale nie mógł skupić się na tyle, by o tym pamiętać. Chwilowo wystarczała mu sama świadomość, że znowu zabawiał się czymś, co do kogoś należało. Do Watsona, kurwa, gwiazdy mu sprzyjały.
    Ściągnąwszy Benedictowi spodnie, rozpiął także swoje, opuszczając je nieznacznie, nazbyt zajęty wciskaniem kolana w jego krocze i trzymaniem go z całej siły za włosy. Nie odgrywał się już nawet za tę sytuację w klubie, irytowała go cała osoba Holta, jakby myślał, że zasługiwał na jakikolwiek szacunek poza tym na polu seksualnym, bo chociaż tyle robił dla świata – zaspokajał potrzeby innych, a przy tym pewnie także swoje własne, tracąc na reputacji i zdrowym umyśle na pewno też, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie skontaktowałby się z Justinem po czymś takim. Ani nie puszczałby się z Watsonem za jakąś psią forsę. Wsunął dłoń za bokserki chłopaka, łapiąc go za pośladki i przylegając doń biodrami, co rozproszyło Benedicta na tyle, by mógł wreszcie pozyskać dostęp do jego szyi i zostawić po sobie ślad, na który następnie spojrzał z nieskrywaną dumą. Porzucił zamiar zrobienia ich więcej, na ten moment, zniecierpliwiony. Przesunął ręce, chcąc zsunąć bieliznę Benedicta i wreszcie mieć go całego, ignorując rosnący na nagim torsie nacisk, mający zapewne zaalarmować go, że dotarli do punktu, którego Holt nie chciał osiągnąć. I miał to gdzieś.

    #JustinOut

    OdpowiedzUsuń
  102. Świat skończył się wraz z Roanem i wszystkim, co dostrzegł w jego postawie. Nie oddziałały na niego tak bardzo nawet przyszłe wydarzenia, widok Justina zalanego własną krwią dał mu jedynie przykrą satysfakcję, a choć bardzo tego chciał, to nie mógł zacząć pałać do Watsona nienawiścią. Tylko wdzięczność i ten cholerny ucisk w klatce piersiowej, gdy ubierał się prędko, o wiele szybciej niż wtedy, w jego sypialni, pragnąc wydostać się z mieszkania, uciec od czegoś, co kiedyś czynił nawet z pewną dozą przyjemności. Gdyby wreszcie od niego oberwał, byłby w pełni przekonany, że na to zasłużył.
    Stojąc w windzie, spuszczając z przerażeniem i zawstydzeniem wzrok, czuł się niewiarygodnie poniżony i bezwiednie muskał nadgarstek, który trzymał jeszcze przed chwilą Roan. Jednoczesna euforia, wściekłość i trwoga mieszały się, tworząc jedynie niezdatny do opanowania chaos w jego głowie i nie potrafił sobie z tym poradzić. Uratował go, na wiele sposobów, niekoniecznie fizycznych, ale jeżeli znowu planował go odepchnąć, to równie dobrze mógł po prostu go tam zostawić, nie ściągać na ziemię, do siebie. Benedict marzył, gorączkowo marzył, by to przybycie oznaczało coś więcej niż samą niechęć do pogodzenia się z faktem, że Holt nie był jego prywatną zabawką, którą mógł odkładać, kiedy już się nią nudził.
    Wyszedł za nim, nie wykonawszy żadnego pochopnego ruchu. Z myślą, że na tym kończyła się inicjatywa Roana, wyciągnął z plecaka opakowanie chusteczek, by wyprzedzić chłopaka, dopiero przy motorze i jedną z nich otrzeć krew z jego ust, stojąc przy tym na palcach. Nadal unikał jego oczu, nie chcąc dostrzec w nich tego samego zawodu, zdrady. Watson na pewno nie miał tak skończyć, ale Benedict z całą pewnością nie przeżyłby bez przebaczenia, którego nie doznał wtedy, ale którego tak pragnął teraz. Głupie kółko utraciło całą moc, jaką dotąd w nim dostrzegał, toteż nawet nie próbował. Kiedy zakończył, zmiął chusteczkę i wcisnął ją do kieszeni. Stał tak przez jakiś czas, w bezruchu, zanim potrząsnął głową i objął chłopaka, krótko, nie chcąc przekazać mu całego brudu, jaki zafundował mu Justin. Odwrócił się, zagryzając dolną wargę, drżąc przez odczuwane zimno, gotów do odejścia. Nic już dla niego nie miał.

