1 lutego 2017

falling so slow like fragile tiny shells

Adam J. Lawliet
Klasa I | Biologia – Chemia | 18.12 | 101
Łyżwiarstwo | Akrobatyka | Koło Teatralne | KBMoPPPR


Powiązania


Dzień dobry wieczór, kocham Marcinka ponad żyćko ♥
Kotki lubią być głaskane.
GG: 50389522

Odpisuję rzadko, bo nie mam czasu na życie.

166 komentarzy:

  1. [ Witam serdecznie. :) Postać bardzo ciekawa. Co prawda niestety nie zaproponuję wątku, ale życzę dużo weny, innych wątków, no i świetnej zabawy. :) ]

    1/2 Administracji

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć :D Chodź do Karola :D]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Lubię takie wizualnie ładne karty *,* I cześć! Witam kolegę z zajęć akrobatycznych :) Odrobinkę podobny jest do Nicky, też raczej nie wyróżnia się z tłumu, ale w przeciwieństwie do niego szuka jednak przyjaciół, chociaż jej nieśmiałość zapewne jej w tym przeszkadza. W każdym razie, życzę dobrej zabawy z tym panem! I zapraszam do siebie jeśli byłaby ochota na wątek :)]

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobry wieczór! Witam na blogu i chwalę za elegancję i prostotę karty, bo taki lubię. Ale co to kogo obchodzi...
    Więc, życzę udanego pobytu tutaj, fajnych wątków i co ja mogę, a no... mogę zaprosić do siebie, jeśli coś. :)]

    Jimmy

    OdpowiedzUsuń
  5. [Twoja postać ma w sobie coś niesamowicie przyciągającego i z chęcią wymyśliłabym dla niego i Gabby jakieś bardziej rozbudowane powiązanie. Jeszcze nie wiem co, ale jeśli miałabyś ochotę, to zapraszam, pomyślimy razem :)]

    Gabrielle Wright

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam! Postać świetnie wykreowana i graficznie ślicznie karta wyglada :) Tylko czemu on lata na bosaka? Jakby go Ellen przyłapała, to z pewnością czekałaby go dłuższa rozmowa w gabinecie :D Można to traktować jak propozycję wątku. Życzę świetnej zabawy, bo o to tu wlasnie chodzi !]

    dr Ellen Decker

    OdpowiedzUsuń
  7. [Obaj niezbyt lubią ludzi z tego co widzę, a przynajmniej ograniczają z nimi kontakty, ale może takie dwa ułomy by się dogadały dzięki łyżwom? Co prawda Roan nie jeździ figurowo, ale lód to jego jedna z dwóch miłości, więc mają coś wspólnego. Coś bym pokombinowała z nimi, jeśli jesteś chętna? :)]

    Roan

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej. Karta piękna, cudna, zacna, najładniesza...ogólnie to podoba mi się :)
    Ciekawy pan ci wyszedł. Lubię takie postacie. Takie szare myszki, które nie lubią się wychylać.
    Weny, weny oraz czau i samych wspaniałych wątków.]

    Tomas & Aleksy

    OdpowiedzUsuń
  9. [Cześć, świetna postać. Naprawdę robi wrażenie. Zapraszam do Asteyi w razie chęci.]

    Hentz

    OdpowiedzUsuń
  10. [O, aż mi się miło zrobiło :D
    Hmm, wpadł mi do głowy taki malutki pomysł. Otóż, Nicky to taka sierota, którą trzeba się opiekować, ale może tak tym razem role się odwrócą i to ona będzie "opiekować" Adamem? Jest młodszy, chyba jeszcze bardziej wycofany niż ona, mogła go przygarnąć pod swoje skrzydła te pół roku temu, gdy chłopak trafił do Skyline. Co do wątku, może tak Adam nauczyłby jeździć Nicky na łyżwach? Mówiła, trochę taka z niej sierota, wcześniej mogła się trochę bać spróbować nauczyć się jeździć, ale jak Adam będzie jej pomagał to może się przekona :D]

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Znowu przyłażę. Jeśli wiesz, jak nazywa się Pan ze zdjęcia, to bardzo proszę, żebyś zostawiła informację w zakładce "Dyrekcja". :) ]

    1/2 Administracji

    OdpowiedzUsuń
  12. [Pomysł mam taki, że może Adam wybierze się na lodowisko. Tam zastanie Karola wraz z synkiem, którego uczy jeździć na łyżwach. Oczywiście Karol profesjonalistą w tej dziedzinie nie jest i może niektóre rzeczy tłumaczyłby Maurycemu niezbyt dobrze. Adam mógłby usłyszeć jakie to belfer pierdoli farmazony i może by pomógł co nieco?]

    OdpowiedzUsuń
  13. Zadanie było proste i narastało w nim przekonanie o sukcesie, toteż nawet się tym nie zamartwiał. Podanie o dołączenie do klubu przechowywał w teczce przez cały tydzień, odkąd tylko usłyszał o istnieniu takiego ucznia, toteż z jego perspektywy zrobił naprawdę wiele, a gdyby dodać do tego wcześniejsze postanowienie o byciu jedynym członkiem tego stowarzyszenia, poświęcił całego siebie.
    Zdobycie informacji na temat planu lekcji Lawlieta było skomplikowanym procesem, który wymagał od Benedicta niemałego zaangażowania i uruchomienia kontaktów, ale, ku swojemu zdziwieniu, na samym końcu stwierdził, że zyskał dostęp do tej wiedzy niemal za darmo. Uznał to za miłą odmianę po serii niekończących się błagań i prób pozyskania czegoś niemałym kosztem tylko po to, by pozostać bez niczego.
    Nawet trochę się stresował. Nie wiedział czy to odpowiednia reakcja, ale właśnie tak się czuł i niezbyt potrafił sobie z tym poradzić, co sprawiło, iż postawił na zwykłą akceptację. Denerwował się, bo musiał zwerbować kogoś do własnego klubu i to chyba nie było nic złego, nie tym razem i jakoś się z tym pogodził, wręcz ignorując wywoływany przez to dyskomfort. Jedynie stał przed klasą, oczekując na dzwonek, a przy okazji wymyślając też sensowne argumenty na dołączenie, z których i tak nie miał zamiaru korzystać.

    |nienawidzęcb

    OdpowiedzUsuń
  14. [Dziekuję za miłe słowa, od razu człowiekowi na sercu cieplutko się robi :)
    Zobaczyłam Twoja kartę i w sumie z moja mogę się schować. Szkoda, że nie potrafię tak pisać i jeszcze ładnie oprawić.
    Jak będę mieć pomysł to chętnie zapukam do Adama :)]

    Cesare Auditore

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ty się tak nie bój przecież, bo jakże można byłoby odmówić miłości?
    Masz szczęście, bo ja lubię wątki męsko-męskie, nawet wolę, więc chętnie Leviego w coś wciągnę, a już szczególnie, jak mu będzie mył naczynia. Wymyślmy tylko coś ładnego i możemy się bawić.]
    Levi

    OdpowiedzUsuń
  16. Przechodząc przez korytarze dormitorium myślała, że nic ciekawego jej dziś nie spotka i jakie było jej zdziwienie, kiedy wzrokiem odnalazła czarnego [ w chuj] kocura przemierzającego boczne korytarze. Wyglądało na to, że nie był tu z nikim, bo też nikogo nie było w pobliżu dlatego szybko podeszła sprawdzając czy ma jakikolwiek znak rozpoznawczy. Albo czy może ktoś się kręci nie daleko. Jakie było jej zdziwienie, kiedy na jego szyjce znalazła obróżkę. Gdyby nie ta obróżka, kotek wylądowałby prawdopodobnie poza terenem akademii, mógł przecież wejść tu z zewnątrz a nie wiadomo gdzie dachowcę właściwie przebywają. I co przenoszą. Dlatego od razu zabrała go do swojego pokoju, zaraz karmiąc go kawałkiem kabanosa i drapiąc go chwilę za uszkiem, a sama zajęła się poszukiwaniem mu właściciela. Właściwie napisała tylko informację zaraz przywieszając ją na główną tablicę na dole i wystarczyło tylko czekać. Spodziewała się że kocur spędzi z nią kilka najbliższych dni, dlatego przyszykowała mu nawet prowizoryczne legowisko nie daleko grzejnika i małą miseczkę zapełnioną kawałkami mięsa. Takim zwierzęciem mogła się zająć, bo do kotów była w pewnym stopniu przyzwyczajona i raczej nie zrobiłby jej krzywdy. Przynajmniej miała taką nadzieję. Usiadła zaraz na swoim dogodnym miejscu, z jedną z bardziej ulubionych książek w dłoni, przez moment obserwując futrzaka jak przemierza jej pokój obwąchując wszystko. Potrzebna była jej tylko kuweta, ale to może porzyczyłby jej ktoś z tąd jednak nie mogła rozmyślać nad tym dłużej. Zaraz ktoś zapukał do drzwi, na co zerwała się z fotela kierując się prosto w stronę odgłosu. Otworzyła je, uśmiechając się przy tym lekko, a kot wyjrzał zaraz za nią ocierając się o nogawki jej spodni.
    - Cześć- zaczęła- Potrzebujesz czegoś?- obleciała go szybko, dłużej zatrzymując się na bosych stopach.

    Melanie

    OdpowiedzUsuń
  17. Dla Nicky zaś był to już drugi rok w Skyline, gdzie zaaklimatyzowała się dość szybko, bo po pół roku. Jak się okazało, nie było to wcale takie trudne, gdy już znalazła kilka osób, z którymi zaczęła się trzymać, i zapisała się na zajęcia plastyczne oraz akrobatykę. Może dlatego, że prócz tej niewielkiej grupki dla reszty szkoły praktycznie nie istniała, a może dlatego, że umiała dopasować się do otoczenia. Stawiała jednak na to pierwsze, bowiem wcale nie potrafiła dopasować się do tych wszystkich dzieciaków z najnowszymi telefonami, którymi pstrykały sobie milion selfie, aby później wstawić je na Facebooka, Instagrama, Twittera czy innego Snapchata. Ona zaś nie miała ani drogiego telefonu, ani nie miała konta na żadnym z wymienionych wyżej portali, nie licząc tego pierwszego. Faceboka miała jednak tylko dlatego, że pomagało jej to w kontaktowaniu się ze znajomymi. Może i była przez to trochę wycofana ze szkolnej społeczności, ale mówiąc szczerze, jakoś jej to nie obchodziło. Wcale nie zależało jej na tym, aby wszyscy ją lubili, chciała mieć jedynie kilkoro przyjaciół, na których mogłaby liczyć i, na szczęście, tak właśnie było. Co więcej, grupka ta powoli się powiększała.
    Po szkole nie zawsze wracała od razu do domu. Czasami siadała na pustych trybunach na sali gimnastycznej, lodowisku bądź na stadionie, a czasami spacerowała po okolicy, wiedząc że w domu i tak nikt na nią nie czeka, nie licząc przyszywanej babci, która i tak przez pół dnia spała w swoim fotelu. Scott zaś albo był w pracy, albo wychodził gdzieś ze znajomymi, a on był jedyną osobą, która jej pozostała. Dziadków nigdy nie poznała, wujków i ciotek nie miała, zaś rodzice od siedmiu lat nie żyli. Tęskniła za nimi, bardzo. W jej mniemaniu byli najlepszymi rodzicami na świecie. Pomagali w lekcjach, czytali na dobranoc, zabierali na lody, do wesołego miasteczka i na basen, a kiedy miała jakieś kłopoty, od razu je rozwiązywali. Ich śmierć bardzo przeżyła i prawdopodobnie, gdyby nie Scott, nie poradziłaby sobie. I choć bardzo brata kochała, choć robił wszystko, aby zastąpić jej rodziców, to nie było to samo.
    Kiedy większość jej znajomych z klasy rozeszło się do domów, ona ruszyła w kierunku lodowiska, które o tej porze powinno być puste. Właśnie, powinno. Bo gdy weszła do środka, od razu rzuciła jej się w oczy postać, która z gracją śmigała po lodzie. I już miała się wycofać, gdy w osobie tej rozpoznała Adama. Uśmiechnęła się lekko na ten widok, ruszając w kierunku trybun. Nie miała pojęcia, że chłopak aż tak dobrze jeździł na łyżwach, ona sama nawet nie potrafiła utrzymać się na lodzie przez pięć sekund. Trochę tego żałowała, ale zamiast wziąć się w garść i się nauczyć, gapiła się jak zaczarowana jak jeżdżą inni.
    Usiadła niemal na samym dole trybun, aby mieć dobry widok na Adama. Wyjęła z torby na wpół zapełniony rysunkami szkicownik oraz krótki, poobgryzany ołówek, po czym wzięła się do pracy. Nie chciała mu przeszkadzać, toteż nawet do niego nie pomachała. Poza tym, wątpiła, aby ją zobaczył. Był teraz w swoim świecie, zupełnie tak jak ona, gdy zajmowała się rysowaniem.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  18. Oczywistą zaletą pracy w bibliotece była cisza. Gwarancja spokoju w postaci śmiesznych znaczków na ścianach. Zresztą, niewielu uczniów było znowu takich skłonnych do wielogodzinnego przesiadywania z nosem w książkach, a nawet jeśli, woleli robić to w domowym zaciszu, gdzie pozwalano wnosić napoje, palić papierosy czy słuchać muzyki.W królestwie Leviego zasady wystarczająco zniechęcały, by większość dnia pozbawioną miał jakichkolwiek atrakcji. I chwała za to. Porządkował alfabetycznie zbiory, czasem zajmował się nawet introligowaniem najbardziej zniszczonych egzemplarzy, głównie jednak nie robił nic, za co mu płacono, czyli wybierał książkę i czytał, co jakiś czas spoglądając w stronę drzwi albo przechodząc się między regałami. Z kubkiem parującej, czarnej kawy i dobrą lekturą mógł spokojnie spędzić osiem godzin w jednym miejscu. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Kiedyś oszalałby ze znudzenia; sama myśl o takiej pracy zmusiłaby go do biegu w przeciwnym kierunku. Kiedyś jednak nie wróci, więc bez obaw mógł rozkoszować się urokami swojego zawodu.
    Czas pracy powoli dobiegał końca, więc spakował do skórzanej torby swoje rzeczy, po czym założył kurtkę, do tej pory wiszącą na oparciu krzesła. Postanowił jeszcze przejść się między rzędami, żeby przypadkiem nie zamknąć tutaj jakiegoś nieszczęśnika na noc. Już mu się wydawało, że ma spokój, że może wrócić do domu, do ciepłego łóżka, gdy na horyzoncie, przy jednym z biurek, zastał ucznia. Śpiącego w najlepsze, z głową ułożoną na blacie. Levi westchnął ciężko, bo czym odchrząknął znacząco, co jednak chłopaka nie zbudziło. Sztywną dłonią potrząsnął za cudze ramie, a kiedy jego właściciel uniósł powieki, skinął w stronę wyjścia.
    — Zamykam już. Wynocha — rzucił beznamiętnie, odwracając się w miejscu w stronę wyjścia.

    Levi

    OdpowiedzUsuń
  19. Wydął wargi w zamyśleniu, zastanawiając się nad znaczeniem położenia butów swojego celu. Zależy mu na złapaniu jakiejś choroby czy to forma wyrażania siebie? Obie opcje wydały się Benedictowi głupie i całkowicie nieopłacalne, ale nie mógł go do siebie zrazić, toteż przeniósł wzrok na twarz Adama, raczej niezbyt zadowolonego z obecności Holta. Ben przysiągłby, że poczuł tę słynną "gulę w gardle", tyle że w jego przypadku nie spełniała ona swojego zadania na tyle, by go przed czymkolwiek powstrzymać. Przełożył plecak do przodu i wyciągnął z niego teczkę, z której wydostał podanie, o jakie troszczył się przez ostatni tydzień jak o swoje nieistniejące dziecko. Nie mógł przewidzieć swojej reakcji w razie odrzucenia, ale wątpił w swoją gotowość na to. Ponownie umiejscowił torbę na plecach i machnął dłonią, kręcąc przy tym głową. Nie było sensu w pokazywaniu mu legitymacji ani czegokolwiek innego, bo to nie jego imię się liczyło. Tylko klub. Tylko podanie. Tylko członek o tak perfekcyjnych imionach. Nierealne. Podał mu podanie, ignorując wszystko, co czuł, bo i tak w tym momencie jego osoba przestawała mieć wpływ na cokolwiek, co miało się wydarzyć.

    sigh2

    OdpowiedzUsuń
  20. Okej, okej.
    Nie, nie okej. Lepiej niż okej. Bardzo okej?
    Okej.
    Nie wiedział jak zareagować, bo na pewno nie oczekiwał takiej reakcji. Jakby La... Lambert? Jakby ten facet nie miał nic lepszego do roboty niż bieganie na jakieś spotkania klubu o takiej nazwie. Miał jakiekolwiek pojęcie na ten temat? Wiedział jakim błogosławieństwem jest jego imię? Benedict szczerze w to wątpił, ale zamierzał to zmienić. Nie teraz, może też nie w najbliższym czasie, ale tak, taki miał zamiar.
    Uśmiechnął się bezwiednie i niemal wyrwał mu kartkę, by nie mógł się teraz wycofać. Z drugiej strony w sekretariacie mógł mieć problem... Na pewno nikt nie uwierzyłby mu ot tak, za pokazaniem kartki, po czasie spędzonym tam aby umożliwić powstanie klubu, stracił na wiarygodności.
    Po krótkim zastanowieniu chwycił chłopaka za nadgarstek i zaczął kierować się w stronę sekretariatu, ignorując wszystko, począwszy od rozpiętego plecaka, a zakończywszy na fakcie, że pracownicy tamtej sekcji szkoły prawdopodobnie nie przyjmowali już uczniów.

    god bless

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie obchodził go opór stawiany przez Adama, tak jak sposób, w jaki ten dowiedział się o jego imieniu, bo pomysł, że Lawliet mógł znać je wcześniej wydawał się absurdalny. Do pewnego momentu nawet na nie nie reagował, choć w tamtym okresie nie docierały do niego nie tylko słowa.
    Wierząc w to, że Adam nadal za nim podążał, dotarł wreszcie do sekretariatu, nie obdarzając wiszącej na drzwiach tabliczki spojrzeniem. W takiej chwili nie obowiązywały go tego typu zasady. Jedyna pozostała tam sekretarka otwierała już usta, by wyprosić intruza, ale dojrzawszy twarzy Benedicta westchnęła jedynie i opadła na krzesło, szykując się na przyjęcie kolejnej bezsensownej prośby. Niby wiedziała, że jego powrót był kwestią czasu, ale wciąż miała nadzieję, że stanie się to nieco później. Uniosła brwi, kiedy ten położył przed nią podanie, w dodatku podpisane przez jakiegoś napadniętego nieszczęśnika. A może sfałszowane? Benedict zareagował w ten sam sposób, a kiedy spojrzała na niego z niedowierzaniem, uśmiechnął się i skinął głową na Adama, który był niepodważalnym dowodem na jego sukces. Wreszcie.
    – Czy podpisał pan to z własnej woli? – zapytała Lawlieta, posyłając mu współczujące spojrzenie. Pewnie został zastraszony przez tego niepozornego terrorystę. Biedak.

    umar

    OdpowiedzUsuń
  22. [Witam cieplutko! Pierwsze wrażenie, jakie miałam podczas czytania karty, to że Adam jest takim trochę męskim odpowiednikiem mojej Rosie — albo odwrotnie, w każdym razie o jedno chodzi (: Uważam, że wątek jest jak najbardziej wskazany, a że ochotę mam zawsze, to nawet nie ma o czym mówić. Masz już może jakiś gotowy pomysł czy robimy burzę mózgów? (:]

    Rosaline

    OdpowiedzUsuń
  23. [Ja miałam super nauczycielkę biologii. Maturka zdana pięknie, tylko przez wakacje pomysł na życie się zmienił (uważaj na to!). Mimo to, też chciałabym mieć taką nauczycielkę. W sumie, to trochę ładna na nauczycielkę (pozdrawiam realistyczny wizerunek postaci). Wracając, Adam, jeżeli się spóźnia często to ma u niej przegwizdane. Co ty na to, żeby musiał zostać po lekcjach, bo nagromadziły mu się spoźnienia u niej i innych nauczycieli? Zabawa polegałaby na tym, że byłby tego dnia jedynym uczniem, który musiał swoje odsiedzieć, więc mogliby porozmawiać ^^ ]/ Adelaide

    OdpowiedzUsuń
  24. Nie przyglądała się Adamowi non stop, tylko od czasu do czasu zerkała na niego, gdy zastanawiała się jak powinna naszkicować dłonie czy w którą stronę powinna być zwrócona jego twarz. Kiedy więc się przewrócił, Nicky pochylała się nad swoim szkicem i dopiero słysząc dźwięk jego upadku, spojrzała w jego kierunku. Widząc zaś jak leży na lodzie, wyprostowała się, aby lepiej go widzieć. Z niepokojem wpatrywała się jak się podnosi, a po chwili z ulgą stwierdziła, że chyba nic mu nie jest. Nigdzie nie widziała krwi, ale w sumie chłopak był dość daleko od niej, więc mogła nie zauważyć.
    Pomachała do Adama niepewnie, gdy jego wzrok padł wprost na nią. Po chwili zamknęła swój szkicownik i odłożyła go na bok, po czym wstała z ławeczki, na której siedziała i podeszła do barierek w tej samej chwili, w której chłopak do niej podjechał. Jeszcze raz zlustrowała go od góry do dołu, a gdy nie zauważyła żadnych widocznych obrażeń, wbiła swe szaro-zielone oczy w twarz Adama, posyłając mu delikatny uśmiech.
    — Wszystko w porządku? — spytała z wciąż lekkim niepokojem, choć wydawało jej się, że na szczęście, nic mu się nie stało. Byłaby marną pomocą, gdyby coś sobie zrobił, a szczególnie coś, przez co by krwawił, gdyż Nicky była dość wrażliwa i na widok większej ilości krwi robiło jej się słabo. Nie wspominając już o strzykawkach i igłach, na których widok uciekała gdzie pieprz rośnie, a czasami nawet i mdlała. — I w zasadzie to nic nie widziałam, jeśli ma cię to pocieszyć. Szkicowałam — dodała po chwili z lekkim uśmiechem, wskazując na notes, który wciąż leżał na ławce. Nie dziwił jej fakt, że Adam mógł czuć się zawstydzony, Nicky na jego miejscu zapewne też by się wstydziła, gdyby wiedziała, że ktoś widział jej upadek. On i tak dobrze się z tym krył, ona zapewne zrobiłaby się cała czerwona, co często jej się zdarzało. Adam na pewno zdążył to już zauważyć podczas treningów drużyny akrobatycznej, gdzie czasami coś jej nie wyszło. I nie tylko jej, ale myśl ta wcale nie pomagała i tak czy inaczej czuła się głupio.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  25. [Cześć! Adam jest cudowny, uwielbiam takie postaci. I chyba łatwiej będzie wymyślić dla Foxa coś z nim, niż z Anthonym. Widziałabym między nimi jakąś mocno niezręczną, może nawet nieco toksyczną relację, tylko nie mam pojęcia, jaki miałaby mieć charakter i na wejście w jak bliską poufałość chciałabyś im pozwolić.]

    Fox Ackerman

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dobry wieczór! Dziękuję za miłe słowa i powitanie :) Ja również muszę przyznać, że kreacje obydwóch Twoich postaci oraz same karty bardzo mi się podobają, a i HTML zwala z nóg ;) Bardzo chciałabym jakoś połączyć naszych panów, ale wena chyba się na mnie obraziła i nie mam nawet zalążka pomysłu, no cóż z pewnością się nie poddam i będę nad czymś dla nas myśleć. Tymczasem dziękuję raz jeszcze i życzę miłego wieczoru :)]

    Isaac

    OdpowiedzUsuń
  27. Cześć!
    W Dniu Zakochanych przybywam tutaj wraz z worem pełnym walentynek, aby wręczyć je wszystkim szczęśliwcom. Oto Twoja:

    Hi wpo! I spro k t vs lr tdos lrs k t d! X fa...
    Salu2


    Amor Walentynkowy SHS

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cześć, przychodzę bo widzę, że szukasz wątków :) z przyjemnością coś stworzę, przyznam jednak, że ciężko mi zaproponować coś konkretnego :(]

    Arthyen

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć, dziękuję za powitanie! Z Adamem chyba będzie prościej coś wymyślić, chodzą razem na kółko teatralne, więc już mamy jeden punkt zaczepienia]
    Benji

    OdpowiedzUsuń
  30. [61591739, odezwiesz się na gg? Możemy tam sobie wszystko poustalać]

    OdpowiedzUsuń
  31. [Cześć. Cieszę się, że Ci się podoba. Spokojnie możesz go ukraść. Myślę, że nie będzie miał nic przeciwko. :D
    Adam prawie Mickiewicz mnie zauroczył (jezus, kocham Mickiewicza - rok temu, zaraz po maturze, nienawidziłam go za to, że dali te cholerne Dziady na polskim, ale po dostaniu wyników moja miłość do Adasia powróciła <3) - Tony również jest cudowny, żeby nie było.
    Obawiam się, że Twój Adaś jest za młody na seks taśmę (kto wie, może nakręci ze Scottem kolejną? niczego nie wykluczajmy! XD). To jak, wciąż masz ochotę na jakiś romansowy wątek pomiędzy naszymi panami? :D]

    Phoenix

    OdpowiedzUsuń
  32. Benji naprawdę nie miał bladego pojęcia, dlaczego w ogóle postanowił przekroczyć progi tamtej sali, by w rezultacie w ramach zwieńczenia złożyć swój podpis na liście osób deklarujących chęci uczestnictwa w kółku teatralnym. Co prawda nigdy nie chciał być aktorem i szczerze wątpił, by posiadał ku temu jakiekolwiek predyspozycje, jednak po przynajmniej trzech nocach spędzonych na rozważaniu plusów i analizowaniu minusów tego przedsięwzięcia w końcu doszedł do wniosku, że może warto byłoby chociaż spróbować. Przez cały ten czas zawzięcie powtarzał sobie, że wyjazd do obcego kraju miał stać się dla niego przepustką do czegoś lepszego – owa ucieczka i oderwanie się od przeszłości jego zdaniem stałoby się kluczem do ostatecznego zerwania z tym, co ograniczało go przez tyle długich lat. Nie był w stanie zmienić się w ułamku sekundy, ot tak; doskonale wiedział, że proces ten wymaga czasu, ale miał naiwną nadzieję, że zabawa w aktora pomoże mu się otworzyć, nabrać dystansu i tej upragnionej pewności siebie. Z początku każde wystąpienie wiązało się ze strachem – głównie tym przed kompromitacją, aczkolwiek każde kolejne spotkanie zaskakiwało go coraz bardziej. W jego gardle wciąż tkwiła nieznośna, uniemożliwiająca prawidłową deklamację gula, a po karku niezmiennie spływały kropelki zimnego potu, lecz było to nic w porównaniu z pierwszymi zebraniami młodych aktorów. W pewnym stopniu nauczył się już panować nad emocjami oraz co najdziwniejsze, nie miał już tak wielkiego problemu ze samym sobą. Tutaj nikomu nie przeszkadzały pomalowane paznokcie ani tym bardziej makijaż, który na scenie był czymś całkowicie naturalnym. Mógł wreszcie być sobą, jednocześnie udając kogoś innego. I chyba właśnie to podobało mu się w tym wszystkim najbardziej. Odkąd tylko sięgał pamięcią pragnął stać się kim innym, choćby na jeden krótki moment. Upodobnić się do ulubionych fikcyjnych bohaterów, stając się jednym z nich; kimś nieprawdziwym, nieistniejącym i zupełnie różnym od niego samego. Kółko teatralne dawało mu tę możliwość i miał świadomość tego, że nieskorzystanie z takiej szansy uczyniłoby najprawdopodobniej największym idiotą jaki chodzi po tym świecie. Dlatego też musiał przełamać lęk, przekroczyć własne granice i zrobić coś, na co niegdyś nie byłoby go nawet stać. Jak dotychczas nie udało mu się dostać ani jednej roli, o co oczywiście nie miał cienia żalu; satysfakcjonowały go najzwyklejsze, wykonywane w małych grupkach ćwiczenia, a na resztę jeszcze przyjdzie czas. A przynajmniej w to wierzył Benjamin – i dużo się w tej kwestii nie pomylił.
    W pierwszym odruchu naprawdę chciał uciec, oznajmić wszem i wobec że rezygnuje, odrzucając to, na co paradoksalnie wyczekiwał. Nie zależało mu na byciu niczyim kochankiem, nawet jeśli była to tylko nic nieznacząca rola. Epizod, o którym już następnego dnia mało kto będzie pamiętał. Z wyjątkiem jego samego. Nie rozumiał dlaczego pan Evans wybrał akurat jego, chociaż wytłumaczenie uporczywie krążyło gdzieś z tyłu jego głowy, powoli wdzierając się do wypierającej to podświadomości. Wielokrotnie słyszał rzucane pod swoim adresem obelgi, z których wychwytywał pojedyncze słowa, zwroty czy całe zdania. Pedał, ciota… Może najzwyczajniej w świecie pasował do tej roli, a opiekun koła nie miał złych intencji obsadzając właśnie jego, a może uznał, że publiczny pocałunek nie powinien sprawić mu problemów. Samo stanięcie na środku oraz głośne i wyraźne wypowiedzenie kwestii przyprawiało go o zawroty głowy, zatem nie umiał sobie nawet wyobrazić ust złączonych w pocałunku. W dodatku swoich własnych. Był niemal całkowicie pewien, że coś pójdzie nie tak; bał się tej próby i czuł, że było to widać. Lekko drżące dłonie schował do kieszeni przyciasnych spodni, a wzrok tradycyjnie wbił w wypolerowaną na błysk podłogę. W głowie natomiast odliczał już upływające zdecydowanie za szybko sekundy, które dzieliły go od tej oficjalnej kompromitacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bał się reakcji Evansa, kolegów z kółka, widzów… Perspektywa pierwszego spotkania z przydzielonym mu odgórnie partnerem również niewyobrażalnie go przerażała, ale mimo to ruszył przed siebie, powłócząc nogami i z każdym kolejnym krokiem zbliżając się do celu. Nie było mu jednak dane dojść do wyznaczonego stanowiska – już w połowie drogi usłyszał głos dochodzący gdzieś zza jego pleców, który jak zdążył poznać należał do znanego wszystkim przewodniczącego całej tej bandy.
      — Grasz z Lawlietem, tak? To chodź, on gdzieś tam już czeka, poznacie się. Evans też powinien niedługo być, chce sprawdzić jak wam pójdzie.
      Przełknął ślinę, dając się prowadzić jak bezwładna kukiełka. Nazwisko kochanka numer dwa w zasadzie nic mu nie mówiło, ale to może nawet lepiej. Jeśli chłopak również wcześniej o nim nie słyszał to istniała szansa, że jeszcze nie zwiał póki miał okazję; Benjamin nie był mistrzem w nawiązywaniu kontaktów, pierwszego wrażenie również podobno nie robił imponującego. W związku z tym bał się jeszcze bardziej, jednak jego droga ucieczki została już zamknięta. Było za późno.
      — Adam, to jest Benjamin. Benjamin, to jest Adam. Zostawiam was, Evans powinien tu być lada moment.
      Przyjrzał mu się, stojąc w bezpiecznej odległości, którą ku rosnącemu przerażaniu już niedługo będzie musiał zredukować do minimum. Zdołał wydusić z siebie raptem cześć, a ręką, którą wyciągnął w geście powitania zastygła gdzieś w połowie drogi, nadając temu komiczny poddźwięk. Nie wyobrażał sobie tego pocałunku. Po prostu wiedział, że nie da rady – albo zaraz po wszystkim zmieni szkołę, najlepiej na możliwie jak najodleglejszą.

      kochanek pierwszy

      Usuń
  33. To były drugie urodziny, które spędzał samotnie. Bolało go to tym bardziej dlatego, że razem z rodzicami, mieli swoja małą tradycję. W każde urodziny, jeszcze zanim na świecie pojawiła się Izzy, mama piekła ciasto, wychodzili na lody i do kina, a potem, aż do północy, grali w planszówki. Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy Nix zaczął dorastać. Urodziny były czymś szczególnym dla niego i jego rodziny.
    Rok temu zupełnie zapomniał o swoich urodzinach; był zbyt zajęty żałobą, leczeniem i użeraniem się z ubezpieczycielami. Tym razem nie mógł zapomnieć - nie pozwoliły mu na to wszechobecne serduszka, kwiatki i zakochane pary. Tak bardzo, jak lubił swoje urodziny, nie lubił Walentynek. Mama powtarzała zawsze, że to zmieni się, gdy tylko pozna swoją drugą połówkę, ale Nix w to nie wierzył. Jeżeli miałby kogoś, kto byłby tylko jego (i nie, on wcale nie marzył o tym, by się w końcu zakochać), kochałby tę osobę i dawałby jej prezenty przez cały rok, a nie tylko w Walentynki.
    Początkowo planował spędzić cały dzień w swoim pokoju. Nie miał najmniejszej ochoty patrzeć na te wszystkie obściskujące się pary. W końcu jednak dotarło do niego, że będzie się tylko dołował, jeżeli zostanie w dormitorium.
    Wyszedł z pokoju, przy okazji niemal przewracając się o niezawiązane sznurówki swoich czarnych trampek. Po ogarnięciu się i narzuceniu na siebie bluzy, wyciągnął komórkę z kieszeni i ruszył przed siebie. Właśnie zamierzał zadzwonić do wuja, by podziękować mu za prezent, gdy czarna kulka przykuła jego uwagę. Niemal podskoczył z ekscytacji, gdy futrzak się zbliżył. Raju, on tak bardzo uwielbiał koty. Miał kiedyś swojego, pięknego czarnego kocurka z jedną białą łapką, ale musiał go oddać, gdy wyszło na jaw, że Izzy ma alergię na sierść.
    – Hej, piękny. Co ty tutaj robisz? – zaśmiał się cicho, gdy kociak otarł się o jego nogi. Nie miał stuprocentowej pewności, jakiej płci był kot, ale miał przeczucie, że był facetem. Wcisnął telefon do kieszeni i już niemal pochylał się, by go pogłaskać, gdy do jego uszu dotarł krzyk. Zmarszczył brwi, prostując się i spoglądając na biegnącego w jego stronę osobnika. Przesunął wzrokiem wzdłuż całej sylwetki chłopaka (Phoenixowi wydawało się, że skądś go zna, ale nie był pewien), na dłużej zatrzymując się przy jego stopach. Jezu, wariat. Gdzie się podziały jego buty?
    Buty jednak były najmniej ważne. W tym momencie najważniejszy był kociak, który najwyraźniej należał do tego szaleńca bez butów. Nix bez zastanowienia, i oglądania się za siebie, ruszył w ślad za kotem. Nie miał pojęcia, po co to robi. W tamtej chwili chyba całkowicie wyłączył myślenie. Biegł niemal tak szybko, jakby zależało od tego jego życie. Gdy był pewien, że uda mu się złapać sierściucha - ten mu się wymykał. W końcu udało im się osaczyć kota. Obaj sięgnęli po kota w tym samym momencie, przez co zderzyli się głowami i jakimś cudem wylądowali na ziemi, a kot znów się wymknął, ale nie uciekł za daleko, bo rozłożył się na środku korytarza. Scott był pewien, że gdyby tylko ten kot był człowiekiem, to teraz by się z nich śmiał. A może już to robił? Kto wie.
    – Cholera, to bolało – mruknął, rozmasowując sobie bolące miejsce. Na sto procent nabił sobie guza. – Wszystko okej? Nic ci nie jest? – spytał, kątem oka zerkając na chłopaka.

    love, feniks

    OdpowiedzUsuń
  34. – Nic się nie stało, nie przepraszaj – powiedział z rozbawieniem. Gdyby tylko nie to zderzenie się głowami, nie byłoby tak źle. Wbrew pozorom, podłoga była całkiem wygodnym miejscem do siedzenia.
    Serca Nixa niemal zaczęło się rozpływać, gdy jego spojrzenie znów powędrowało w stronę kota. Był tak zajęty podziwianiem zwierzęcia, że w pierwszej chwili nie zauważył wyciągniętej w jego stronę dłoni. Chwycił dłoń i szybko się podniósł. Zaciskał palce stanowczo zbyt długo na ręce nieznajomego, więc gdy tylko się ogarnął, zabrał dłoń.
    – Spokojnie. Nie masz za co przepraszać, serio – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Znów przyjrzał się chłopakowi, tym razem uważniej. Tak, zdecydowanie skądś go kojarzył. Tylko skąd? Raczej nie ze szkolnego korytarza, bo Scott nigdy specjalnie nie zwracał uwagi na ludzi mijanych na szkolnym korytarzu. No, przynajmniej nie od swojego powrotu. Jak na razie musiał skupić się an tym, by się przypadkiem nie zgubić.
    Dopiero gdy chłopak odwrócił wzrok, Scott uświadomił sobie, że obaj się w siebie wpatrywali. Nix nie lubił, gdy ludzie na niego patrzyli. Zdecydowanie bardziej wolał pozostawać niezauważonym. A gdy już musiał z kimś rozmawiać twarzą w twarz, to stawał tak, by druga osoba nie widziała jego prawego profilu. Ale teraz, chyba po praz pierwszy od roku, zupełnie zapomniał o bliźnie, której tak bardzo się wstydził.
    – Specjalnie? – zaśmiał się, kucając. Wyciągnął dłoń w kierunku kociaka, a po chwili delikatnie go pogłaskał. – Nie no, nie nazywaj go tak. Ja tam mu się nie dziwię. Można zwariować, siedząc całymi dniami w pokoju – powiedział, wzruszając lekko ramionami i spoglądając w górę. Gdy ich spojrzenia znów się spotkały, uświadomił sobie, że nawet się nie przedstawił. Brawo, Scott. – Jestem Nix. Tak właściwie to Phoenix, ale nie przepadam za swoim imieniem. Miło mi was poznać – powoli się wyprostował i tym razem stanął już właściwie, czyli tak, by właściciel tego cudownego stworzenia nie musiał patrzeć na jego bliznę. Jego wuj powtarzał, że Scott ma małą obsesję na tym punkcie, i chyba miał rację.
    – Coś się stało z twoimi butami, czy po prostu lubisz biegać na bosaka? – spytał z autentycznym zaciekawieniem. – Jeśli nie chcesz, to nie musisz mówić – dodał szybko, nie chcąc wyjść na jakiegoś natręta. Cholera, chyba rzeczywiście odzwyczaił się od normalnych rozmów z ludźmi. Przez ostatni rok czas spędzał głównie z wujem oraz lekarzami. Teraz, po powrocie do szkoły, czuł się jak mały, zagubiony chłopiec. – Wydaje mi się, że skądś cię kojarzę... Chyba widziałem cię kilka dni temu na lodowisku. A przynajmniej tak mi się wydaje. Jeździsz? – uśmiechnął się nieśmiało.