    #szczytnycel

    OdpowiedzUsuń
  103. Założeniu kasku towarzyszył pewien rodzaj ulgi, bo choć znana mu szorstkość wzrosła, raniąc go dogłębnie, to liczył się także sam brak rezygnacji. Póki Roan poświęcał mu uwagę, mógł marzyć o większym znaczeniu tych czynów, mieć okruchy rozpalonej nadziei, że ma szansę. Że obaj mają szansę. Ostatnim, co zostało Benedictowi były wizje przyszłości związanej z Roanem, mógł posiadać możliwość spędzenia czasu z Adamem, może nawet Willow nie odtrąciłaby go, gdyby przyszedł prosić ją o pomoc, ale w obliczu tego, co otrzymałby od Watsona w razie osiągnięcia sukcesu, wszystkie dobra świata traciły na wartości. I zapewne ułatwiłby życie im obu, gdyby po prostu to przyznał, w ostateczności powiedział, a jednak wolał zachować bezpieczny dystans, okazywać skruchę i liczyć na wybaczenie, bo tak było bezpieczniej oraz z pewnością mniej wyczerpująco.
    Polecenie o siedzeniu w odpowiedniej odległości bolało tysiąc razy bardziej niż wszystko, co Roan mógł zrobić mu za pomocą pięści. Obejmował go pewnie, ale nieco mniej desperacko niż ostatnio, czując jednak, że spierdolił wszystko i znalazł się jeszcze dalej od celu niż na samym starcie. Poczucie winy przygniatało go i przyprawiało o wrażenie, iż znowu ciągnął kogoś na dno przez egoistyczne potrzeby, nie widział w tym niczyjej winy poza własną. Ale przecież zgodnie z życzeniami stał w samym środku wydarzeń. Brak akceptacji w stosunku do ich natury śmierdział tchórzostwem, tak jak Benedict obcym człowiekiem, a po wszystkim oczekiwał jeszcze akceptacji.
    Przebył drogę, skupiając się na wewnętrznych, głupich rozterkach i przez to napotkał zaskoczenie, kiedy się zatrzymali. Niemal natychmiast zasiadł z pojazdu, zdejmując przy tym kask, sprawniej niż kiedyś, nie będąc pod wpływem niczego prócz własnych emocji. Bez większego trudu rozpoznał budynek, w którym zmieniło się całe jego dotychczasowe życie i skoro to miejsce zapoczątkowało szereg zmian, to nie było najgorsze do zakończenia go. A przynajmniej brzmiało lepiej od obcego mieszkania, z daleka od domu. Jeżeli za dom uważało się niekoniecznie budynek, a osobę, to przed poznaniem Roana ewidentnie towarzyszyła mu bezdomność.
    Zerknął na chłopaka, nie do końca pewien tego, co chciał on uczynić dalej, ale bez nieostrożnych myśli wszedł wraz z nim do środka, w nadziei, że tym razem nie skończy się w podobny sposób. Najbardziej wysuwającą się potrzebą było zmycie z siebie Justina, mało co jeszcze się liczyło, ale gdyby jakimś cudem Watson zechciał mu w tym pomóc poprzez zastąpienie śladów po blondynie własnymi, niewątpliwie by odmówił. Raczej bez większego skutku, bo nie miał z nim szans, ale na pewno nie byłby... jego. Znalazłszy się w środku zdjął buty, odtwarzając w głowie jego niegdysiejszy komentarz na ten temat i przetarł oczy, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Był wykończony i nie myślał pozytywnie o kolejnych sensacjach, choć te z Roanem i tak przyjąłby najchętniej.

    #sigh

    OdpowiedzUsuń
  104. [O, kurczę, ale karta! Aż nie wiedziałam gdzie klikać :D Co do wątku jestem bardzo chętna. Tylko że Debora też jest taka, że uważa się za lepszą od innych, za wyjątkową i się wywyższa. :D Tutaj bym jednak zaczęła od takiej wzajemnej nienawiści, dość mocnej, szli by na noże :D Później doszłaby do tego jakaś namiętność i mogliby zostać przyjaciółmi z korzyścią. :D Nie wiem jak Ty to widzisz? ;> Odpowiada Ci takie coś?]

    Debora

    OdpowiedzUsuń
  105. Miał coraz większą ochotę na dziękowanie Roanowi, bo dotąd chłopak trafiał idealnie w jego desperackie potrzeby, na dodatek likwidując niedawne obawy. Byłby w stanie wmawiać sobie, że dobrze postąpił, bo wzbudził w Roanie chociaż minimalne zainteresowanie całością Benedicta, a nie jedynie aspektem fizycznym, ale oszukałby tak samego siebie. Bo w rzeczywistości wszystko sprowadzało się do jego ciała, cienka granica między nim, a pełnią Holta nadal nie została przekroczona, a przynajmniej on tego nie dostrzegał, mimo wyraźnych chęci i prób interpretowania czynów Watsona na sposoby, które by temu sprzyjały.
    Na początku zgadzał się na wszystko z pewną dozą ulgi, bo mógł pozbyć się chociaż części Justina, ale wtedy zaatakowano go zapowiedzią rozmowy, a do tego dołożyło się wspomnienie widocznego śladu, który nadal się na nim znajdował. Niechciane poruszenie sprawiło, że nie zdołał się przed nim obronić i wreszcie zaczynał tego żałować. Liczył jedynie na niechętne spojrzenie Roana, które skupiał wszędzie, byle nie wyżej, nie na jego twarzy, a co zostało przez Benedicta zauważone, kiedy przestał panować nad rozpaczliwą ciekawością. I kiedy zrezygnował z tych prób, nie potrafił cieszyć się tym, co wywołał.
    Posłusznie usiłował zdrapać ze swojego ciała ten bezmiar cudzych pozostałości, które interpretował jako intruzów jeszcze bardziej, odkąd znalazł się w tym domu. Chwilę zajęło mu pozbycie się z siebie Justina, a gdy uznał, że nawet mu się to udało, przypomniał sobie o malince, która sprawiała wrażenie, jakby znalazła się już pod skórą i wywoływała w nim chęć rozszarpania szyi, gdy widział ją w swoim żałosnym odbiciu w lustrze. Tylko tak mógł odpokutować, krwią i ponowną zmianą tej warstwy, na której nie czuł już Roana, a same obce jednostki, ich przewaga niwelowała wszelki wpływ Watsona i nie potrafił sobie z tym poradzić. Dlatego czym prędzej zabrał się za zasłanianie tego i tak nazbyt dużymi ubraniami, a nad słusznością korzystania z takich darów nawet się nie zastanawiał. Spodnie był zmuszony ścisnąć sznurkiem, natomiast koszulka nie miała żadnych szans na zasłonięcie wyróżniającego się na szyi śladu. Ruszył za nim, nie kłopocząc się nadmiernie zostawianym w łazience plecakiem, w którym i tak nie umieścił nic wielce potrzebnego. Prawdę mówiąc, nawet nie pamiętał, co do niego wcisnął. Po prostu podążał, a kiedy nieostrożnie musnął rękę Roana, chcąc zaryzykować, wycofał się z tego niemal natychmiast i złapał swój nadgarstek, uciekając wzrokiem na bok, gdyby chłopak poczuł to i zdecydował się odwrócić. Najbezpieczniej byłoby się nie wychylać i choć niewątpliwie musiałby się przy tym wysilić, chciał chociaż spróbować.