    natręt feniks

    OdpowiedzUsuń
  35. Tak, po uważnym przyjrzeniu się chłopakowi, był pewien niemal w stu procentach, że to właśnie jego widział na lodowisku. Kiedyś, jeszcze przed tym wszystkim, co się wydarzyło, często przesiadywał na lodowisku.
    Pokręcił głową.
    – Nie przesadzaj. Mnie nie widziałeś na lodowisku – parsknął śmiechem. – Od małego chciałem nauczyć się jeździć na łyżwach, ale mi nie wyszło. Może kiedyś w końcu się uda. Choć prędzej zginę na lodowisku, nim utrzymam się w pionie przez kilka minut.
    Scott uwielbiał chodzić na lodowisko tylko po to, by obserwować ludzi. Sam bał się wychodzić na lód. Próbował, oczywiście, że próbował, nauczyć się jeździć, ale każda próba kończyła się na siniakach, raz wybitym zębie i niemal rozwalonym kolanie. Może nie miał dobrego nauczyciela? Był ciekaw, czy Adam zechciałby pobawić się w jego nauczyciela, ale ugryzł się w język, nim o to zapytał. Bo dlaczego miałby chcieć? Nie znali się. Rozmawiali po raz pierwszy i możliwe, że także po raz ostatni, w życiu.
    – Cóż... jeżeli to lubisz, to okej. Każdy ma jakieś swoje dziwactwa, nie?
    Nix zdążył się już nauczyć, że niektórych rzeczy lepiej było nie próbować rozumieć. Zwłaszcza, że on sam również miał swoje dziwactwa. Może i nie biegał boso, ale co z tego?
    Nie chciał kończyć tej rozmowy. Najchętniej dowiedziałby się czegoś więcej o Adamie. Oraz o jego kociaku oczywiście też. Nie był jednak pewien, jak mógłby pociagnąć dalej tę rozmowę. Przygryzł dolna wargę, zamierzając się pożegnać. W tym samym momencie obok nich przeszła chichocząca para, obmacując się i niemal rozbierając na korytarzu. Nix przypomniał sobie, że dziś to przecież walentynki (a także jego urodziny, ale to akurat mniej ważne).
    Zawsze najpierw myślał, a potem mówił, ale nie dziś;
    – Masz jakieś plany na dzisiaj? – spytał, nawiązując z Adamem kontakt wzrokowy. Może jednak nie będzie musiał spędzać tego dnia samotnie. – Może moglibyśmy pójść na pizzę, albo do kina? Znam też świetną lodziarnię – powiedział, nie mając pojęcia skąd w nim tyle odwagi, by zaprosić nieznajomego chłopaka na pizzę (bo urodziny bez pizzy to nie urodziny). Nieznajomego chłopaka, który przecież może już mieć swoją walentynkę. Nie, żeby Phoenix chciał być walentynką Adama. Nie, nie. Wcale. Ani trochę.
    – Cholera, na pewno masz już jakieś plany, co? Nie pomyślałem, przepraszam. Zapomnij o tym. Ja nawet nie lubię walentynek. Po prostu mam dziś urodziny, a spędzanie urodzin samotnie nie jest wcale fajne. Gdybym chociaż miał kota, tak jak ty, to mógłbym je spędzić z nim i... – urwał, gdy dotarło do niego, że za bardzo się rozgadał. Za jakiego świra musiał go teraz uważać Adam? Lysander z resztą pewnie też. Ten chłopak tak bardzo Phoenixa zafascynował, że ten niemal zapomniał o kociaku, plączącym im się pod nogami.

    spokojnie, feniks nie pozwoli adasiowi umrzeć

    OdpowiedzUsuń
  36. Podziękował za życzenia, analizując w głowie wszystko, co powiedział. Coś w zachowaniu Adama nie dało mu spokoju. Nawet nie przeszło mu przez myśl, że jego słowa mogłyby zostać źle zrozumiane. Jasne, mógłby zaprosić Adama na randkę, ale teraz było jeszcze na to stanowczo za wcześnie. No i Phoenix nie był tak odważny, by próbować poderwać chłopaka, który i tak pewnie był hetero.
    – Jeżeli nie chcesz, to nie musisz. Nie zamierzam cię do niczego zmuszać – Nix czuł, że musi to powiedzieć. Nie znał Adama w ogóle, a to zaproszenie było kompletnym szaleństwem, ale stało się. – Uczynisz mnie najszczęśliwszym facetem na świecie, jeżeli jednak zechcesz mi towarzyszyć – dodał ze śmiechem.
    Wujek od jakiegoś czasu powtarzał mu, że potrzebuje towarzystwa - towarzystwa ludzi w jego wieku. Miał ochotę się roześmiać, gdy przypomniał sobie ostatnią rozmowę z wujem. Może powinieneś w końcu pójść na jakąś randkę, Nixy? W tej twojej szkole na pewno są jacyś ładni chłopcy. Brat mamy był jedyną osobą, która w stu procentach zaakceptowała jego orientację i Phoenix uwielbiał go za to.
    Odchrząknął, powracając do rzeczywistości. Nie chciał wyjść na jeszcze większego świra.
    – Może najpierw odstawimy twojego kociaka do pokoju, przy okazji weźmiemy dla ciebie jakieś buty, i pójdziemy? – zaproponował. Gdy chłopak zgarniał kota, Nix przeszukał kieszenie i upewnił się, że wziął ze sobą portfel. – Oczywiście, gdyby na dworze nie było śniegu i minusowej temperatury, nie miałbym nic przeciwko temu, byś poszedł bez butów – powiedział, gdy ruszyli w stronę pokoju Adama.
    Co chwila zerkał na swojego towarzysza, jakby nie potrafiąc oderwać od niego swojego spojrzenia. Adam miał w sobie coś, co przyciągało Phoenixa, który zaczynał być tym nieco przytłoczony. Zdecydowanie odzwyczaił się od przebywania wśród rówieśników. Albo to ten chłopak tak na niego działał. Nix choćby chciał, to nie mógł wykluczyć tej drugiej opcji.

    będzie fun

    OdpowiedzUsuń
  37. Cichy głosik z tyłu jego głowy (który, swoją drogą, pojawiał się zawsze w najmniej odpowiednich momentach) podpowiadał, że może powinien się z tego wycofać. Adam nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego, czy chociażby zadowolonego. Nix naprawdę nie chciał, by chłopak zmuszał się do tego wyjścia. Jego głowa niemal wybuchła od tych wszystkich myśli, zanim jeszcze dotarli do pokoju Adama.
    Wszedł do środka i rozejrzał się. Wygląd pokoju jednak ani trochę go nie interesował. Zdecydowanie ciekawiej oglądało się poczynania Adama. Scott musiał przygryźć wnętrze policzka, by się nie roześmiać. Nie chciał, by jego nowy znajomy pomyślał, że śmieje się z niego.
    – To się nazywa mieć rękę do zwierząt, co? – mruknął, uważnie obserwując kota. Był pod wrażeniem, ale kto na jego miejscu by nie był? Z każdą kolejną mijającą minutą, miał coraz większą chęć poznać Adama bliżej. Phoenix już wiele razy przejechał się na ludziach, ale czy ktoś, kto miał taki kontakt ze swoim zwierzęciem, może być zły? Podobno zwierzęta nie lubiły się ze złymi ludźmi.
    – Zajdziemy do mnie? Myślę, że mogę zamarznąć w bluzie – powiedział, gdy Adam był już gotowy do wyjścia. A przynajmniej tak się Scottowi wydawało.
    Nie mogąc się powstrzymać, tuż przed wyjściem z pokoju, ponownie naruszył przestrzeń osobistą kota, by się z nim pożegnać.
    – Lysander, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. do zobaczenia, wspaniały kociaku – kąciki jego ust drgnęły, gdy go głaskał. Nix powinien poważnie zastanowić się nad przygarnięciem własnego kota. Wtedy już na pewno nie będzie czuł się tak samotny.
    Phoenix nie miał pojęcia, w jakiej części dormitorium się znajdują i nawet zamierzał zrezygnować z wizyty w jego pokoju. Okazało się jednak, że mieszkał zaledwie dwa pokoju dalej. Odnalazł klucz, otworzył drzwi i zaprosił Adama do środka. Jego pokój był... bezosobowy. Nie znalazł nawet czasu, by się rozpakować. Co z tego, że był w szkole już ponad miesiąc? Oprócz dwóch walizek, ubrań (szafa jak na razie pozostawała pusta), pościelonego łóżka, sporej ilości książek i dwóch ramek ze zdjęciami na stoliku nocnym, w pokoju nie było niczego więcej.
    – Chyba powinienem się w końcu rozpakować – powiedział, bardziej do siebie, niż do Adama. Włożył kurtkę i się w poszukiwaniu swoich zimowych butów, które najprawdopodobniej wciąż znajdowały się w jednej z walizek. Trudno, będzie musiał iść w trampkach. Wzruszył ramionami, omiatając pomieszczenie spojrzeniem po raz ostatni, i wyszedł na korytarz. Dwa razy upewnił się, czy zamknął drzwi (to była taka jego mała mania).
    – Pizzeria znajduje się całkiem blisko, ale i tak mam nadzieję, że na dworze nie jest zbyt zimno – wcisnął dłonie w kieszenie kurtki, żałując, że nie zabrał ze sobą rękawiczek. Było cholernie zimno, ale teraz już nie zamierzał zrezygnować z tego wyjścia. – Tak właściwie to w której jesteś klasie? – spytał, gdy znaleźli się już na zewnątrz.

    jeszcze większy fun

    OdpowiedzUsuń
  38. Pierwsze wrażenie, jakie zrobił na nim Adam wcale nie było złe i sam ten fakt uznał za mały sukces. Teraz wystarczyło tylko jakimś sposobem znaleźć z nim wspólny język, co jak sądził Benjamin nie powinno być tak trudne jak mu się początkowo wydawało. Jeśli oboje byli równie zdenerwowani oraz posiadali zerowe pojęcie o tym, jak tego rodzaju sceniczny pocałunek miałby wyglądać to siłą rzeczy musiało się udać; może i efekt końcowy nie byłby zadowalający, a oni sami nie mieliby czego szukać na gali rozdania nagród filmowych, ale cudów nikt nie miał prawa wymagać. A już na pewno nie od Benji’ego, który przed szeroką publicznością wcale nie czuł się jak ryba w wodzie. Wręcz przeciwnie. Dziwił się, skąd nagle wziął się u niego ten nieoczekiwany optymizm, jednak wolał nie cieszyć się nim na zapas. Z reguły po napływie fali ulgi nachodziły go jeszcze większe wątpliwości, których odgonienie było już zdecydowanie trudniejsze.
    Wpatrywał się w niego dłużej niż można było to uznawane za kulturalne, nie przejmując się, że może wpędzić chłopaka w poczucie dyskomfortu. Zawzięcie powtarzał sobie, że to tylko gra, udawanie i coś, co definitywnie zakończy się wraz z opuszczeniem sceny. I być może właśnie dlatego powinien odpuścić i maksymalnie skoncentrować się na powierzonym mu zadaniu, bez wkładania w to emocjonalnego zaangażowania. Wiedział, że łatwo powiedzieć trudniej zrobić i podświadomie czuł, że nowo poznany kolega ma do tej sprawy podobne, jak i nie identyczne podejście. Myśl, że po spektaklu najprawdopodobniej już nigdy się nie zobaczą trochę dodawała mu odwagi, więc może warto byłoby się jednak poświęcić, zrobić swoje i następnie cieszyć się świętym spokojem. To była bez wątpienia kusząca perspektywa, póki co wciąż niszczona przez krążące gdzieś z tyłu głowy obawy odnośnie pocałunku, który równie dobrze mógł mu najzwyczajniej w świecie nie wyjść. Musiał być szczery sam ze sobą: w tej kwestii doświadczenie również miał wyjątkowo nikłe, doklejona do jego nazwiska etykietka najgorzej całującego chłopaka w szkole też nie była mu na rękę.
    Przeczesał palcami włosy, co robił zawsze wtedy, gdy chciał zająć czymś dłonie. Niezbyt podobały mu się plany Adama, w konkretniej brak jakichkolwiek planów, ale nie miał mu tego za złe. Byli postawieni w podobnej krępującej sytuacji, którą chcąc nie chcąc musieli wspólnymi siłami rozwiązać, dojść do kompromisu i sprawić, by to nowe doświadczenie nie przyjęło miana maksymalnie przykrego.
    — Ja też znam już cały scenariusz, jeśli chcesz to możemy go przećwiczycić, w końcu to tylko kilka zdań — wyrzucił to z siebie praktycznie na jednym wydechu, usilnie unikając patrzenia mu w oczy. Westchnął głęboko, nabierając powietrza do płuc, by wypuścić je po paru sekundach wytworzonej między nimi ciszy. — A co do tego… pocałunku — ostatnie słowo wypowiedział niemalże szeptem, zupełnie jakby było czymś zakazanym, stanowiącym coś o czym nikomu nie wolno rozmawiać. Pociły mu się ręce, więc na wszelki wypadek wcisnął je do kieszeni, nerwowo wodząc czubkiem buta po zgrubieniu na podłodze, by w międzyczasie ułożyć sobie dalszą część przemowy, która z założenia miała brzmieć naturalnie. Nie był jednak specem od prowadzenia rozmów i nic nie mógł na to poradzić, nawet jakby chciał. — To będzie moje pierwsze przedstawienie, w którym biorę udział, nie wiem czy mogę ci dawać jakiejkolwiek wskazówki — dalej mówił cicho, robiąc pauzy na zastanowienie się i wzięcie oddechu. — Możemy po prostu improwizować, naprawdę wolałbym uniknąć powtarzania tej sceny kilkukrotnie, ty pewnie też — posłał w jego kierunku nieśmiały uśmiech, decydując się na uniesienie spuszczonej głowy i na przelotne spojrzenie mu w oczy. Sądził, że jedna próba wystarczy. Co ma być to będzie, resztą będą martwić się po wielkim show… — Tylko nie tutaj, ok? — obrócił się na pięcie i w pośpiechu rozejrzał po sali, szukając miejsca, które nadałoby się idealnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Może garderoba? — wiedział, że to brzmi co najmniej dziwnie przez co czuł, że zaczyna się czerwienić. Nie chciał zabrzmieć jak desperat szukający sposobu na zaciągnięcie go w odludne miejsce, nic z tych rzeczy; miał jednak pełną świadomość, że tego typu epizody wymagały przećwiczenia. A na oczach tłumu prędzej straciłby przytomność i pozwolił się stąd wyprowadzić, niż wyszedł na środek robiąc coś, co napawało go rosnącym z minuty na minutę strachem.
      bendżi

      Usuń
  39. Nix był nieco zaskoczony tym, że Adam jest dopiero w pierwszej klasie. Prawda była jednak taka, że nieszczególnie interesował go wiek chłopaka. Przynajmniej na razie.
    – Jestem w trzeciej. Tak właściwie, to powinienem być w czwartej, ale miałem rok przerwy – powiedział z ociąganiem. Wiedział, że nie powinien nazywać tego okresu rokiem przerwy, ale co innego miał powiedzieć? Prawda była taka, że uciekł ze szkoły i obiecał sobie, że nigdy więcej tu nie wróci. A jednak wrócił, choć sam nie miał pojęcia po co. Wuj próbował wybić mu z głowy powrót, ale jak Phoenix się na coś uparł, to koniec. – Podziwiam cię. Biologia i chemia to nie moja bajka. Tak samo jak łyżwiarstwo – zaśmiał się. – Mój ojciec grał kiedyś w hokeja, ja też chciałem, ale nie potrafiłem nauczyć się jeździć na łyżwach – posłał Adamowi uśmiech, który po chwili nieco zbladł. Lubił rozmawiać o rodzinie, ale nie robił tego zbyt często. Musiał zmienić temat, bo wiedział, że rozmowa o ojcu może się dla niego nie skończyć zbyt dobrze. Nie byłoby fajnie, gdyby się rozryczał. Albo wpadł w panikę. Co by nie było, chciał się cieszyć z urodzin (i towarzystwa Adama również).
    – Wróciłem niedawno i dopiero zacznę męczyć się z historią oraz informatyką. A, no i z włoskim – przeczesał palcami włosy, żałując, że nie zabrał ze sobą czapki. To będzie cud, jeżeli uszy mu nie zamarzną. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że zabrał ze sobą zdecydowanie za mało ciepłych rzeczy. – Wciąż nie potrafię się odnaleźć w szkole. Wydaje się być znacznie większa i bardziej skomplikowana niż rok temu – dodał z rozbawieniem. – Podoba ci się tu, w Skyline? – spytał.
    Po kilku minutach dotarli już (na szczęście) do pizzerii. Nix nie kłamał - jego ulubiona pizzeria znajdowała się całkiem blisko szkoły. Gdyby musieli iść daleko, wolałby spędzić ten dzień w pokoju, zapychając się słodyczami, które najprawdopodobniej wciąż kisiły się w walizce.
    Otworzył drzwi i przepuścił Adama pierwszego. Zrobił to odruchowo, zupełnie o tym nie myśląc. Wszedł zaraz za nim i odetchnął, gdy ogarnęło go przyjemne ciepło. Rozejrzał się uważnie w poszukiwaniu wolnego stolika. Prawie wszystkie pozajmowane były przez zakochane pary, przez co musiał się skrzywić.
    – Może trzeba było zamówić pizzę do pokoju – mruknął, po raz kolejny skanując wzrokiem pomieszczenie. Zauważył stolik, który znajdował się niemal na odludziu. Idealnie. Szturchnął Adama w ramię i ruszył w kierunku ów stolika, po drodze zgarniając menu. – Dobra, tak szczerze, to nie pomyślałem, że może tu być tak dużo ludzi.
    Stolik był maleńki, ale Nix był pewien, że jakoś się pomieszczą, a przynajmniej miał taką nadzieję. Pod stolikiem również nie było zbyt wiele miejsca, a oni mieli za długie nogi, by się nie pokopać.
    – Jeśli masz już dość i chcesz wrócić do dormitorium, to droga wolna – powiedział, parskając śmiechem. Przesunął mały wazon z różą, przy okazji niemal strącając palącą się świeczkę.

    kto by się przejmował podpisem?

    OdpowiedzUsuń
  40. Phoenix naprawdę zaczął żałować, że wyciągnął Adama na tę pizzę. Przecież wiadome było, że lokal będzie przepełniony zakochanymi parami. Było już jednak za późno na wycofanie się. Oczywiście Adam mógłby uciec, a Nix ani trochę by mu się nie dziwił.
    Jego serce zabiło szybciej i przez chwilę miał wrażenie, że wyskoczy z jego piersi. Nieprzyjemne wspomnienia zaczęły bombardować jego głowę, gdy próbował oderwać wzrok od tej cholernej świeczki. Dotknął dłoni Adama, by zaraz zabrać świeczkę. Zignorował przyjemny dreszcz, który rozprzestrzenił się po całym jego ciele, gdy ich dłonie się ze sobą zetknęły. Był zbyt przerażony, by skupić się na tak miłym odczuciu. To cud, że nie wpadł w panikę.
    – Przepraszam – wykrztusił. – Lepiej będzie, jeżeli to zgasimy – powiedział, uśmiechając się niepewnie. Zgasił świeczkę i odstawił ją na bok. Nie odzywał się przez kilka minut, próbując się ogarnąć. Przetarł dłońmi twarz, a gdy palcami musnął bliznę, skrzywił się. – Wybacz. Pewnie masz mnie za jakiegoś wariata, co? – zaśmiał się, ale w tym śmiechu brakowało wesołości.
    Przygryzł mocno dolną wargę, podnosząc wzrok. A potem już nie potrafił oderwać spojrzenia od oczu Adama. Zauważył w nich coś dziwnego, coś jakby... Czyżby jego nowy znajomy nosił soczewki?
    Dłoń Phoenixa, jakby bezwiednie, przesunęła się po stoliku. Dotknął opuszkami palców dłoni chłopaka, ale zabrał rękę, gdy tylko dotarło do niego, co robi. Nie byłby ani trochę zdziwiony, gdyby Adam rzeczywiście zdecydował się na ucieczkę. W międzyczasie jego wzrok opadł na wargi towarzysza. Jezu, nie, nie, nie. Zniechęci go do siebie jak nic.
    – Świeczki i ja, to niezbyt dobre połączenie. Mam... złe wspomnienia związane z ogniem – choć wcale nie musiał, to czuł, że musi to powiedzieć. W pewnym sensie, naprawdę cieszył się, że Adam dopiero zaczął chodzić do Skyline. Nie było go w tamtym roku, więc nie wiedział o tym, co się wydarzyło. Nix miał także cichą nadzieję, że wszyscy inni, którzy wiedzieli, zdążyli już o tym zapomnieć. Nie chciał, by jego nowy znajomy dowiedział się, że Scott został okrzyknięty podpalaczem i mordercą własnej rodziny. – Wiesz, następnym razem dwa razy pomyślę, zanim zaproszę kogoś do pizzerii w walentynki – mruknął, rozluźniając się nieco. – Może najpierw zamówimy, a potem opowiesz mi coś o sobie... i twoim wspaniałym kociaku? – zaproponował, mając nadzieję, że w ten sposób nie spłoszy Adama.
    Cholera, był beznadziejny w nawiązywaniu nowych znajomości. Szkoda, że dotarło to do niego tak późno. Posłał Adamowi przepraszający uśmiech, mając nadzieję, że ten choć trochę się rozluźni i poczuje pewniej w jego towarzystwie.

    sytuacja opanowana. chyba

    OdpowiedzUsuń
  41. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  42. Spojrzenie Adama, którego nie potrafił zignorować, ani trochę nie pomagało. Phoenix najchętniej schowałby się teraz w pokoju, zwinął w łóżku pod, przynajmniej dwoma, kocami i udawał, że nie istnieje. Obrazy, które w tym momencie nawiedzały jego głowę były straszne, a on nie wiedział, jak może się ich pozbyć. Nie chciał się tym wszystkim zadręczać. Nie dziś, nie tutaj i nie w towarzystwie Adama, który nie zdając sobie z tego sprawy, zaczął wstrząsać światem Scotta, z czego sam zainteresowany tak naprawdę również nie zdawał sobie sprawy.
    To wszystko nie powinno tak wyglądać. Adam nie powinien wywrzeć aż tak wielkiego wrażenia na Phoenixie. Może wariował. Może spędził zbyt dużo czasu z dala od ludzi. Może nie nadawał się już do funkcjonowania w społeczeństwie. Najprawdopodobniej powinien zadzwonić do wuja i wybłagać go, by ten po niego przyjechał i zabrał go z powrotem do Karoliny Południowej. Problem polegał na tym, że na samą myśl, że już nigdy więcej miałby nie zobaczyć swojego nowego znajomego i nie miałby szansy go poznać, jego żołądek zaciskał się boleśnie.
    Czuł się tak, jakby nagle role się odwróciły. Teraz to on obserwował Adama, bojąc się chociażby mrugnąć, by niczego nie przegapić. Powoli jego serce się uspokoiło i przestało wybijać tak szalony rytm, a wspomnienia zostały zepchnięte na bok, głęboko w umyśle Nixa.
    – Na pewno jest – powiedział, pochylając się nad stołem. – Hej, Adam, spójrz na mnie – poprosił, odsuwając menu, które stało mu na drodze. Delikatnie, trochę drżącymi palcami chwycił podbródek chłopaka, by w ten sposób skłonić go do spojrzenia na siebie. – Założę się, że jesteś niezwykle interesującym człowiekiem. Nie, ja to zwyczajnie czuję – kąciki jego warg uniosły się w kolejnym, tym razem znacznie pewniejszym, uśmiechu. Nie chciał myśleć, co może o nich pomyśleć osoba, stojąca z boku. Nix po raz pierwszy nie chciał przejmować się tym, co inni o nim myślą. W ciągu minionego roku przejmował się tym aż za bardzo.
    Nim zdążył powiedzieć coś więcej, do jego uszu dotarło chrząknięcie. Powoli zabrał dłoń i zerknął na intruza.
    – Może nam pan dać jeszcze chwilę? – spytał, nim rozpoznał kelnera. Chłopak był starszy bodajże o rok, a gdy Nix jeszcze uczęszczał do szkoły, ten chyba ją kończył. Kelner zamrużył oczy, całkowicie bezczelnie przyglądając się Scottowi, który miał nadzieję, że ten jednak go nie pozna. Rok temu cała szkoła huczała, gdy w internecie pojawiła się seks taśma z jego udziałem, a potem wybuchł skandal, gdy wyszło na jaw, że Phoenix był jedynym, który przeżył pożar i prawdopodobnie go wywołał. Plotki może i ucichły, ale wciąż pozostały osoby, które o tym nie zapomniały.
    Kelner niechętnie pokiwał głową i odszedł, by obsłużyć inny stolik.
    – Jeszcze rok temu mieli tu bardzo miłą obsługę – mruknął, odrobinę przepraszającym tonem. Chwycił menu, choć tak naprawdę go nie potrzebował. Doskonale wiedział, co chce zjeść. – Pizze nie są duże, więc powinniśmy zamówić dwie. Nie wiem, co lubisz, ale ja uwielbiam oliwki, salami i paprykę – czuł się dziwnie, mówiąc o jedzeniu. Przesunął się odrobinę, przy okazji zmieniając położenie nóg. Wcisnął nogę pomiędzy nogi Adama i dopiero po kilku minutach to sobie uświadomił. Zabrał nogę, patrząc na Adama szeroko otwartymi oczami.
    – Cholera, przepraszam. Tu jest po prostu za mało miejsca, a my mamy za długie nogi – poczuł, jak jego policzki oblewa ciepło. Tak, tak, jeszcze tylko tych żałosnych rumieńców brakowało mu do szczęścia.

    cały świat płonie

    OdpowiedzUsuń
  43. Roześmiał się, kręcąc głową. Jeśli istniało coś, co kochał bardziej niż czekoladę i truskawki, to były to właśnie oliwki.
    – Nie żartuję. Uwielbiam oliwki – wyszczerzył się. – Jeszcze bardziej uwielbiam czekoladę i truskawki, ale staram się tego ze sobą nie łączyć. W sensie, wydaje mi się, że oliwki i czekolada to niezbyt dobre połączenie.
    Phoenix wiedział, że zmiana tematu w tym momencie była niezwykle potrzebna. Może i nie znał myśli Adama, ale przeczuwał, że jeszcze chwila i obaj zaczęliby wariować. Aż dziw, że jego nowy znajomy jeszcze nie uciekł. Może czekał na odpowiedni moment? Tak, Nic wciąż ani trochę by go nie winił, gdyby chłopak zerwał się z krzesła i jak najszybciej opuścił lokal.
    Dotknął, wciąż zimnymi, dłońmi swoich gorących policzków. Co on wyprawiał? Dawno nie czuł się tak niepewnie w towarzystwie innego chłopaka. Nie, może nie niepewnie - nieśmiało pasuje bardziej. Miał wielką ochotę zwyzywać się od idiotów i tylko cudem się powstrzymał.
    – Nie? Ani trochę ci to nie przeszkadza? – spytał z lekkim rozbawieniem, odzyskując część pewności siebie, która zniknęła już jakiś czas temu. Znów się przesunął, a jego noga ponownie wcisnęła się pomiędzy nogi Adama. Uniósł brew. – Tak jest mi najwygodniej – powiedział, jakby w ramach wytłumaczenia się. Nie potrafił zapanować nad uśmiechem, który wykrzywiał jego wargi. Miał także nadzieję, że jego policzki wróciły już do normalnego koloru.
    Odłożył menu na bok i rozejrzał się po pomieszczeniu. Według niego, właściciele odrobinę przesadzili z tymi walentynkowymi dekoracjami. Miliony balonów - serduszek, kwiatków, wszędzie róż i czerwień (świecie zignorował, bo wolał o nich nie myśleć)... jakby ktokolwiek mógł zapomnieć, że dziś był dzień zakochanych. W końcu jego wzrok zatrzymał się na Adamie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że się gapi, ale jakoś nie potrafił zmusić się do odwrócenia wzroku. Zamrużył oczy, gdy dostrzegł blizny. Westchnął cicho, odrywając wzrok od jego bladej skóry, by spojrzeć mu w oczy. Nie zamierzał komentować w żaden sposób tego, co zobaczył. Już dawno nauczył się, że każdy ma swoje demony, ale nie każdy potrafi z nimi walczyć. Walczyć i wygrać.
    Kelner wrócił, ale szybko zostawił ich samych, gdy tylko chłopcy złożyli zamówienie. Przed odejściem od ich stolika chciał zapalić świeczkę, którą Nix zgasił kilkanaście minut temu. Zamiast mu na to pozwolić, oddał kelnerowi tę cholerną świeczkę. Nawet jeśli wyszedł na świra, to nie szczególnie się tym przejmował.
    Phoenix znów pochylił się nad stołem, tym razem powstrzymując się od dotykania (co było dosyć ciężkie, ale nigdy by się do tego nie przyznał na głos). Oparł łokcie na blacie, a brodę na dłoniach. Uśmiechnął się po raz kolejny. Cholera, dawno się tak dużo nie uśmiechał. Jak dotąd większość jego uśmiechów była wymuszona, ale w towarzystwie Adama uśmiechał się sam z siebie i wcale nie musiał udawać.
    – Teraz możesz opowiedzieć mi coś o sobie – powiedział, a zaraz dodał: – I nawet nie próbuj wykręcać się tym, że nie ma o czym opowiadać. Zacznijmy od czegoś prostego – zaśmiał się. Zamyślił się, próbując uporządkować w głowie wszystkie pytania, które chciałby zadać Adamowi. – Skąd jesteś?

    feniks nie pozwoli adamowi spłonąć

    OdpowiedzUsuń
  44. Czekolada i truskawki stanowiły najlepsze połączenie na świecie. Phoenix obiecał sobie, że następnym razem zabierze Adama na najlepszy na świecie deser lodowy z truskawkami w czekoladzie. O ile w ogóle będzie jakiś następny raz.
    Wywrócił oczami, ale jego uśmiech ani na chwilę nie zniknął. Mógł domyślić się, że Adam postawi taki warunek. Cóż, teraz Nix będzie musiał się pilnować, by przypadkiem nie zadać pytania, na które sam nie chciałby odpowiedzieć. Zdecydowanie będzie musiał sobie odpuścić pytania dotyczące rodziny.
    – Okej. Skoro tego chcesz, to w porządku – powiedział w końcu, a potem cierpliwie czekał na odpowiedź. – Z Maine? To całkiem daleko – musiał usiąść normalnie, bo kelner przyniósł ich napoje. Upił łyk coli, którą zamówił, nim zaczął mówić; – Ja jestem z Chicago, ale większą część dzieciństwa spędziłem w małej mieścinie w Karolinie Południowej. Mój wujek, brat mamy, wciąż tam mieszka – dopiero po fakcie uświadomił sobie, iż wystarczyłoby, gdyby powiedział, że jest z Illinois. – Czy ty naprawdę uważasz, że nie jesteś interesującą osobą? – początkowo planował zadać zupełnie inne pytanie, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.
    Ich rozmowa po raz kolejny została przerwana przez kelnera, który tym razem przyniósł ich pizze.
    – Jesteś pewien, że nie chcesz spróbować mojej? – spytał z rozbawieniem. – Nie chcesz nawet małego kawałka? – dobra, może się droczył. Może na pewno.
    Phoenix zaczął wierzyć w to, że będą to urodziny godne zapamiętania. Urodziny, których nie będzie miał dość wspominać. Nie pomyślał jednak o tym, że wszystko, w bardzo krótkim czasie, może się spieprzyć.
    – Scott? To naprawdę ty?
    Nix zamarł z kawałkiem pizzy w drodze do ust. Znał ten głos aż za dobrze. Odłożył jedzenie z powrotem na talerz i zerknął w bok, na swojego starego znajomego. Albo raczej - starego wroga. Miał wielką nadzieję, że to tylko zły sen, albo że jego wyobraźnia zaczęła płatać mu figle. Patrick Smith nie zmienił się ani trochę i najwidoczniej wciąż był takim samym dupkiem, jak rok temu.
    – Cześć, Smith – mruknął, uśmiechając się krzywo.
    – Co ty tutaj robisz, Scott? Byliśmy pewni, że wywalili cię w końcu ze szkoły. Dyrektor chyba nie poszedł po rozum do głowy, skoro pozwolił wrócić komuś takiemu jak ty.
    – Nie mam pojęcia, o czym mówisz – Nix był z siebie dumny. Jego głos choć raz go nie zdradził. Rzucił szybkie spojrzenie Adamowi, żałując, że chłopak musi być świadkiem tej scenki.
    – Na pewno wiesz, ale czy twój kolega wie? Opowiedziałeś mu już, jak to zamordowałeś swoją rodzinę?
    – Nikogo nie zamordowałem, odwal się, Smith – boże, dlaczego on? Dlaczego nie mógł spędzić swoich urodzin spokojnie?
    – Sorry, nie zamordowałeś, a podpaliłeś. Nikt nie sądził, że będziesz na tyle odważny, by po czymś takim wrócić do szkoły, mały podpalaczu.
    Phoenix zacisnął szczękę, próbując utrzymać swoje emocje na wodzy. Nie mógł wybuchnąć. Próbował sobie przetłumaczyć, że Smith chce go tylko wyprowadzić z równowagi, tak jak robił to wiele razy wcześniej. Wiedział, że ten idiota nie odpuści tak łatwo, więc powoli zaczął się podnosić. Patrick może i był szeroki w barach i sprawiał wrażenie silnego, ale Nix był od niego o wiele wyższy, a do tego od pierwszej klasy uczęszczał na sztuki walki.
    – Już, już, spokój. Co się tutaj dzieje? – nagle obok nich zmaterializował się kelner, który wyglądał na jeszcze mniej zadowolonego niż chwilę temu. – Panu już chyba podziękujemy. W lokalu i tak nie ma miejsc. Zapraszamy innego dnia, a najlepiej nigdy więcej – powiedział, wskazując Patrickowi i jego dziewczynie, której Scott wcześniej nie zauważył, drzwi.
    – Stary, wiesz kto to jest? Uważajcie, jeszcze wam lokal podpali! – wykrzyczał, kierując się w stronę drzwi. Gdy drzwi pizzerii się za nim zatrzasnęły, większość spojrzeń spoczęła na Phoenixie, który miał ochotę zapaść się pod ziemię. Kelner powiedział coś jeszcze o niewychowanych ludziach i zniknął, zostawiając chłopców samych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nix wbił wzrok w swoje dłonie, mocno przygryzając dolną wargę.
      – Ja... ja... naprawdę przepraszam – wyszeptał w końcu, nie potrafiąc spojrzeć na Adama. – Nie chciałem. Tak strasznie głupio wyszło. Gdybym wiedział... Cholera, pewnie nie powinienem cię tutaj zapraszać. Teraz już wiesz, że pewnie powinieneś się trzymać ode mnie z daleka.

      już nie

      Usuń
  45. Phoenix mu nie uwierzył, ale nie chciał się teraz z nim o to spierać. Może i nie znali się długo, ale wiedział, po prostu wiedział, że Adam jest jedną z najbardziej interesujących osób, jakie poznał. I pragnął dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Chciał poznać jego historię, wszystkie wady oraz zalety, i szczerze? Przerażało go to jak cholera, bo nie rozumiał, dlaczego zaczęło mu zależeć na niemal zupełnie obcym chłopaku.
    Drgnął, gdy usłyszał swoje imię wypowiedziane przez Adama. Nie lubił, gdy ludzie się tak do niego zwracali; zdecydowanie bardziej wolał Scotta albo Nixa, ale... gdyby tylko Lawliet chciał, to może tak się do niego zwracać.
    Nic nie było w porządku. Wszystko spieprzył. W ciągu tych ostatnich kilku godzin popełnił tak wiele błędów... Po co on w ogóle wychodził z pokoju? Mógł tam spędzić cały dzień, wtedy byłoby lepiej. Cholera, ten dzień był totalną porażką. Jedynym plusem było poznanie Adama oraz jego cudownego kociaka, ale Phoenix bał się, że po tym wszystkim Adam nie będzie chciał mieć z nim do czynienia. Ani trochę by mu się nie dziwił.
    – Jasne – skłamał. Domyślał się, że Adam chce usłyszeć jakieś wyjaśnienia. Problem polegał na tym, że Phoenix nie był w stanie niczego powiedzieć. Był bardzo blisko zerwania się z miejsca i ucieczki. – Nie. Nic nie jest w porządku i nigdy nie będzie. Wiedziałem, że nie powinienem tutaj wracać. Byłem głupi, myśląc, że ludzie zapomnieli o tym wszystkim, co się wydarzyło – wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. W pewnym sensie powinien się podziwiać, nie zaczął się kłócić ze Smithem, nie doszło do rękoczynów (nigdy nie był fanem przemocy, ale jak mus to mus), ani nie było żadnego ataku paniki.
    Po upłynięciu kilku kolejnych, niezwykle długich, minut, oderwał wzrok od szklanki z colą i spojrzał na Adama. Zamrugał kilka razy, by odpędzić niechciane łzy. Przecież nie mógł się teraz rozryczeć.
    – Pewnie chcesz wyjaśnień, co? – znów przygryzł dolną wargę, tym razem przegryzając ją aż do krwi. – Okej, opowiem ci o tym, bo co mi szkodzi? I tak pewnie uciekniesz. Wszyscy uciekli – zamknął na chwilę oczy, próbując uporządkować swoje myśli. Nie chciał brzmieć aż tak żałośnie, ale nie potrafił inaczej. Wciąż czuł wbite w siebie zaciekawione spojrzenia ludzi. Cóż, przez ten dupka Smitha dostarczyli im rozrywki. – Tylko... nie tutaj. Chodźmy gdzieś indziej, dobrze? – liczył na to, że Adam zrozumie. Podczas tej rozmowy, Phoenix wolał nie mieć żadnych widzów.
    Zawołał kelnera i poprosił, by ten zapakował ich jedzenie. Zapłacił i podniósł się (chwilę zajęło mu wyplątanie nóg), gdy mężczyzna przyniósł pizze w dwóch kartonowych pudełkach. Narzucił na siebie kurtkę, poczekał na Adama i ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się w połowie drogi i odwrócił.
    – Chyba, że nie chcesz nigdzie iść z takim świrem, jak ja. Zrozumiem – uśmiechnął się sztucznie. Ruszył, nie czekając na odpowiedź. Potrzebował świeżego powietrza, bo miał wrażenie, że jeszcze chwila i zacznie się dusić. Odetchnął głęboko, gdy tylko znalazł się na dworze. Mroźne, zimowe powietrze otrzeźwiło go. Spojrzał za siebie, mając nadzieję, że Adam wciąż tam jest. Poczuł dziwne, nieznane, ukłucie w sercu na myśl, że jego nowy znajomy mógłby sobie tak po prostu pójść.

    nie! zabraniam
    ewentualnie będziemy płakać razem

    OdpowiedzUsuń
  46. Powoli kiwnął głową, choć tak naprawdę nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Czy mógł tak po prostu opowiedzieć Adamowi o tym, co się wydarzyło? Zanim zdążył ponownie się odezwać, Lawliet zaczął ciągnąć go, w zapewne tylko sobie znanym kierunku.
    – Serio? – uniósł brew. – Naprawdę myślisz, że możesz jeszcze uratować ten dzień? – spytał. Nie, nie wątpił w niego. Chciał, by ten dzień był wspaniałym dniem, ale już stracił nadzieję.
    Phoenix nie miałby nic przeciwko temu, by Adam dalej go ciągnął, trzymając przy okazji za rękę. To było miłe. Podobało mu się. Właśnie uświadomił sobie, że jeszcze nigdy nie trzymał się z nikim za rękę... Ogarnij się, Scott, o czym ty myślisz? Ten chłopak ucieknie, gdy tylko mu o wszystkim opowiesz.
    Od zawsze był raczej nieufny w stosunku do obcych, ale tym razem było inaczej. Gdzieś w głębi czuł, że może zaufać temu chłopakowi. Nawet jeżeli ten ciągnął go w nieznane.
    Nie pytał o nic, choć jego ciekawość rosła z każdą kolejną mijającą minutą. Przy okazji prawie zapomniał o tym, że będzie musiał podzielić się z Adamem swoim najgorszym wspomnieniem. Nie lubił wracać pamięcią do tamtych świąt, do tamtej cholernej nocy.
    – Ludzie niezbyt często tutaj przychodzą – odezwał się, gdy znaleźli się na kompletnym odludziu. Nix chyba nawet nigdy tutaj nie był, a przynajmniej tak mu się wydawało. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? Tak, zdecydowanie nigdy tutaj nie był. Wiedział jedynie, że zazwyczaj nie ma tu ani żywej duszy. Nic więcej.
    – Ej, Adam, ale ty wiesz, gdzie idziemy, prawda? – spytał, tak dla pewności. – Znaczy, byłeś tam już wcześniej?
    Gdy wstąpili do tej piekarni i chłopak kupił tam bochenek chleba, pewna myśl zaświtała w głowie Scotta, ale wolał się nie odzywać. Może zamiast zastanawiać się nad tym, gdzie idą, powinien ułożyć sobie w głowie wszystko, co musi Adamowi powiedzieć? Prawdopodobnie właśnie tak powinien zrobić.

    będzie romantycznie



    i tragicznie też

    OdpowiedzUsuń
  47. W pewnej chwili zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno się nie zgubili. Nix nie znał tych terenów. Wiedział jedynie, że byli całkiem daleko od szkoły. Uśmiechnął się, gdy Adam pozbył się butów i skarpetek. Domyślał się, że chłopak prędzej czy później to zrobi. Nie uważał jednak tego za głupie, czy dziwaczne. Skoro tak było mu wygodnie i czuł się z tym dobrze, to w porządku. Phoenix rozglądał się uważnie przez całą dalszą drogę. Sapnął z zaskoczeniem, gdy ich oczom ukazał się most. Kiedyś słyszał o tym moście, ale nigdy tu nie był. Zaśmiał się cicho, gdy dostrzegł kłódki. Zerknął w dół, na mewy, a potem jego wzrok powędrował w stronę bochenka chleba, który Adam kupił. Nie miał pojęcia, czy to już odpowiedni moment, by zacząć mówić. Zdecydowanie bardziej wolałby pozachwycać się mostem i pośmiać się z tych wszystkich ludzi, którzy przypięli te kłódki, ale to można było odłożyć na później. Wbił wzrok w zamarzniętą taflę rzeki.
    – To była wigilia. Odwołali samolot wujka, więc nie mógł do nas przylecieć. Następnego dnia mieliśmy jechać do dziadków, rodziców ojca. Pokłóciłem się z ojcem, bo nie chciałem do nich jechać. Podczas kolacji atmosfera była strasznie napięta, ale nie było źle. Izzy, moja młodsza siostra, uwielbiała święta, więc ani ja, ani ojciec, nie chcieliśmy jej ich popsuć. Wiesz, Izzy była wspaniała. Czasami zbyt wścibska i trochę męcząca, ale wspaniała, jak tylko młodsza siostra może być – kąciki jego ust drgnęły. – Uwielbiała zwierzęta, zwłaszcza koty. To chyba u nas rodzinne – zerknął na Adama kątem oka. – Nie mogliśmy żadnego mieć, bo mała miała alergię – zdawał sobie sprawę z tego, że trochę przeciągał, że jego towarzysza zapewne mało to interesuje, ale nie potrafił inaczej. To wszystko było zbyt trudne. – Nie mam pojęcia, która była godzina, gdy obudził mnie krzyk. Nie pamiętam, czy był to krzyk Izzy, czy mamy. W pierwszej chwili myślałem, że którejś z nich śni się koszmar. Potem zobaczyłem dym i poczułem charakterystyczny zapach. Wybiegłem z pokoju i zacząłem biec na dół. Schody były w płomieniach, więc musiałem wrócić na górę. Nie wiem... nie jestem pewien... ale chyba wyszedłem przez okno. Widziałem sąsiadów, którzy wyszli ze swoich domów, ale nie widziałem mojej rodziny. Wszedłem do domu przez kuchnię. Dusiłem się. Wpadłem na ojca, który kazał mi ociekać. Prawie wypchnął mnie na zewnątrz. Zrobił to w ostatniej chwili, bo zaraz piętro się zawaliło. Potem chyba straciłem przytomność.
    Zacisnął powieki, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że zaczął drżeć. Długo milczał. Próbował zebrać się w sobie, by skończyć mówić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Na początku nie miałem pojęcia, dlaczego to mnie oskarżyli o podpalenie. Zastanawiałem się, czy to dlatego, że tylko ja przeżyłem? A może to dlatego, że byłem nastolatkiem z buzującymi hormonami i głupimi pomysłami. Dodatkowo, niektórzy sąsiedzi wiedzieli też, że ostatnio nie miałem dobrego kontaktu z ojcem. Dopiero później wujek powiedział mi, że pożar rozpoczął się od sypialni rodziców i pokoju Izzy. Do mojego pokoju może nawet by nie dotarł, gdyby dom się nie zawalił. To było chyba najgłupsze wyjaśnienie, jakie tylko mogło być – parsknął śmiechem. – Policjanci przyjechali do szpitala, kilka godzin po pożarze. Długo mnie przesłuchiwali, zadawali miliony pytań, zacząłem się w tym wszystkim gubić. Potem ludzie zaczęli gadać. Pojawiły się plotki, o czym nie wiedziałem. Wróciłem do szkoły chyba pod koniec stycznia. Czekałem wtedy na jeszcze jedną operację, ale uparłem się, żeby wrócić. Wujek mnie ostrzegał, ale się uparłem. I wtedy zaczęło się piekło. Nie wytrzymałem zbyt długo. Uciekłem do Karoliny – uśmiechnął się krzywo, sięgając po kromkę chleba, którą następnie zaczął dzielić na kawałki i rzucać mewom. – Ale wiesz, co jest najlepsze? To była głupia świeczka. Mama zapaliła ją w sypialni i zapomniała o niej. Policja doszła do tego, gdy ja już dawno byłem u wujka. Napisali nawet sprostowanie w gazecie. Chcieli, by ludzie dowiedzieli się, że byłem niewinny. Może dotarło do nich, że prawie zniszczyli mi życie, gdy któryś z nich sypnął, że jestem podejrzany. Nie wiem, może tak, może nie. Tylko co z tego, skoro niektórzy wciąż uważają mnie za podpalacza i mordercę własnej rodziny?
      W końcu ośmielił się podnieść wzrok i spojrzeć na Adama. Phoenix zaczął zastanawiać się, co w tym chłopaku było takiego, że kilka godzin po poznaniu, opowiedział mu o tym koszmarze, który przeżył, i który często nie pozwala mu zasnąć, bądź budzi go w środku nocy.
      – Nie zabiłem ich, Adam, ale czasami czuję się tak, jakbym to zrobił. Gdybym tylko mógł, to zamieniłbym się miejscami z Izzy, albo z mamą, nawet z ojcem. Zrobiłbym wszystko, byleby tylko żyli. W te święta minął rok – odwrócił wzrok, sięgając po kolejną kromkę. – Ten koleś, Patrick, był jednym z tych, którzy rozpuścili plotki w szkole. Mieszkał blisko, może nawet wciąż tam mieszka, więc widział pożar – westchnął. – Jesteś pierwszą osobą, nie licząc wujka i babci, której o tym wszystkim opowiedziałem, wiesz?


      przepraszam, przepraszam,..., przepraszam

      Usuń
  48. Chciał zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. A najbardziej pragnął, by wspomnienia tamtej nocy w końcu przestały go prześladować. Wiedział, że nigdy o tym nie zapomni, ale może mógłby w końcu pogodzić się z tym, co się wtedy stało. I zrozumieć, że on w żaden sposób nie zawinił, że nie było szansy, by uratował swoją rodzinę. Babcia i wuj wiele razy powtarzali, jakie to wielkie szczęście, że przeżył. Phoenix nie potrafił się z tego cieszyć. Jak do tej pory, traktował to bardziej jako przekleństwo.
    Przełknął głośno ślinę, gdy Adam się zbliżył. Kromka chleba wypadła mu z dłoni i poleciała w dół, ale Phoenix już zdążył o niej zapomnieć. Wstrzymał oddech, uważnie obserwując go kątem oka. Znów zadrżał, gdy tylko poczuł ten delikatny dotyk. Spojrzał na niego i niemal rozpadł się na kawałki, gdy dostrzegł jego zapłakane oczy. Sam wciąż nie mógł uwierzyć, że w końcu to wszystko z siebie wyrzucił, że opowiedział o tamtym koszmarze osobie, która o niczym nie wiedziała, że otworzył się właśnie przed Adamem.
    – Hej, nie płacz, proszę – wyszeptał, unosząc swoją dłoń, by kciukiem zetrzeć łzę z policzka Adama. – Za chwilę ja też się rozpłaczę, a to nie będzie dla nas dobre. Uwierz mi – jego głos również drżał. Przesunął opuszkami palców po jego policzku, nim opuścił dłoń. Potem uniósł drugą rękę i objął palcami jego nadgarstek. Nie odrywając spojrzenia od jego oczu, dotknął blizn. Chciał dowiedzieć się, dlaczego powstały, ale jednocześnie nie chciał wywierać na Adamie żadnego nacisku. Jeżeli chłopak będzie chciał, to mu o tym opowie. A przynajmniej taką miał nadzieję. Zamrugał, znów próbując odegnać łzy cisnące mu się do oczu. Jeszcze kilka dni temu był przekonany, że wylał już wystarczająco dużo łez w ciągu całego roku, ale najwyraźniej był w błędzie.
    Ostatni raz musnął jedną z blizn i splótł razem ich palce. Możliwe, że nie powinien tego robić, ale jakoś nie potrafił się powstrzymać. Poczuł przyjemne ciepło, pochodzące od dłoni Adama, nawet pomimo tego, że dłoń wcale szczególnie ciepła nie była, które następnie rozlało się po całym jego ciele. Równie dobrze mógł sobie to wyobrazić, ale nie obchodziło go to.
    – Jeśli będziesz chciał, to... możesz mi opowiedzieć, skąd wzięły się twoje blizny – powiedział cicho, ściskając jego palce. Mógłby przyzwyczaić się do trzymania dłoni Adama, do czucia jego palców splatanych ze swoimi. – Mogę cię wysłuchać. Tak, jak ty wysłuchałeś mnie – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Możesz mi zaufać. A przynajmniej możesz spróbować.
    Choć nie wiedział o Adamie prawie nic, to miał wrażenie, że zna go znacznie dłużej niż tylko kilka godzin. Czuł coś na wzór więzi, pomijając już, jak idiotycznie to brzmi, nawet w jego własnej głowie.

    ja!

    OdpowiedzUsuń
  49. Psycholog wiele razy powtarzał mu, że mówienie o tym, co się wydarzyło może mu pomóc, a już na pewno nie zaszkodzi. Phoenix również wiele razy słyszał, że w końcu pozna taką osobę, której opowie o wszystkim, i to mu pomoże, naprawi go. W pewnym sensie może nawet uda mu się osiągnąć spokój i pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Nie wierzył w to, że kiedykolwiek, nawet za dwadzieścia, czy trzydzieści lat, uda mu się z tym pogodzić, ale kilka minut temu zrobił pierwszy krok - otworzył się przed kimś tak, jak jeszcze nigdy przed nikim.
    Widział jego wahanie, dlatego nie zamierzał go zmuszać do żadnych zwierzeń. Jeżeli Lawliet nie był gotowy, to w porządku. Phoenix mógł poczekać, aż będzie gotowy podzielić się z nim swoimi demonami z przeszłości.
    Nie potrafił patrzeć na tę rozpacz w oczach Adama. Przez chwilę miał wrażenie, jakby los, Bóg, Jahwe, jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. Obaj przeszli przez piekło i stracili osoby, na których im zależało najbardziej na świecie. Może i ich historie różniły się od siebie, ale były tak samo tragiczne.
    Był w szoku i przez dobrych kilka minut nie potrafił wydusić z siebie nawet słowa. Jego serce łamało się przez to, co przeżył Adam. Był jeszcze taki młody... I nie zasłużył na to, co go spotkało. Nikt nie zasłużył na coś takiego. Nix nie zwrócił uwagi na to, że po jego policzku spłynęła jedna, samotna łza. W jego głowie echem odbijały się słowa chłopaka.
    Uklęknął tuż obok niego i położył dłonie na jego kolanach. Był wdzięczny za to, że Adam podzielił się z nim swoją historią. Czuł, jakby pomiędzy nimi znów coś przeskoczyło, jakby więź, która pomiędzy nimi powstała, jeszcze bardziej się wzmocniła. Patrząc w jego oczy, Nix wiedział, że byłby w stanie bardzo szybko oddać temu chłopakowi swoje serce.
    – Tydzień po pożarze, jeszcze w szpitalu, próbowałem się zabić. Połknąłem tabletki. Zrobili mi płukanie żołądka. Odratowali mnie, choć ja wcale tego nie chciałem. I wiesz? Byłem zbyt wielkim tchórzem, by podciąć sobie żyły. Bałem się, że nie zniosę więcej bólu. Po powrocie do szkoły, po tym, jak ktoś napisał na mojej szafce morderca, chciałem się powiesić. Wujek wpadł do pokoju niemal w ostatniej chwili. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego zawodu w jego oczach. Dopiero wtedy zrozumiałem, że moja śmierć nie przywróci im życia i w niczym nie pomoże.
    Powoli, delikatnie, jakby bojąc się, że może go w jakiś sposób zranić, chwycił nadgarstki Adama i odciągnął dłonie od jego twarzy. Wytarł jego mokre policzki i pochylił się, by oprzeć swoje czoło o jego. Przesunął palcem najpierw wzdłuż jednej, a następnie drugiej blizny na twarzy chłopaka. Potem jego ręce zsunęły się na jego ramiona. Westchnął, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej i obejmując go ramionami. To było to. Niemal poczuł się, jakby wrócił do domu po bardzo długiej i męczącej podróży, gdy tylko go przytulił. Poczuł się tak, jak nie czuł się dawno. Poczuł się właściwie, jakby wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce.
    – Przykro mi, że twoja mama zginęła w wypadku – wyszeptał mu wprost do ucha, owiewając je ciepłym oddechem. – Jestem pewien, że to nie przez ciebie. Tak samo, jak moja rodzina nie zginęła przeze mnie. Żaden z nas nie był winny, Adam. Wiem, że to jest trudne do zrozumienia. Wiem, bo ja też obwiniałem, i czasami wciąż to robię, za śmierć mojej rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Były dni, gdy przestawał wierzyć w to, że to nie przez niego zginęli jego rodzice i siostra. Bo może to nie on podpalił dom, może i to była tylko głupia świeczka, ale... mógł spróbować ich uratować. Mógł wrócić do domu i spróbować dostać się do pokoju Izzy. Może oboje by przeżyli. Może rodzicom również udałoby się przeżyć.
      – Przykro mi, że twój ojciec cię skrzywdził – wyszeptał po jakimś czasie, gdy kolana zaczęły mu już drętwieć i zaczęło robić się naprawdę niewygodnie. – Nie zasłużyłeś na to – wplątał palce w jego włosy, by odchylić jego głowę do tyłu. Z tak bliskiej odległości mógł mu się spokojnie przyjrzeć, przy okazji próbując to, że wargi Adama były tak blisko. To nie był odpowiedni moment. Scott nie potrafił zrozumieć, dlaczego chłopak ukrywał piegi. – Wciąż jesteś piękny. Z bliznami i piegami, czy bez – powiedział, nim zdążył porządnie ugryźć się w język.

      mi również

      Usuń
  50. Zamarł, gdy dostrzegł szok na twarzy chłopaka. Dlaczego nie ugryzł się w język? Dlaczego musiał powiedzieć to na głos? To wyznanie było zdecydowanie czymś, co mógłby zachować dla siebie, przynajmniej na razie.
    – Ja... tak, pewnie postradałem zmysły – wymamrotał, odwracając wzrok. – Po prostu... jeżeli wstydzisz się tych blizn i piegów, to wcale nie powinieneś – dodał, wciąż unikając jego spojrzenia. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien mówić, że Adam jest piękny, nawet jeżeli naprawdę tak uważał. Cholera, był tak bardzo żałosny.
    Przeczesał palcami jego włosy, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co robi. Było mu zimno, miał wrażenie, że jeszcze chwila i zacznie zamarzać, a czucie w kolanach stracił już kilkanaście minut temu. Podziwiał Adama za to, że ten bez problemu jest w stanie pomykać po dworze, w zimie!, na bosaka.
    Przed nim rozpościerało się widmo bezsennej nocy, którą na pewno spędzi na rozmyślaniu nad tym, co usłyszał. Będzie analizował każde słowo Adama, każdą łzę, każdy gest.
    – Myślę, że powinniśmy już wrócić do akademika – powiedział, wysuwając dłoń z jego włosów i odsuwając się. Posłał mu lekki, trochę nieśmiały uśmiech, nim zaczął się podnosić. W tym momencie czuł się, jakby miał lat osiemdziesiąt, a nie dwadzieścia. Tak czy siak, był już naprawdę stary. Dwadzieścia lat to nie przelewki. – Chodź, nakarmimy mewy, a potem wracamy – wyciągnął dłoń w jego kierunku. A potem, gdy już obaj się podnieśli, Phoenix znów naruszył przestrzeń osobistą Adama. Przygryzając dolną wargę, pochylił się i po raz kolejny starł łzy z jego policzków. – I tak, jesteś piękny – mruknął, prostując się.
    Jego serce znów zaczęło bić jak szalone, choć sam nie rozumiał dlaczego. Może właśnie dlatego, że nie miał w zwyczaju mówić prawie całkowicie obcym chłopakom, że są piękni - tylko, czy Adam wciąż był obcy? Phoenix otworzył się przed nim tak, jak nigdy przed nikim, więc nazywanie go obcym nie było właściwe.
    Oparł się o most, spoglądając w dół, nim sięgnął po kromkę chleba, by podzielić ją na kawałki i rzucić mewom. Wiedział, że jeżeli chce zatrzymać Adama w swoim życiu, to nie może zostawić tej rozmowy w stanie zawieszenia. Nieprzyjemna myśl pojawiła się w jego głowie i choć próbował, to nie mógł jej odegnać. Co, jeżeli Adam jednak nie będzie chciał być częścią jego życia? Bo niby dlaczego miałby chcieć? Phoenix był złamanym człowiekiem i nie miał niczego, oprócz siebie i swojego serca, co mógłby mu dać. Kto chciałby kogoś takiego, jak on? Nikt.
    – Nie zimno ci w stopy? – spytał cicho, ułamując kolejny kawałek chleba. Dłonie wciąż mu drżały i czuł, że jest na skraju załamania. Jeszcze chwila i zacznie ryczeć, albo wpadnie w panikę. Już sam nie wiedział, co gorsze. – Robi się zimno. Podobno dzisiaj w nocy ma spać więcej śniegu – brawo, Scott, brawo. Tylko on mógł po tak ciężkich i smutnych wyznaniach wyskoczyć z pogodą. Musiał jednak zająć czymś myśli, nawet jeżeli wyjdzie przy tym na jeszcze większego idiotę.


    nie mam pojęcia

    OdpowiedzUsuń
  51. Gdyby tylko nie było mu tak zimno, to chętnie zostałby na moście aż do nocy. Mógł chociaż wziąć ze sobą czapkę, rękawiczki i zimowe buty, a nie trampki, które już dawno przemokły przez śnieg. Lubił zimę, znacznie bardziej niż lato, ale tylko wtedy, gdy miał na sobie ciepłe ubrania. Bo Phoenix wcale nie chciał już wracać, a przede wszystkim nie chciał rozstawać się z Adamem.
    Już otwierał usta, by powiedzieć, albo raczej skłamać, że jest w porządku, że wcale nie jest mu zimno, gdy poczuł niezwykle ciepłą dłoń Adama na swojej lodowatej. Musiał przyznać, nawet w swojej własnej głowie, że od razu zrobiło mu się znacznie cieplej, a na jego wargach zaczął błąkać się lekki uśmiech. Nigdy nie widział niczego szczególnego w trzymaniu się z kimś innym za rękę, ale musiał przyznać, że to było całkiem przyjemne. Czując dłoń Adama, Nix czuł się, jakby nie był już sam.
    Zerknął na Adama, gdy ten mocniej zacisnął dłoń na jego ręce. Na jego usta wypłynął szeroki uśmiech. Chwilę zastanawiał się nad jego słowami.
    – Naprawdę tak myślisz? – spytał, obracając się w jego stronę, by móc swobodnie na niego patrzeć. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – wzruszył ramionami, sięgając po ostatnią kromkę chleba. – Może i masz rację – wyswobodził dłoń z uścisku, tylko po to, by móc przedzielić pieczywo na pół. Jedną część zostawił sobie, a drugą podał Adamowi. Rzucił swoją część, następnie rozejrzał się i kucnął, by odwiązać glany Adama. – Nie myśl sobie, że chcę, żebyś je założył – powiedział szybko, podając mu buty. – Po prostu nie byłoby fajnie, gdybyśmy o nich zapomnieli. Jeszcze kiedyś mogą ci się przydać – zaśmiał się.
    Po chwili wahania, chwycił dłoń Adama i po raz kolejny splótł razem ich palce. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie mogli pokonać całej drogi trzymając się za ręce (jego towarzysz równie dobrze mógł tego nie chcieć), ale jak na razie w pobliżu nie było nikogo, więc chyba mogli sobie na to pozwolić. Phoenix nie przejmował się tym, co mogliby sobie o tym pomyśleć ludzie, bo już dawno wyszło (oczywiście za sprawą tamtej cholernej seks taśmy), że jest gejem, ale nie chciał stawiać Adama w niezręcznej sytuacji.
    Ruszył, ciągnąc Adama za sobą.
    – Co robisz w piątek wieczorem? Ewentualnie w sobotę? Albo w piątek wieczorem i w sobotę? – spytał w pewnym momencie, przerywając ciszę. – Moglibyśmy się gdzieś wybrać, jeśli byś chciał. Może do kina? – zaproponował, nawet nie zastanawiając się, czy nie zabrzmi to tak, jakby zapraszał go na randkę. – Na pewno grają coś fajnego. Dawno nie byłem w kinie – podniósł wzrok znad swoich butów, w które się wpatrywał i spojrzał na niego. – Chyba, że nie chcesz. Wiesz, nie zamierzam cię do niczego zmuszać. I tak powinienem dziękować ci za to, że spędziłeś ze mną moje urodziny.

    feniks nie uważa adama za słabego filozofa

    OdpowiedzUsuń
  52. Pragnął dowiedzieć się, w czym bose stopy pomagały, ale zignorował pytanie cisnące mu się na usta. Dla niego najważniejsze było to, by Adam czuł się swobodnie, z butami czy bez, to bez różnicy.
    Cisza chyba nigdy nie była tak przyjemna, jak właśnie w tamtej chwili, ale Phoenix musiał ją przerwać, czy mu się to podobało, czy nie. Pomilczą sobie później. Teraz musiał dowiedzieć się, czy Adam zechce się z nim spotkać. A piątek wieczór i sobota, to były najbliższe terminy. Mogliby co prawda spotkać się także w ciągu tygodnia, na przykład następnego dnia, ale Nix musiał zabrać się za naukę, bo niedługo jego taryfa ulgowa się skończy.
    Bardzo szybko zaczęło mu brakować tego ciepła, które odczuwał dzięki dłoni chłopaka. Miał wrażenie, że mógłby się uzależnić od tego uczucia.
    Zależało mu. Bardzo zależało mu na tym, by Adam się zgodził. Nie chciał tak po prostu kończyć tej znajomości. Pragnął poznać Lawlieta, dowiedzieć się o nim wszystkiego, czego tylko może.
    – Oczywiście, że to dobry pomysł – powiedział, bez ani jednej nutki wahania w głosie. Phoenix nie uważał tego za dobry pomysł. On uważał, że to bardzo dobry pomysł. – Te urodziny są świetne. Poznałem ciebie, poznałem twojego cudownego kota, czego chcieć więcej? Niczego nie zepsułeś. Nawet tak nie myśl – poprosił. – Nie martw się, to nie będzie randka. Znaczy, nie, jeżeli nie chcesz. Gdybyś jednak chciał, to może to być randka, ale niczego nie narzucam – jego oczy otworzyły się szeroko, gdy dotarł do niego sens jego własnych słów. – Nie musimy iść do kina. Możemy zamówić pizzę, albo cokolwiek innego, i posiedzieć w pokoju – zapewne kontynuowałby swój kolejny słowotok (chyba mając nadzieję, że w ten sposób uda mu się wymazać z pamięci Adama ten tekst na temat randki), gdyby nie telefon, który zaczął dzwonić. Wymamrotał przeprosiny, wyciągając komórkę z kieszeni. Przesunął palcem po ekranie, odrzucając połączenie. Nie ma to jak idealny moment. – To mój wujek, ma w zwyczaju dzwonić po kilka razy dziennie i sprawdzać, czy wszystko u mnie dobrze. Uwielbiam go, ale czasami jest męczący – powiedział z rozbawieniem, w międzyczasie pisząc esemesa. Dopiero, gdy schował telefon do kieszeni, przyszło mu na myśl, że powinien poprosić Adama o numer. Obiecał sobie, że zrobi to, gdy tylko dotrą do akademika. – Chodźmy już, zanim zamarznę – zaśmiał się.
    Kątem oka zerknął na dłoń chłopaka, która jeszcze przed chwilą trzymał. Nie ośmielił się jednak znów za nią chwycić, by spleść razem ich palce i cieszyć się tą bliskością oraz przyjemnym ciepłem. Wcisnął ręce do kieszeni kurtki i zrównał swój krok z krokiem towarzysza.
    – Daj mi znać, czy pasuje ci bardziej piątek, czy sobota – jak dla niego, to mogli spotkać się i w piątek, i w sobotę, ale bał się, że jeżeli się do tego przyzna, to zacznie się za bardzo narzucać, a tego nie chciał. – I wiesz, Adam, gdybyś czegoś potrzebował, to jestem dwa pokoje wcześniej. Zawsze możesz wpaść. O każdej porze – posłał mu uśmiech.

    to będzie randka, huehue

    OdpowiedzUsuń
  53. Spojrzał na niego, nawet nie próbując ukryć szoku.
    – Tak? Naprawdę chcesz, żeby to była randka? – również uniósł brew. – Skoro tak, to nie ma sprawy. Ja nie mam nic przeciwko.
    Dawno nie czuł takiego zakłopotania, jak w towarzystwie Adama. Cóż, istniało spore prawdopodobieństwo tego, że jeszcze nigdy nie czuł się tak, jak w jego towarzystwie. Później zdecydowanie będzie musiał zabrać się za rozszyfrowanie własnych uczuć.
    – Nie masz za co dziękować – to ja powinienem dziękować. Jego uśmiech stał się jeszcze większy, ale po chwili niemal całkowicie zniknął. – Chciałbym się spotkać z tobą jutro, naprawdę, ale chyba nie będę mógł. Muszę się w końcu zabrać za naukę, bo nauczyciele nie dadzą mi żyć. Przez kilka miesięcy uczyłem się w domu i odzwyczaiłem się od funkcjonowania w szkole – skrzywił się. Nawet nie chciał myśleć o tym, jak dużo nauki go czekało. Pomimo tego, że wujek załatwił mu nauczyciela, to wiedział, że ma całkiem spore braki. Zwłaszcza z tych przedmiotów, które kompletnie go nie interesowały, a których uczyć się musiał. A do tego, nie mógł pozwolić, by wyrzucili go ze szkoły przez to, że się nie uczy. Teraz, po poznaniu Adama, zaczęło mu jeszcze bardziej zależeć na zostaniu w Skyline. Może udałoby mu się zyskać przyjaciela? Przyjaciela, przed którym nie wstydziłby się swoich koszmarów.
    – W piątek kończę późno, ale zaraz po lekcjach zabieram cię do kina. A w sobotę możesz wpaść do mnie razem z Lysandrem, porobimy... coś. Jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno – roześmiał się. – Pasuje?
    Nawet nie zauważył, kiedy wrócili do cywilizacji. Ogarnął się dopiero, gdy mijali jego ulubioną pizzerię. Był rozdarty; z jednej strony cieszył się, że za kilka minut dotrą do akademika, bo będzie mógł się zagrzać, a z drugiej, chyba nie był jeszcze gotowy na rozstanie z Adamem. Rozstanie, które zbliżało się nieubłaganie z każdym kolejnym mijanym budynkiem. Chciał jakoś to zatrzymać, przedłużyć drogę do dormitorium, ale nie potrafił. Jego zęby już prawie znów zaczęły szczękać z zimna, a dłonie były lodowate nawet pomimo tego, że trzymał je w kieszeniach.
    Gdy znaleźli się już w akademiku na ich piętrze, Phoenix nie zatrzymał się przy swoim pokoju, tylko szedł dalej, aż zatrzymał się przy pokoju 109. Przez chwilę kołysał się na piętach, spoglądając na Adama niemal nieśmiało.
    – Dziękuję – wyszeptał w końcu, robiąc krok w jego stronę. – Dziękuję za to, że zechciałeś spędzić ze mną moje urodziny i poszedłeś ze mną na pizzę – jeszcze jeden krok. Bliżej podejść już nie mógł, bo czubki ich butów zetknęły się ze sobą. – Dziękuję za wysłuchanie mnie i opowiedzenie mi o tym, co cię spotkało – wyciągnął dłoń i przesunął palcem po policzku chłopaka. – Ach, i dziękuję za to, że nie uciekłeś.

    przepraszam

    wybacz mi :<

    OdpowiedzUsuń
  54. – Okej, w takim razie żadnych planów – powiedział z rozbawieniem.
    On za to uwielbiał planować. A to, że z jego planów zazwyczaj niewiele wychodziło, to już inna sprawa. Kiedyś miał jeszcze większego hopla na punkcie planowania, ale trochę się uspokoił. Rozumiał jednak to, że Adam może nie lubić planów. Phoenix oczywiście zdążył zapomnieć o tym, że powinni wymienić się numerami, więc cieszył się, że Lawliet mu o tym przypomniał.
    Scott nie mógł powstrzymać (kolejnego) uśmiechu, który cisnął mu się na usta, gdy widział, jak policzki Adama zabarwiają się na czerwono.
    Jego dłoń zawisła w powietrzu, gdy Adam, niemal z prędkością światła, odsunął się i zniknął w pokoju. Phoenix jeszcze przez kilka minut wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w drzwi. W końcu się otrząsnął, zaśmiał się cicho i cofnął się do swojego pokoju. Chwilę zajęło mu znalezienie klucza (prawie wpadł w panikę, gdy przeszło mu przez myśl, że go zgubił). Niemal się rozpłynął, gdy znalazł się w swoim, niezwykle ciepłym, pokoju. Miał wielka ochotę od razu rzucić się na łóżko i pójść spać (tak, wiedział, że było jeszcze wcześnie, ale on ledwo utrzymywał swoje oczy otwarte), ale jakoś udało mu się zmusić samego siebie do przebrania się w inne ciuchy.
    Zasnął, gdy tylko wcisnął się do łóżka, w dresach i grubej bluzie, i opatulił kocem. Obudził się jakieś dwie godziny później, cały spocony i z mocno bijącym sercem. Kolejny koszmar, ale Nix powinien spodziewać się, że wspomnienie tamtej nocy wróci do niego we śnie. Zwłaszcza po tak emocjonującym dniu. Ze zdziwieniem zauważył, że na dworze było już ciemno i chyba nawet całkiem późno. Z żalem pożegnał się z bluzą, która jednak okazała się być za ciepła (bardzo nad tym ubolewał, ale jednak wolał się nie ugotować), a następnie spróbował zabrać się za naukę, tylko po to by zająć czymś myśli.
    Było już po północy, gdy w końcu padł - zmęczony analizowaniem całego dnia, myśleniem o Adamie i wspomnieniami. Głównie myśleniem o Adamie, o jego smutnych oczach, szarych piegach, bliznach i uśmiechu, który robił z sercem Scotta dziwne rzeczy.

    feniks jest jeszcze większą psują :<

    OdpowiedzUsuń
  55. Phoenix od ponad roku nie sypiał dobrze. Od tamtej pamiętnej nocy męczyły go koszmary niemal codziennie. Czasami budził się z krzykiem, a czasami we łzach. Bywały także noce, gdy nie śniło mu się nic, i właśnie te lubił najbardziej. Mógł wtedy wypocząć.
    Obudził go dźwięk esemesa. Przez chwilę miał wrażenie, że wciąż śni. Gdy sięgał po telefon, był pewien, że wiadomość jest od wujka. Bo kto inny pisałby do niego w środku nocy? A przynajmniej wydawało mu się, że był środek nocy. Przed pójściem spać, zasłonił okna, ale mógłby się założyć, że nie minęło zbyt wiele czasu, od jego zaśnięcia. Przeklinał nadawcę wiadomości w myślach. Wymacał telefon, który jakimś cudem znalazł się na podłodze, przy okazji niemal spadając z łóżka. Prawie oślepł, gdy udało mu się włączyć ekran. Druga w nocy. Cudownie. Chwilę zajęło mu odblokowanie komórki, ale w końcu się udało. Rozbudził się niemal od razu, gdy tylko przeczytał wiadomość. Jego serce zaczęło bić jak szalone, gdy próbował odpisać. Nie - wysłał, a po chwili napisał jeszcze jedną wiadomość; Wszystko dobrze? Problem polegał na tym, że nie mógł czekać na odpowiedź. Gdyby wszystko było dobrze, to Adam nie pisałby do niego o drugiej w nocy, prawda?
    Zerwał się z łóżka i, potykając się o własne nogi, pospiesznie wyszedł z pokoju, pamiętając jednak o tym, by zamknąć drzwi na klucz (tak, na tym punkcie trochę wariował). Telefon zostawił na łóżku, ale nie zamierzał się po niego wracać. Jak to dobrze, że Adam był zaledwie dwa pokoje dalej. Na korytarzu panowała idealna, nieco przerażająca cisza. Zatrzymał się przed drzwiami, prowadzącymi do pokoju chłopaka i zapukał. Nie przejmował się tym, że ten równie dobrze może nie otworzyć mu drzwi. Przeczuwał, że stało się, bądź może się stać, coś złego. Zareagował instynktownie - zupełnie nie myśląc o tym, co robi. Chłopak, którego poznał zaledwie poprzedniego dnia, w kilka godzin i za sprawą tylu wylanych łez, stał się dla niego cholernie ważny i nie mógł pozwolić, by coś mu się stało. Obiecał sobie, że będzie zawsze, gdy tylko Lawliet będzie go potrzebował.
    Zapukał jeszcze raz, głośniej.
    – Adam, to ja. Otwórz – powiedział, opierając czoło o drzwi. Powoli jego serce zaczęło wracać do normalnego rytmu, a jego głowę zaczęły nachodzić głupie myśli. Co, jeżeli zrobił źle? Może wcale nie powinien tutaj przychodzić. Równie dobrze mógł do niego zadzwonić. A co, jeżeli Adam pomylił numer i wiadomość była do kogoś innego? Bzdury, ogarnij się, Scott. Spojrzał w dół, na swoją pomiętą koszulkę i dresy, a potem przetarł dłonią twarz. Wyglądał jak siedem nieszczęść, ale był środek nocy, więc zdecydowanie nie powinien się tym przejmować.

    wstyd mi za to coś

    OdpowiedzUsuń
  56. Drgnął i odsunął się od drzwi, usłyszał dźwięk klucza. Niemal odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł Adama całego, z policzkami mokrymi od łez, ale całego. Cholera, bał się o niego. Bał się, że coś mogło mu się stać, a on nie będzie w stanie mu pomóc.
    Powoli pokręcił głową, w myślach nazywając Adama głuptasem. Chłopak jeszcze wiele będzie musiał dowiedzieć się o Phoenixie.
    – Oczywiście, że musiałem – powiedział i uśmiechnął się jednym kącikiem ust, gdy ich wzrok się spotkał. Przeczuwał, że Adam nosi soczewki i teraz miał pewność. Nie miał zbyt wiele czasu, by móc przyjrzeć się jego oczom, ale wiedział, że ich kolor jest piękny, więc tym bardziej nie rozumiał, dlaczego ten ukrywa go za soczewkami. Spokojnie mogliby stać tak przez kilka następnych godzin, ale Phoenix wolał jednak wejść do pokoju. Bo powrotu do siebie nie przewidywał. Chyba, że Lawliet postanowi go wyrzucić. – Musiałem i chciałem przyjść – dodał, robiąc krok w przód. Przecisnął się obok Adama i już po chwili znalazł się w pokoju, zamykając za sobą drzwi i odcinając ich tym samym od reszty świata. Przekręcił klucz w zamku i rozejrzał się po pokoju, w którym był zaledwie kilka godzin wcześniej. Uśmiechnął się, gdy dostrzegł Lysandra, ale zaraz przeniósł spojrzenie na jego właściciela. W tym momencie Adam był ważniejszy od kociaka.
    – Śniło ci się coś złego? – spytał, sięgając po jego rękę, by spleść razem ich palce. Lubił to ciepło, które rozchodziło się po całym jego ciele, gdy trzymał Adama za rękę. – No chodź tutaj do mnie – przyciągnął go do siebie, a następnie objął ściśle ramionami. – Bo to nie tak, że mogłem zignorować twojego esemesa. Ludzie zazwyczaj nie piszą do innych o drugiej w nocy. Naprawdę bałem się, że coś się stało – mówił, tuląc go do siebie i ani myśląc, by wypuścić go z ramion. – Opowiesz mi o tym, co ci się śniło? – odsunął się od niego odrobinę i tylko po to, by bezpiecznie dotrzeć do łóżka (udało mu się potknąć tylko raz). Nie pytał, czy może, czy Adam przypadkiem nie ma nic przeciwko. Ułożył się wygodnie na materacu, opierając się plecami o ścianę, ani na chwilę nie puszczając dłoni chłopaka. – Chodź, nie bój się – mruknął z rozbawieniem, ciągnąc go za rękę. – Teraz możesz mi o wszystkim opowiedzieć. Jeśli chcesz, oczywiście – powiedział, gdy Adam w końcu znalazł się obok, a Phoenix znów mógł otoczyć go ramionami. – Możemy też po prostu pomilczeć, jeśli wolisz.

    planujesz coś?