    #ssssiema

    OdpowiedzUsuń
  106. Wzdrygnął się, gdy Roan rzeczywiście zareagował, ale nie w sposób, którego się spodziewał. Przyjął kolejny, błahy podarek, traktując go jako pozytyw, perspektywę otrzymania przebaczenia... albo zdystansowania. Im milszy był dla niego Watson, tym bardziej bał się, że źle tłumaczył sobie znaczenie takiej zmiany. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaprzestanie jakichkolwiek konkluzji, bo wyraźnie nie był do nich zdolny, skoro ciągle porywał się na takie głupie decyzje, które doprowadzały do eksplozji raniącej wszystkich wokół.
    Dostawszy się do pokaźnej kuchni, większej od jego całego mieszkania, zasiadł na stołku, zerkając pytająco na Roana, ale nie otrzymując od niego odpowiedzi, skoro był zajęty robieniem... czegoś. Ściskał dłonie między własnymi kolanami, obserwując każde poczynanie Watsona, w międzyczasie kradnąc jeszcze jedną jego część, ostatnią pozornie nieistotną informację, jaką mógł przy sobie zatrzymać w razie niepowodzenia. Niezdecydowanym ruchem pochwycił drżącymi dłońmi kubek, ściskając go ewidentnie zbyt mocno, bez zamiaru skorzystania z tego dobrodziejstwa. Gorąco zeń emanujące przywracało mu w jakimś stopniu poczucie rzeczywistości, ale nie znalazł się jeszcze w miejscu, z którego pokusiłby się o picie wrzątku. Jeszcze. Speszony natarczywym wzrokiem, tak różnym od tego, co oferowano mu przed chwilą, obserwował napój, jednocześnie stwierdzając, że było to cholernie miłe. Tylko miłe i zarazem miłe, zależy z którego punktu akurat na to patrzył, choć w porównaniu z resztą, należało raczej skłaniać się jedynie ku drugiej opcji.
    Najpierw nie zrozumiał, jak zwykle, gdy Roan wypalał z losowym tematem, nie czyniąc żadnych wstępów. I jak zwykle nie miał czasu na zastanowienie się, przebrnięcie przez możliwy sens tego pytania, bo nieomal spadł ze stołka, na którego podnóżku musiał stanąć, by nie wylądować na ziemi. Chciał zaciskać powieki, płakać, wrzeszczeć, rwać włosy z głowy, ale potrafił tylko patrzeć w jego oczy, niemo błagać o koniec tej męki, jakiś bezpośredni sygnał, bo nie wiedział już nic. Przeszedł etap roztrząsania moralności swojego sposobu zarobku, ale właśnie dotarło doń, że w jakiś sposób okłamał Watsona, nie informując go o tym. Mógł założyć, że on sam miał o tym jakieś pojęcie, lecz wszystko wskazywało na coś innego, a Benedict nie mógł dłużej kłamać. Póki co łgarstwa wtrącały go w coraz większe bagno. Potrząsnął głową twierdząco, gwałtownie, zabierając jedną z zaciskanych dotąd na brzegu wyspy rąk, by złapać go za kark przycisnąć czoło Roana do swojego, oddychając ciężko oraz łapczywie. Może nieświadomie okłamywał go przez ten cały czas? Wcale nie był zdolny do miłości, skoro wpakował ich obu w takie gówno, dbając o zaznanie spokoju tylko przez siebie. A przynajmniej nie takiej, która zdołałaby któregokolwiek zadowolić.

    #nicetry

    OdpowiedzUsuń
  107. Z trudem utrzymał równowagę na stołku, przyjmując gorzką świadomość, że zawinił nieodwracalnie. Przez niecierpliwość, przez głupotę i myślenie, że potrafi podjąć samodzielnie decyzję i nie spierdolić komuś przy tym życia. Nie uczył się na własnych błędach i kończył właśnie tak, w czyjejś kuchni, słuchając zarzutów, które nawet przez chwilę nie pojawiły się w jego głowie, a nawet jeśli, to nie zostały przez niego zapamiętane na rzecz innych, lepszych, pozytywnych. Roan okazywał się niesamowicie kruchy, skoro tak żałosna jednostka wyprowadzała go z równowagi i w zasadzie nie powinno go to dziwić, bo doszedł do identycznych wniosków już wcześniej. Wszelkie intencje wyblakły, pozostawiając po sobie wzgórze pomyłek, których nie miał siły naprawiać. Nie przynosiło to żadnych skutków, wręcz przeciwnie, było coraz gorzej, a William przestał być tak święcie dobroczynny, odkąd przestały wystarczać same chęci. Nawet nie zaprzeczał, nie rzucał się i nie kręcił głową, tracąc jakąkolwiek motywację. Nieważne co robił, kończyło się tak samo. I znowu nikt nie pozwalał mu się wytłumaczyć, same zarzuty, wyrzucane bez pomyślunku słowa i... telefon. Jakby go, kurwa, potrzebował.
    Zacisnął zęby, ściągając brwi. Watson mógł uważać, że został wykorzystany, to było jak najbardziej na miejscu, ale Benedict przed nikim nie odwalał takich przedstawień, by brać za to pieniądze. I nie potrafił uwierzyć, że Roan pokusił się o tak płytkie stwierdzenie. Rujnował reputację, rezygnował z zasad zapewniających bezpieczeństwo, wpuścił go do swojego serca i w zamian otrzymywał pytanie o cenę. To musiały być jakieś żarty.
    Uniósł się na podnóżku, przesuwając komórkę w stronę Roana i patrząc mu prosto w oczy, bo nie miał o niczym pojęcia, o Benediccie, o braku pieniędzy na życie, o sprzedawaniu ciała i wyrzucaniu moralności, deptaniu jej, by zapewnić sobie przeżycie. A także, co wynikało z całej wypowiedzi, o ile nie z wszystkiego, co się dotąd działo, nie przeszło mu przez myśl, że Holt mógł naprawdę coś poczuć. Prawdziwego. Bo Roan Watson był skurwielem, za którego miał go od samego początku i nie umiał patrzeć na sprawy inaczej niż z własnego punktu widzenia. A Benedict kochał go, jak żadną z osób na całym świecie.
    Przytrzymał się tego samego brzegu, który wcześniej ratował go przed upadkiem, teraz pochylając się bardziej, patrząc na niego z wściekłością, bo był na niego tak wkurwiony, jak tylko się dało.
    – Kocham cię – wyszeptał cicho, ledwo dosłyszalnie, ale także dobitnie, z trudem powstrzymując drżenie głosu, po czym zamarł, zużywając w ten sposób ostatnie pozostałości chęci na męczenie się z tym człowiekiem. Bo chodziło tylko o to, tak naprawdę taki był jedyny powód wszystkiego, co się działo i wreszcie zdołał to z siebie wyrzucić, za zapewne cholernie niewiarygodną cenę.