    OdpowiedzUsuń
  57. Phoenix wiedział coś o koszmarach. Nigdy nie miał problemów ze snem, on wręcz uwielbiał spać, aż do tamtej nocy. Na samym początku bał się zasypiać. Wiedział, że pożar wróci do niego we śnie. Psycholog nie pomógł, ale pomogły za to tabletki nasenne. Potem, w miarę upływu czasu, koszmary przestały być aż tak przerażające, albo to on zaczął się z nimi oswajać.
    Wcisnął nos w jego włosy i uśmiechnął się. Może i za brzoskwiniami nie przepadał (wiązała się z nimi niezbyt przyjemna historia, której nie lubił opowiadać), ale za to uwielbiał truskawki. Spokojnie mógłby żywić się samymi truskawkami. No dobra, truskawkami i czekoladą. Przymknął powieki, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jeszcze chwila, i może zasnąć. Było mu zbyt wygodnie w łóżku Adama, mając go w ramionach.
    Miał wrażenie, że jego serce zatrzymało się na moment, gdy do jego uszu dotarł głos Adama. Jemu bardzo często śnił się pożar, ale to było coś innego. Jeśli wyrzuty sumienia go nie zjedzą, to będzie dobrze. Ale w tym momencie to nie on był najważniejszy. Później, gdy już wróci do siebie, albo będzie próbował nie zasnąć na lekcjach, będzie mógł powyzywać się za to w myślach.
    – Okej, okej – powiedział szybko, przeczesując palcami splątane kosmyki jego włosów. – Nie musisz mówić nic więcej, rozumiem – dodał po chwili. – To moja wina. Gdybym ci o tym wszystkim nie opowiedział, to nic takiego by ci się nie przyśniło – westchnął. – Przepraszam, Adam. Naprawdę przepraszam. Wiesz... wujek nie chciał pozwolić mi wrócić do szkoły z kilku powodów. Jednym z nich były męczące mnie koszmary. On rozumiał, dlaczego budziłem się z krzykiem, a potem przez kolejne godziny bałem się chociażby spojrzeć w kierunku łóżka. Chodziłem nieprzytomny i on wiedział, że tutaj będzie tak samo. Nauczyciele mogą być wyrozumiali, ale do czasu.
    Dokładnie tak, jak te kilka godzin temu, delikatnie odchylił jego głowę w tył, by móc spojrzeć mu w oczy, w których niemal od razu utonął. Były piękne. Znowu poczuł, jak to dziwnie przyjemne ciepło rozeszło się po całym jego ciele. Nigdy nie czuł czegoś takiego.
    – Dlaczego nosisz soczewki? – spytał, bo ciekawość jednak okazała się być silniejsza (tak, naprawdę próbował z nią walczyć). – I dlaczego ukrywasz piegi? – uniósł brew. Jednym ramieniem wciąż go obejmował, ale wyplątał drugą rękę z jego włosów i dotknął nią jego policzka. Uważnie przyjrzał się najpierw jednej, a następnie drugiej bliźnie. – To są blizny z wypadku, prawda? – tak, tak, wiedział, że najprawdopodobniej zadaje za dużo pytań, ale nie potrafił się powstrzymać. – Dobra, zignoruj mnie jeśli chcesz. Po prostu... jest tak wiele rzeczy, których chciałbym się o tobie dowiedzieć. Wiem, że to głupie, ale czuję, że jeżeli będę wiedział o tobie jeszcze więcej, to wtedy mi nie uciekniesz. Nie mogę pozwolić, żebyś uciekł, rozumiesz?

    feniks jest niewinny, on niczego nie planuje

    chyba

    OdpowiedzUsuń
  58. Dawno nie czuł się tak właściwie, jak teraz, mając przy sobie Adama. Czuł się tak, jakby wszystkie elementy układanki zaczęły wracać na swoje miejsce. Co, jeżeli Adam był tą osobą, o której Phoenixowi ciągle powtarzał psycholog? Co, jeżeli to jego Scott potrzebuje, by móc wrócić do normalności?
    – Nie, to wcale nie jest głupie. Teraz już rozumiem, dlaczego je ukrywasz – powiedział cicho. – Po prostu... twoje oczy są piękne, powinieneś to wiedzieć – dodał, jeszcze ciszej, i jakby trochę nieśmiało. Przypomniał sobie, jak kilka godzin temu powiedział Adamowi, że ten jest piękny, z piegami i bliznami, czy bez. Gdzie teraz podziewała się jego pewność siebie? Uśmiechnął się, gdy poczuł jego dłoń na swojej. Wcale nie zamierzał odsuwać swojej, ale postanowił mu o tym nie mówić. – Cieszę się, że przeżyłeś – pogłaskał jego policzek. Miał wielka ochotę przyciągnąć go do siebie jeszcze bliżej. Maksymalnie blisko. – Nawet jeżeli ty uważałeś inaczej i próbowałeś się zabić – te słowa ledwo przeszły mu przez gardło, ale liczył na to, że Adam nie usłyszał niczego dziwnego w jego głosie. Nie chciał wracać do tamtego tematu. Nie teraz. Był pewien, że będą mieli jeszcze dużo czasu, by o tym rozmawiać. – Ja też mam inne blizny. Ta – drugą dłonią dotknął boku swojej szyi i niemal się wzdrygnął, czując pod palcami nierówną fakturę skóry. Nienawidził tej blizny najbardziej ze wszystkich głównie dlatego, że nie był w stanie zakryć jej ubraniem. Widział ją za każdym razem, gdy patrzył w lustro. Tak samo, jak widzieli ją wszyscy inni. Właśnie dlatego nie zapytał, dlaczego Adam ukrywał swoje blizny. Rozumiał to, że chłopak nie lubi swoich tak, jak on swoich. – Nie jest jedyna. Ciesz się, że nie widziałeś moich pleców – uśmiechnął się krzywo.
    Otworzył usta, ale zaraz szybko je zamknął. Nie miał pojęcia, dlaczego powiedział to na głos. Chyba w końcu powinien nauczyć się zachowywać pewne rzeczy dla siebie i dwa razy coś przemyśleć, nim zdecyduje się powiedzieć to głośno. Tylko, że chciał, by Adam o tym wiedział, by nie próbował od niego uciekać.
    – Zależy mi na tobie – wyszeptał. – Nie mam pojęcia, dlaczego, skoro znamy się dopiero od kilkunastu godzin, ale niezwykle mocno mi na tobie zależy. Straciłem prawie wszystkich, na których najbardziej mi zależało. Nie mogę stracić także ciebie. Właśnie dlatego nie chcę, żebyś uciekł.
    Przygryzł dolną wargę, mając nadzieję, że się nie zbłaźnił. Wiedział, że było za wcześnie na jakiekolwiek wyznania, a do tego Phoenix wciąż nie rozumiał większości ze swoich uczuć, ale wiedział jedno - cholernie mocno zaczęło zależeć na Adamie. Objął dłońmi jego policzki i pochylił się, ani na chwilę nie przerywając kontaktu wzrokowego. Był pewien, że te oczy będą nawiedzać go w snach. W tych przyjemnych snach, w których nie było żadnego bólu i ognia.
    – Pewnie myślisz, że jestem głupi, co? – ich twarze znalazły się od siebie w odległości zaledwie kilku centymetrów. Phoenix zadrżał, gdy poczuł ciepły oddech Adama na policzku. Przesunął odrobinę dłoń, by zaraz przeciągnąć kciukiem wzdłuż jego dolnej wargi. W jego głowie panował chaos. Nie miał pojęcia, co tak właściwie się dzieje, choć wiedział, że to coś niezwykle ważnego. Skłamałby mówiąc, że czuł się tak, wcześniej choć raz. – Wierzysz w przeznaczenie? – spytał, gdy ich wargi dzieliło parę milimetrów.

    napięcie zbudowane

    OdpowiedzUsuń
  59. – Tak, dla mnie to powód do szczęścia – powiedział. Zamarł, gdy Adam pogładził go po plecach. Dopiero po kilku minutach mówienia do samego siebie w myślach, że to był tylko Adam, Adam, który również miał swoje blizny, udało mu się rozluźnić. – Naprawdę? Mógłbyś? – ożywił się na tę myśl. – Jasne, tak. Oczywiście, że chcę. Nie... nie lubię jej. Wiem, że ludzie patrząc na nią, zastanawiają się, co się stało. A ci, którzy wiedzą o pożarze, przypominają sobie o nim, zaraz chcą mnie pocieszać i mi współczuć.
    Phoenix czuł drżenie ciała Adama, drżenie jego głosu i niemal drżenie jego warg, które tak bardzo pragnął pocałować. Nawet nie przeczuwał, że przyjście do pokoju Lawlieta w środku nocy, tak się skończy. Jasne, już wcześniej - na moście, chciał go pocałować, ale nawet nie ośmielił się o tym marzyć i wierzyć, że będzie mógł to zrobić.
    – To dobrze. Bardzo dobrze – mruknął, przechylając głowę odrobinę na bok. – Bo ja też wierzę w przeznaczenie – ich wargi niemal otarły się o siebie. – I w miłość od pierwszego wejrzenia również. A do tego jestem beznadziejnym romantykiem.
    Nie dał Adamowi czasu na jakąkolwiek odpowiedź, bo w końcu przycisnął swoje usta do jego ust. Czując jego wargi na swoich, nie był w stanie dłużej utrzymywać otwartych oczu. To nie był jego pierwszy pocałunek, całował się już kiedyś, ale nigdy nie czuł się tak, jak teraz. W jednej sekundzie, gdy ich wargi otarły się o siebie, zapomniał wszystko, co wiedział o pocałunkach. Jedną dłoń wplątał w jego włosy, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej. Niepewnie, jakby bojąc się, że Adam w każdej chwili może się odsunąć, zachęcił go do rozchylenia warg. A potem odpłynął. W tamtej chwili liczyli się tylko oni dwaj, a wszystko inne zniknęło. Nie było żadnej strasznej przeszłości, smutnych wspomnień, koszmarów, akademika i innych ludzi.
    Nix nie miał pojęcia, jak długo się całowali, ale oderwał się od niego, gdy zaczęło mu brakować tchu. Miał wrażenie, że minęły godziny, choć tak naprawdę nie minęło pewnie nawet kilka minut. Nie zamierzał jednak się odsuwać, czy pozwolić Adamowi się odsunąć. Zamrugał, muskając wargami jego policzek. Pocałował najpierw jedną, a następnie drugą bliznę. Podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy, całując go znów. Wiedział, że mogliby całować się tak przez resztę nocy, i cholera, naprawdę tego chciał, ale chyba nie powinni. Przygryzł lekko jego dolną wargę, nim się odsunął. Przesunął się odrobinę na łóżku, by było im nieco wygodniej. Co prawda łóżka w dormitoriach, nawet tych pojedynczych, nie były zbyt duże, ale oni jakoś się mieścili. I było całkiem wygodnie.
    Uśmiechnął się lekko, składając pocałunek na jego czole. Dawno nie czuł się tak szczęśliwy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Adam w każdej chwili może uciec, ale Phoenix naprawdę nie zamierzał mu na to pozwolić. Jeśli trzeba będzie, to będzie działał powoli, tak jak powinien od początku. Długo zajęło mu uspokojenie rozszalałego serca. Dopiero teraz zrozumiał, co niektórzy ludzie widzieli w pocałunkach. On, prawdę mówiąc, wcześniej nie widział w nich nic szczególnego. Czując wargi Adama na swoich, czuł się tak, jakby całe jego ciało trawił ogień - ogień, który był przyjemny, nie groził i nie kojarzył się ze śmiercią, i spalał go od środka.
    – Mogę tu zostać? No wiesz, na resztę nocy – wymamrotał, obejmując go ściśle ramionami. Najchętniej zostałby tak do końca świata. – Nie chcę wracać do siebie.

    love, love, love

    OdpowiedzUsuń
  60. Zazwyczaj nie lubiła pokazywać innym swoich szkiców. Możliwość zobaczenia jej prac miał jedynie Scott, czasami też Roan, no i osoby chodzące na koło plastycznie. Nie lubiła się dzielić z obcymi swoimi rysunkami, ale coraz częściej tłumaczyła sobie w głowie, że skoro chce być ilustratorką bajek dla dzieci, tak czy inaczej świat kiedyś zobaczy szkice. Postanowiła więc, że nie będzie już tak strzegła swoich bazgrołów i od czasu do czasu je komuś pokaże. Poza tym, Adam nie był wcale taką obcą osobą. Zdążyli się już całkiem dobrze poznać i Nicky naprawdę chłopaka polubiła. No i w zasadzie chłopak poniekąd był jej modelem, więc zasłużył na zobaczenie chociaż tego jednego szkicu.
    — Jasne. — Pokiwała po chwili namysłu głową i podeszła do ławki, na której zostawiła szkicownik. Chwyciła go i otworzyła na odpowiedniej stronie, gdzie naszkicowała postać tańczącą na lodzie. Nie było widać jego twarzy, ale proporcje ciała były podobne do tych, które miał Adam. — Nie jest jeszcze skończony w stu procentach, ale niewiele mi zostało. Jeśli będziesz chciał, możesz go dostać, gdy już go dokończę — powiedziała z lekkim uśmiechem, podając Lawlietowi swój notes. Miała nadzieję, że mu się spodoba i nie będzie zły, że w zasadzie rysowała jego. Nie wszyscy bowiem lubili być rysowani i byli niezadowoleni, gdy zauważyli, że Nicky się im przygląda. Dlatego właśnie wolała posiłkować się różnymi fotografiami znalezionymi w internecie czy gazetach, ewentualnie polegać na własnej wyobraźni. W zasadzie i tak najwięcej rysowała z głowy, gdyż miała naprawdę bujną wyobraźnię i nieskończenie wiele pomysłów, nad którymi czasami potrafiła siedzieć do nocy. Zdarzało się nawet, że zamiast słuchać nauczyciela na lekcjach, zawzięcie bazgrała coś w swoim szkicowniku, a później musiała latać po koleżankach i kolegach i prosić o notatki z lekcji.

    Nicky

    OdpowiedzUsuń
  61. Adam pewnie nawet się nie domyślał, jak wiele przyjemności Phoenix czerpał z ich pocałunków. Chciał więcej i więcej. Scott wiedział, że nigdy nie będzie miał dość i ciągle będzie mu mało. Najbardziej chciał jednego - by Lawliet był tylko i wyłącznie jego. Chciał móc nazywać go swoim chociaż we własnych myślach, jeśli nie mógłby tego robić na głos.
    Bolało go to, że Adam nie chciał na niego spojrzeć, że wciąż starał się unikać jego spojrzenia. Jednak w pewnym sensie, rozumiał go. Może znali się dopiero od kilkunastu, jak nie wciąż kilku, godzin, ale Nix zdążył w pewnym stopniu go poznać. Poczuł coś na kształt ulgi, gdy ich spojrzenia w końcu się ze sobą skrzyżowały. Mógłby wpatrywać się w te piękne, srebrzyste oczy bez końca, tak samo jak całować te wargi, których smak wciąż czuł na swoich.
    Wstrzymał oddech, mając wrażenie, że się przesłyszał. Najchętniej poprosiłby Adama o powtórzenie, ale wiedział, że nie powinien. Tak samo jak nie powinien składać obietnic, których może nie dać rady dotrzymać. Obaj wciąż jeszcze byli dzieciakami - dzieciakami, które doświadczyły już zbyt dużo złego. Phoenix chciał móc zostać na zawsze i zrobi wszystko, by mu się to udało.
    – To totalne szaleństwo, ale... zostanę – wyszeptał po kilku minutach milczenia. Nie było innej opcji, musiał zostać. Na zawsze. A przynajmniej do czasu, gdy znudzi się Lawlietowi. Bo choć miał w sobie całkiem sporo pewności siebie, to jednak obawiał się, że w końcu mu się znudzi. Był nijaki, a do tego nie miał nic szczególnego do zaoferowania. Kto chciałby kogoś takiego jak on, aż do końca życia? – Oczywiście, że zostanę – jego głos załamał się nieco, przy ostatnim słowie, ale miał nadzieję, że Adam tego nie usłyszał. Jego własne wątpliwości zaczęły dawać o sobie znać. Nie był właściwą osobą dla niego. Chłopak zasłużył na kogoś znacznie lepszego.
    – Adam... – znów odsunął go od siebie, by wytrzeć jego mokre policzki. Nie potrafił patrzeć na jego łzy. Jego serce łamało się niemal za każdym razem, od tego momentu na moście, gdy widział mokre policzki chłopaka. – Nie płacz, proszę cię – uśmiechnął się lekko. Pragnął, by Adam również się uśmiechnął. – Aż tak źle całuję? – spytał z rozbawieniem. – Jeśli nie chcesz, to już nigdy więcej cię nie pocałuję – zażartował. – Zrobię wszystko, żebyś tylko już więcej nie płakał – powiedział, niemal błagalnym tonem. Nie należał do tych ludzi, którzy uważali łzy za oznakę słabości. Sam często płakał, nawet częściej niż odważyłby się przyznać na głos, ale to było coś innego. Łzy Adama naprawdę go raniły. – No, już. Uśmiechnij się, piękny. Dla mnie? – trącił nosem jego policzek, nim po raz drugi złożył pocałunek na jego czole. Tak, zdecydowanie mógłby się do tego przyzwyczaić. Do tulenia i całowania Adama. Do nazywania go swoim..
    Cholera
    To nie było tylko zauroczenie. Naprawdę się zakochał. Zakochał się po raz pierwszy w życiu. Zakochał się w chłopaku, którego poznał poprzedniego dnia. Owszem, wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, tak samo jak w przeznaczenie, ale chyba zbyt ciężko było mu uwierzyć w to, że go to spotkało. Właśnie jego.
    – Jesteś najlepszym prezentem urodzinowym, jaki kiedykolwiek dostałem, wiesz? – mruknął, czując jak kąciki jego ust unoszą się w szerokim, radosnym uśmiechu.

    zakochany feniks

    OdpowiedzUsuń
  62. Miał nadzieję, że Adam płakał ze szczęścia. Całkiem sporo rzeczy na to wskazywało, ale Phoenix nie mógł mieć stuprocentowej pewności, prawda? Nawet jeżeli to rzeczywiście były łzy szczęścia, to Scott zdecydowanie bardziej wolałby widzieć uśmiech na tej pięknej twarzy, albo słyszeć śmiech. Śmiech, którego chyba jeszcze nie miał szansy usłyszeć, a przynajmniej tak mu się wydawało. Był środek nocy, więc to cud, że jeszcze nie zasnął, nie plótł bzdur i można z nim było normalnie rozmawiać.
    – Spokojnie, maluchu. Wcale sobie z ciebie nie żartuję – powiedział, próbując zachować powagę. Niestety mu się to nie udało, bo już po kilku sekundach parsknął śmiechem, w duchu niemal rozpływając się przez to, jak bardzo uroczy Adam był.
    On też się cieszył. Tak bardzo cieszył się, że te kilka godzin temu postanowił wyjść z pokoju, a potem dostrzegł Lysandra. Gdyby wtedy nie zwrócił uwagi na kociaka, równie dobrze mógłby nigdy nie mieć okazji poznać Adama. Poczuł ulgę, gdy chłopak w końcu się uśmiechnął. Przymknął powieki, czując dotyk na policzku. To było coś nowego, coś czego nigdy nie doświadczył. Otworzył najpierw jedno, a następnie drugie oko.
    – Spójrz na mnie – mruknął. – Ja też nie wiem, czym sobie na ciebie zasłużyłem. Nie mam pojęcia. Ale wiesz co? Jeżeli obaj będziemy się tym zadręczać, zastanawiać się, czy aby na pewno na siebie zasłużyliśmy, to utkniemy, zamiast zrobić krok na przód – oparł swoje czoło o jego. – Nigdy nie... nigdy się tak nie czułem. To wszystko jest nowe i tak cholernie ekscytujące. Nie psujmy tego, okej?
    Phoenix nie mógł pozwolić, by jego własne wątpliwości doszły do głosu. Wiedział, że to nie skończyłoby się dobrze. Zapewne próbowałby wmówić zarówno Adamowi, jak i samemu sobie, że nie jest dla niego odpowiedni, że szesnastolatek zasłużył na kogoś znacznie lepszego, a nie na tak złamanego człowieka.
    – Rozgryziemy to, Adam. W końcu dowiemy się, czy to przeznaczenie, czy coś zupełnie innego, postawiło ciebie - albo raczej twojego cudownego kota - na mojej drodze – zerknął ponad jego ramieniem na Lysandra, który wyglądał na całkiem zadowolonego. A przynajmniej tak się Nixowi wydawało, bo przecież ekspertem od spraw zwierząt nie był. Po chwili jednak jego spojrzenie powróciło do twarzy Lawlieta.– Moja mama zawsze powtarzała, że życie jest teraz. Nie za rok, czy dwa, albo pięćdziesiąt. Teraz – jego głos zadrżał, ale Phoenix w ogóle się tym nie przejął. Jak na razie, niemal każde wspomnienie rodziców i siostry sprawiało, że jego głos drżał, tak samo jak dłonie, lub w oczach zbierały się niechciane łzy. Może kiedyś nauczy się mówić o nich z radością, pamiętając głównie te radosne chwile. Tak, może kiedyś mu się to uda. Chyba był nawet na dobrej drodze, by to osiągnąć. – Dobrze wiesz, jak bardzo kruche jest życie. Cieszmy się tym, co jest teraz.
    Pocałował go w kącik ust, uśmiechając się znów. Już jakiś czas temu pobił swój rekord w ilości uśmiechów. Aż dziw, że policzki jeszcze nie zaczęły go boleć od szczerzenia się. Przesunął usta niżej i musnął wargami jego brodę. Jedną dłoń ponownie wplątał we włosy Adama, a drugą umieścił na jego karku, nim przycisnął usta do jego ust w kolejnym pocałunku. Phoenix nie chciał porównywać tych pocałunków do żadnych innych, bo w momencie, gdy po raz pierwszy poczuł wargi Adama na swoich, zapomniał o tych wszystkich poprzednich. Czuł się tak, jakby całował się z kimś po raz pierwszy, i to było dobre.

    wiem, mogło być lepiej

    mit liebe, feniks

    OdpowiedzUsuń
  63. Miał wrażenie, że minęły godziny, nim w końcu się od siebie oderwali. Złożył jeszcze jeden pocałunek na policzku Adama, nim przymknął powieki. Nie miał pojęcia dlaczego, ale nagle ogarnęło go straszne zmęczenie. Jeszcze kilka minut temu był pewien, że tej nocy nawet gdyby próbował, to nie dałby rady zasnąć, bo przecież tak dużo się wydarzyło. Cóż, najwyraźniej się mylił. Czuł spokój, mając szesnastolatka przy sobie. Czuł się tak, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce, jakby wrócił do domu. Do Chicago wrócił na początku stycznia, ale wcale nie czuł się tak, jakby wrócił do domu. Poczuł się tak dopiero teraz, za sprawą tego niepozornie wyglądającego, wrażliwego i skrzywdzonego przez los chłopaka. Musiał się ogarnąć, bo jeszcze chwila i sam się rozpłacze. Byłyby to pierwsze łzy szczęścia od bardzo, bardzo dawna.
    Było mu ciepło, może nawet za ciepło. Najchętniej pozbyłby się swoich dresów, ale było mu trochę głupio to zrobić. Z drugiej strony, gdyby to zrobił, to zapewne zaraz zrobiłoby mu się zimno, więc i tak musiałby je znów włożyć. Oto problemy, z którymi Phoenix Scott męczył się na co dzień. Zawsze było mu albo za zimno (na przykład tak, jak na moście), albo za ciepło.
    – Przepraszam, ale chyba zaraz zasnę – wymamrotał sennym głosem. – Nie złość się – ziewnął, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej. – Okej?
    Nawet jeżeli Adam miały coś przeciwko, to i tak było już za późno, bo po kilku minutach Phoenix zasnął. Zasnął z myślą, że udało mu się odnaleźć osobę, która może być jego domem, jedynym jakiego potrzebował.
    Nie śniło mu się nic. Przespał spokojnie te kilka godzin. Obudził go dopiero hałas dochodzący zza drzwi. Trzaskanie drzwiami, rozmowy, śmiech... Niechętnie otworzył oczy i zamarł. Nie był w swoim pokoju, ani tym bardziej we własnym łóżku. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, gdzie tak właściwie się znajduje i kto leży obok, albo raczej - kto leży na nim. Adam. Jego Adam. Adam, do którego przyszedł o drugiej w nocy. Adam, z którym się całował... Adam, w którym się zakochał. W pierwszej chwili miał wrażenie, że to wszystko, co wydarzyło się w nocy, tylko mu się przyśniło. Ale nie. Wcale nie wyobraził sobie, ani nie wyśnił tego, co wydarzyło się w nocy.
    Coś mu się jednak nie zgadzało. Stawiał na to, że była dopiero szósta, ewentualnie siódma. Było jednak za głośno. Marszcząc brwi, sięgnął po telefon śpiącego chłopaka, uważając, by go przypadkiem nie obudzić. Jęknął głośno, gdy zobaczył godzinę. Nie, nie, to nie mogła być prawda. Odłożył telefon z powrotem na szafkę nocną i dotknął twarzy Lawlieta, by go obudzić. Nie chciał tego robić, ale nie miał innego wyjścia. Pogłaskał go po policzku, w międzyczasie przesuwając drugą rękę na jego ramię, by lekko nim potrząsnąć. Przeszło mu przez myśl, że może Adam miał na później, stąd brak budzika, ale Phoenix i tak wolał go obudzić, by się co do tego upewnić. A już na pewno nie zamierzał uciekać z pokoju chłopaka bez uprzedzenia.
    – Cholera, Adam, zaraz ósma – powiedział, nieco spanikowanym głosem, gdy przypomniał sobie, że na pierwszej lekcji miał zaliczyć jakiś zaległy test z historii. – Musimy wstać.

    przepraszam

    OdpowiedzUsuń
  64. Nieco się uspokoił, gdy napotkał spojrzenie tych pięknych, srebrzystych oczu. Tak, Lawliet miał najpiękniejsze oczy, jakie Nix kiedykolwiek widział. Gdyby nie to, że groziło mu spóźnienie i zawalenie testu z historii, to stwierdziłby, że mógłby się tak budzić każdego dnia. Naprawdę żałował, że wybierając się w nocy do pokoju nr 109, nie zabrał ze sobą telefonu. Jego budzik nigdy nie zawodził, a tak dla pewności miał ustawionych kilka budzików, by przypadkiem nie zaspać.
    Nie spodziewał się jednak takiej reakcji na swój widok. Przez kilka sekund wpatrywał się w Adama, który chwilę temu wylądował na podłodze, szeroko otwartymi oczami. W końcu jakby wybudził się z transu, zamrugał i szybko wstał z łóżka.
    – Wszystko okej? – spytał, pomagając mu się podnieść. – Nic sobie nie zrobiłeś? – uniósł brew, przesuwając spojrzeniem od czubka jego głowy, aż do stóp, by upewnić się, że z jego chłopcem wszystko w porządku. Jego chłopcem... – A tak w ogóle, to... cześć – objął dłońmi jego policzki, by Adam przypadkiem nie spróbował uciec, i pochylił się, by cmoknąć go szybko w usta. – Mam nadzieję, że nie gadałem przez sen. Czasami mi się to zdarza – skrzywił się. – Mniejsza. Wiesz, że zaspaliśmy? Jest... pewnie już jest ósma. Cholera, mam test z historii! Muszę iść, przepraszam – ruszył w kierunku drzwi, ale w ostatniej chwili odwrócił się i wrócił do Adama. – Spotkamy się później, dobrze? Wiem, to nie powinno tak wyglądać, ale ja naprawdę muszę iść. Nie myśl sobie, że uciekam. Obiecałem, że zostanę, pamiętasz? – objął go szybko, nim ruszył z powrotem do drzwi, gdzieś w międzyczasie jeszcze składając pocałunek na jego czole. – Do później! – krzyknął przez ramię, nim przekręcił klucz w zamku i pospiesznie opuścił pokój. Poszedł do siebie, ubrał się w ekspresowym tempie i pobiegł na historię, niemal zapominając o zamknięciu drzwi na klucz (oczywiście wrócił się, by sprawdzić, czy aby na pewno to zrobił).
    Spóźnił się, ale nauczyciel okazał się na tyle wyrozumiały, że przymknął na to oko. Następne lekcje minęły spokojnie, a Phoenix miał czas na rozmyślanie o Adamie, którego nie potrafił wyrzucić ze swojej głowy (nie żeby próbował). Wciąż nie otrząsnął się z szoku wywołanego przez to, że w ogóle zasnął i spokojnie przespał te kilka godzin. Mógłby się do tego przyzwyczaić - dopiero dziś uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił za nocami bez koszmarów.
    Zamierzał znaleźć go podczas przerwy na lunch [obiad, cokolwiek, nie wiem co, przepraszam XD] i już zamierzał do niego zadzwonić, gdy dostrzegł go przy szafkach. Jego serce zabiło szybciej na widok szesnastolatka. Przygryzł dolną wargę, przypominając sobie to, co wydarzyło się w nocy. Oddałby wiele, by móc znów poczuć jego usta na swoich. Oczywiście nie tu, nie na środku korytarza pełnego innych uczniów.
    Ruszył w jego kierunku, mając nadzieję, że Adam nie postanowi od niego uciec. Wcisnął ręce do kieszeni swoich ciemnych jeansów, gdy zaczęły lekko drżeć. Raju, naprawdę zaczął się stresować, choć pewnie nie powinien. A może jednak powinien? Sam już nie wiedział. To wszystko wciąż było dla niego nowe, bardziej zrozumiałe, niż poprzedniego wieczora, ale wciąż nowe i niezwykle ekscytujące.
    – Hej – powiedział, opierając się ramieniem o sąsiednią szafkę. – Masz jakieś plany na... teraz? Moglibyśmy coś razem zjeść. Co ty na to? – uśmiechnął się.

    hallo

    OdpowiedzUsuń
  65. Odchylił się odrobinę do tyłu, gdy Lawliet zatrzasnął szafkę. Przygryzł wnętrze policzka, by się przypadkiem nie roześmiać. Rozbawienie zniknęła niemal natychmiast, gdy opuścił wzrok na jego przygryzioną wargę. Zamrużył oczy, uważnie mu się przyglądając. Czegoś mu brakowało i dopiero po chwili dotarło do niego, czego - pięknych, srebrzystych oczu. To wciąż był Adam, z soczewkami, kryjącymi jego piękne oczy, oraz makijażem, pod którym ukrył piegi i blizny.
    – Chyba dobrze, tak myślę. Mogło być lepiej, ale nie będę narzekać – powiedział z rozbawieniem. – O, naprawdę? – oderwał wzrok od twarzy Adama, by zerknąć na pudełko w jego dłoniach. – To dla mnie? Nie musiałeś... przecież wiesz – uśmiechnął się. – Najlepszy prezent już dostałem – wyszeptał, pochylając się nieznacznie w jego stronę. Wziął od niego pudełko i poczuł dreszcz, gdy ich palce się o siebie otarły. – Mam to teraz otworzyć? – spytał, odsuwając się odrobinę, by przypadkiem jeszcze bardziej nie zawstydzić chłopaka.
    Phoenix zdecydowanie musiał zacząć się ładnie zachowywać, jeżeli nie chciał, by jego chłopiec od niego uciekł. Powoli, jakby bojąc się, że może coś popsuć, otworzył pudełko i jęknął, gdy zobaczył, co znajduje się w środku. Jakby na zawołanie, jego brzuch zaburczał, co wywołało na jego policzkach rumieńce wstydu.
    – Dziękuję – podniósł wzrok, znad niezwykle pysznie wyglądających babeczek, i spojrzał na Adama. – Nie musiałeś, ale dziękuję – uśmiechnął się jeszcze szerzej. Miał teraz jeszcze większą ochotę go pocałować, choć przecież dobrze wiedział, że nie może. Obiecał sobie, że zrobi to później, gdy będą sami.– Zmieniam zdanie; ty i te babeczki, to najlepszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostałem – zaśmiał się, ostrożnie zamykając pudełko. – Idziemy do stołówki? – nie spodziewał się odmowy, więc zaraz ruszył w kierunku stołówki, przy okazji prawie się gubiąc. Szkoła nie była jakaś specjalnie ogromna, ale odkąd wrócił, nie potrafił się w niej odnaleźć. Już nie raz pytał innych uczniów, jak dotrzeć do niektórych sal lekcyjnych.
    Scott poczuł się nieswojo, gdy przekroczył próg wielkiego pomieszczenia. Nigdy nie przepadał za przesiadywaniem w stołówce, nawet podczas przerwy na lunch. Przeskanował wzrokiem pomieszczenie pełne uczniów, szukając dwóch wolnych miejsc. W końcu znalazł stolik, przy którym siedziały tylko dwie osoby, zajęte wpatrywaniem się w swoje telefony. Reszta stolików była już pozajmowana.
    – Tam chyba będzie w porządku, co myślisz? – spytał, wskazując Adamowi brodą stolik. Po chwili zastanowienia ruszył w jego stronę i zajął miejsce po drugiej stronie stolika. – Jedna dla mnie, druga dla ciebie – powiedział, wyciągając jedną babeczkę z pudełka, które następnie przesunął w stronę chłopaka. – Raju, kocham truskawki i czekoladę. Kocham babeczki. Jesteś najlepszy, wiesz? – niemal wymsknęło mu się, kocham ciebie. Nie sądził jednak, by to był odpowiedni moment na takie wyznania. A już na pewno nie było to odpowiednie miejsce. A do tego było za wcześnie, stanowczo za wcześnie. Wiedział, że Adam go nie wyśmieje, ale nie chciał, by przez jego wyznanie, chłopak zaczął czuć jakąś presję. Jak na razie, Phoenix może mu to pokazać, na słowa jeszcze przyjdzie czas. Mógł się założyć, że jego twarz stała się jeszcze czerwieńsza, niż była przed chwilą. – A jak twoje lekcje? Byłeś na pierwszej, czy sobie odpuściłeś? – spytał, po zjedzeniu niemal połowy przepysznej babeczki.

    :x

    OdpowiedzUsuń
  66. Nie liczyło się to, kiedy dostał prezent, najważniejsze było to, od kogo go dostał. Adam wcale nie musiał kupować mu tych babeczek, tak samo jak nie musiał pamiętać tego, że Phoenix uwielbia truskawki i czekoladę. Ale pamiętał i sprawił dzięki temu Scottowi dużo radości. Cieszyłby się, nawet gdyby dostał od niego zwykłą kartkę z napisem 'Wszystkiego najlepszego', ale te słodkości przenosiły jego radość i wdzięczność na znacznie wyższy poziom.
    Nie potrafił napatrzeć się na uśmiechniętego Adama. Miał nadzieję, że chłopak zacznie uśmiechać się częściej (Nix już się o to postara, a przynajmniej spróbuje). Z drugiej jednak strony, chciał by ten uśmiech był zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niego. Bolała go myśl, że jego chłopiec mógłby się tak pięknie uśmiechać do kogoś innego.
    – Gdybym dostał tylko jedną, to ty dostałbyś połowę – powiedział, tym razem nawet nie próbując ukryć rozbawienia. – Nie mógłbym się z tobą nie podzielić czymś, co ma w sobie zarówno czekoladę, jak i truskawki. To przecież najlepsze połączenie na świecie.
    Zaśmiał się w odpowiedzi na jego słowa. Nie lubił ekonomii, jak dla niego, był to jeden z najgorszych przedmiotów. Zapewne, gdyby jego pierwszą lekcją również była ekonomia, to nie opuściłby pokoju Adama taż szybko, tylko zostały na dłużej. Chociażby po to, by się należycie z nim przywitać, a potem pożegnać.
    Phoenix właśnie zaczął zastanawiać się, czy zjeść już truskawkę, czy może zostawić ją sobie na koniec, gdy nagle coś go tknęło i podniósł wzrok. Znów poczuł ten dreszcz, który przeszedł całe jego ciało, gdy jakiś czas temu, ich palce się ze sobą zetknęły. Pochylił się do przodu, zupełnie zapominając o tym, że nie są sami w pokoju szesnastolatka, a znajdują się w stołówce pełnej innych uczniów. Kciukiem starł krem z jego policzka, by następnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Adamem, zlizać krem ze swojego palca.
    Jasna cholera, Phoenix. Co to wyrabiasz?
    W tym momencie chyba przestało obchodzić go to, że ktoś może im się przyglądać. Tak, powinien być ostrożniejszy, głównie ze względu na Adama - bo o siebie się nie martwił, był pewien swojej orientacji, o czym większość, głównie starszych, uczniów wiedziała. Poza tym, tu nawet nie chodziło o uczniów, Phoenix był gejem i nie wstydził się tego, a jeżeli komuś to przeszkadzało, był to problem tego kogoś, a nie jego. Nie wiedział jednak, jaki stosunek do tego wszystkiego może mieć Lawliet, więc zdecydowanie nie powinien tak szaleć. Przynajmniej na razie.
    – Ubrudziłeś się – odparł zwyczajnie, jakby ani trochę go to nie ruszyło. Bo to nie tak, że w jego ciele zapłonął ten przyjemny ogień, który czuł w nocy i był nieporównywalny do niczego innego. Nie, na pewno nie tak. Na pewno.
    Spuścił wzrok na swoją babeczkę, zagryzając mocno dolną wargę, by powstrzymać uśmiech cisnący mu się na usta. Zjadł truskawkę (za bardzo go kusiła, dokładnie tak jak Adam, by był w stanie dłużej jej się opierać), nim spojrzał na szesnastolatka niewinnie, spod rzęs.
    – Nigdy nie jadłem pyszniejszych babeczek – powiedział, a zaraz dodał: – A właśnie, musisz powiedzieć mi, kiedy ty masz urodziny, żebym ich przypadkiem nie przegapił – wziął kolejnego gryza babeczki, albo raczej tego, co z niej zostało.

    what the world needs now is love sweet love

    OdpowiedzUsuń
  67. Scott nie miałby nic przeciwko podzieleniu się swoją babeczką z Lawlietem, ale nie mógł ukryć tego, że cieszył się, że chłopak jednak kupił dwie. Skłamałby, próbując to ukryć. Jeżeli chodziło o truskawki i czekoladę, to Phoenix często stawał się niezwykle zaborczy.
    Adam wcale nie wyglądał głupio. Wyglądał absolutnie uroczo i Scott prawie mu o tym powiedział. Prawie. W ostatniej chwili zdążył ugryźć się w język. Wątpił, by szesnastolatkowi spodobały się takie wyznania, zwłaszcza w miejscu publicznym, gdzie ktoś mógłby to usłyszeć.
    Phoenix nie mógł nie zauważyć rumieńców, które zachwycały go niemal tak samo jak piękny uśmiech, na policzkach Adama. Naprawdę żałował, że znajdowali się w zatłoczonej stołówce, a nie sami w pokoju któregoś z nich. A właśnie, Nix przypomniał sobie, że jeżeli chce zaprosić Lawlieta do siebie, to będzie musiał ogarnąć swój pokój. A już na pewno powinien się rozpakować, bo choć początkowo nie był pewien, czy aby na pewno zostanie w Skyline, to teraz już wiedział, że zostanie na pewno.
    – Okej. Grudzień, będę pamiętać – powiedział. Nie przeszło mu nawet przez myśl, że do grudnia mogą już nie być razem. Właśnie, razem. Czy oni już byli razem? Chyba nie. Phoenix sam już nie wiedział. Czy te nocne pocałunki, a wcześniej wyznania na moście, dzisiejsze babeczki oznaczają to, że są parą? Cholera, nie. Dawno nie czuł się tak zdezorientowany, jak właśnie w tej chwili. Chciał być z Adamem. Chciał móc nazywać Adama swoim chłopakiem. Problem polegał na tym, że nie chciał się ukrywać. Ponad rok temu wyszedł z szafy (co prawda przypadkiem, ale co z tego?) i obiecał sobie, że nie będzie się ukrywać nigdy więcej.
    – Ale to dobrze, że jesteś z grudnia, wiesz? Mam dużo czasu, żeby znaleźć dla ciebie jakiś odpowiedni prezent – zaśmiał się. Nix nigdy nie lubił kupować prezentów (gdy był młodszy, to starał się prezenty robić sam, ale chyba już z tego wyrósł). Zawsze za bardzo przejmował się, czy to, co wybrał, jest odpowiednie dla danej osoby.
    Zjadł babeczkę, prawie żałując, że dłużej się nią nie delektował (pomijając to, jak idiotycznie to brzmi nawet w jego własnych myślach). Oblizał wargi, zupełnie bezwiednie nawiązując przy tym kontakt wzrokowy z Adamem. I dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co robi. Nie chciał go prowokować... a może jednak chciał? Tylko dlaczego, do cholery, musiał to zrobić w otoczeniu innych ludzi? Sam sobie nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
    – Dziś wieczorem będę miał dużo nauki. Jutro będę musiał zaliczyć kolejny zaległy test – mruknął, wycierając usta. Zajrzał do plecaka, który niemal zawsze ze sobą nosił, i wyciągnął z niego małą butelkę coli. Napił się, a potem przesunął napój w stronę Adama. Cóż, śliną już i tak zdążyli się wymienić, prawda? – Moje zaproszenie do kina w piątek jest wciąż aktualne. Na pewno grają coś ciekawego – ściszył odrobinę głos, tak dla pewności. Nie chciał wprowadzić Adama w jeszcze większe zakłopotanie, gdyby jakaś osoba jednak usłyszała jego słowa. – Chyba, że wolisz obejrzeć coś u mnie, na laptopie. Możemy zrobić popcorn, kupić czekoladę, może zamówić pizzę. A nawet dwie, jedną pepperoni, a drugą z oliwkami – poruszył zabawnie brwiami, parskając śmiechem.

    feniks też

    OdpowiedzUsuń
  68. Nie, ani trochę mu to nie przeszkadzało. Phoenix też wolał bardziej kameralne przestrzenie. A na kino jeszcze z pewnością przyjdzie czas. Kino brzmiało jak randka, a wieczór filmowy w pokoju, z popcornem, pizzą i kotem, brzmiał trochę luźniej.
    Uniósł brew, czując jego poczynania pod stołem. Miał ochotę parsknąć śmiechem, gdy poczuł jego nagie stopy na kolanach. Wolał nie pytać, gdzie podziały się buty Adama. Skoro wygodnie mu było bez nich, to okej, Nix nie miał nic przeciwko temu. On sam wciąż nie wyobrażał sobie chodzenia bez obuwia (prawda była taka, że on nawet po piasku nie lubił chodzić bez obuwia), albo bez chociażby skarpetek, dlatego w pewnym sensie nawet go podziwiał. Miał wielką ochotę sprawdzić, czy Adam przypadkiem nie ma łaskotek, ale postanowił odłożyć to na później. Może na piątek?
    Przez kilka sekund wpatrywał się w niego bez słowa, obracając w dłoniach pudełko po babeczkach. Uśmiech ani na chwilę nie zniknął z jego warg, co nieco zaczęło go irytować. Bo ile można się uśmiechać? Zdecydowanie odzwyczaił się od tak długiego szczerzenia się. Ostatnio jego wszystkie uśmiechy były sztuczne; szczerze potrafił uśmiechnąć się jedynie do wujka, ale teraz go tutaj nie było, Phoenix był sam. Cóż, do teraz. Teraz miał Adama, a przynajmniej tak mu się wydawało. Adama i Lysandra - polubił tego kociaka i miał wielką nadzieję, że ta sympatia z czasem zostanie odwzajemniona.
    – Czy ty mnie w ogóle słuchałeś, czy może się wyłączyłeś? – spytał, pochylając się do przodu. Oparł łokcie na stoliku, a podbródek na dłoniach. – To chyba znak, że za dużo gadam – roześmiał się. – Jeśli ci to przeszkadza, to wystarczy, że powiesz żebym się zamknął – dodał, wciąż się śmiejąc. – Zadziała na pewno. Już to przerabiałem – mrugnął do niego. – A wracając do piątku, to w takim razie najlepiej będzie, jeżeli wpadniesz do mnie wieczorem. Oczywiście z Lysandrem. Chyba, że będziesz wolał zostawić go w pokoju. Nie za bardzo znam się na kocich przekąskach, więc lepiej weź coś dla niego, jeśli nie chcesz, żebym go otruł.
    Wyciągnął telefon z kieszeni, by sprawdzić godzinę. Do końca przerwy pozostało prawie piętnaście minut, więc nie tak tragicznie.
    – Jaką masz następną lekcję?

    a rozmowy są jeszcze fajniejsze!

    OdpowiedzUsuń
  69. Chciał zapytać, dlaczego Adam zabrał stopy, które przecież Scottowi nie przeszkadzały. Ani tym bardziej nie miał nic przeciwko siedzeniu w taki sposób. Nie spodobał mu się wyraz twarzy chłopaka. Zaraz zaczął zastanawiać się, co powiedział, lub zrobił, źle.
    – Ej, przestań. Nie masz za co przepraszać, serio – powiedział szybko, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę czuł się tak, jakby obcował z niezwykle płochliwym stworzeniem. – Rozumiem, że się zamyśliłeś – odchrząknął i przygryzł dolną wargę, gdy Adam się zarumienił, a potem ukrył twarz w dłoniach. Phoenix mógł się tylko domyślać, o czym szesnastolatek myślał, ale nie chciał ciągnąć tego tematu, by przypadkiem jeszcze bardziej go nie zawstydzić.
    Spuścił wzrok na swoje dłonie. Przez kilka sekund zaciskał i rozluźniał dłoń. Przecież obiecał sobie, że ogarnie się i przestanie tak wszystko planować, ale jego natura najwyraźniej okazała się być silniejsza. Planowanie i gadanie. W końcu podniósł wzrok i spojrzał niepewnie na Adama. Uświadomił sobie, jak bardzo się różnili, a jednak coś ich do siebie przyciągało. Coś niezrozumiałego, ale niezwykle silnego. Szybko wyrzucił te myśli z głowy i w pełni skupił się na Adamie.
    – Przepraszam, zapomniałem o tym – wymamrotał, czując, że robi mu się trochę głupio. Trochę bardzo głupio. Faktycznie o tym zapomniał. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin tak wiele się wydarzyło, iż chyba miał prawo zapomnieć o jednej rzeczy, prawda? – Muszę posprzątać. A jeżeli Lysander zdemoluje mi pokój, to trudno – wzruszył ramionami.
    Teraz zaczął zastanawiać się, czy może nie przełożyć tego rozpakowywania. Równie dobrze mógłby to zrobić za tydzień. Ewentualnie miesiąc. Już zdążył zapomnieć, co trzyma w walizkach, oprócz ubrań. Na pewno jakieś słodycze, może pieniądze... Tak czy siak, kiedyś będzie musiał się rozpakować. A posprzątać też będzie musiał. Może to nie będzie randka, może to będzie tylko zwykle, przyjacielskie spotkanie, ale to wciąż będzie coś. Kto wie, co może się wydarzyć? I nie, Phoenix nie miał wcale żadnych brudnych myśli. Może i nie potrafił przestać myśleć o Adamie, jego miękkich ustach i przyjemnie ciepłym ciele... ale Adam wciąż był od niego młodszy o te kilka lat.
    – Ups, nie fajnie – skrzywił się. – Nie zdążysz teraz go zrobić? Masz jakieś piętnaście minut – odblokował ekran swojego telefonu. – No dobra, trochę mniej, niż piętnaście, ale może zdążysz? Jeśli chcesz mieć spokój, to daj znać, a sobie pójdę – uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

    sorry za to :<

    OdpowiedzUsuń
  70. Phoenix bał się. Naprawdę się bał, że w jakiś sposób skrzywdzi Adama. Wiedział już, że powinien postępować z nim ostrożnie, a przede wszystkim uważać na to, co mówi i robi. Skrzywdzenie tego niewinnego chłopca było ostatnim, czego chciał. Nigdy by sobie tego nie wybaczył. Scott może i nie był tak delikatny i niewinny, ale jego również bardzo łatwo było zranić. Zranić i zniszczyć. Nie mógłby tego dokonać nikt obcy, a jedynie ktoś bliski, kogo kocha i obdarza zaufaniem.
    Spojrzał na niego, nawet nie próbując ukryć zaskoczenia, spowodowanego stanowczym tonem głosu Adama. Przyglądał mu się uważnie, przez chwilę nie mogąc uwierzyć w to, że szesnastolatek splótł razem ich palce w stołówce pełnej innych uczniów. To było niezwykle odważne posunięcie, ale Nix nie miał nic przeciwko. A wręcz przeciwnie, podobało mu się to. Przyjemne ciepło rozlało się w całym jego ciele, dokładnie tak, jak poprzedniego dnia, gdy ich palce po raz pierwszy się splotły. Trzymanie Lawlieta za rękę wydawało się być tak właściwe, jak jego całowanie. Wciąż nie obchodziło go to, co może pomyśleć o nich ktoś obcy. Dla niego liczył się tylko chłopak siedzący naprzeciw.
    Nie chciał nigdzie iść, ale może rzeczywiście przeszkadzał swoim gadulstwem Adamowi? Phoenix nie lubił przeszkadzać ludziom. Zawsze czuł się niezręcznie i głupio. Dopiero teraz dotarło do niego, jak wielką władzę zaczyna zdobywać nad nim Adam. Wystarczyło jedno słowo chłopaka, a Nix zrobiłby to, czego tamten pragnie. Gdyby powiedział "idź już", wyszedłby. To wciąż nieco go przerażało, ale chyba powoli zaczął się do tego przyzwyczajać. Tak samo jak do bycia zakochanym. Bo zdecydowanie i bezsprzecznie, był zakochany.
    Poczuł się pewniej i tym razem to on zdecydował się rozprostować swoje nogi, robiąc to pomiędzy nogami Adama, i już je tam zostawiając.
    – Tak? – uśmiechnął się. – Cokolwiek powiesz – ścisnął jego palce. – Podoba mi się to, wiesz? – mruknął, wskazując podbródkiem na ich splecione dłonie. – Bardzo mi się podoba – gdyby to tylko było możliwe, to jego uśmiech stałby się jeszcze większy. – Ale co z twoją biologią? Nie wolisz teraz zrobić zadania? Ja mogę tu grzecznie, cicho posiedzieć i na ciebie popatrzeć, a ty zrobisz to, co musisz zrobić – zaproponował z rozbawieniem. – Poczekam, a potem odprowadzę cię na biologię. Nie planuję, po prostu zamierzam to zrobić – zaśmiał się. – Wiesz, Adam, myślę, że będziesz musiał przyzwyczaić się do tego, że lubię wszystko planować. Tak, jak ja będę musiał przyzwyczaić się do tego, że ty nie jesteś fanem planowania.

    <3

    OdpowiedzUsuń
  71. Uniósł brew, gdy Adam parsknął śmiechem.
    – Paplam bez sensu? – wydął dolną wargę. – Moje paplanie zawsze ma sens! No dobra, przeważnie – mruknął, próbując udać obrażonego, ale nie bardzo mu to wyszło.
    Phoenix naprawdę nie potrafił nie mówić. Jasne, lubił ciszę i nie miał nic przeciwko milczeniu (tak, potrafił milczeć!), ale jeszcze bardziej lubił mówić i zadawać mnóstwo pytań. Taki właśnie był i chyba już się nie zmieni. Od małego był niezwykle rozgadanym człowiekiem, co nie raz i nie dwa doprowadzało ludzi w jego towarzystwie do szału. On co prawda nie pamiętał zbyt wiele ze swojego dzieciństwa, ale zarówno jego rodzice, jak i reszta rodziny opowiadała mu, że nawet jak na małe, ciekawskie dziecko, mówił i zadawał zdecydowanie zbyt dużo pytań. Ale co miał poradzić na to, że chciał wiedzieć wszystko? Taki typ.
    Jasne, wierzył w to, że Adam poradzi sobie z biologią i bez zadania, więc nie zamierzał dłużej ciągnąć tego tematu. I tak miał wrażenie, że znów zrobił z siebie idiotę. Hmm, może jednak powinien pójść na jakąś terapię, by nauczyć się mniej gadać?
    Scott powoli zaczął przyzwyczajać się do tego, że nie potrafi oderwać wzroku od szesnastolatka. To było nieco frustrujące, ale nic nie mógł na to poradzić.
    – Tak jak do mojego gadania? – spytał, marszcząc brwi. – Ja naprawdę próbuję mniej mówić. Są ludzie, z którymi w ogóle nie lubię rozmawiać. Wujek twierdzi, że teraz muszę nadrobić ten ostatni rok, gdy prawie w ogóle się nie odzywałem – zamilkł na chwilę, odwracając wzrok. Nie, nie, to nie był dobry moment na to. – Lubię rozmawiać z tobą, bo wiem, że mnie słuchasz – znów na niego spojrzał, mrużąc oczy. – A przynajmniej wtedy, gdy mówię coś ważnego – parsknął śmiechem. Pochylił się odrobinę do przodu, wolną dłonią dotykając policzka Adama, by następnie pstryknąć go w nos. – Ech, będziesz miał ze mną ciężko. Mam nadzieję, że wiesz na co się piszesz – powiedział ze śmiechem.
    Co prawda pozostało jeszcze trochę czasu do końca przerwy, ale Scott nie miał już ochoty siedzieć w stołówce. Jeszcze raz ścisnął dłoń Adama, nim niechętnie wyplątał palce z uścisku. Zrobił to tylko po to, by móc spakować colę i pudełko po babeczkach do plecaka.
    – No chodź, mały. Odprowadzę cię pod salę – zmierzwił mu włosy, podnosząc się i zarzucając plecak na ramię.
    Gdy Adam również się podniósł, Phoenix chwycił jego dłoń i zaczął ciągnąc go w stronę wyjścia. Nawet jeżeli ktoś zauważył dwóch chłopaków trzymających się za ręce, to trudno. Ich palce znów splotły się ze sobą, gdy kierowali się w stronę sali biologicznej. Phoenix oczywiście coś pomylił, więc ostatecznie to szesnastolatek musiał zaprowadzić ich pod salę.
    – Wiesz, że niektórzy mogą zacząć myśleć, że jesteśmy parą, prawda? – zerknął na ich złączone dłonie, nim podniósł wzrok i nawiązał kontakt wzrokowy z Adamem.

    sama słodycz

    OdpowiedzUsuń
  72. Scott jedynie parsknął śmiechem. Adam może i nie był niski, ale jako, że jednak pozostawał niższy od niego, to dla Nixa był mały. Był jego małym Adamem, czego już nie zamierzał mówić na głos. Tak samo jak nie zamierzał przyznać się do tego, że we własnych myślach nazywał szesnastolatka swoim chłopcem.
    Zabranie dłoni, nieco zdezorientowało Phoenixa. Znów powiedział coś nie tak; dlaczego wcześniej porządnie nie ugryzł się w język?
    – Słucham? – spojrzał na niego w lekkim szoku. Jak Adam mógł w ogóle tak pomyśleć? Przecież Phoenix sam złapał jego dłoń, nie przejmując się tym, co ludzie mogą sobie o tym pomyśleć. – Nie wstydzę się swojej orientacji – powiedział w końcu. – Nie wstydzę się tego, że szedłem z chłopakiem za rękę, jeżeli o to ci chodzi. Dla mnie najważniejsze jest to, co ty myślisz o nas, a nie inni – zniżył odrobinę głos, bo mimo wszystko, nie chciał, by ktoś słyszał tę rozmowę. Mógł się nie wstydzić, mogło być mu wszystko jedno, co o tym pomyślą uczniowie, ale taką rozmowę zdecydowanie powinni odbyć bez postronnego towarzystwa.
    Na korytarzu zaczęło się robić coraz tłoczniej, co oznaczało, że nie mają zbyt wiele czasu do dzwonka. Phoenix nie chciał tak tego zostawiać. Chciał, by uśmiech, nawet ten najbledszy, powrócił na twarz Adama. Zrobił krok w przód, pozostawiając tym samym pomiędzy nimi zaledwie kilkucentymetrową odległość.
    – Adam... nie doszukuj się w moich słowach czegoś, czego może tam nie być. Zależy mi na tobie, przecież wiesz – wyszeptał. – To wszystko... to między nami... dzieje się bardzo szybko. Weźmy to na spokojnie, powoli. Przecież mamy czas – uśmiechnął się jednym kącikiem ust, czując jak jego serce zaczyna szybciej bić.
    Raz się żyje, Scott
    Objął dłońmi jego twarz i pochylił się, by przycisnąć usta do jego ust. Pocałował go dokładnie tak, jak zrobił to kilka razy poprzedniej nocy. Pocałował go, w stu procentach ignorując innych uczniów. Oderwali się od siebie, gdy zadzwonił dzwonek, kończący przerwę.
    – Pamiętaj; obiecałem ci, że zostanę – wymamrotał, muskając ustami jego podbródek w miejscu, gdzie pod makijażem znajdowała się blizna. Odsunął się od niego z żalem, ale za to z lekkim uśmiechem. – Do później, mały. Uważaj na siebie – nie chciał jeszcze odchodzić, ale wiedział, że musi. Po raz ostatni musnął opuszkami placów jego policzek, nim odwrócił się i ruszył w stronę sali, w której miał następną lekcję. Obiecał sobie, że po zajęciach trochę się pouczy, a potem odwiedzi Adama. Cóż, były rzeczy ważne i ważniejsze, prawda?
    Gdy dotarł do sali i zajął miejsce, wyciągnął komórkę z kieszeni i napisał Adamowi smsa; Uśmiechnij się i lepiej nie myśl za dużo

    no już, już

    OdpowiedzUsuń
  73. Czuł się tak, jakby kamień spadł mu z serca, gdy Adam się nie odsunął, a zrobił coś wręcz przeciwnego. Scott był pewien, że nigdy nie znudzi mu się całowanie tych niezwykle miękkich ust. Mógłby to robić bez końca. Ten pocałunek mógłby trwać i trwać, ale niestety musiał się skończyć. Phoenix chciał by ten pocałunek był obietnicą i zapewnieniem, że jego wcześniejsze, wypowiedziane w nocy, słowa były prawdziwe. Nie chciał się z nim rozstawać. Najchętniej porwałby go ze szkoły i uciekł gdzieś, gdzie byliby tylko we dwoje. No, może we troje, oni dwaj i Lysander.
    Początkowo nie potrafił skupić się na lekcji, bo w jego głowie panował chaos, pośrodku którego znajdował się Adam. W końcu jednak udało mu się ogarnąć i zepchnąć myśli o szesnastolatku na bok (i tylko na czas lekcji). Niezwykle ciężko mu było nie myśleć o chłopaku, ale to było koniecznie, jeżeli nie chciał wylecieć ze szkoły. Na ostatniej lekcji niemal zasypiał na siedząco. Normalnie po powrocie do pokoju uciąłby sobie krótką drzemkę, a potem zapewne zabrałby się za naukę, ale nie dziś. Wypił kawę i niemal od razu zabrał się za lekcje.
    Było kilka minut po szóstej, gdy w końcu wyszedł z pokoju. Od razu skierował się w stronę pokoju Adama. Zapukał, nie wahając się nawet przez moment. Po kilku minutach zapukał znów.
    – Adam? – zapukał po raz kolejny, wyciągając telefon.
    Gdzie jesteś?
    Stał tak jeszcze przez jakiś czas, zastanawiając się, gdzie może być teraz szesnastolatek. Cóż, najwyraźniej Phoenix błędnie założył, że chłopak będzie u siebie.
    Adam, martwię się. Odpisz chociaż, że wszystko jest okej
    Wrócił do siebie, by przebrać się w coś cieplejszego, bo nie zamierzał łazić po dworze w trampkach i zwykłej koszulce. Włożył zimowe buty, które odnalazł w jednej z toreb, a na górę oprócz grubej bluzy, narzucił kurtkę. Musiał go znaleźć, choć nawet nie wiedział, od czego zacząć. Po wyjściu z pokoju, ponownie podszedł pod drzwi pokoju 109 i zapukał, ale wciąż nie było żadnego odzewu. Wyszedł z dormitorium, po drodze pisząc do Adama kolejną wiadomość.
    Dziś było znacznie zimniej, niż poprzedniego dnia, ale nie narzekał, bo tym razem ubrał się znacznie cieplej. Chwilę łaził po dworze, aż w końcu zupełnym przypadkiem dotarł pod lodowisko. Raju, dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Wszedł do środka i pierwszym, co go przywitało, była niemal absolutna cisza. Widok kota kręcącego się koło szatni ani trochę go nie zdziwił. Podszedł do niego i kucnął, by móc go pogłaskać. Musiał przyznać, nawet przed samym sobą, że widok zwierzaka nico go uspokoił. Przynajmniej wiedział już, gdzie jest jego chłopiec.
    – Cześć, Lysander – mruknął z rozbawieniem. – Już się bałem, że gdzieś mi uciekliście – podniósł się i ruszył dalej.
    Widok Adama, śmigającego na lodzie, wywołał uśmiech na jego twarzy. Rozpiął kurtkę, ściągnął czapkę i oparł się o barierkę, uważnie go obserwując i czekając, aż w końcu zostanie zauważony. Nie żeby mu się spieszyło, o nie. Widok Adama na lodowisku był wręcz... magiczny i Phoenix nie potrafił oderwać od niego swojego spojrzenia. Spokojnie mógłby się tak w niego wpatrywać kilka godzin, jak nie dłużej.

    koniec z płaczem! <3

    OdpowiedzUsuń
  74. Nie potrafił oderwać od niego swojego spojrzenia. Co jakiś czas czuł Lysandra plączącego się pomiędzy nogami, ale jego uwaga była skupiona tylko na Adamie. Wszystko inne przestało istnieć. Był trochę rozdarty; z jednej strony pragnął do niego dołączyć (tak, byłoby o wiele łatwiej, gdyby potrafił jeździć na lodzie), a z drugiej nie chciał tego przerywać i psuć swoją osobą. Phoenix chyba nigdy nie widział nikogo piękniejszego. I właśnie wtedy, obserwując Adama, uświadomił sobie, że gdyby nie zakochał się w nim poprzedniego dnia, zakochały się w nim właśnie teraz.
    Spomiędzy jego warg wydostało się sapnięcie, gdy Adam uderzył głucho o lód. Mógłby przysiąc, że nawet jego serce przestało bić na kilka sekund, do czasu, aż usłyszał przekleństwo chłopaka. Cóż, najważniejsze, że nie uderzył głową o lód, prawda? Chyba, chyba... Phoenix nie miał pojęcia, co by zrobił, gdyby szesnastolatek zrobił sobie krzywdę na jego oczach. Stracił już ludzi, których kochał ponad wszystko, bo nie potrafił ich uratować. Nie mógł stracić także Adama. Był pewien, że nie będzie potrafił żyć bez rodziców i siostry, z poczuciem winy, które zapewne nigdy nie zniknie. A jednak udało się. Powoli, minuta po minucie. Bez Adama, jego małego i delikatnego Adama, to już nie byłoby możliwe. Ten chłopak, w zastraszająco szybkim czasie, stał się dla Scotta najważniejszą osobą na świecie. Nieprawdopodobne, a jednak.
    Potem już nie myślał, niemal wybiegł na lód, poślizgnął się (bo jakżeby inaczej) i podjechał do Adama szorując kolanami o lód. W tym momencie nie myślał o własnym bólu promieniującym z kolan na całe jego ciało (bolało jak cholera, ale dało się wytrzymać). Przeżył już znacznie gorszy ból. Teraz musiał upewnić się, że jego chłopcu nie stało się nic poważnego. Ten upadek nie wyglądał ładnie - wyglądał wręcz przerażająco.
    Najpierw, bardzo ostrożnie dotknął jego ramienia, a potem przesunął dłoń na jego włosy, pochylając się w jego stronę.
    – Cholera, nie strasz mnie tak – wymamrotał, dotykając jego twarzy. – Zrobiłeś sobie coś poważnego? – spytał, przesuwając wzrokiem wzdłuż jego całego ciała. – Nie bardzo wiem... Adam, musisz mi powiedzieć, jak mogę ci pomóc. Powinienem zabrać cię do szpitala? Co cię boli? – podziwiał samego siebie za to, że udało mu się ukryć panikę w swoim głosie. Wiedział jednak, że panika była już blisko. Nie mógł jednak pozwolić jej nad sobą zapanować. Gdyby tak się stało, nikt nie byłby w stanie do niego dotrzeć, potrzebowałby swoich leków, by się uspokoić i wrócić do normalności. Ale Adam o tym nie wiedział. Jeszcze nie. Kiedyś, najprawdopodobniej w najbliższym czasie, Scott będzie musiał mu o tym powiedzieć.