    #przepraszambardzojaki

    OdpowiedzUsuń
  108. Benedict w życiu nie był bardziej poważny, a przez to nie znał sposobów na dostarczenie dowodów. Próby uratowania brata samymi słowami zakończyły się niepowodzeniem, które odbiło się na całej jego przyszłej egzystencji i ponowne zostanie uznanym za kłamcę przez istotną dla siebie osobę traktowałby jako idealny początek nieodwracalnego procesu wyłączenia się ze społeczeństwa. Przy odrobinie szczęścia również ze świata. Przeżywał ponownie tamten dzień, ale tym razem dopuszczano go do głosu, skoro już się o niego upomniał, miał szansę cokolwiek zmienić, udowodnić mu, że nie był nieomylny i przez ten cały czas go nie doceniał. Mylił się, Roan mylił się i tylko gniew utrzymywał Benedicta w dalszym stanie desperacji, która pchała go do dalszych działań. Nie miał najmniejszego zamiaru znowu tak skończyć, trzymając się kurczowo przeszłości, myśląc o tym, co mógł zrobić, a na co się nie zdobył. Ponad rok zajęło mu naprawienie tego, a gdy chodziło o Roana, dawał sobie nawet wieczność spędzoną na goryczy spowodowanej bezczynnością. Raz w zupełności mu wystarczał.
    – Kocham cię – powtórzył głośniej, nie kontrolując w pełni swojego głosu. Wspiął się na wyspę, zręcznie omijając wszystkie postawione na niej przedmioty i spuścił nogi po jej drugiej stronie, znajdując się teraz przy Roanie, rozszerzając asortyment możliwości, którego niewielki rozmiar dotąd przytłaczał i wymuszał korzystanie z niechcianych umiejętności. Otworzył usta i zamknął je natychmiast, odrzucając podsuniętą mu przez jakąś nierozsądną część umysłu propozycję powiedzenia tego jeszcze raz. Wątpiąc także w siłę na wypowiedzenie drugiej części swojej wypowiedzi, o wiele bardziej skomplikowanej, sięgnął po ten cholerny telefon, choć czuł się z tym trochę niesprawiedliwie. Jeśli już porywał się na metody głosowe, mógł ciągnąć to do końca.
    Jak mam ci to udowodnić?
    Pokazał mu ekran, drugą ręką przyciągając jego dłoń i przyciskając ją do swojego prędko bijącego serca, które należało tylko do Roana i jeżeli nie chciał odrzucać tej jedynej rzeczy, którą mógł ofiarować mu Benedict, musiał choć przez chwilę nie być aroganckim debilem, do którego młodszy chłopak pałał tak nielogicznymi uczuciami. Sięgał po motywacje znikąd, byle uratować ich obu, choć podejrzewał, że to on potrzebował Watsona bardziej niż na odwrót. Ratując go ze zbytniego zbliżenia z Justinem pogrążył się i przywiązał do siebie Holta w jeszcze większym stopniu, bez szans na zmianę tego stanu w najbliższym czasie.

    #idkmozeszdacsbpobiciksde.