    Feniks, który prawie dostał zawału, prawie

    OdpowiedzUsuń
  75. Miał ochotę się roześmiać, zapewne trochę historycznie i żałośnie, ale zawsze.
    – Szukałem cię – powiedział, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Cóż, jak na razie takie wyjaśnienie musiało chłopakowi wystarczyć. Scott spokojnie później będzie mógł mu wyjaśnić, że był u niego, napisał do niego kilka esemesów, aż w końcu postanowił go poszukać. I bardzo dobrze, że to zrobił. Nawet nie chciał myśleć o tym, że Adam byłby teraz sam na lodowisku.
    Phoenix poczuł się pewniej, gdy emocje trochę upadły. A słowa chłopaka też trochę mu w tym pomogły. Wiedział, że nic nie było okej, że Adam naprawdę mógł zrobić sobie coś poważnego, ale Scott miał nadzieję, że skończy się na kilku, niezbyt ładnych i bolących, siniakach.
    – Cieszę się, że nie umierasz – mruknął. Skrzywił się, gdy dostrzegł siniaki na ramionach chłopaka. Ani trochę mu się to nie spodobało. Jakim cudem nie zauważył ich w nocy? – Musimy cię stąd zabrać. – Ostrożnie chwycił jego dłoń i odsunął od koszulki. – Potem to obejrzymy.
    Powoli zaczął się podnosić, niemal ciągnąc Adama za sobą. Jego nogi były jak z galarety, gdy w końcu udało mu się stanąć prosto. Miał wrażenie, że wystarczy sekunda, by znów wylądowali na lodzie, i to tylko z jego winy, bo nie potrafi utrzymać się w pionie. Może gdyby potrafił jeździć na łyżwach... ale nie potrafił.
    Nie miał pojęcia, jak udało im się opuścić lód (bez zrobienia sobie jeszcze większej krzywdy), ale jakoś tego dokonali. Posadził Adama na ławce, a sam kucnął tuż przed nim, by ściągnąć jego łyżwy.
    – Może powinienem zadzwonić na pogotowie, co? – wymamrotał, spoglądając na niego niepewnie. Sięgnął dłońmi do jego twarzy, by zetrzeć łzy z policzków. – Gdybym miał samochód, to mógłbym cię zawieść do szpitala, ale... cholera, ja nawet prawka nie mam. Nie przepadam za jazdą samochodem – odłożył jego łyżwy na bok, rozglądając się. – Nie masz butów, prawda?
    Położył dłonie na jego kolanach, by następnie przesunąć je w górę, aż dotarł do koszulki, którą podwinął. Przygryzł dolną wargę, wzdychając.
    – Nie wygląda to zbyt dobrze. Musimy się jakoś dostać do akademika. Dasz radę iść? – spytał, podnosząc się i rozglądając, tym razem w poszukiwaniu Lysandra, który na szczęście trzymał się blisko. – Okej, wezmę twoje rzeczy, a potem ty oprzesz na mnie cały swój ciężar i... jakoś damy radę, prawda? – uśmiechnął się lekko.

    potem wszystko wycałujemy

    znaczy, Feniks wycałuje

    OdpowiedzUsuń
  76. Phoenix starał się, by jak najdelikatniej zdjąć łyżwy Adama. Naprawdę nie chciał sprawić mu dodatkowego bólu, ale najwyraźniej było to nieuniknione. Zmarszczył brwi, oglądając jego stopę, która wyglądała... źle, bardzo źle. Miał wielką ochotę wyrzucić mu to, że chociaż podczas noszenia łyżw, Adam powinien zakładać skarpetki, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Nie był jednak pewien, czy ma do tego prawo. Bo niby kim był dla szesnastolatka?
    Przez kilka niezwykle długich sekund wpatrywał się w odbicie Adama, usilnie próbując coś wymyślić. Cokolwiek, aby tylko móc bezpiecznie dostarczyć chłopaka do akademika. Niestety wszystko łączyło się z zadaniem bólu, czego Phoenix nie chciał.
    Skupiał się tylko na jego stłuczeniach, nie dopuszczając do głosu innych myśli. Innych, bardzo nieodpowiednich w tym momencie myśli. Jego głupi umysł podsuwał mu pewne obrazy, których nie potrafił pozbyć się ze swojej głowy. Szesnastolatek był zdecydowanie za chudy, ale i tak był piękny. Nie przystojny, a piękny. W końcu odwrócił wzrok, bo to nie mogło skończyć się dobrze.
    – Nie, Adam. Myślę, że nie dasz – powiedział na wydechu, chowając łyżwy chłopaka. – To może i jest tylko stłuczenie, ale chyba nie chcemy, żeby stało ci się coś gorszego, prawda? – uśmiechnął się krzywo, opatulając go bluzą, a łyżwy biorąc pod pachę. – Będzie bolało, wiem, ale to jedyne wyjście – wymamrotał, rozglądając się, by sprawdzić, czy wszystko zabrał. – To jedyny sposób, żebyśmy w miarę szybko dotarli do akademika – dodał, podchodząc do niego, w myślach modląc się o to, by jego plan się powiódł. Ostrożnie objął Adama, a po chwili przerzucił go sobie przez ramię. Zatoczył się, ale już po sekundzie odzyskał równowagę. Chłopak był zdecydowanie za lekki, ale akurat w tym przypadku to Scottowi pomogło.
    Żeby się tylko nie przewrócić...
    Zerknął na kota, którego bardzo chętnie wziąłby na ręce, ale niestety nie było już więcej miejsca. Może następnym razem.
    – Chodź, Lysiek – mruknął, wychodząc z szatni. – A ty nawet nie próbuj się wyrwać, bo jak przez ciebie wylądujemy na ziemi, to nie będzie nikogo, by nas pozbierał – powiedział, gdy opuścili już halę.
    Na szczęście do dormitorium nie było zbyt daleko, więc Nix liczył na to, że uda im się tam bezpiecznie dotrzeć. Każdy krok stawiał uważnie, co jakiś czas spoglądając na Lysandra, który dzielnie za nim podążał. Najgorsze do pokonania okazały się schody w akademiku. Spokojnie mógłby je nazwać istnym piekłem.
    Miał wrażenie, że minęły godziny, nim w końcu zatrzymał się przed drzwiami do swojego pokoju. Odnalazł klucze, otworzył drzwi, wpuścił kota pierwszego, a potem sam wszedł do środka, zatrzaskując drzwi nogą.
    – Dziś zostajecie tutaj – powiedział, tak w ramach wyjaśnienia, ostrożnie odstawiając chłopaka na łóżko. – Dasz radę się położyć? Muszę cię obejrzeć.


    feniks, który chyba chce pobawić się w doktora

    OdpowiedzUsuń
  77. Czuł się pewniej, mając Adama bezpiecznego w swoim pokoju i łóżku. Teraz już nic złego nie mogło mu się stać.
    Wzrok Phoenixa przez kilka sekund wędrował po nagiej klatce piersiowej Adama. Starał się, naprawdę się starał, myśleć tylko o stłuczeniach. Pomijając już to, że chłopak był cały posiniaczony, to do tego miał dopiero szesnaście lat. Szesnaście lat, cholera... Myślał też o bliznach, których sam miał całkiem sporo. Tylko, że jego blizny w większości były zupełnie inne niz te Adama.
    Otrząsnął się, odwracając wzrok. Pospiesznie pozbył się kurtki, bluzy i zimowych butów, przy okazji upewniając się, czy z Lysandrem wszystko w porządku. W końcu jego spojrzenie znów spoczęło na szesnastolatku.
    – Cicho. Teraz już wiem, co mam robić – powiedział z rozbawieniem. Owszem, lód może by i się przydał, ale nie wystarczy. – Załatwię lód, i zaraz wracam – dodał, pochylając się nad nim, by musnąć wargami jego czoło.
    Wcisnął stopy w trampki. Wyszedł z pokoju, ale wrócił po zaledwie kilku minutach z woreczkiem lodu. Tym razem zamknął drzwi na klucz, a następnie zwinął lód w jakąś starą koszulkę i podszedł do łóżka.
    – Wiesz o tym, że będziesz musiał zdjąć spodnie? – spytał, bardzo powoli i ostrożnie przykładając lód do boku chłopaka. – Słaba ze mnie pielęgniarka, ale może cię nie zabiję – uśmiechnął się. – To strasznie rozległe stłuczenie. Pod warunkiem, że to w ogóle jest stłuczenie. Jak dla mnie, to powinniśmy pojechać do szpitala... – westchnął. – Trzymaj lód, ja zajmę się twoimi spodniami – musiał przygryźć wnętrze policzka, by przypadkiem nie uśmiechnąć się szerzej.
    Spojrzał Adamowi w oczy, jakby próbując upewnić się, czy aby na pewno może to zrobić. Rozpiął jego spodnie, by następnie delikatnie je ściągnąć. Mógł je zostawić, oczywiście, że mógł, ale cóż, nie zrobił tego. Podobał mu się widok chłopaka w jego łóżku. Prawie całkowicie nagiego chłopaka...
    Niemal wszystkie jego myśli pełne podtekstów zniknęły, gdy tylko jego wzrok padł na biodro chłopaka. Pochylił się do przodu, mrużąc oczy.
    – Cholera, Adam, twoje biodro naprawdę nie wygląda zbyt dobrze. Mam taką maść na stłuczenia, może ci pomoże... – mruknął, odwracając się i sięgając po jedną ze swoich walizek, z której zaraz zaczął wszystko wyciągać, by znaleźć ową maść. – Serio mi się to nie podoba – wymamrotał, wracając do niego. Usiadł na brzegu łóżka, obracając w dłoniach maść właśnie na takie obrzęki. – Dobra, posmarujemy to, może przynajmniej będzie mniej boleć.
    Posmarował obrzęk na jego boku, starając się robić to najdelikatniej jak tylko potrafił. Przygryzł dolną wargę, przenosząc dłoń na udo chłopaka, na którym również zaczął się robić sporej wielkości siniak.
    Tak naprawdę, to Scott był na siebie zły. Powinien od razu zabrać Adama do szpitala, bo czuł, że bez tego się nie obędzie.
    – Umówmy się tak, jeżeli zacznie cię boleć jeszcze mocniej i zacznie wyglądać jeszcze gorzej, to pojedziemy do szpitala – powiedział, smarując żelem kolejny siniak. – Ech, w takich chwilach naprawdę żałuję, że pocałunki nie działają tak na serio – zaśmiał się.

    beznadziejny pan doktor

    OdpowiedzUsuń
  78. Tak, Phoenix naprawdę miał nadzieję, że Adamowi nic nie będzie. A przynajmniej nic poważnego. Już nawet nie chodziło o to, że sam by sobie tego nie wybaczył, on po prostu nie chciał, by Adam cierpiał. Wystarczająco dużo się już w życiu wycierpiał.
    Znieruchomiał, prostując się. Przez chwilę analizował w głowie zarówno swoje, jak i Adama słowa.
    – Tak myślisz? – uniósł brew, – Zostało ci jeszcze kilka siniaków, których nie zdążyłem posmarować żelem, więc... Przekonajmy się – powiedział, odstawiając maść na szafkę. Przesunął się odrobinę, w międzyczasie wycierając ręce chusteczką. – Jeśli nie pomogą, to trudno, nie? Co cię nie zabije, to wzmocni – uśmiechnął się, lustrując wzrokiem jego ciało. Najbliżej znajdował się ten brzydki siniak na udzie, który niedługo stanie się jeszcze brzydszy i bardziej widoczny. Phoenix zamierzał posmarować go maścią, ale nie zdążył.
    Śmiejąc się, pochylił się i musnął wargami bladą skórę na udzie Adama, kilka milimetrów od obrzęku. Oparł jedną dłoń na materacu, by było mi wygodniej, i odrobinę przesunął usta, by dotknąć nimi obitej skóry.
    – Boli? – wymamrotał, składając kolejny, delikatny pocałunek.
    Nie, nie, wcale to na niego nie działało. Ani trochę to na niego nie działało. Raju, był dorosłym facetem, jak mogło to na niego nie działać? Nagle zrobiło mu się ciepło, stanowczo za ciepło, a jego policzki przy okazji zabarwiły się na czerwono. Możliwe, że wybrał złe, bardzo złe, miejsce na rozpoczęcie pocałunkowej kuracji, ale teraz już było za późno na zmianę.
    Nagle kątem oka dostrzegł stopę chłopaka i niemal od razu przypomniał sobie, że przecież nie była w zbyt dobrym stanie. Jego oczy otworzyły się szeroko.
    – Cholera, zapomniałem o niej. Dlaczego mi nie przypomniałeś? – szybko sięgnął po koszulkę, którą wciąż owinięty był lód i ostrożnie przyłożył to do spuchniętej stopy.
    Kilka kolejnych minut zajęło mu przemycie otarć i zrobienie opatrunku. Potem posmarował żelem udo, które jeszcze chwilę temu całował. Phoenix jednak był zdania, że maść pomoże szybciej i lepiej niż pocałunki, które spokojnie mogli odłożyć na kiedy indziej. Najchętniej wysmarowałby Adama całego tą maścią, tak dla pewności, ale nie chciał wyjść przy nim na jeszcze większego świra niż dotychczas.
    Znów usiadł na brzegu łóżka i pochylił się, by szybko cmoknąć Adama w usta. Kąciki jego ust uniosły się w szerokim uśmiechu.
    – Powinienem załatwić jakieś jedzenia dla twojego kociaka? – spytał, po upewnieniu się, że posmarował każdy widoczny siniak na ciele szesnastolatka. – O, a może ty jesteś głodny, co? Możemy zamówić pizzę, co ty na to?

    trochę szalony

    pan doktor

    OdpowiedzUsuń
  79. Podniósł wzrok, czekając na odpowiedź. Czekał, czekał i czekał... Przełknął głośno ślinę, naprawdę żałując, że nie potrafi czytać w myślach. Taka umiejętność z pewnością by mu się teraz przydała.
    Phoenix powoli zaczął się stresować. Był już pewien w stu procentach, że powiedział za dużo. Stanowczo za dużo. A może w ogóle nie powinien się odzywać? Prawdopodobnie. Odwrócił wzrok jedynie na moment, ale Adam go wykorzystał. Scott, gdyby tylko dostrzegł w odpowiednim momencie, co ten chłopak wyrabia, na pewno spróbowałby go powstrzymać. Ale teraz było już za późno. Oczywiście nie mógł powiedzieć, że nie podobała mu się pozycja, w jakiej się znaleźli. Położył dłonie na udach szesnastolatka.
    – Ale... – urwał, bo Adam uniemożliwił mu dokończenie tego zdania pocałunkiem. Przez kilka sekund Phoenix siedział jak sparaliżowany, nie bardzo wiedząc, co tak właściwie się dzieje. W końcu jednak otrząsnął się z tego stanu zawieszenia i odwzajemnił pocałunek. Jedną dłoń ułożył na jego zdrowym boku, a drugą umieścił na jego karku, próbując przyciągnąć go do siebie jeszcze bliżej, choć znajdowali się już maksymalnie blisko siebie.
    Czuł się tak, jak w nocy, a zarazem zupełnie inaczej. Jakby coś się zmieniło. Jakby od ich ostatniego pocałunku minęło dobrych kilka miesięcy, a nie godzin. Bo tego krótkiego całusa sprzed chwili Scott nie liczył. Pocałunek znów rozpalił w nim ten przyjemny ogień. Pocałunek, który zamienił się w następny i kolejny...
    Phoenix oderwał się od Adama dopiero, gdy zaczęło mu brakować powietrza. Nie zamierzał się odsuwać, o nie. Nawet mu to przez myśl nie przeszło.
    – Nie chcę cię skrzywdzić – wyszeptał, całując go tuż za uchem. Zaraz przeniósł wargi na bladą szyję chłopaka i złożył na niej kilka mokrych pocałunków. Po chwili namysłu zassał jego skórę i stworzył piękną, czerwoną malinkę, w bardzo widocznym miejscu. Wiedział, że Adam będzie mógł ją zakryć makijażem, ale Nix miał nadzieję, że tego nie zrobi. Chciał żeby inni ludzie ją zobaczyli i dowiedzieli się, że Lawliet już jest czyjś. Bo był Phoenixa, czy o tym wiedział, czy nie. To było głupie myślenie, z czego dwudziestolatek zdawał sobie sprawę, ale nic nie mógł na to poradzić.
    – Tęsknię za twoimi srebrzystymi oczami – wymamrotał, powoli kierując się z pocałunkami w górę, aż dotarł do jednej z blizn.
    A potem pocałował go znów, zaciskając palce na jego boku, i nie dając mu czasu na jakąkolwiek odpowiedź. Poczuł kolejny przyjemny dreszcz, który przeszył całe jego ciało i wiedział już, że będzie musiał się pilnować, by zatrzymać się w odpowiednim momencie. Pragnął Adama. Pragnął go tak, jak nigdy nikogo. Wciąż buzujące w nim hormony też grały w tym dużą rolę, ale główną grały uczucia, które żywił do tego niewinnego chłopca. Phoenix niestety (albo stety, należał do niezwykle sentymentalnych osób, więc nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby nie zatrzymał się w odpowiednim momencie.

    popsułam, popsułam, popsułam!

    OdpowiedzUsuń
  80. Scott mógł już przyznać, że uwielbiał czuć pod palcami nagą skórę Adama. Nawet wbrew sobie, zaczął żałować, że sam na na sobie ubranie, więc nie może cieszyć się z bliskości ich ciał w stu procentach. Perspektywa zdjęcia koszulki jednak za bardzo go przerażała. Wiedział, że ze ściągnięciem jeansów nie miałby takich problemów, jak z pozbyciem się koszulki.
    Nie potrafił zapanować nad kolejnym uśmiechem, wyginającym jego wargi, gdy usłyszał, a przede wszystkim poczuł, ten cichy jęk. Chciał usłyszeć więcej, znacznie więcej i zamierzał postarać się o to, by dostać więcej takich jęków.
    Phoenix zamarł, gdy poczuł dłoń Adama na plecach, a dokładniej na łopatce. Zaledwie kilka milimetrów w bok i chłopak mógłby wyczuć jego bardzo brzydkie blizny, których tak bardzo się wstydził i tak bardzo nienawidził. Próbował sobie przetłumaczyć, że to przecież Adam. Jego Adam. Osoba, która wie, co się wydarzyło. Osoba, która ma swoje blizny.
    – Nie... – zdołał wymamrotać, po przerwaniu kolejnego już pocałunku.
    Nie potrafił skupić się na pocałunkach, czując jego rękę na plecach. To wszystko siedziało w nim stanowczo zbyt głęboko, by zniknęło ot tak. Miał spieprzoną psychikę i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
    Zacisnął powieki, opierając czoło o ramię szesnastolatka i oddychając głęboko. Jeszcze chwila i jak nic zacznie hiper-wentylować. To wszystko działo się bardzo szybko, a Nix chyba jeszcze nie był do tego tak do końca gotowy. Mógłby zrobić z Adamem wszystko, mając jednak nadzieję, że chłopak ani nie zobaczy, ani tym bardziej nie wyczuje jego blizn na plecach.
    – Przepraszam – przycisnął wargi do jego obojczyka, ledwie tłumiąc w sobie wielkie pragnienie wtulenia się w mniejszego od siebie chłopaka.
    W końcu nabrał odwagi, by spojrzeć mu w oczy. Zaraz jego wzrok opadł na czerwone i opuchnięte przez pocałunki wargi, a jego dziwny oraz irracjonalny strach zaczął powoli znikać. Zerknął w bok, przesuwając się odrobinę, by następnie pchnąć Adama na materac. Wciąż nie chciał go skrzywdzić, ale siniaki szesnastolatka w tym momencie przeszył na drugi plan. Usadowił się pomiędzy jego nogami i zawisł nad nim. Przesunął dłonią wzdłuż jego piersi, aż do bokserek. Uśmiechnął się jednym kącikiem ust, wsuwając palec pod gumkę. Zaczął składać mokre pocałunki najpierw na jego podbrzuszu, następnie klatce piersiowej, kierując się w stronę warg, mamrocząc przy tym 'przepraszam' i zostawiając za sobą całkiem sporo jasnoczerwonych malinek.
    – Jestem trochę popieprzony – mruknął, gdy ich usta dzieliło zaledwie parę milimetrów. – Trochę bardzo. Ale nie złość się – cmoknął go szybko, ale po sekundzie znów przycisnął swoje usta do jego, a zaraz pogłębił pocałunek, rozchylając językiem jego wargi, w tym samym momencie napierając na niego biodrami. Nie wstydził się tego, że chłopak może doskonale wyczuć dowód jego podniecenia - już i tak zapewne to wyczuł, gdy siedział na kolanach Phoenixa.

    ups, ups, ups

    OdpowiedzUsuń
  81. Adam nie popełnił żadnego błędu - wina stała po stronie Nixa, który, choć zdążył tak bardzo otworzyć się przed szesnastolatkiem, to chyba wciąż nie potrafił pokazać mu blizn szpecących jego plecy. Bo wyglądały znacznie gorzej od tej na szyi, choć jej nienawidził równie mocno. Ona, za każdym razem, gdy tylko patrzył w lustro, przypominała mu o pożarze. Domyślał się, że one nie miałyby dla jego chłopca większego znaczenia, że jego chłopiec akceptował go takim, jakim był (czyt. straszną gadułą i trochę paranoikiem).
    Phoenix zdawał sobie sprawę z tego, że ten wieczór mógł zakończyć się na kilka sposobów. To on był tym, który musiał nad wszystkim panować i choć bardzo chciał odpuścić, to wiedział, że nie może. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale cholernie mocno podobało mu się to, że ma nad Adamem taką władzę. Jeszcze bardziej podobała mu się myśl, że tylko on może doprowadzić Adama do takiego stanu. A to był dopiero początek.
    Przerwał pocałunek i wtulił twarz w jego szyję, próbując uspokoić oddech i zebrać myśli. Miał wrażenie, że obaj potrzebowali kilku sekund na ochłonięcie. Tylko kilku, bo więcej by nie wytrzymał. Wszystko w nim rwało się do Adama. A jego ciało wciąż płonęło, coraz bardziej intensywnym, przyjemnym ogniem, który na szczęście nie miał nic wspólnego z ogniem, który zabrał mu najbliższą rodzinę.
    Chciał się rozebrać, naprawdę chciał. Było mu stanowczo za gorąco, a do tego chciał poczuć nagą skórę chłopaka tuż przy swojej. Lęk, głęboko zakorzeniony w nim, nie pozwolił mu na to. Właśnie dlatego musiał w pełni skupić się na szesnastolatku, a nie na sobie.
    Nie spieprz tego, Scott.
    Odsunął się od niego, klękając pomiędzy jego nogami. Przygryzł mocno dolną wargę, przesuwając spojrzeniem wzdłuż ciała chłopaka. A w ślad za spojrzeniem ruszyły jego dłonie, które z niemal nadzwyczajną delikatnością znów zaczęły badać jasną skórę, omijając jednak siniaki, by przypadkiem nie sprawić Adamowi dodatkowego bólu. Phoenix nawet w takiej chwili nie potrafił oderwać od niego wzroku i spokojnie mógłby wpatrywać się w niego przez kilka kolejnych godzin. Cholera, Lawliet naprawdę był piękny, nawet cały poobijany. Scott nie sądził, by spotkał w życiu kogoś piękniejszego.
    Jego dłonie zatrzymały się tuż przy bokserkach, natomiast jego wzrok powrócił do tych oczu, które pomimo tego, że w tym momencie nie były srebrzyste, wciąż miały w sobie to coś, co uwielbiał. Pochylił się do przodu, by musnąć wargami jego podbrzusze, tuż nad linią bokserek. Zdecydowanie nie mógł zostawić go w takim stanie. Chyba czekał, aż Adam powie mu, żeby się odsunął, a najlepiej odpieprzył. Gdy nic takiego nie nastąpiło, Phoenix pokręcił się trochę, by ułożyć się wygodniej - tuż obok Adama, bez nawet milimetra wolnej przestrzeni pomiędzy nimi, na boku, z jedną ręką umieszczoną pod głową, a drugą ułożoną na brzuchu chłopaka.
    Żadnych błędów, Scott.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuł, że było to coś naprawdę ważnego. Nie tylko zwykła chęć zaspokojenia drugiego człowieka. Chciał dać Adamowi wszystko. Pocałował go w ramię, wsuwając dłoń w jego bokserki. Jego własny problem domagał się uwagi, ale Scott postanowił go zignorować, w pełni skupiając się na swoim chłopcu. Odnalazł jego wargi i pocałował go po raz kolejny, zaciskając na nim palce. Dobra, może i nie było szczególnie wygodnie, ale nieszczególnie to już go obchodziło.
      Powoli zaczął poruszać dłonią po jego członku, w tym samym czasie wycałowując wszystkie niepotrzebne myśli z jego głowy. Jako, że chciał słyszeć jęki wydostające się spomiędzy warg szesnastolatka, przerwał pocałunek i przeniósł się na jego szyję, którą obsypał kolejnymi pocałunkami. Kilka razy podrażnił kciukiem czubek, a potem przyspieszył ruchy dłonią, by doprowadzić Adama na szczyt. Może i początkowo chciał się z nim podroczyć, ale zrezygnował z tego. Następnym razem.
      – Odpuść, Adam – wyszeptał mu wprost do ucha. – Jestem tutaj. Odpuść.


      feniks, który chyba wyszedł z wprawy

      Usuń
  82. Nix nie chciał nawet myśleć, że ktoś poza nim mógłby w ten sposób dotykać Adama. Jego Adama. Chłopak nie był jego własnością, oczywiście, że nie, ale nagle, po raz pierwszy w życiu, w Phoenixie obudziła się nieznana dotąd zaborczość.
    Po raz drugi pocałował go tuż za uchem, nie mając zamiaru odsunąć się chociażby o milimetr. Przynajmniej na razie. Tak... było dobrze i wciąż właściwie. Scott nie oczekiwał tego, że chłopak mu się odwzajemni. Zdawał sobie sprawę z tego, że to co zrobili to i tak było już dużo, bardzo dużo. Na raz wystarczy. Zwłaszcza, że to nie było ich ostatnie spotkanie, prawda? Dwudziestolatek był szczęśliwy, że mógł sprawić Adamowi rozkosz i tylko to się liczyło.
    Phoenix miał wielką ochotę dłużej poleżeć z Adamem, ale coś mu to uniemożliwiało. Coś, co zapewne teraz wbijało się w bok szesnastolatka. Coś, nad czym nie potrafił zapanować, nie teraz, nie po tym co właśnie się wydarzyło.
    Ostrożnie wyciągnął dłoń, uważając by nie pobrudzić ani swojego towarzysza, ani swoich ubrań. Nie żeby brudne ubrania mu przeszkadzały, no ale jednak. Nie chciał też spłoszyć Adama, ani dodatkowo paradować z dłonią w spermie po korytarzu. Znając jego szczęście, na pewno spotkałby kogoś znajomego.
    – Pewnie będziesz chciał się przebrać. Jak chcesz, to pożyczę ci coś mojego, albo zajrzę do twojego pokoju i ci przyniosę – powiedział, sięgając po paczkę chusteczek, by następnie wytrzeć dłoń. Odchrząknął, spoglądając na chłopaka z lekkim uśmiechem błąkającym się na jego wargach. Mógł się założyć, że w tej chwili wyglądał jak wariat; szaleństwo w oczach, uśmiech, rozwichrzone włosy.
    – Ja... muszę pójść do łazienki. Zaraz wracam, okej? – pochylił się nad nim i pocałował go w policzek. – Nigdzie nie idź. Daj mi kilka minut – poprosił, powoli się podnosząc.
    Nawet gdyby próbował, to nie udałoby mu się ukryć problemu wypychającego przód jego spodni, dlatego nawet nie próbował. Adam doprowadził go do takiego stanu i Scott wiedział, że będzie musiał sam sobie z tym poradzić. Sięgnął po bluzę, która była na tyle długa, że spokojnie mógł wyjść na korytarz. O ile nie miał oporów paradowania ze wzwodem przed Adamem, tak wolał, by inni uczniowie tego nie widzieli. Niektórzy z nich i tak już widzieli za dużo, stanowczo za dużo.
    Zajrzał do komody i wyciągnął z niej parę czarnych bokserek. Powinny być w sam raz dla Lawlieta.
    – Łap – rzucił mu bokserki, naprawdę próbując przestać się uśmiechać. – Nie uciekaj nigdzie – poprosił jeszcze raz, nim odblokował drzwi i pospiesznie wyszedł.
    Miał nadzieję, że Adam spełni jego prośbę i zostanie w pokoju. A gdyby jednak zdecydował się pójść te dwa pokoje dalej, Phoenix poszedłby za nim.

    ojojoj

    OdpowiedzUsuń
  83. Nie chciał wychodzić. Nie chciał zostawiać Adama samego (okej, może nie był sam, miał ze sobą Lysandra, no ale jednak), nie po to, co pomiędzy nimi zaszło. Z drugiej jednak strony, nie mógł zostać; musiał sobie jakoś poradzić z problemem, a przecież nie mógł zrobić tego na oczach chłopaka. A przynajmniej tak mu się wydawało.
    Phoenix wrócił do pokoju po kilkunastu minutach. Niemal odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł Adama wciąż leżącego na łóżku. Dopiero po chwili dotarło do niego, że chłopak już śpi. Może to i dobrze? Przynajmniej nie będzie próbował mu uciec.
    Usiadł na brzegu łóżka, ani na chwilę nie odrywając od niego swojego spojrzenia. Przyglądał się jego pięknej twarzy, która wyglądała na jeszcze bardziej delikatną, gdy Adam spał, zaczął liczyć malinki, które sam zrobił i z których był bardzo zadowolony. W końcu przykrył chłopaka kołdrą i postanowił pójść znów do łazienki, by wziąć prysznic. Ekspresowy prysznic. Czuł się już na tyle swobodnie w towarzystwie szesnastolatka, więc nie wstydził się ubrać w jedną ze swoich szalonych piżam (Phoenix był wielkim fanem piżam w różne wzroki, czym zbyt często się nie chwalił, więc wiedzieli o tym jedynie jego najbliżsi, a dzięki temu nie musieli za bardzo się wysilać, podczas kupowania dla niego prezentu, czy to urodzinowego czy gwiazdkowego - piżama dla Scotta była najlepszym prezentem, zaraz po pizzy, czekoladzie i truskawkach), tym razem w małe koty. Małe, różnokolorowe koty. Och, tak, uwielbiał tę piżamę. Chyba był trochę świrem, jeżeli chodziło o piżamy, ale nieszczególnie się tym przejmował.
    Ułożył się wygodnie na łóżku i sprawdził godzinę, zaraz po tym ustawiając budzik (tak dla pewności, wolał nie zaspać, nawet jeżeli jutro nie musiał zaliczać żadnego testu). Było dopiero kilka minut po dwudziestej, a on nie był ani trochę zmęczony. Obudzenie Adama było ostatnim, czego chciał, więc postanowił posiedzieć cicho, a przy okazji także poobserwować swojego ukochanego. Zaczął nawet liczyć jego piegi, ale poległ, czego można się było spodziewać. Rozumiał już, dlaczego Lawliet nie lubi zarówno swoich piegów, jak i cudownych oczu, ale Scott je uwielbiał.
    Nie miał pojęcia, czy minęło kilka godzin, czy może dopiero kilka minut, gdy zdecydował się wyłączyć światło. Pokręcił się trochę, jak to miał w zwyczaju, objął Adama ramieniem i niedługo potem zasnął.
    Spokojnie mógłby przyzwyczaić się do spania razem - nie, on spokojnie mógłby to pokochać, i zapewne niedługo pokocha. Nie śniło mu się nic. Całą noc przespał spokojnie - budząc się zaledwie dwa razy, tylko po to, by upewnić się, że Adam i Lysiek wciąż tutaj są.
    Pierwszy budzik zadzwonił o szóstej, ale Phoenix od razu go wyłączył. Drugi zadzwonił dwadzieścia minut później, ale dwudziestolatek zignorował go, bardziej wtulając się w Adama i mamrocząc pod nosem coś o niesprawiedliwości związanej z porannym wstawaniem.

    sorry

    OdpowiedzUsuń
  84. Spomiędzy jego warg wydostał się jęk, gdy poczuł wargi na swojej szyi. Phoenix był zbyt zaspany, by chociażby spróbować ów jęk stłumić. Powoli otworzył oczy i spojrzał na Adama. Mógłby codziennie budzić się w taki sposób. No, prawie, ten budzik strasznie mu przeszkadzał. Wymacał telefon pod poduszką i na oślep wyłączył alarm, a następnie odrzucił telefon na bok. Obiecał sobie, że zmieni dźwięk budzika, bo ten już zaczął doprowadzać go do szału.
    Było dopiero dwadzieścia minut po szóstej, więc mieli dla siebie jeszcze trochę czasu. Może jednak Scott powinien cieszyć się, że budzik zadzwonił? Wolał spędzić jeszcze chwilę z Adamem, niż biec spóźniony na lekcje.
    – Cześć – wyszeptał zachrypniętym głosem, odrobinę podnosząc głowę, by móc musnąć wargi szesnastolatka swoimi. Obawiał się, że jego poranny oddech mógłby zabić jego chłopca, więc zaraz się odsunął, choć wciąż pozostawał blisko. – Zrobiłeś mi malinkę? – spytał, dotykając szyi, dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu czuł usta i palce Lawlieta. Uśmiechnął się, wciąż trochę sennie, ale szeroko.
    Wspomnienia z poprzedniego dnia powoli zaczęły przelatywać mu przed oczami. Pobudka, spóźnienie, test z historii, przepyszne babeczki, wspólny lunch, pocałunek na korytarzu, lodowisko, upadek Adama, powrót do akademika...
    Uniósł dłoń i opuszkami palców dotknął zaróżowionego policzka szesnastolatka. Potem przesunął dłoń na jego szyję. Przez kilka sekund przyglądał się malince, której Adamowi na pewno nie uda się ukryć makijażem. Podobała mu się wiedza, że to on ją zrobił, że Adam jest jego. Zaraz jego wzrok padł na siniaki, a uśmiech zbladł. Szesnastolatek był cały poobijany, a oni wczoraj... Cholera, dlaczego Phoenix się nie zatrzymał? Podobało mu się. Oczywiście, że mu się podobało to, co wczoraj robili. Nie było to w końcu nic strasznego, nie uprawiali seksu, ale byli bardzo blisko tego. Problem polegał na tym, że nie żałował. Przed oczami wciąż miał wyraz twarzy Adama, gdy ten dochodził, a w uszach wciąż słyszał jego ciche jęki.
    Ogarnij się, Scott. Nie myśl o tym teraz. Nie myśl!
    Jeżeli dalej będzie o tym myślał, to z pewnością pojawi się ten sam problem, który poprzedniego wieczora musiał rozwiązać sam w łazience.
    – Jak się czujesz? – spytał. – Dasz radę pójść na lekcje, czy sobie odpuszczasz? – ziewnął, szybko zakrywając usta dłonią. – Jak tylko się rozbudzę, to znów posmaruję cię tym żelem. Chyba, że zgodzisz się pojechać do szpitala, wtedy ja też odpuszczę sobie lekcje – tym razem naprawdę miał na myśli tylko smarowanie maścią, nic więcej. Nic a nic. Żadnego całowania, żadnego sprawdzania leczniczych właściwości pocałunków.
    Nix wiedział, że opuszczanie lekcji w jego przypadku nie było dobrym posunięciem, ale były rzeczy ważne i ważniejsze, prawda? A zdrowie Adama było dla niego najważniejsze.

    wstajemy, wstajemy

    OdpowiedzUsuń
  85. [Nie wiem czy jesteś tego świadoma, ale wisisz mi wątek za usunięcie Tony'ego ;>]

    Arthyen, Ailla i całkiem świeża krew Russell

    OdpowiedzUsuń
  86. Żałował, że musieli już wstać. Najchętniej spędziłby kolejne kilka godzin leżąc w łóżku z Lawlietem i Lysandrem. Scott wydął dolną wargę, patrząc na Adama z udawanym smutkiem.
    – Nie chcesz, żebym posmarował twoich ran maścią? – spytał. – No wiesz, właśnie wbiłeś mi nóż w plecy – długo nie udało mu się utrzymać smutnego wyrazu twarzy, bo zaraz na jego wargi powrócił uśmiech. Naprawdę cieszył się, że Adam czuje się lepiej, o ile chłopak go nie okłamał.
    Phoenix ułożył się wygodniej i wyżej na poduszkach (zawsze miał dużo poduszek, choć bardzo często zdarzało się, że wszystkie zrzucał na podłogę i spał tylko na materacu), by mieć lepszy widok. Obserwował Adama, prawie w ogóle nie mrugając i zagryzając dolną wargę, by się przypadkiem nie roześmiać. Czekał na ten moment, gdy chłopak w końcu uświadomi sobie, że paraduje po pokoju jedynie w bokserkach. Nie żeby Scottowi to przeszkadzało, o nie. Widok był świetny; to było coś, co mógłby oglądać każdego ranka.
    Obrócił się na bok i wyciągnął dłoń by dotknąć jego policzka. Lubił go dotykać. Lubił czuć jego miękką i ciepłą skórę pod palcami.
    – O, serio? – zaśmiał się, przeczesując palcami jego włosy. – To dobrze. Wiesz... chyba mógłbym przyzwyczaić się do widoku ciebie tutaj – w moim pokoju, w moim łóżku, w moim życiu... – Ja też chętnie bym został, ale nie mogę – skrzywił się. Phoenix niby mógłby odpuścić sobie kilka lekcji, przy okazji mając nadzieję, że uda mu się uniknąć konsekwencji, ale bał się ryzykować. Gdyby Adam pozwolił zabrać się do szpitala, to byłoby inaczej, wtedy miałby dobre wytłumaczenie swojej nieobecności. – Jak to dobrze, że dzisiaj piątek. Koniec szkolnej męczarni na dwa dni – westchnął, przeciągając się.
    Przybliżył się do szesnastolatka, by pocałować go po raz drugi. Dopiero teraz dostrzegł jego srebrzyste oczy i zaczął się zastanawiać, gdzie podziały się soczewki. No nic, on na pewno nie będzie za nimi płakać.
    Odsunął się niechętnie i podniósł się z łóżka. Adam mógł teraz popodziwiać jego ukochaną piżamę w małe koty, albo go wyśmiać. Podszedł do szafy i wyciągnął z niej pierwsze lepsze ubrania; padło na czarne jeansy i szarą koszulkę. Zawsze ubierał się w pokoju, ale teraz... Niby nie musiał brać prysznica, bo zrobił to wieczorem, ale może powinien jednak pójść do łazienki? Najgorsze w mieszkaniu w akademiku była właśnie wspólna łazienka. Phoenix wiele by dał, by mieć łazienkę tuż obok, nawet jeżeli musiałby ją dzielić z kimś innym.
    Wywrócił oczami na własną głupotę, nim ściągnął spodnie od piżamy (tak, zapomniał o tym, że nie ma pod spodem bielizny, tak, Adam mógł popodziwiać jego klejnoty), szybko włożył bieliznę i spodnie. Z górą będzie gorzej, cholera. Nie odwracał się tyłem do Adama, bo jego klatka piersiowa i tak była w lepszym stanie, niż plecy.
    Gdy w końcu podniósł wzrok, jego policzki płonęły czerwienią. odchrząknął, składając piżamę.
    – A co z Lysandrem? Powinienem przynieść mu coś do jedzenia?

    feniks i jego rodowe klejnoty

    OdpowiedzUsuń
  87. Phoenix nie zamierzał zostawić jego włosów w spokoju. Za bardzo je uwielbiał; z resztą tak samo jak całego Lawlieta.
    Pokiwał głową z uśmiechem. Tak, obaj będą mieli siebie na własność przez te dwa dni. Żadnych innych ludzi, żadnych głupich lekcji, tylko oni dwaj i Lysiek, to jest to.
    Udał, że nie usłyszał tego parsknięcia. Nie miał teraz czasu, by wyjaśnić szesnastolatkowi, że kocha, nie - ubóstwia, takie szalone piżamy. Postanowił odłożyć to na później.
    Możliwe, że przesadził. Możliwe, że mógł się jakoś zakryć, ale... po co? Nie wstydził się swojego ciała - pomijając plecy. Ich wstydził się tak, jak niczego innego i nie zanosiło się na to, by to uległo zmianie.
    Odłożył bluzę, którą zamierzał ubrać, i podszedł do łóżka, na które szybko się wspiął. Jakby nigdy nic usiadł okrakiem na nogach Adama i pochylił się, by dotknąć wargami jego podbródka. Tak do końca, to chyba nawet nie panował nad tym, co robi. A wszystko przez Adama i to, jak na niego działał. Wiedział, że takie zachowanie nie pomoże mu w pozbyciu się erekcji, ale nie potrafił się powstrzymać.
    – Wszystko dobrze? – spytał, ledwo panując nad rozbawieniem. Wysunął język i zlizał wodę z jego brody. – Przepraszam. Już nigdy więcej się przy tobie nie rozbiorę, jeżeli tego nie chcesz – wyszeptał, a kąciki jego warg uniosły się w uśmiechu. Zjechał ustami niżej, na szyję, a następnie tors szesnastolatka, z którego zlizał wodę. – Cholera, powinienem już iść – wymamrotał, jakby niechcący napierając swoimi biodrami na jego. Był szczęśliwy, czując, że to działa nie tylko na niego, ale także na Adama. – Do później? – jego wargi tą samą drogą wróciły do warg chłopaka. Pocałował go, wkładając w ten pocałunek tyle uczucia, ile tylko potrafił. – Uważajcie na siebie. Zostawię ci klucz, jak coś – przerwał pocałunek i pospiesznie zszedł z łóżka. Spojrzał w dół, na swoją erekcję, która, dokładnie tak jak poprzedniego wieczoru, wypychała przód jego spodni i skrzywił się. Może uda mu się uspokoić, a jeżeli nie, to czeka go wizyta w łazience. Nie, bez wizyty w toalecie się nie obejdzie.
    Zgarnął swój plecak, do którego wrzucił szczoteczkę i pastę do zębów, bo skoro i tak zamierza odwiedzić łazienkę, to przy okazji umyje tam zęby. Włożył buty, potem bluzę i kurtkę, by przypadkiem nie zmarznąć.
    – Jakby coś się działo, to pisz – poprosił, kucając (to było trochę trudne w jego sytuacji, no ale), by pożegnać się także z Lysandrem. Zaraz po tym, pospiesznie wyszedł, bo gdyby tego nie zrobił, to nic nie powstrzymałoby go przed powrotem do Adama, do łóżka. Teraz będzie musiał tylko przeżyć cały dzień, który zapewne będzie mu się niemiłosiernie dłużyć. Cudownie.

    miłego dnia! <3

    OdpowiedzUsuń
  88. Nie chciał takiego pożegnania, bo wiedział, że przez to będzie mu tylko ciężej wyjść. Nie myśląc, oddał pocałunek, ledwie panując nad chęcią przyciągnięcia Adama bliżej. Poczuł się, jakby ktoś kopnął go w brzuch, gdy usłyszał, jak szesnastolatkowi łamie się głos. Może nie znali się długo, ale Nix wiedział co to oznacza - chyba nie był gotowy na łzy swojego chłopca. Nie, gdy musiał iść na lekcje.
    Dotarł do schodów i zatrzymał się. Powinien zawrócić. Jasne, że powinien. Szkoła nie zając, nie ucieknie. Z drugiej jednak strony; co jeżeli go wywalą? Wtedy musiałby wrócić do wuja, więc nie mógłby się widywać z Adamem, a to było znacznie gorsze od pójścia na te kilka lekcji. Zwłaszcza, że mieli przed sobą cały weekend.
    Kilka razy zastanawiał się, czy nie powinien zerwać się z lekcji. Gdyby tylko nie był do tyłu z materiałem... Cholera. Musiał jakoś wytrzymać te kilka godzin lekcyjnych. To nic, na pewno wytrzyma. Musi. Jego myśli wciąż kręciły się wokół jednej osoby, co wcale mu nie pomagało.
    Oczywiście nie miał ochoty iść samotnie do stołówki, więc odpuścił sobie jedzenie, przez co potem niemal przymierał głodem. Zawsze nosił w plecaku kilka batoników i przynajmniej jedną czekoladę, ale musiał już wszystko zjeść, bo znalazł tam tylko butelkę coli z poprzedniego dnia. Przynajmniej nie umarł z pragnienia, to już coś. W końcu zadzwonił upragniony dzwonek, kończący ostatnią tego dnia lekcję. Phoenix niemal pobiegł do akademika, kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, które już od kilkunastu minut nie dawało mu spokoju. Wydawało mu się, że coś się stało.
    Wszedł do pokoju i zamarł. Czuł się tak, jakby nagle wszystko się zatrzymało, włącznie z jego sercem. Nie spodziewał się, że po powrocie do pokoju, zostanie swojego chłopca leżącego w dziwnej pozycji na podłodze. Zamrugał kilka razy, a potem niemal rzucił się do przodu.
    – A-Adam? Cholera, Adam! – ukląkł tuż obok niego, rzucając plecak gdzieś na bok. Nie miał pojęcia, co mogło się wydarzyć, bo coś wydarzyć się musiało. Kot siedzący na swoim właścicielu ani trochę go nie uspokoił.
    Nic nie mógł poradzić na to, że powoli zaczął panikować. Strach mieszał się z paniką, a to w jego wypadku było najgorsze połączenie z możliwych. Spojrzał na Lysandra szeroko otwartymi oczami, jakby próbując uzyskać od niego pomoc. Kociak nie wyglądał na szczególnie przejętego stanem swojego pana, w przeciwieństwie do Scotta.
    Uspokój się, Scott.
    Oddychaj.
    Oddychaj.
    Oddychaj, do cholery!

    Najpierw sprawdził puls, a gdy upewnił się, że Adam żyje (głupie, tak, ale co z tego?), poczuł jakby kamień spadł mu z serca. Nie podobała mu się pozycja, w jakiej chłopak leżał i wiedział, że powinien ułożyć go w pozycji bezpiecznej, żeby nic więcej mu się nie stało (nie było to wcale takie proste, jak mogło się wydawać). Nie zwrócił nawet uwagi na to, że Lawliet ma na sobie jego koszulkę, która zdecydowanie była na niego za duża. Kto by się w takiej chwili przejmował głupią koszulką?
    – Pogotowie. Jaki był numer na pogotowie? Myśl, idioto, myśl – mamrotał sam do siebie, drżącymi dłońmi sięgając po telefon, który miał w tylnej kieszeni jeansów. Wezwanie karetki uniemożliwił mu Lysiek, który... go ugryzł. Raju, ten kot naprawdę go ugryzł. Nix syknął bardziej z zaskoczenia, niż z bólu. Spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.– Lysiek, co ty wyprawiasz?



    zawał

    pogotowie

    halo, pogotowie?

    OdpowiedzUsuń
  89. Scott spojrzał na kociaka, którego spokój go zadziwiał. Nie rozumiał tego, dlaczego Lysiek nie pozwolił mu zadzwonić na pogotowie. Zupełnie jakby to nie był pierwszy raz, jakby zwierzak wiedział, co ma robić... Zanim zdążył znów sięgnąć po komórkę, poczuł jak obejmują go te chude i niezwykle znajome ramiona.
    Prawie dostał zawału. Prawie. Zamarł, dokładnie tak jak zaraz po ujrzeniu Adama na podłodze, tym razem, gdy chłopak nagle się obudził. To nie było normalne. Przez kilka sekund miał wrażenie, że śni, że to wszystko jest tylko głupim snem. Może to wszystko, co się wydarzyło, było wytworem jego wyobraźni? Może wymyślił sobie Adama? Nie. Adam istniał naprawdę. Jego Adam...
    Zacisnął powieki, gdy w jego głowie zaczęły pojawiać się strzępki wspomnień z tamtej koszmarnej nocy. Mógł przysiąc, że niemal mógł poczuć gorąco i ten charakterystyczny zapach. Nie mógł tym myśleć. Nie teraz.
    Panika wciąż czaiła się tuż pod powierzchnią, ale musiał przyznać, że głos Adama go uspokoił. Głos i ciepło jego ciała. Również go objął, zapominając o tym, że powinien być delikatny. Wydarzenia z dnia poprzedniego odeszły na dalszy plan. W tym momencie nie liczyło się nic prócz chłopaka, który teraz tak mocno Phoenixa obejmował.
    – Wszystko jest dobrze? Nie, nie, nie, nie jest. Nic nie jest dobrze. Myślałem... Ty... Ja... Bałem się, że możesz umrzeć – zdawał sobie sprawę z tego, że mówi bez składu i ładu, ale nie nie mógł na to poradzić. Był przerażony. – Nie mogę cię stracić, rozumiesz? Nie mogę – nie udało mu się powstrzymać szlochu, czego później zapewne będzie się wstydzić. Scott stracił już zbyt wiele osób; stracił swoich najbliższych. Myślał, że nie uda mu się po tym podnieść, a jednak - udało się. Po stracie Adama już na pewno nie udałoby mu się przeżyć. To byłoby stanowczo za dużo jak na jednego człowieka. Odsunął się odrobinę, by spojrzeć na niego załzawionym oczami. – Nie zostawiaj mnie, Adam – wyszeptał, nim ponownie się w niego wtulił. – Nie strasz mnie tak nigdy więcej. Nigdy – nie prosił, a wręcz błagał. Moczył łzami szyję oraz koszulkę, którą szesnastolatek miał na sobie. Dawno tak nie płakał. Dawno nie czuł takiego przerażenia.
    Wtulał się w Adama, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że wygląda cholernie żałośnie; a łzy, które wciąż spływały po jego policzkach, niczego nie ułatwiały. Przesiedzieli tak na podłodze jakiś czas, nim w końcu udało mu się uspokoić i przestać płakać. Odsunął się od szesnastolatka i, wciąż trzęsącymi się, dłońmi, objął jego twarz. Przez chwilę gładził jego policzki, próbujac uspokoić swój oddech, by móc mówić.
    – Nic ci nie jest, tak? Nic poważnego ci się nie stało? – wpatrywał się w jego srebrzyste oczy, jakby pragnąc wyczytać z nich wszystko. – Musisz mi wyjaśnić, co się stało. Bo... to nie był pierwszy raz, prawda?


    drama queen level feniks

    OdpowiedzUsuń
  90. Ufał mu. Oczywiście, że mu ufał. Strach, który czuł, był jednak silniejszy.
    Zabrał dłonie z jego twarzy, tylko po to, by wytrzeć swoją, przy okazji pociągając nosem. Nie przejmował się tym, że zapewne wyglądał teraz jak siedem nieszczęść; był przecież z Adamem, no i Lysandrem, który chyba gdzieś obok nich się kręcił.
    – Adam, ja tak bardzo się bałem – wyszeptał. – Nie przepraszaj. Po prostu... po prostu powinieneś powiedzieć mi o tym wcześniej. Wiem, że nie znamy się długo, tak naprawdę to dopiero się poznajemy, ale to jest coś, co muszę wiedzieć. Gdyby nie Lysiek, to już pewnie przyjechałaby karetka – zaśmiał się cicho. – To ja powinienem przeprosić. Byłem przerażony. To dziwne, że do mnie dotarłeś. Byłem już niemal w takim stanie, gdy mało kto może do mnie dotrzeć. Nie miewam takich zwyczajnych ataków paniki; moje nie pojawiają się znienacka. Moje pojawiają się zazwyczaj, gdy jestem przerażony. Lekarze stwierdzili, że to nie choroba, że kiedyś po prostu mi to minie, ale na razie jest za wcześnie – westchnął. Zdania lekarzy, u których był, był podzielone, niektórzy twierdzili, że było za wcześnie, że powoli dojdzie w końcu do siebie, ale znalazł się taki, który twierdził, że już zawsze będzie tak reagował, gdy będzie czuł zagrożenie życia, zarówno swojego, jak i kogoś, kto jest dla niego ważny.
    Narkolepsja... Phoenix mógł przysiąc, że już kiedyś słyszał o tej chorobie, choć nie był tego pewien w stu procentach. Znał siebie i wiedział, że nie zazna spokoju, dopóki nie dowie się wszystkiego, czego tylko może, o tej chorobie. Jeśli Adam nie będzie chciał opowiedzieć o tym nic więcej, to Phoenix spokojnie znajdzie inny sposób, by się czegoś dowiedzieć.
    – Okej, jesteś chory, rozumiem – powoli pokiwał głową. – A przynajmniej tak mi się wydaje. Będziesz musiał mi więcej o tym opowiedzieć – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Najważniejsze, że żyjesz. Nic więcej się nie liczy – oparł swoje czoło o jego i odrobinę przechylił głowę, by przycisnąć swoje wargi do jego.
    Odsunął się od niego o wiele za szybko, ale tylko po to, by się podnieść, pomóc Adamowi w podniesieniu się, i zamknąć drzwi na klucz (Scott chyba wciąż się bał, że jakiś szalony ktoś mógłby bez uprzedzenia wpaść do jego pokoju). Usiadł na łóżku i złapał szesnastolatka za rękę, by przyciągnąć go do siebie. Jego dłonie wciąż lekko drżały, ale chyba miał cichą nadzieję, że chłopak tego nie wyczuje. Phoenix jeszcze nie doszedł do siebie w stu procentach, ale był już na dobrej drodze.
    – Jest jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? Coś oprócz narkolepsji?


    przepraszam, przepraszam

    OdpowiedzUsuń
  91. Przymknął powieki, czując ten delikatny dotyk na policzku. Pod jego wpływem powoli zaczął się roztapiać. Bliskość i ciepło ciała Adama, to wszystko go uspokajało jak nic innego na świecie. Przeszło mu przez myśl, że gdyby jakimś cudem (było to raczej niemożliwe, ale jednak) spotkali się wcześniej, gdyby miał swojego Adama rok wcześniej... Może udałoby mu się wcześniej stanąć na nogi? A jeszcze wcześniej; może to on pomógłby chłopakowi po wypadku? Nie było jednak najmniejszego sensu w zastanawianiu się, co by było gdyby; byli tu i teraz. Znaleźli się. Możliwe, że tak miało być od samego początku - a Lysiek tylko losowi pomógł.
    Scott marzył, by reszta tego dnia minęły spokojnie, ale najwyraźniej jego chłopiec był innego zdania i dziś nie zamierzał mu odpuścić.
    Serce Phoenixa znów zgubiło rytm (to cud, że w ciągu ostatniej godziny nie dostał zawału; jeszcze). Przez kilka sekund miał wrażenie, że się przesłyszał, że Adam wcale nie powiedział kocham cię, Phoenix. Nie, nie mógł tego powiedzieć. Nie mógł, prawda? Zapewne to wyobraźnia Scotta robiła sobie z niego głupie żarty, bo nie było innego, bardziej sensownego wytłumaczenia. Słowa szesnastolatka tak naprawdę dotarły do niego z opóźnieniem, ale dotarły.
    Nie wiedział, jaka powinna być właściwa reakcja na takie wyznanie. Jeszcze nigdy od nikogo, nie licząc rodziny, nie usłyszał tych słów. Nie tak sobie to wyobrażał, ale... tak było idealnie. Dokładnie tak, jak powinno być, bardzo w ich stylu. Phoenix wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, ale nigdy nie sądził, że spotka to właśnie jego. Był tylko zwykłym, szarym, a do tego złamanym, człowiekiem, dlaczego właśnie on? Niczym sobie na to nie zasłużył.
    Milczał długo, bezskutecznie próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. Wszystko to, co powiedzieć musiał i chciał, oraz to, co zdecydował się odłożyć na później. Jak na jeden dzień to byłoby i tak za dużo. Gdyby ktoś rano, zaraz po pójściu na lekcje, powiedział mu, że właśnie coś takiego wydarzy się po jego powrocie, nigdy by w to nie uwierzył.
    W końcu odchrząknął i wziął głęboki wdech. Modlił się o to, by jego głos nie zadrżał - Scott był pewien swoich słów tak, jak chyba niczego innego na świecie.
    Domyślał się, czym jest to, co poczuł do Adama, ale aż do tej pory nie potrafił. A może i potrafił, ale bał się odrzucenia? Sam już nie był pewien.
    – To kompletne szaleństwo, wiesz o tym? Dopiero co się poznaliśmy, a ja czuję się tak, jakbyśmy się znali już od kilku lat – powiedział, kładąc dłonie na jego dłoniach i lekko je ściskając. Jego myśli wirowały w głowie jak szalone. – Bardzo dobrze się składa, że mnie kochasz, wiesz? – musnął wargami jego policzek, nim odchylił głowę odrobinę do tyłu. Jedną dłoń wciąż trzymał na dłoni Adama, a drugą przesunął w górę i chwycił jego podbródek, zmuszając go tym samym do spojrzenia sobie w oczy. – Ja... Ja ciebie też kocham, Adam.



    nie powinno być odpisu,

    ale jest kijowy w ramach kary :<

    OdpowiedzUsuń
  92. Nie pozwoliłby Adamowi uciec, nie po tym co usłyszał. Gdyby chłopak spróbował uciec - Phoenix podążyłby za nim, by wyznać mu swoje uczucia. Dawno nie był niczego tak pewien, jak właśnie tego, że jest zakochany w tym szesnastolatku. Nie, nie jest tylko zakochany - kocha go. Kocha go całego, z jego wszystkimi zaletami oraz wadami. Kocha także jego kota, ale to już inna historia.
    Uśmiechnął się, ani na sekundę nie odrywając swojego spojrzenia od chłopaka. Jeżeli będzie musiał, to będzie powtarzać te słowa, aż w końcu dotrą one do Adama. Aż w końcu uwierzy, że Scott również go kocha. Starł łzę z jego policzka. Nie chciał, by jego chłopiec znów płakał. Nawet jeżeli miałby płakać ze szczęścia.
    Nix nie potrzebował więcej słów; usłyszał już to, co było najważniejsze. Teraz tylko cierpliwie czekał na jakąkolwiek reakcję chłopaka. Nie miał pojęcia, skąd w nim aż tyle cierpliwości. Dał Adamowi trochę czasu, nim ponowi swoje wyznanie...
    Właśnie otwierał usta, by po raz drugi wyznać mu miłość, ale nie zdążył. Jego uśmiech poszerzył się, gdy tylko poczuł wargi chłopaka na swoich. Zamknął oczy, oddając pocałunek. To był ich pierwszy pocałunek wręcz przepełniony miłością. Phoenix wiedział, że teraz każdy kolejny będzie lepszy, i lepszy. Tylko, czy może być lepiej? Jest idealnie.
    Przerwał pocałunek i objął go ramionami, przytulając mocno do siebie. Pocałował go w policzek i w brodę, nim wtulił twarz w jego szyję.
    – Kocham cię – powtórzył cicho. – Kocham cię, maluchu.
    Psychicznie czuł się znacznie lepiej niż poprzedniego wieczora. Adam go kochał i tylko to się liczyło. Wiedział, że szesnastolatek zasługuje na kogoś lepszego, na kogoś w pełni zdrowego, bez przeszłości pełnej bólu, ale... wybrał właśnie jego, Phoenixa. Zapewne minie jeszcze trochę czasu, nim Scott przestanie myśleć, że to tylko piękny sen. Był trochę rozdarty - z jednej trony wiedział, że to nie sen, a z drugiej wciąż czuł niepokój i bał się. Zwyczajnie się bał, że to wszystko zniknie, rozpłynie się, a on znów zostanie sam.
    Nie chciał teraz o tym myśleć. Chciał skupić się na swoim Adamie, który odwzajemnił jego uczucie.
    – Naprawdę cieszę się, że przekonałem wujka i zdecydowałem się wrócić do Skyline – powiedział. Jego wargi otarły się o malinkę na szyi szesnastolatka, nim zerknął w dół. Zamrużył oczy i przygryzł wnętrze policzka, by się nie roześmiać. – Czy ty masz na sobie moją koszulkę? – spytał z rozbawieniem. – Wiesz, w szafie i chyba nawet jeszcze w torbach, mam pełno takich koszulek. Mogłeś sobie wziąć jakąś czystą – dodał. – Ale okej. Jeżeli chciałeś włożyć tę, to ja nie mam nic przeciwko. Bierz, co chcesz.

    fuj fuj fuj

    OdpowiedzUsuń
  93. Przygryzł mocno dolną wargę. Prawie się roześmiał, prawie. Adam wyglądał w tym momencie jeszcze bardziej uroczo niż zwykle, przez co Phoenix znów niemal zaczął się rozpływać. Bycie tak uroczym i pięknym zdecydowanie nie było legalne.
    – Jasne, jasne – mruknął, tym razem nawet nie próbując ukryć rozbawienia. – Maluchu – wymamrotał bardzo cicho, niemal niesłyszalnie, z ustami tuż przy szyi Adama.
    Może i Adam był niższy o zaledwie parę centymetrów, ale co z tego? Dla Scotta będzie maluchem, czy mu się to podoba czy nie - cóż, w końcu na pewno mu się spodoba. Innego wyjścia nie było. Nix musiał przyznać, że podoba mu się zarówno ich różnica wzrostu (mała, ale zawsze) oraz to, że szesnastolatek jest od niego drobniejszy (wciąż był zdecydowanie za chudy, ale spokojnie, popracują nad tym - powoli, małymi krokami do przodu).
    Phoenix absolutnie nie miał nic przeciwko temu, by Adam nosił jego koszulki. Wręcz przeciwnie - w pewnym sensie nawet mu się to podobało. Niemal tak samo jak malinka na szyi chłopaka oraz wiedza, że pod ubraniem jest ich więcej. Zdążył już zapomnieć o malince, którą miał na szyi. Wiedział, że była widoczna, a on nawet nie próbował jej ukryć, gdy poszedł na lekcje.
    Zupełnie nad sobą nie panując, wsunął dłonie pod koszulkę, by dotknąć ciepłej skóry chłopaka. Wnet przypomniał mu się poprzedni wieczór i nie, nie powinien teraz o tym myśleć. Nie, gdy Lawliet siedział na jego kolanach. Dokładnie tak, jak wczoraj... Przytulił go mocniej, o ile to w ogóle było możliwe.
    Wiedział, że mogli spędzić tak kilka kolejnych godzin, ale Phoenix chciał coś zrobić, gdzieś wyjść. Pierwszy raz od przyjazdu do Chicago, naprawdę miał ochotę wyjść z pokoju. A do tego, chciał zabrać Adama na randkę. Możliwe, że powinien jakoś to zaplanować, ale czy to nie jego chłopiec jakieś dwa razy powiedział mu, że nie lubi planowania? Spontaniczne wyjście nie brzmiało źle. Chyba.
    – Chodźmy gdzieś. Chcę cię zabrać na randkę – odezwał się po jakimś czasie, przerywając ciszę. – Jeszcze nie mam pojęcia dokąd, ale chcę to zrobić. Co ty na to? Możemy pójść do kina, albo na pizzę. Albo do kina i na pizzę – uśmiechnął się. – No zgódź się. Możemy nawet wziąć Lysandra za sobą, o. Założę się, że i tak często zabierasz go ze sobą na lekcje, co? – zaśmiał się. Zerknął w bok, na kociaka, który nie wiadomo kiedy usadowił się na łóżku. – Na naszą pierwszą randkę też powinien się wybrać. Musimy go ze sobą wziąć – cmoknął Adama w brodę, nim spojrzał na niego spod rzęs. – Zgódź się. Proszę? Pójdziemy, gdzie tylko będziesz chciał. Za pierwszym razem pozwolę ci wybrać – mrugnął.

    randka?

    OdpowiedzUsuń
  94. Owszem, planowali gdzieś iść, ale przez to wszystko co się wydarzyło, Scott już chyba nawet zdążył o tym zapomnieć. Plus, obiecał samemu sobie, że przestanie tak wszystko planować, co niestety nie jest takie proste, jak mu się początkowo wydawało.
    Na samo wspomnienie pizzy poczuł, jak jego żołądek zaciska się niemal boleśnie. Podczas ostatniej lekcji obiecał sobie, że zaraz po powrocie do pokoju, zje przynajmniej jakiś batonik, bo inaczej umrze z głodu. Dobra, może trochę przesadzał, trochę bardzo, ale naprawdę był głodny. Każdy kiedyś umrze, ale Nix niekoniecznie chciał umrzeć właśnie z głodu. A już na pewno nie chciał umierać, gdy udało mu się znaleźć miłość swojego życia. Bo choćby nie wiadomo co, był pewien w stu procentach, że Adam Lawliet jest miłością jego życia.
    Zachichotał, ale jego chichot zginął w ustach Adama. A on znów nie zdążył niczego powiedzieć.
    Przerwał pocałunek, nim jego chłopiec zdążył się bardziej rozkręcić. Nie żeby to mu się nie podobało. Podobało mu się nawet za bardzo. Właśnie dlatego musiał przerwać ten pocałunek, jeżeli mieli iść na randkę.
    – Adam... jeżeli teraz nie przerwiemy, to nigdzie nie pójdziemy – powiedział, nie będąc do końca pewnym, czy jego słowa miały mieć wydźwięk groźby czy obietnicy. Pocałował go jeszcze raz, szybko i jakby w ramach przeprosin, nim przeniósł go ze swoich kolan na łóżku. – Najpierw pizza, potem kino, jestem za – jakby na potwierdzenie słów, jego brzuch dosyć głośno zaburczał. – Przepraszam – wymamrotał, podnosząc się. – Chcesz się przebrać? – spytał, zerkając na niego. – Podobasz mi się w mojej koszulce, ale może chcesz włożyć coś... świeższego, a przede wszystkim mniejszego? – zaśmiał się. – Mógłbym ci za to dać moją bluzę, o. Utoniesz w niej, ale jest ciepła, więc nie będę się musiał martwić, że zmarzniesz.
    Domyślał się, że Adam nie będzie chciał włożyć butów i nie miał nic przeciwko. Najważniejsze było to, by szesnastolatkowi było wygodnie i czuł się dobrze. A czy włoży buty, czy nie, to już jego wybór. Phoenix nie zamierzał go do niczego zmuszać.
    – Czyli co, naprawdę chcesz zostawić kociaka samego? – spytał, unosząc brew. Scott nie był pewien, czy to aby na pewno dobry pomysł. – Jesteś tego absolutnie pewien? Nie będzie ci smutno, czy coś? A do tego, jeżeli się nie mylę, sam mówiłeś, że Lysiek jest zazdrosnym stworzeniem – stanął tuż przed nim i pochylił się. – Ja nie mam nic przeciwko temu, by was obu zabrać na randkę – pstryknął go w nos, nim wyprostował się i cofnął kilka kroków. Posłał mu szeroki uśmiech, sięgając po swój plecak leżący samotnie na podłodze. Wypakował z niego książki, które zabrał z szafki - bo tak, zdecydowanie powinien się poczuć w weekend, ale jakoś wątpił w to, by udało mu się znaleźć czas na naukę. Były rzeczy ważne i ważniejsze, prawda?

    💜💜💜

    OdpowiedzUsuń
  95. – Okej, rób jak chcesz – powiedział szybko, posyłając mu kolejny uśmiech. Oczywiście zagapił się, gdy dostrzegł rumieńce na jego policzkach, ale po chwili się opanował i odwrócił wzrok. – Wyglądasz dobrze. Po prostu wolałem się upewnić.
    Scott zajrzał do szafy, w której górowały koszulki i bluzy. Chyba nawet nie miał żadnego swetra - miał za to całkiem sporo bluz i mnóstwo koszulek. Drgnął, gdy poczuł, jak czyjeś ramiona go oplatają. Nie, nie czyjeś - jego Adama. Rozluźnił się niemal od razu i zaśmiał pod nosem, gdy chłopak sięgnął po bluzę. Co prawda planował dać mu inną, cieplejszą i może trochę mniejszą, ale przecież nie będzie się kłócić.
    – A podobno to Lysiek bałagani – powiedział ze śmiechem, zbierając z podłogi dwie koszulki. Pokręcił głową, kładąc je na miejsce, nim zamknął szafę i spojrzał na Adama. – Możesz ją sobie wziąć, jeśli chcesz – włożył kurtkę i zarzucił plecak na plecy. – Jasne, że możesz go tutaj zostawić. Cieszę się, że mu się tu podoba – kucnął obok chłopaka, by pogłaskać kociaka. Phoenix spokojnie mógłby przyzwyczaić się do obecności kota w jego pokoju. Co z tego, że ów kot nie był jego? Pokochał tego kota niemal tak samo mocno, jak jego pana.
    Pokiwał głową, podnosząc się. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju, nim przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi, przepuszczając Adama pierwszego. Zamknął drzwi na klucz, a potem oczywiście jakieś trzy razy upewniał się, czy aby na pewno są zamknięte. Pokonali te kilka kroków do pokoju 109, ale Phoenix poczekał na Adama na korytarzu.
    – Weźmiesz ze sobą jeszcze jakiś płaszcz, co? Na dworze jest minusowa temperatura – zajrzał do pokoju. – Moja bluza wcale nie jest jakaś wyjątkowo ciepła, tak tylko ostrzegam – powiedział, naprawdę mając nadzieję, że chłopak weźmie ze sobą chociaż płaszcz.
    Gdy Adam do niego dołączył, chwycił jego dłoń i oczywiście splótł razem ich palce. Scott chyba z góry założył, że są parą - musieli być, nie?, więc trzymanie za ręce na pewno nie stanowiło żadnego problemu (głupi feniks, przecież trzymali się za ręce kilka godzin po poznaniu).
    Opuścili budynek i skierowali się w stronę ulubionej pizzerii Scotta. Mogliby pójść gdzieś indziej, ale po co, skoro właśnie tam można było zjeść najlepszą pizzę? Zanim dotarli do pizzerii, Phoenix zdążył opowiedzieć Adamowi o swoim dniu. Może nie wydarzyło się nic ciekawego, może trochę ponarzekał na jednego czy drugiego nauczyciela, ale jego towarzysz nie wyglądał tak, jakby miał coś przeciwko jego paplaninie. Bardzo prawdopodobne było to, że wyłączył się już na samym początku wywodu Nixa, ale to nic.
    Zajęli ten sam stolik, co w urodziny Scotta i zamówili to samo. Dwudziestolatek tym razem nie zamierzał porzucać swojej pizzy, o nie.
    – Na jaki film idziemy? – spytał po złożeniu zamówienia. – Wolisz jakiś horror, komedię, czy może coś przygodowego?

    101... dalmatyńczyków?

    OdpowiedzUsuń
  96. – Wiedziałem, że ich nie weźmiesz, więc nawet nie pytałem – wzruszył ramionami. – Jeżeli czujesz się dobrze chodząc bez butów, to okej. Najważniejsze żebyś ty był szczęśliwy – dodał, a potem podczas swojego wywodu w drodze do pizzerii, zapewnił Adama, że już zdążył przyzwyczaić się do tego, że chłopak chodzi bez butów. Scotta nie obchodziło to, co mogą myśleć o tym inni ludzie.
    Był zadowolony, gdy okazało się, że lokal świeci pustkami - nie, nie wstydził się szesnastolatka, nigdy nie mógłby się go wstydzić. Po prostu dzięki temu mogli swobodnie rozmawiać. Rozprostował nogi pod stolikiem i wcisnął je pomiędzy nogi chłopaka.
    Spojrzał na niego, nawet nie próbując ukryć zaciekawienia. Phoenix był ciekaw, czy ich gusta filmowe się ze sobą pokryją...
    – Tak! Piękna i Bestia, tak, tak! Oczywiście, że chcę – powiedział szybko, nim dotarło do niego, że Adam wpadł w słowotok, który zapewne mu przerwał swoim wybuchem entuzjazmu. W tym momencie czuł się tak, jakby znów miał lat dziesięć, a nie dwadzieścia. Wiedział jednak, że w towarzystwie Adama może być sobą, więc nawet nie przeszło mu przez myśl, by ukryć swoje uwielbienie do filmów Disneya. – Musisz wiedzieć, że uwielbiam bajki Disneya, Emmę Watson z resztą też – uśmiechnął się szeroko. – Sam raczej bym nie poszedł na to do kina, ale oglądałem wszystkie filmy Disneya, więc Piękną i Bestię też muszę obejrzeć – pozostawił dla siebie to, że oglądanie bajek Disneya było pewną tradycją jego i Izzy. Zaraz po tym, co się wydarzyło, był pewien, że nie będzie już w stanie normalnie obejrzeć żadnej bajkowej produkcji, ale mylił się. Jasne, bajki przypominały mu o siostrze, ale to były miłe wspomnienia, do których chętnie wracał. – A jak jest z tobą i bajkami?
    Pochylił się do przodu, przy okazji niemal kładąc się na stoliku. Tym razem na szczęście stał na nim jedynie maleńki wazon z jedną różą i nie było żadnych świec.
    – Gdzie ty byłeś całe moje życie, co? – wyszeptał, mając wielką ochotę pocałować Adama tu i teraz. Niestety całowanie musiał odłożyć na później, bo pojawił się kelner z ich zamówieniem; dokładnie takim samym jak w walentynki. Nie żeby Nix nie był zadowolony z jego pojawienia się; już prawie umarł z głodu. Prawie. – Okej, czyli film już mamy wybrany – powiedział, po zjedzeniu dwóch kawałków pizzy. Kino znajdowało się całkiem blisko, więc na szczęście nie musieli iść zbyt daleko. Na dworze robiło się coraz zimniej i nie zapowiadało się na poprawę pogody. Och, Scott tak bardzo tęsknił za Karoliną. Tam nawet w zimie nie było zbyt zimno. – A tak w ogóle, to jak się czujesz? – spytał, nim upił kilka łyków coli. Jego wzrok, jakby bezwiednie, przesunął się z twarzy szesnastolatka na jego szyję i doskonale widoczną malinkę. Kąciki jego ust uniosły się w zadowolonym uśmiechu, nim spojrzenie zielonych oczu powróciło na twarz Adama.

    ja Ciebie też kocham, Kurczaku 💜

    OdpowiedzUsuń
  97. Scott, zapewne po raz tysięczny, zagapił się na Adama. Nie miał pojęcia, czy kiedyś nadejdzie taki moment, gdy bez problemu będzie mógł oderwać od niego wzrok. Uwielbiał jego piękny oczy, uśmiech... Uśmiech, który miał nadzieję, że jest zarezerwowany tylko dla niego. Nikt nie uśmiechał się tak pięknie, jak jego chłopiec - tego Phoenix był pewien w stu, nie - dwustu, procentach. Pragnął częściej widzieć ten cudny uśmiech.
    – Nie powinno ci być wstyd – powiedział i spojrzał na niego spod rzęs, gdy poczuł ten delikatny dotyk na policzku. Zaraz zamrużył oczy i poczuł, jak coś ciężkiego osadza się w jego żołądku. Znów powiedział coś nie tak. Znów w porę nie ugryzł się w język. Cholera, był beznadziejny.
    Phoenix spuścił wzrok na swój talerz i cicho westchnął. Wiedział, że mówi za dużo, stanowczo za dużo. Co prawda obiecał już sobie, że się ogarnie, że nie będzie tyle gadał, ale to było silniejsze od niego. Ubzdurał sobie jednak, że jego gadulstwo może zniechęcić Adama, a tego nie chciał - wiedział, że chłopak go kocha, dowiedział się tego przecież zaledwie... godzinę temu, ale nic nie mógł poradzić na głupie myśli, które zaczęły nawiedzać jego głowę.
    – To dobrze – wymamrotał, naprawdę ciesząc się, że szesnastolatek czuje się lepiej niż poprzedniego dnia. Ten upadek na lodzie wyglądał naprawdę źle i to chyba cud, że skończyło się tylko na siniakach, bo przecież mogło być znacznie gorzej.
    Zjadł kolejny kawałek pizzy, nim w końcu podniósł wzrok, który niemal od razu padł na policzek Adama. Parsknął śmiechem, zwyczajnie nie mogąc się powstrzymać. Jego chłopiec wyglądał jeszcze bardziej uroczo niż zwykle. Tak, to było możliwe; do tej pory Scott w to nie wierzył, ale jednak.
    Nachylił się odrobinę do przodu i wyciągnął dłoń. Czy on przypadkiem nie robił już kiedyś tego? W szkolnej stołówce, zaraz po tym, jak dostał od Adama te przepyszne babeczki... Starł kciukiem sos z policzka chłopaka i dokładnie tak, jak w stołówce, zlizał sos z palca, ani na chwilę nie przerywając kontaktu wzrokowego. Teraz miało to trochę inny wydźwięk; wtedy jeszcze nie doszło pomiędzy nimi do niczego więcej niż całowanie, a dziś... Phoenix oblizał usta i uśmiechnął się uroczo.
    Tę miłą chwilę oczywiście musiało coś przerwać - tym razem był to telefon Scotta, który zaczął dzwonić w jego kieszeni.
    – Ugh, to pewnie wujek – mruknął, nawet nie mając zamiaru wyciągać komórki z kieszeni. – Możliwe, że wspomniałem mu o tobie – dodał nieśmiało. – A on już od razu chce wszystko wiedzieć. Czasami zachowuje się gorzej niż te osiedlowe plotkary z tą różnicą, że on nie interesuje się prywatnym życiem obcych ludzi – zaśmiał się. – Założę się, że o tobie będzie chciał dowiedzieć się jak najwięcej. Był w szoku, gdy powiedziałem mu, że... poznałem kogoś.