    OdpowiedzUsuń
  109. Kiedy Roan wyszarpnął swoją rękę, miał ochotę westchnąć. Był nim szczerze wykończony, a przy tym nie uzyskał odpowiedzi na zadane pytanie, które ukierunkowałoby jego priorytety. Rozważał rzucenie mu telefonem w twarz i wyjście z tego przeklętego domu, pozbycie się niedopasowanych ubrań, zapomnienie o Watsonie i miłości, która potęgowała negatywne doznania, prowadząc go nieuchronnie do momentu, w którym znowu by się poddał i zaakceptował to, co dostawał już na starcie. Mało skutecznie odpychał uciążliwe wizje, stawiające go w niekorzystnej pozycji, bo mówiły o neutralności, braniu pierwszej lepszej opcji, która oferowała bycie z Roanem. Nieważne, co za sobą niosła, ile bólu musiała mu sprawić, by na końcu w ogóle go nie zaspokoić.
    Odwzajemniał jego spojrzenie, usiłując postawić gniew nad jakimś nielogicznym współczuciem, bo tylko tak potrafił to określić, niezbyt trafnie, ale wystarczająco. Z niemałym wysiłkiem próbował nie ulec, nie przypisać sobie słów Roana, bo nawet jeśli nie interesował się opiniami innych, te Watsona były dla niego jakoś nadmiernie ważne i gdyby w dalszym ciągu próbował odwieść go od decyzji o darzeniu chłopaka uczuciem, po jakimś czasie na pewno by spróbował, a kiedy już by poległ, zacząłby udawać, że rzeczywiście tego dokonał. Zamierzał mu przerwać, jakkolwiek, nawet poprzez nieodpowiedni do sytuacji oraz sporu pocałunek, nie chcąc tego wysłuchiwać, ale zamarł ze wzrokiem utkwionym w krajobrazie za oknem. W jednej chwili w jego głowie pojawiła się wizualizacja śmierci ojca Juliusza Słowackiego, zakończenie Balladyny, obejrzany niegdyś film dokumentalny o tym zjawisku także dorzucił się, przyspieszając bicie serca i paraliżując każdą część Benedicta. Musiał uciekać, skryć się gdziekolwiek, dotrzeć do bezpiecznego miejsca, w którym nic mu nie groziło, ale potrafił tylko patrzeć. Na jego karku wystąpiły kropelki potu, a płytki oddech utwierdził go w przekonaniu, że znowu dopadł do irracjonalny lęk przed burzą i wszystkim, co ona ze sobą niosła.
    Nie zauważył nawet odejścia Roana, całkowicie skupiony na niemocy, jaka wstępowała w niego, gdy przebywał tak blisko jednego ze swoich koszmarów.
    Korzystając z głosu, który niewyraźnie przebił się do jego umysłu, spiął mięśnie i zeskoczył z wyspy, prawie przewracając jeden z kubków. Biegiem wyprzedził oddalającego się Watsona i objął go z całych sił, uniemożliwiając pozbycie się go. Zacisnął powieki, słysząc kolejny grzmot. Widział w Roanie ostatnią nadzieję i modlił się, by drżenie ciała i uporczywe naruszenie po raz kolejny jego prywatności jasno to prezentowały.

    #balladynakri

    OdpowiedzUsuń
  110. Spiął się jeszcze bardziej, o ile było to możliwe, kiedy usłyszał kolejny grzmot. Dom Roana był cholernie nietaktyczny, gdy chodziło o znalezienie bezpiecznego miejsca na przeczekanie takich nieprzyjaznych zjawisk, ale z pewnością Benedict nie znał jeszcze wszystkich atutów tego miejsca, skoro znajdował się tu dopiero drugi raz, a za pierwszym nie wychylał się poza dwa istotne dla rozwoju ich nienormalnej relacji pomieszczenia. Zignorował jego słowa, jak zwykle, bo nie do końca wierzył w ich adekwatność co do rzeczywistych uczuć Watsona, za to bez większego sprzeciwu zgodził się na zmianę pozycji, skoro dzięki niej dążyli do zmiany miejsca. Potknął się zaledwie dwukrotnie, nieostrożnie stąpając bosymi stopami po nieznanym podłożu, ale obecność Roana dawała mu upragnione poczucie bezpieczeństwa, dzięki któremu pokusił się nawet o myśl, że upadek przy nim nie byłby taki zły. Zdusił ją niemal natychmiast, nie chcąc zawracać sobie głowy kimś tak... tak... kurwa.
    Wcześniej rozważał czy Watson zatrzyma tamto niewiarygodnie piękne stworzenie, ale zaprzestał, powstrzymany przez nieoczekiwany powrót chłopaka. Ale to było wtedy, a znajdując się w nieoświetlonym pokoju i czując, jak coś ociera się o jego nogi, poluźnił uścisk, na moment zapominając o sytuacji, w jakiej się znalazł. Puścił Roana, kucając i chwytając kota, by przyciągnąć go do piersi i przytulić, odnajdując w nim większe pocieszenie niż dotychczas w Watsonie, a przynajmniej właśnie to próbował sobie wmówić. Jak się spodziewał, okna w całym domu były niewiarygodnie duże w porównaniu z tym, do czego przywykł i niemożliwym okazało się skrycie się w jakimkolwiek miejscu, które nie obejmowało niższego poziomu, o ile taki w ogóle istniał. Musiał odwrócić myśli, a skupienie się na tym zwierzęciu o czystym sercu, które już wywoływało swędzenie oczu i minimalny katar, brzmiało jak dobre rozwiązanie, chociaż na jakiś czas.

    #zrywamyzwamidlanory

    OdpowiedzUsuń
  111. Niemal graniczył z wściekłością, skutecznie tłumioną przez strach. Mógł go w jakiś sposób zawieść, a sam Roan miał prawo mu nie wierzyć, ale przekonywał go o swojej prawdomówności cały czas i coraz bardziej irytowało go to niedowierzanie. Jakby to była jego wina, że Watson okazał się beznadziejny w zadawaniu odpowiednich pytań. Kiedy otworzył oczy i ocenił w ciemności prawdopodobieństwo przetrwania tej nocy w tak beznadziejnym miejscu, jedyne, co przewidział po dostaniu się na łóżko, to szybka śmierć, która w obliczu mglistej wizji uporczywej samotności traciła na negatywnym wydźwięku. Skierował się tam, z trudem nie zabijając się o coś leżącego na podłodze, choć nie mógł powiedzieć, że specjalnie mu na tym zależało. Następnie zasiadł po przeciwnej stronie posłania, jak najdalej od Watsona, jakby to on wywoływał reakcje alergiczne, a nie przyciskany do piersi kot, który wraz z upływem czasu przestał być skutecznym sposobem rozproszenia myśli. Kołysał się lekko w przód i tył, podciągnąwszy kolana. Nie miał jak poradzić sobie z tym samemu, zazwyczaj spędzał takie wydarzenia gdzieś w głębi domu, mieszkania, akceptując odczuwane napięcie i cierpliwie czekał. Ale to miejsce było mu obce, każda część ciała mówiła, alarmowała, że coś jest nie tak i nie chce dłużej tu pozostawać. Jego ruchomy dom nie oferował dłużej spokoju, dając ponieść się tej swojej arogancji czy czemukolwiek, co odpowiadało za tak egoistyczne zachowanie. Nie liczyło się nic, żaden z czynów Roana nie przebijał się przez urażoną dumę, pozostawiając mu nieznaczny posmak uprzedniej wdzięczności skierowanej w stronę chłopaka, bo kończyli jak zwykle i także Benedict mógł się kiedyś zmęczyć bezspornym kiwaniem głową.
    Uniósł dłoń, ulegając pokusie otarcia oczu, gdy rozległ się kolejny grzmot. W jednej chwili chwycił bliższą z dłoni Roana, ściskając ją w panice. Przerażenie kołatało się wszędzie, odbierając mu władzę nad swoimi odruchami i z tego powodu zabrał ją dopiero, gdy niebo minimalnie ucichło. Znowu powrócił ręką do głaskania kota, licząc na to, że chłopak odpuści mu ten jeden wybryk.

    #zzzz

    OdpowiedzUsuń
  112. Odetchnął z ulgą, kiedy Roan odciął ich od obrazu za oknem, nawet jeżeli nie poskutkowało to w pełni. Z tak nieznacznym oświetleniem pioruny rozjaśniające niebo były wyraźniejsze, ale zasłona tłumiła je w takim stopniu, by zminimalizować uczucie bezbronności po odejściu kota. Usiadł nieco swobodniej, wreszcie zdobywając się na spojrzenie na Roana, którego obecność nagle zaczęła mu przeszkadzać, bo niosła ze sobą brak swobody w działaniach, a będąc pod wpływem trwogi nie mógł postępować tylko tak, by unikać wyprowadzania go z równowagi. Nie było to jego priorytetem, w pewnej chwili chciał nawet do tego doprowadzić, ale zmęczenie górowało nad potrzebą wyprowadzenia go z błędu, mimo że całkowicie z niego nie zrezygnował.
    Uniósł brew, słysząc to nowe polecenie, po czym wykonał je po minimalnym zawahaniu. Sama ciekawość albo podejrzenie tego, co miało się wydarzyć zadecydowały za niego i ani trochę tego nie żałował. Jakby ogarnął go nagły spokój, odpędzając większość obaw związanych z aktualną sytuacją na zewnątrz, pozostawiając zanikające wspomnienie paniki i pozwalając na głębszy oddech. Ułożył się wygodniej, korzystając z tego zbliżenia, czerpiąc z niego wszystko, co możliwe, a następnie także go objął, by zapewnić sobie urojoną stabilność. Ponownie dopadł go zapach lawendy i papierosów, będąc dlań najlepszymi perfumami, który wsiąkał w jego skórę, osadzał się w płucach, ułatwiając oddychanie i sprawiając, że zapomniał o prawidłowych decyzjach, jakie powinien podjąć, o byciu uważanym za kłamcę, o zdradzie, a przecież jego zdaniem wcale nią nie była. Odsunął się odrobinę, przesunął wyżej, składając na jego ustach czuły pocałunek, jakby wszystko wróciło do normy, a Roan wcale się nim teraz nie brzydził.
    – Dziękuję – szepnął jeszcze, spoglądając mu w oczy i nagle pragnąc przetrzeć swoje, co uczynił z brakiem ostrożności, doprowadzając do póki co nieznacznego zaczerwienienia.

    #zostawteoczydzieckodrogieplz

    OdpowiedzUsuń
  113. Przeszył go dreszcz, kiedy usłyszał potężniejszy grzmot, ale nie przejął się tym nadmiernie, bo przy Roanie nie groziło mu nic poza nim samym. Rzucany przez chłopaka cień dodawał mu trochę odwagi, przynajmniej na tyle, by nie uciekać wzrokiem. Nie posiadał pełni swobody, w końcu pytanie nie stawiało go w dobrej pozycji, skoro sam nie do końca znał na nie odpowiedź. Odnosił się bardziej do wszystkiego, co się do tej pory wydarzyło czy myślał tylko o tej sytuacji, o tej konkretnej bliskości? Zamrugał szybko kilka razy, usiłując pozbyć się uciążliwego swędzenia, by skupić się na Watsonie, a nie na jakiejś głupiej alergii.
    Z pewną obawą musnął uniesioną dłonią policzek Roana, uważając, by nie dotknąć go przypadkiem za mocno, znajdując się w naprawdę świetnym stanie i nie chcąc od niego odchodzić. Otworzył usta, próbując przypomnieć sobie prawidłowe ułożenie języka podczas wymawiania jednego z wyrazów, nim odetchnął głęboko, co chłopak mógł niewątpliwie odczuć na swoich wargach.
    – Za ciebie – odpowiedział, równie cicho, co przed chwilą. Przesunął rękę wyżej, odgarniając kosmyki włosów z jego czoła, wpatrując się w niego z nieskrywaną czułością, której on nie mógł niestety dojrzeć. Cisza koiła jego nerwy i łagodziła ostry obraz chłopaka, choć pamięć dopowiadała elementy nieprzyjaznej kompozycji szorstkiej twarzy oraz odbierała wiarę w prawdziwość jego istnienia. Roan Watson był niewiarygodnie piękny, niczym popękane, zniszczone przez czyjąś nieostrożność dzieło sztuki, które Benedict miłował całym sobą, pragnąc nienawidzić jego nieprzychylność i krytykować wszelkie wady. Niemoc takiego patrzenia na osobę oddychającą tuż przy nim, niszczącą go od środka, prowadziła jedynie do destrukcji, ale ulegał pomimo tego, akceptował drgnięcia kącików ust oraz wszechobecną ciszę. Bezwiednie otwierał na niego serce, przyjmując kolejne ciernie, bo najwyraźniej istnienie z nim albo nawet obok niego wymagało bólu, krwi i łez. Mając go przy sobie, tak blisko, tak spokojnie, nie mógł uwierzyć, że to właśnie jemu przypadła możliwość kochania tak cudownej istoty, że to on dotykał go, patrzył bez skrępowania i zachwycał się, nie znając w tym umiaru. Ale każde piękno prędzej czy później odlatywało i nawet on posiadał tą smutną świadomość, która czaiła się gdzieś z tyłu głowy, gotowa na zakłócenie aktualnej błogości.

    #noice

    OdpowiedzUsuń
  114. W tamtej chwili miał go dla siebie i zastanawiał się czy Benedict byłby z niego zadowolony. Nigdy go nie odtrącał, nawet gdy gorąco pragnął samotności, a William ją burzył, wpychając się w jego życie, ale z pewnością czerpanie przyjemności z osoby chodzącej za tobą w kółko nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Poniekąd chciał uczynić Roana drugim Benedictem, polegać na nim bezgranicznie i nie musieć martwić się o jakiekolwiek decyzje, będąc całkowicie bezpiecznym dzięki pełnej zależności, ale z drugiej strony przez ten cały czas, kiedy znajdował się w cieniu brata, łaknął czegoś więcej. Uczucia, a nie samej aprobaty. Tego samego uwielbienia, które dostrzegał ze strony innych, przyglądając się mu z boku, tej samej miłości, jaka płonęła w oczach Matthew, kiedy tylko przebywał blisko. Znał ją tylko z obserwacji, przerysowanych filmów i własnej obsesji, a mimo to chciał wierzyć, że właśnie ona nie dopuszczała myśli o odejściu od Watsona oraz napełniała go niejasną, połowicznie uśpioną euforią, ilekroć mieli momenty głuchej ciszy, z jego perspektywy tak wspaniałej, intymnej. Używał słów, by podkreślić znaczenie przekazu, ale wcale nie sądził, że ich potrzebuje. Czyny były o wiele bardziej wymowne i prywatne, a nawet jeśli o ich spotkaniach dowiedziała się cała szkoła, traktował je jako coś, czego żaden z nich nie powinien wynosić dalej. Każdy pocałunek, każde muśnięcie i każde spojrzenie, wszystko zaczynało się tylko z nimi i tam musiało się kończyć.
    Cofnął rękę już przy pierwszym nie, a kiedy Roan odsunął się, także podniósł się, wyrywając umysł z otępiałego stanu, który wydawał się nazbyt odłączony od reszty świata. Wstrzymał oddech, powstrzymując chęć psiknięcia, a gdy już mu się to udało, pociągnął nosem, nie do końca rozumiejąc, co znowu wytrąciło Watsona z codziennego nastroju. Zerknął szybko na zasłonięte okno, z częściowym zadowoleniem stwierdzając, że pogoda wracała do normalnego trybu funkcjonowania, po czym zszedł z łóżka, by obejść je i kucnąć przed chłopakiem, patrząc na niego ze zmartwieniem i bezradnością. Może miał rację, może wcale nie mógł nic do niego czuć, skoro nie wiedział nawet z czym się on zmagał. Jego wiedza o Roanie ograniczała się do plotek, własnych, niezbyt trafnych wniosków i kołatającego w klatce piersiowej serca, które wmawiało mu, że w rzeczywistości nagromadził tych informacji więcej, tylko jeszcze ich nie rozszyfrował. Powstał i wdrapał się na jego kolana, by usiąść na nich i przyciągnąć go do siebie, układając głowę chłopaka w zgłębieniu swojego ramienia i przytrzymując ją delikatnie, ale pewnie, bo widok Watsona w rozsypce odblokował w nim nowy poziom złamanego serca i tylko tyle potrafił dla niego w takiej chwili zrobić. Zaakceptować.

    #ehh

    OdpowiedzUsuń
  115. Sunął jedną dłonią po plecach chłopaka, drugą wsunąwszy w jego włosy, uśmiechając się nieznacznie, smutno, mając w sobie jakąś małą świadomość, że to on był chociaż pośrednią przyczyną chwilowego załamania Roana. Jednocześnie triumfował, kiedy został przyjęty, ale nawiedzała go również wina, jakby nagle odpowiadał za całą jego przeszłość, a przynajmniej za jej powrót w tak nieodpowiednim momencie, który jemu jawił się jako najlepszy, bo pozwolił na tymczasowe przyjęcie chłopaka z otwartymi ramionami, tym razem przez niego wykorzystane. Nie trwało to długo, ale wystarczająco na tyle, by Benedict zdołał utwierdzić się w przekonaniu, że bezustanną niechęcią kryło się potencjalne odwzajemnienie, do którego po prostu się jeszcze nie dokopał.
    Ściągnął brwi, gdy zrzuciła się na niego, kolejny raz, nieumiejętność spełnienia jego prośby. Pozostawał bliski ponownego zamknięcia się na mowę, bo i tak wyczerpał już limit wypowiedzianych słów, który zresztą przed przybyciem tutaj w ogóle nie istniał. Przed Roanem nie istniał żaden dzieciak, żadna miłość. Nieświadomie zapoczątkował cholernie wiele i Benedict wymagał wzięcia za to odpowiedzialności.
    Uniósł rękę i przesunął kciukiem po dolnej wardze Roana, samemu zamierając z lekko otwartymi wargami, nie mogąc nic z siebie wydusić, bo było tego za dużo i zarazem za mało. Za dużo informacji, które do Watsona dotąd nie dotarły, za mało wyrazów, które mogłyby streścić to w sposób wygodny, niewymagający większego zaangażowania. Nie miał już do dyspozycji żadnego telefonu czy notesu, pozostawiono mu tylko podstawową opcję porozumiewania się i tchórzył, pragnąc większej precyzji.
    – Zapytaj – polecił mu krótko, opuszczając dłoń i krzywiąc się nieznacznie w wyrazie niepewności, może zawstydzenia. Strachu. Gdy ostatnio Roan zechciał pozyskać odpowiedzi, skończyli w niezbyt przyjemny sposób. Na dodatek miał rację, do której Benedict obawiał się przyznać, wytknął mu tę niechlubną nachalność i miał, kurwa, rację.

    #amoglabymkarterobicwtymczasie

    OdpowiedzUsuń
  116. Serce Benedicta na moment przystanęło, gdy Roan odsunął się. Pomyślał, że czymś go zdenerwował, raz jeszcze, dlatego podniósł się razem z nim i dostawszy w swoje ręce notes, spojrzał na niego z zaskoczeniem, niebawem stłumionym przez konieczność wypowiedzenia się na jeden z najtrudniejszych tematów, które go dotyczyły. Miał nagle przyznać się do zaniżonej, wręcz nieistniejącej wiary w siebie, powinien powiedzieć mu też coś, cokolwiek o bracie, rozpisać się na temat całego życia, ale było ono obrzydliwe, każdy jego czyn i uczucie. Gdyby przyznał się do niego, Roan niewątpliwie skończyłby z nim natychmiast. Żałosny, egoistyczny, wyzuty z samodzielności. Nie.
    Każdy raz to przysługa, dostawałem coś, co akurat było mi potrzebne. Notatki, proszek do prania, jedzenie, wszystko.
    Pociągnął parokrotnie za sznurek przy ołówku, starannie ważąc następne słowa, ignorując przestrzeń wokół siebie i siedząc w takiej samej pozycji, jak Roan.
    Justin otruł mnie wtedy. W klubie. Nie wiem czym, ale pomogłeś mi, więc możemy uznać, że pierwszy seks był za to. Później nigdy nie chodziło o to, co mógłbyś mi dać. Tylko o ciebie.
    Przetarł oczy, nie poddając tych słów wątpliwościom. Jeśli był pewny czegokolwiek, to właśnie tego. Z pewnością nie zrobił tego dla pieniędzy czy innych materialnych wartości. Nigdy.
    Jesteś ważny. Dla mnie
    Drgnął, czytając te słowa, na których istnienie nie miał żadnego wpływu. Były prawdziwe, pochodzące od niego, a by przekonać Roana do siebie, musiał przestać kłamać, nawet nieumyślnie. Zerknął na chłopaka z lękiem, podając mu notes, po czym zacisnął dłonie na swoich kolanach, chcąc wreszcie dać mu coś, o co Watson poprosił.

    #benonienie

    OdpowiedzUsuń
  117. Wbił paznokcie jednej dłoni w skórę drugiej, nie wiedząc, na czym się skupić. Brać do siebie bardziej "wtedy" czy całą wypowiedź? Co miał na myśli, kiedy to mówił? Może jak zwykle nic konkretnego, znowu wylały się z niego pierwsze lepsze odpowiedzi i nie musiał interpretować ich na tyle sposobów, ale skoro dotarli już do takiego momentu, to może Watson także rozważył prawdziwą rozmowę? Bez aroganckiego uśmiechu, przebiegłości w oczach, zaznaczania swojej pozycji. Jakby rzeczywiście zaczynał traktować go jako drugiego człowieka, a nie kogoś do zabawy i spełnienia potrzeb.
    Stłumił chęć potrząśnięcia głową, gdy Roan zwrócił się doń z poleceniem wyjaśnienia całej dzisiejszej sytuacji. Już wsiadając na motor godził się z nadmiernie dużym prawdopodobieństwem przymusu uczynienia tego, ale stając przed rzeczywistym rozkazem przyznania się do takich myśli, miał ochotę po prostu się nie zgodzić. Mimowolnie zerknął na niewidoczne w ciemności, cienkie blizny, które z czasem musiały zaniknąć, ale póki co nadal znajdowały się na jego przedramieniu, przypominając o każdej żenującej sytuacji, w jaką wrzucił go chłopak, a on na dodatek był z jej istnienia zadowolony.
    Zabrałeś mi stabilność i po prostu odszedłeś. Nie miałem wielkiego wyboru. Justin miał mnie zniszczyć i wtedy
    Uśmiechnął się przepraszająco, spoglądając przy tym na Roana. Znowu miał go zawieść.
    i wtedy powinienem ze sobą skończyć.
    Kilka razy zgiął i wyprostował palce prawej dłoni, niechętnie zastanawiając się nad prawidłowym przebiegiem drugiej wypowiedzi. Nie pamiętał już nawet, kiedy przestał traktować swoją rodzinę jak rodzinę, z wzajemnością. Miał być ich marzeniem o cudownym życiu na innym kontynencie, z daleka od nieprzyjaznych korzeni, a okazał się kompletną porażką, która zrujnowała ostatnią szansę na zadowalające życie. Odpowiadał za morderstwo słońca ich życia, a potem po prostu się wyniósł, bez słowa, bez szerszych perspektyw, bezczelnie zajmując jego miejsce w Skyline. Może w jakimś stopniu chciał im to wynagrodzić poprzez rezygnowanie ze swoje