    :(

    OdpowiedzUsuń
  98. Dobry humor Scotta wrócił niemal natychmiast, gdy Adam pochylił się nad stolikiem i pocałował go. Co prawda chętnie, bardzo chętnie, dostałby więcej takich pocałunków, ale jak na razie postanowił nacieszyć się tym jednym.
    – Ja? Ja byłem najpierw tutaj, w Chicago, a potem czekałem na ciebie w Karolinie Południowej. Nie chciałeś się tam pojawić, więc musiałem wrócić do Chicago – wzruszył ramionami, śmiejąc się cicho.
    Przez chwilę przyglądał się Adamowi i temu uśmiechowi, nim również wrócił do jedzenia.
    – Kochanie, ja nie mam żadnych problemów z pamięcią – pokręcił głową. – Tak, chyba czeka cię przesłuchanie – wyszczerzył się.
    Phoenix, głównie ze względu na Adama i jego niechęć do planowania, próbował nie myśleć o tym, co będą robić czy za pół roku, czy nawet za kilka lat. Nie planował zostawiać Adama, więc wiedział, że jego wujek prędzej czy później będzie chciał poznać szesnastolatka. Zapewne prędzej niż później.
    Uniósł brew i wybuchnął śmiechem, najpierw na słowa chłopaka, a potem gdy poczuł jak ten ciągnie go pod stołem w swoją stronę.
    – Ojoj, spokojnie, tygrysie – powiedział ze śmiechem. – Wszystko ci powiem, obiecuję – zamilkł na chwilę, ale zaraz kontynuował; – Zacznę od tego, że wujek dzwoni do mnie codziennie. Najczęściej rano, sam nie wiem dlaczego. W Karolinie jest zaledwie o godzinę później, no ale to mało ważne. On już jak sobie coś ustali, to się potem tego trzyma – wywrócił oczami. – Na początku dzwonił po dwa, nawet trzy razy dziennie, ale teraz już się uspokoił – skrzywił się, ale zaraz na jego twarz powrócił uśmiech. – Zadzwonił dziś rano, gdy szedłem na lekcje. Wspomniałem mu o tym, że poznałem takiego jednego, fajnego i cholernie pięknego chłopaka, on podłapał temat i teraz nie da mi spokoju. On bardzo chciał, żebym sobie kogoś znalazł, żebym nie był już sam – na kilka sekund jego wzrok opadł na talerz. Wujek był pierwszą osobą, której Nix powiedział o swojej orientacji i jedyną, która go wspierała. Starał się nie myśleć źle o rodzicach i choć jego mama bardzo szybko się z tym pogodziła, z ojcem było znacznie gorzej. Na razie jednak postanowił nie mówić o tym Adamowi; wtedy musiałby wspomnieć także o seks taśmie... Nie. Nie teraz. Zdawał sobie sprawę z tego, że postępuje źle odkładając to, ale zwyczajnie się bał. Tamten filmik oraz chłopak, nie miał dla niego żadnego znaczenia. – I tak bym mu o tobie powiedział, czy dzisiaj, czy za tydzień. Nie jesteś moim sekretem, nie wstydzę się tego, że się w tobie zakochałem – przygryzł dolną wargę, niepewnie spoglądając Adamowi w oczy. – Oprócz wujka mam jeszcze babcię, ale z nim mam znacznie lepszy kontakt i czasami czuję się tak, jakby był moją jedyną rodziną. Teraz... teraz mam ciebie i Lysandra, nie?
    Zrobiło się trochę ckliwie, choć Scott wcale nie miał zamiaru wprowadzać takiego nastroju. On tylko chciał utrzymać ten piękny uśmiech na twarzy szesnastolatka.
    – Jemy i lecimy do tego kina. Mam nadzieję, że załapiemy się na 'Piękną i Bestię' – mrugnął do niego.

    przepraszam :(

    OdpowiedzUsuń
  99. Śmiał się długo, jakby zwyczajnie nie potrafiąc się uspokoić. Był szczęśliwy. Cholera, był tak bardzo szczęśliwy.
    Spojrzał na niego, a w jego zielonych oczach lśnił blask - Scott był pewien, że ów blask już dawno zniknął bezpowrotnie, ale teraz powrócił, właśnie za sprawą tego pięknego chłopaka naprzeciwko. Gdyby nie wyznał Adamowi miłości, szesnastolatek mógłby wszystko wyczytać właśnie z jego oczu.
    – A ty masz mnie – uśmiechnął się delikatnie. Jego uśmiech nie był tak piękny, jak Adama, ale też miał coś w sobie. Coś z połączenia małego chłopca z dorosłym mężczyzną. – Nie zapomnij o tym. Nigdy.
    Nie chciał składać obietnic, których nie byłby w stanie spełnić, ale... to wcale nie było obietnicą nie do spełnienia. Phoenix był Adama, tak samo jak Adam był Phoenixa, bez względu na to, co wydarzy się w przyszłości.
    Jedząc, kątem oka obserwował poczynania Adama. Nie skomentował tego w żaden sposób. Wiedział, że stopniowo będą dowiadywać się o sobie więcej i więcej, ale miał nadzieję, że szesnastolatek nie szykował więcej niespodzianek z gatunku narkolepsji.
    – Co? Nie, Adam, nie zgadzam się – powiedział, choć produkował się na marne, bo chłopak i tak postawił na swoim. Scott nie zamierzał się o to kłócić, w końcu byli partnerami. Zaraz. Czy aby na pewno byli? Chryste, nie miał pojęcia. Po prostu założył, że skoro wyznali sobie miłość, spali razem już drugą noc z rzędu, całowali się... to robi z nich parę.
    – Nie lubisz planowania, tak? Mhm – zaśmiał się, prowadząc Adama do najbliższego kina, które naprawdę znajdowało się zaledwie parę metrów od pizzerii. – Miejsca w ostatnim rzędzie? – spytał tak profilaktycznie, gdy weszli do środka. Zaciągnął się zapachem popcornu, którego nie był wielkim fanem, ale uważał, że oglądanie filmu w kinie nie ma sensu. Nie spodziewał się tłumów, ale tak mała liczba ludzi i tak go zaskoczyła. Akurat to kino było stosunkowo małe, bardziej kameralne i miało jedynie dwie sale kinowe, ale to właśnie tutaj Phoenix lubił przychodzić najbardziej. Cholera, nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio był w tym kinie... Dwa lata? Coś koło tego. Wujek wyciągnął go na dwa czy trzy filmy w ubiegłym roku, ale to nie było to samo. Tak, tak, Nix miał swoje dziwactwa. Całkiem sporo dziwactw.
    Znów, bardzo niechętnie, się z nim rozstał, ale tylko po to, by kupić bilety. Skoro Lawliet zapłacił za jedzenie, to Scott zapłacił za bilety. Tak chyba było sprawiedliwie, prawda? Wracając do Adama, zaopatrzył ich jeszcze w jakiś napój i popcorn. Wcisnął chłopakowi picie do ręki, by móc chwycić jego drugą dłoń.
    – Mamy kilka minut do seansu – powiedział, prowadząc go w stronę odpowiedniej sali. Przy okazji opowiedział szesnastolatkowi, jak kiedyś przyszedł z siostrą na film, poszedł do łazienki, ale z powrotem trafił do innej sali i obejrzał inny film do końca. Skapnął się dopiero na napisach końcowych i niemal dostał zawału, gdy dotarło do niego, że zostawił swoją siostrzyczkę samą. To było jedno z jego ulubionych wspomnień, do którego lubił wracać.
    Gdy już rozsiedli się wygodnie na swoich miejscach, a Phoenix uporał się ze ściągnięciem swojej niezwykle ciepłej zimowej kurtki oraz bluzy (tak, wolał to zrobić teraz, bo wiedział, że i tak zaraz zrobi mu się za gorąco), ze zdziwieniem zauważył, że oprócz nich, na seans przyszło nie więcej niż dziesięć osób. Natomiast średnia wieku stanowiła jakieś trzynaście lat. Dzieciaki, jak nazwał ich Scott, pozajmowały miejsca raczej bliżej ekranu, więc na tyle byli sami.
    Zerknął na Adama i uśmiechnął się.
    – Popcornu?

    popcornu, tygrysie?

    OdpowiedzUsuń
  100. Było naprawdę ciepło - prawie tak ciepło, jak w pokoju Scotta w akademiku (a tam często panowały wręcz tropikalne temperatury, sam ledwo to wytrzymywał, ale jako że był strasznym zmarzluchem, to szczególnie mu to nie przeszkadzało).
    – Nie wiem. Tak po prostu jest – odparł z rozbawieniem. – Może popcorn jest zwyczajnie zbyt kuszący, by mu się oprzeć i poczekać na rozpoczęcie filmu? – wzruszył ramionami, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak niedorzecznie zabrzmiały jego słowa.
    Zdążyli zjeść połowę popcornu, nim skończyły się napisy i zaczął film. Scott nawet nie zarejestrował momentu, w którym chwycił Adama za rękę i splótł razem ich palce. Utrudniało to nieco jedzenie popcornu, ale co tam popcorn, gdy miało się obok miłość swojego życia?
    Tak jak przypuszczał, Phoenix nie potrafił skupić się na filmie. Jego wzrok co chwila wędrował z ekranu, na Adama. Próbował tłumaczyć sobie, że powinien się ogarnąć i w pełni skupić na 'Pięknej i Bestii', ale to nic nie dawało. Po co pary w ogóle chodziły do kina? Tak wiele osób mówiło, że często chodzą na randki do kina, ale Scott nie widział w tym sensu - przecież nie mogli rozmawiać, poznawać się, mogli jedynie... Tak, tylko to jedynie mogliby robić. Nie żeby nie chciał. Jasne, że chciał.
    Zdecydowanie będzie musiał znów wybrać się na ten film do kina, ewentualnie poczekać, aż będzie dostępny online i wtedy go obejrzeć. Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie pogubił. Oczywiście znał fabułę, wiedział, co powinno się wydarzyć, ale jednak wyłączył się już na samym początku filmu. Jedyne, o czym potrafił myśleć, to ciepła dłoń Adama w jego dłoni, jego cichy oddech, świadomość tego, że chłopak jest tylko jego... Bo chyba jest jego, prawda? Tak, jest jego. Sam to powiedział. Może nie dosłownie, ale...
    Cholera, Scott, jesteś takim idiotą.
    – Zaraz wracam – wyszeptał, wyplątując dłoń z uścisku. – Tym razem postaram się wrócić do właściwej sali – dodał ze śmiechem, podnosząc się.
    Rozmyślił się w ostatniej chwili, chwycił podbródek szesnastolatka między palce i szybko go pocałował. Zaraz zbiegł szybko po schodkach. Mimo wszystko wciąż ciekawił go film, a po drugie nie chciał stracić czasu, który mógł spędzić chociażby trzymając swojego ukochanego za rękę.
    Wrócił po kilku minutach, niemal zabijając się na schodkach. W toalecie trochę ochłonął i ogarnął się. Zajął swoje miejsce, ale tym razem objął Adama ramieniem i przyciągnął do siebie maksymalnie blisko. Przysunął usta do jego ucha.
    – Dużo straciłem? – spytał szeptem i nie mogąc się powstrzymać, złożył pocałunek tuż za uchem szesnastolatka.

    bij, bij, zabij :<

    OdpowiedzUsuń
  101. Miał ochotę powiedzieć, że tak naprawdę przegapił cały film, ale w porę się powstrzymał. Uważnie obserwował Adama i widział wszystkie emocje, jakie wywołał w nim film. Patrzenie na szesnastolatka było milion razy lepsze od 'Pięknej i Bestii', nawet jeżeli ów szesnastolatek sprawiał wrażenie, jakby całkowicie zapomniał o obecności Scotta.
    Uśmiechnął się szeroko, gdy Adam się w niego wtulił. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko objąć go mocniej, oprzeć podbródek na jego głowie i obejrzeć końcówkę filmu. Prawie sam się rozpłakał. Prawie. Starł łzy z jego policzków. Powoli zaczął przyzwyczajać się do tego, że jego Adam płacze nawet wtedy, gdy jest szczęśliwy - zapewne zajmie mu trochę czasu odróżnienie płaczu ze szczęścia, od tego ze smutku, ale na pewno sobie z tym poradzi.
    Oddał pocałunek, pogłębiając go i wplątując palce w jego włosy. Film mógł być dobry, ale nic nie mogło równać się z całowaniem z Lawlietem.
    Phoenix przerwał pocałunek, gdy światła zostały włączone. Nie chciał dawać innym przedstawienia. Może gdyby filmu nie oglądały same dzieciaki...
    – Powinniśmy iść – wymamrotał, muskając wargami jego policzek. – Mamy cały weekend dla siebie – dodał, składając jeszcze jeden, czuły pocałunek na wargach chłopaka, nim powoli zaczął się podnosić.
    Nie spieszyli się z ubieraniem. Do następnego seansu zostało jeszcze trochę czasu, więc nie musieli się spieszyć. Zgarnął pusty kartonik po popcornie oraz napoju i skierowali się w stronę wyjścia (tym razem uważał, by się nie potknąć i nie zabić na schodach). Phoenix nie miał pojęcia, która była godzina, ale gdy opuścili kino, okazało się, że już jest ciemno. Stawiał tak na szóstą, ewentualnie siódmą, ale dokładna godzina mało go obchodziła - był piątek, więc dziś nie musiał się martwić o szkołę. Opatulił się szczelnie kurtką, splótł palce z palcami Adama.
    – Czyli... podobało cię się? – spytał, gdy ruszyli już w drogę powrotną do akademika. Wnet przypomniał sobie o osobniku, którego zostawili samego w pokoju nr 106. Ścisnął lekko palce szesnastolatka. – Adam, wstąpimy do jakiegoś sklepu? Wydaje mi się, że powinniśmy coś kupić Lyśkowi, co ty na to? – zatrzymał się. – Ja i tak muszę zrobić małe zakupy. Skończył mi się sok pomarańczowy i chyba nie mam już żadnych przekąsek. Chodź, tutaj niedaleko jest mały sklepik – kąciki jego ust uniosły się w szerokim uśmiechu, nim pociągnął Adama w przeciwną stronę. Po kilku minutach dotarli już do sklepu, który wcale nie był tak mały, jak mówił Scott. Zaraz po wejściu zaopatrzył się w koszyk i skierował w stronę działu ze słodyczami. Może i nie był głodny w tym momencie, ale coś słodkiego i może również słonego, na pewno się przyda.
    – Na co masz ochotę? – spojrzał na Adama. – Wybieraj – posłał mu kolejny uśmiech. – N a pewno weźmiemy to... – sięgnął po paczkę żelek. – I to... – kilka batoników. – Czekolada też nie jest złym pomysłem – wrzucił do koszyka kilka czekolad. – No dalej, maluchu, nie chcemy przecież spędzić całego wieczora w sklepie – mrugnął do niego.

    upsik, upsik, gdzie ten akademik?! XD <3

    OdpowiedzUsuń
  102. Adam wcale nie wyglądał głupio, kupując bułki dla kota. Lysiek nie był przecież zwykłym kotem, był cholernie wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju kotem. A do tego zasługiwał na wszystko, co najlepsze, prawda? Jeżeli lubił mleczne bułeczki, to okej. Scott na pewno nie będzie tego oceniać.
    – W porządku, wierzę ci – zaśmiał się.
    Zerknął ostatni raz na półkę ze słodyczami, nim poszedł za szesnastolatkiem. Scott lubił słone przekąski prawie równie mocno, jak słodycze. A paluszki o smaku bekonu nie były jego ulubioną przekąską, ale bardzo je lubił. Zanim poszli do kasy, wrzucił do koszyka jeszcze dwie paczki chipsów. Nie musieli jeść tego wszystkiego - ba, wiadomym było, że nie zdołają tego wszystkiego zjeść, ale lepiej żeby było więcej, niż żeby zabrakło. Po drodze zatrzymał się przy napojach, by wziąć dwie małe butelki coli i dwa kartony soku pomarańczowego. Phoenić świrował, gdy nie miał w pokoju coli, albo soku pomarańczowego, więc zawsze kupował na zapas.
    – Nie, żadnych więcej przystanków – powiedział z rozbawieniem. – Możemy już spokojnie wrócić do akademika – dodał, ruszając w doskonale sobie znaną drogę do szkoły.
    Musiał przyznać, że przez ten rok zdążył się stęsknić za Skyline oraz Chicago. Lubił zarówno tę szkołę, jak i to miasto, choć z tymi oboma miejscami łączyły się złe, a przede wszystkim smutne, wspomnienia.
    Zatrzymali się przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Scotta, który zawahał się, nim wyciągnął klucze z kieszeni spodni. Postawił siatkę na podłodze i odwrócił się w stronę Adama.
    – Teraz powinienem odprowadzić cię do pokoju, jak na dżentelmena przystało. Powinienem życzyć ci dobrej nocy i pocałować cię na pożegnanie. Skoro to dopiero nasza pierwsza randka, to właśnie tak powinniśmy się rozstać... – kąciki jego ust uniosły się w słodkim uśmiechu. – Wolę jednak zaprosić cię do siebie, mając nadzieję, że zechcecie, ty i Lysiek, zostać na noc – wziął od niego siatkę, którą następnie również postawił na podłodze. Stanął tuż przed Adamem i objął dłońmi jego twarz. Pochylił się, szybko zerkając na jego usta, by zaraz powrócić spojrzeniem do jego oczu. – To jak będzie, kochanie? – spytał, z ustami tuż przy jego ustach. Przekrzywił głowę i już prawie go pocałował...
    – Scott, wynajmij sobie pokój!
    Phoenix spojrzał ponad ramieniem na śmiejącego się intruza i wywrócił oczami na widok swojego kumpla. W niezwykle kulturalny sposób pokazał mu środkowy palec, nim wyciągnął klucze z kieszeni i zabrał Adama do swojego pokoju.
    – Czyli postanowione, zostajecie ze mną – oznajmił z uśmiechem. Zdecydowanie za dużo się uśmiechał, ale nic nie mógł na to poradzić. Szybko zdjął buty, kurtkę i bluzę, by zabrać się za rozpakowanie zakupów.

    brzydko, brzydko, bardzo brzydko

    OdpowiedzUsuń
  103. Było mu gorąco, goręcej niż jeszcze chwilę temu, a jego policzki płonęły czerwienią i nie było to spowodowane temperaturą panującą w pokoju. Scott był bardzo blisko rzucenia się na Adama. Już prawie zrobił to w kinie. Prawie. Tam jakoś udało mu się powstrzymać, głównie ze względu na to, albo raczej dzięki temu, że Lawliet był zajęty oglądaniem 'Pięknej i Bestii'. Gdyby na korytarzu nie przeszkodził im jego kumpel, to by się nie powstrzymał. Wciąż nie potrafił nadziwić się temu, jak bardzo Adam na niego działał.
    W trakcie rozpakowywania zakupów, zaczął sobie nawet nucić pod nosem. Od kilku dni chodziła za nim pewna piosenka i nie potrafił sobie przypomnieć jej tytułu. Właśnie wyciągnął z reklamówki bułki dla Lysandra i zamierzał spytać się Adama, czy nakarmią teraz kociaka, ale zwyczajnie nie było mu to dane. Opakowanie mlecznych bułeczek wypadło mu z ręki, gdy szesnastolatek obrócił go w swoją stronę (ciekawe, skąd on miał w ogóle tyle siły, hmm, Phoenix postanowił później się nad tym zastanowić) i go pocałował. W pierwszej chwili nie zareagował na ten pocałunek, bo był w zbyt wielkim szoku. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, co się właściwie dzieje. Przymknął powieki, jedną dłoń umieszczając na dole pleców Adama, a drugą wplątując w jego czarne kosmyki, jakby próbując przyciągnąć go do siebie jeszcze bliżej. Przez tych kilka minut pozwalał Adamowi na dominację, ale w końcu naparł na niego i ruszył do przodu, ani na chwilę nie przerywając pocałunku, i przyparł go do drzwi.
    Oderwał się od niego, próbując złapać oddech. Spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, które były pełne radości, miłości i... podniecenia. Jeden z kącików jego ust uniósł się, tym razem, w nieśmiałym uśmiechu. Tak, bardzo cieszył się z tej ich kilkucentymetrowej różnicy wzrostu.
    – A co z Lyśkiem? – spytał, gdy poczuł jak kociak znów plącze im się pomiędzy nogami. Oby go tylko przypadkiem nie podeptali, bo Phoenix nigdy by sobie tego nie wybaczył. – Powinniśmy go nakarmić. Myślimy tylko o sobie. Jesteśmy takimi egoistami... – wymruczał, przesuwając usta na szyję Adama. Palce jednej dłoni wciąż miał wplątane we włosy chłopaka, a drugą dłoń wsunął pod jego koszulkę i przejechał opuszkami palców po jego brzuchu.
    Jego wargi dotarł do obojczyków Adama, ale po chwili wróciły do jego ust. Droczył się z nim przez kilka sekund, to przysuwając się, to odsuwając (taa, jakby naprawdę mógł się odsunąć). W końcu pochylił się i złączył ich usta w kolejnym, namiętnym pocałunku. Nie miał pojęcia, do czego ich to doprowadzi, ale nie zamierzał o tym rozmyślać. Niech się dzieje, co chce.

    ok, czy nie ok? :x

    OdpowiedzUsuń
  104. Phoenix drgnął, gdy poczuł dłoń Adama pod koszulką. To było okej. Przyjemnie było czuć ciepłą dłoń na swojej skórze. Zaczął zastanawiać się, jakby to było, gdyby ich ciała mogły być skóra przy skórze, bez niepotrzebnych ubrań. Było dobrze, cholernie dobrze, dopóki chłopak nie przesunął swojej dłoni na jego plecy. Scott spiął się momentalnie, odrywając usta od jego ust.
    – Adam – wyszeptał, ni to w ramach prośby, ni ostrzeżenia. Spojrzał na niego spod na wpół przymkniętych powiek, niemal nie oddychając. Czekał na atak paniki, ale nic takiego się nie pojawiło. Czuł jedynie strach związany z tym, że gdy Adam dowie się, w jak tragicznym stanie jest część jego pleców, ucieknie. Było to niezwykle głupie myślenie, ale nic nie mógł na to poradzić. Ten strach siedział w nim zbyt głęboko, by mógł ot tak zniknąć.
    Jego blizny powstały w wyniku pożaru. Cała prawa strona jego pleców została wręcz spalona - lekarze musieli przeszczepić mu skórę. Gdy już pogodził się z tym, co się wydarzyło, śmiał się, że jego plecy są w łaty - bo właśnie tak wyglądały, a przynajmniej ich znaczna część. Lewa strona była w lepszym stanie, choć znajdowały się tam blizny, to był niczym w porównaniu do prawej strony. Blizna na szyi, sięgająca policzka była słabą imitacją pleców. Bardzo słabą.
    Nie wiedział, ile czasu spędzili w tej pozycji, niemal zaklęci w bezruchu, nie ruszając się nawet o milimetr. Dłoń Adama nie parzyła, dotyk nie bolał, nawet nie przywoływał złych wspomnień. Phoenix czuł, że gdyby to był ktokolwiek inny, gdyby dotknął go ktoś, kto nie był Adamem, już by uciekł. Uciekł i zamknął w sobie. Jedyną osobą, oprócz Nixa i lekarzy, która widziała i dotykała blizn, był jego wujek. I to tylko dlatego, że musiał pomóc Nixowi z opatrunkami. Jeszcze miesiąc, nie - dwa tygodnie, temu Phoenix był pewien, że nigdy przed nikim nie ściągnie koszulki. Nigdy nikomu nie pokaże swoich blizn i nie pozwoli dotknąć pleców.
    Zabrał swoją dłoń, która wciąż spoczywała pod koszulką, którą szesnastolatek miał na sobie.
    – Jest okej – wykrztusił z trudem. – Możesz... możesz mnie dotknąć – wypuścił drżący oddech. – Albo nie, poczekaj – poprosił słabym głosem, odsuwając się. Nie potrafił spojrzeć Adamowi w oczy; wstydził się. Zwyczajnie się wstydził. W końcu podniósł wzrok i spojrzał w te przepiękne, srebrzyste oczy.
    W tym momencie działo się coś niezwykle ważnego. Coś, czego sam Scott do końca nie potrafił zrozumieć.
    Przełykając głośno ślinę, chwycił koszulkę na karku i przeciągnął ją przez głowę, by się jej pozbyć. Opuścił ją na podłogę, nieszczególnie przejmując się jej losem. Jego klata piersiowa nie była w złym stanie; miał kilka blizn, ale na jakimś, kto również miał swoje blizny, raczej nie robiły one większego wrażenia. Można było dostrzec jego poharatany prawy bok, który był tylko zapowiedzią tego, jak wyglądają jego plecy.
    Powrócił na swoje poprzednie miejsce, tuż przy Adamie i chwycił jego dłonie, swoimi drżącymi. Zawahał się, ale ostatecznie ułożył jego dłonie na swoich bokach. Małymi kroczkami do przodu...
    – Tak, teraz możesz mnie dotknąć – wyszeptał, pochylając się, by musnąć wargami policzek szesnastolatka. Jego ciało drżało, ale miał nadzieję, że chłopak nie zwróci na to uwagi.
    Znów objął dłońmi jego twarz i pocałował go po raz kolejny.

    jeżeli spieprzyłam, to przepraszam :<

    OdpowiedzUsuń
  105. Phoenix chciał żeby było dobrze. Ufał Adamowi tak, jak nikomu innemu, więc wiedział, że musi się przełamać. To przecież nie było nic strasznego... nie mogło być.
    Odetchnął głęboko, gdy chłopak do niego przylgnął. Nie spiął się jednak, ani nie uciekł, więc chyba było dobrze. Obserwował go uważnie, prawie w ogóle przy tym nie mrugając. Ułożył swoje dłonie na biodrach Adama, zaraz mocniej się do niego przyciskając, dociskając chłopaka do drzwi. Byli już maksymalnie blisko, pomiędzy nimi nie było nawet milimetra wolnej przestrzeni. Nix musiał przyznać, że czucie nagiej klatki chłopaka przyciśniętej do jego własnej było cholernie dobrym uczuciem. Równie mocno podobały mu się te czułe pocałunki. Były tak inne od tych, które dzielili jeszcze chwilę temu, ale tak samo cudowne.
    Czuł, oczywiście, że czuł, dłonie Adama przesuwające się na jego plecy. Scott miał wielką ochotę uciec i schować się tam, gdzie nikt nigdy go nie znajdzie, ale nie zrobił tego. Tak samo jak nie odwrócił wzroku od tych srebrzystych oczu.
    Drżał, za każdym razem, gdy Adam opuszkami palców dotykał jego blizn. Lekarze ostrzegali go, że czasami będą boleć, nie tak jak na początku, ale będą. Scott nie chciał nawet myśleć o tym, że ten straszny, rozdzierający ból mógłby wrócić. Ale teraz nie bolało. Czuł jedynie przyjemne ciepło, rozchodzące się w całym jego ciele, jaaby za sprawą właśnie tego delikatnego dotyku.
    Nie potrafił się nie uśmiechnąć, nawet jeżeli w jego oczach pojawiły się łzy. Łzy, które były pozostałością po niepewności, żalu, ale także były to łzy ulgi. Zrobił to, odważył się. Zaufał Adamowi i oddał mu się w stu procentach. Teraz już nie było odwrotu. Phoenix nie przeżyłby, gdyby szesnastolatek go zostawił, stwierdził, że Scott nie jest dla niego...
    – Kocham cię – wyszeptał. – Kocham cię tak cholernie mocno.
    Nie znali się długo; ktoś mógłby powiedzieć, że nie znali się praktycznie wcale, ale to nie była prawda. Nie potrzebowali kilku miesięcy, czy nawet lat, by się poznać. Jasne, wciąż pozostawały rzeczy, których o sobie nie wiedzieli, ale już zdążyli poznać te najważniejsze. Mieli dużo czasu, by dowiedzieć się więcej, by z każdym kolejnym dniem dowiadywać się więcej i więcej...
    Dopiero teraz uświadomił sobie, że on przez ten ostatni rok wcale nie żył, a jedynie wegetował. Utrzymywał się na powierzchni tylko dzięki wujowi, który nie pozwolił mu odpuścić i odejść, ale to nie było życie. Nie takie jak wcześniej, bo jego życie skończyło się wraz z pożarem; wraz z wiadomością, że jego bliscy nie żyją. A teraz... Właśnie teraz, w momencie, gdy poczuł ten delikatny dotyk na plecach, zrozumiał, że znów zaczął żyć. Potrzebował jedynie niewinnego, pięknego i kochanego chłopca, by powrócić do życia.
    – Dziękuję – wymamrotał, przytulając go. Wiedział, że jeszcze chwila i naprawdę się rozklei; rozpłacze się tak, że nikt nie zdoła go uspokoić i właśnie dlatego nie mógł na to pozwolić. To był dobry dzień i nie chciał go psuć. Nie, to był bardzo dobry dzień. Dzień, o którym na pewno będzie pamiętał do końca swojego życia, bez względu na to, co wydarzy się za dziesięć, czy trzydzieści lat.
    Podniecenie zeszło na drugi plan i Scott wiedział, że mogliby w bardzo szybki oraz prosty sposób przywrócić je na pierwszy, ale chyba tego nie chciał. W tym momencie potrzebował swojego Adama, tak po prostu.
    Odsunął się odrobinę, chwycił szesnastolatka za rękę i pociągnął go w stronę łóżka. Zrzucił siatkę, której nie zdążył rozpakować, na podłogę i poczekał, aż Adam się położy, a potem do niego dołączył. Ułożył się obok niego, wcisnął twarz w jego szyję i wtulił się w niego, jakby pragnąc zniknąć w jego ramionach. Choć przez chwilę mógł poudawać, że to on jest tym mniejszym chłopakiem. Zaraz poczuł, jak Lysiek wskakuje na łóżko i układa się tuż obok ich splątanych nóg. Idealnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy w końcu wrócisz do swojego pokoju – powiedział cicho, delikatnie gładząc jego bok. Czuł się tak, jakby Adam spał u niego od ponad miesiąca, jak nie więcej, choć tak naprawdę były to dopiero... dwie noce? – Chciałbym... chciałbym żebyście zostali tu ze mną.
      Chyba nie wyobrażał sobie dalszego funkcjonowania bez Adama i Lysandra.

      lov u

      Usuń
  106. Nie bardzo wiedział, jak udało im się przejść z namiętnych, cholernie podniecających, pocałunków do... tego. Do czułych buziaków i wtulania się w siebie. Mimo wszystko, to było bardzo dobre zakończenie tak emocjonującego dnia. Phoenix chyba nie mógł wyobrazić sobie lepszego. No dobra, może i mógł, ale... nie, nie dziś.
    Oczywiście, że miał mu za co dziękować. Adam mógł nie rozumieć tego, co właśnie przeżywał Scott, ale to nic. Dwudziestolatek był mu wdzięczny za to, że był z nim, że jest... Wiedział, że jeszcze przez jakiś czas będzie oswajał się z dotykiem szesnastolatka na plecach, ale to nic. Pierwszy krok już zrobił, odważył się i to było najważniejsze.
    Podniósł się odrobinę i przycisnął usta do policzka Adama, scałowując łzę. Przez chwilę wpatrywał się w jego piękną twarz, czekając, aż jego chłopiec w końcu otworzy oczy i na niego spojrzy.
    – Masz całe życie przed sobą. Nikt nie wie, co wydarzy się w przyszłości, ale teraz... Tak, teraz masz mnie – wyszeptał, nim złożył na jego ustach czuły pocałunek. – Masz mnie i Lyśka, my cię kochamy. Nigdy o tym nie zapominaj – dodał, uśmiechając się jednym kącikiem ust. – No już. Wiem, że lubisz płakać, ale tym razem uśmiechnij się. Dla mnie?
    Zanim wrócił do poprzedniej pozycji, zgarnął koc. Teraz było mu ciepło, ale znał siebie i wiedział, że prędzej czy później zrobi się zimno. Mogliby co prawda założyć koszulki z powrotem, ale Scott nie chciał tego robić. Zaczął lubić czucie ciepłej klatki piersiowej Adama tuż przy swojej.
    Nie miał pojęcia, jak długo tak leżeli, nim w końcu Scott zdecydował się ich przykryć. Normalnie, gdyby był sam w pokoju, z dziesięć razy sprawdziły, czy drzwi aby na pewno są zamknięte na klucz. Robił tak praktycznie od zawsze, i nie wyglądało, by kiedyś miało się to zmienić. Właśnie taki był.
    Nagle ogarnęło go straszne zmęczenie. Jakby wszystkie wydarzenia z tego dnia skumulowały się i uderzyły w niego z największą możliwą siłą. Jakim cudem odnalazł drogę do ust Adama i pocałował go na dobranoc. Nie chciał zasypiać tak po prostu, a wiedział, że jeszcze chwila i odleci.
    – Dobranoc – wymamrotał już na granicy snu, wtulając się mocniej w szesnastolatka. Zdecydowanie mógłby zasypiać tak codziennie. Okej, łóżko mogłoby być większe, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Przynajmniej teraz Phoenix miał swój osobisty kaloryfer. A nawet dwa. Nic więcej mu do szczęścia nie było potrzebne.
    Zdążył wymamrotać coś, co brzmiało jak kocham cię, maluchu, zanim zasnął.

    słodkich snów, adaś

    OdpowiedzUsuń
  107. Phoenix zaczął się budzić, gdy poczuł ruch obok siebie. Czuł się tak, jakby coś mu się wyślizgiwało, ale on był zbyt zaspany by to chwycić, albo chociaż otworzyć oczy. W końcu jednak udało mu się to uczynić i niemal dostał zawału, gdy okazało się, że jest sam. Cholera, chyba sobie tego wszystkiego nie wyobraził? Nie, na pewno nie.
    Kierowany jakąś dziwną siłą, podniósł się z łóżka, wziął czyste rzeczy, wyszedł z pokoju i ruszył w kierunku łazienki. Prawie zaczął śmiać się z samego siebie, gdy najpierw usłyszał szum wody, a po chwili dostrzegł Lysandra, który wyszedł mu na przeciw. Kociak nie zaalarmował swojego pana, więc było dobrze. Phoenix przywitał się z nim, starając się zachować jak najciszej.
    Scott, co ty, do cholery, wyprawiasz?
    Cholera, nie miał pojęcia, co takiego wyprawiał. Chyba tego nie przemyślał. Zdecydowanie tego nie przemyślał. Rzucił swoje rzeczy na podłogę, a w ślad za nimi poszły spodnie, bielizna i buty. Zerknął na Lyśka po raz ostatni i uśmiechnął się lekko, nim odsunął kotarę i ostrożnie wślizgnął się do kabiny, która była na tyle spora, by mógł wejść do środka [jezu, przez to wszystko mam skojarzenia ;x] wciąż niezauważony przez szesnastolatka, który był odwrócony plecami.
    – Hej – wyszeptał, mając nadzieję, że nie wystraszy Adama. No, nie jakoś mocno. Nie chciał, by jego chłopiec dostał zawału pod prysznicem. Nie byłoby zbyt miło.
    Jego uśmiech stał się odrobinę nieśmiały, gdy Adam w końcu się odwrócił. Scott nie miał się czego wstydzić - jakby nie było, chłopak i tak już widział poszczególne części jego ciała, ale to było coś innego. Teraz obaj byli nadzy. Nie mogąc się powstrzymać, przesunął wzrokiem wzdłuż całego ciała szesnastolatka, czując jak jego własne ciało zaczyna reagować. Nie zamierzał się zasłaniać, sam przecież wprosił się pod prysznic, więc chłopak bez problemu mógł dostrzec, że Scott z każdą kolejną sekundą staje się coraz bardziej podniecony.
    Patrzenie na Adama było czymś zupełnie innym, niż dotykanie go. Teraz mógł dostrzec wszystko, czego już wcześniej dotykał. Nagle przed oczami stanął mu obraz dochodzącego Adama, i stwierdził, że chce zobaczyć to jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze...
    Zrobił krok w przód i pokonał dzielącą ich odległość. Wyciągnął dłoń, by pogładzić jego mokry policzek, a następnie przesunąć dłoń na jego szyję, klatkę piersiową... Palcami drugiej dłoni chwycił jego podbródek, nim pochylił się i złączył ich wargi w, początkowo delikatnym, pocałunku. Po chwili, bardzo szybko, ów pocałunek zamienił się w bardziej namiętny, wręcz zwierzęcy, gdy Phoenix naparł na Adama i przycisnął go do ściany prysznica, a ich ciała zetknęły się ze sobą na całej długości.

    mit liebe, feniks

    OdpowiedzUsuń
  108. Gdyby Adam dokończył pytanie, Phoenix i tak nie potrafiłby mu na nie odpowiedzieć. Sam nie wiedział, co robił pod prysznicem. Nie miał pojęcia, z jakiego powodu tu w ogóle przyszedł i co nim kierowało. Bez wątpienia dzięki temu, co wydarzyło się poprzedniego dnia, a głównie wieczora, nabrał śmiałości.
    Nie myślał. Nie zastanawiał się nad tym, do czego ich to doprowadzi. Adam był jego i tylko jego.
    Niemal podskoczył, gdy uderzyła w niego gorąca woda. Po chwili jednak przyzwyczaił się do niej i na powrót rozluźnił, w pełni skupiając się na swoim chłopcu, którego zwyczajnie nie potrafił przestać całować. Odsunął odrobinę biodra, ale zaraz znów przycisnął je do bioder Adama i otarł się o niego. Dzięki temu, że dzieliła ich zaledwie kilkucentymetrowa różnica wzrostu, ich wzwody znajdowały się na tej samej wysokości, co dużo ułatwiało. Przygryzł dolną jego wargę, nim przerwał pocałunek. Na moment, dosłownie sekundę, ich spojrzenia się spotkały i było to niczym piorun, który przeszedł przez całe ciało Scotta. Przycisnął usta do szyi szesnastolatka, poruszając biodrami, by się o niego otrzeć. Wiedział, że to za mało, że obaj będą potrzebowali więcej. W końcu wsunął dłoń pomiędzy ich ciała, by objąć palcami ich erekcje. Ich usta znów się spotkały, ale pocałunki stały się niechlujne i jeszcze bardziej łapczywe. Przesuwał dłonią wzdłuż ich trzonów, wycałowując każdy adamowy jęk.
    W pewnym momencie jego dłoń znieruchomiała, a on z ostatnim liźnięciem warg Adama, odsunął się. Spojrzał na niego spod na wpół przymrużonych powiek, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu niewinnego chłopca, jakim zdecydowanie nie był. A na pewno nie w tym momencie.
    Zabrał dłoń, robiąc krok w tył. Przykręcił odrobinę wodę, by nie lało jej się tak dużo i nie była aż tak ciepła. Ich ciała wytwarzały wystarczająco dużo ciepła.
    Przygryzając wargę, która była już krwistoczerwona i opuchnięta od pocałunków, opadł przed Adamem na kolana. Nie było mu zbyt wygodnie, ale w tym momencie nie zwracał uwagi na wygodę. Przesunął dłońmi od kostek, aż do ud szesnastolatka i dopiero wtedy spojrzał w górę. Mrugnął do niego, nim pochylił się do przodu, by przejechać językiem wzdłuż całej długości jego członka. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, objął palcami podstawę i zassał główkę. Drugą rękę umieścił na biodrze Adama, by zapobiec ruchom jego bioder, nim wziął go do ust. Dopiero gdy poczuł się pewniej i upewnił się, że raczej nie zacznie się krztusić, zabrał dłoń z jego biodra, ani na chwilę nie przestając poruszać głową.


    nikt nie będzie umierał!

    OdpowiedzUsuń
  109. Scott może i nie musiał się za bardzo napracować, ale i tak starał się zrobić to najlepiej, jak potrafił. Chciał żeby jego chłopiec dobrze to zapamiętał i nie raz to wspominał.
    Cieszył się, że szum wody nie był w stanie zagłuszyć jęków Adama, które tak bardzo Nixowi się podobały. Mógłby słuchać tego bez końca i wcale nie przesadzał. Nie obchodziło go to, że tym sposobem mogliby obudzić pół akademika. Co tam inni ludzie, w tym momencie najważniejsi byli oni dwaj.
    Adam był najpiękniejszym człowiekiem na Ziemi. Był najpiękniejszy, gdy się smucił, gdy się uśmiechał, nawet podczas jedzenia, czy snu, ale także wtedy, gdy dochodził. Phoenix zwyczajnie nie potrafił odwrócić od niego wzroku.
    Scott zapewne zakrztusiłby się, gdyby się tego nie spodziewał. W momencie, gdy poczuł jak palce Adama mocniej zaciskają się na jego włosach, wiedział, że nie ma szansy się odsunąć. Nie żeby chciał.
    Przełknął wszystko, poczekał aż zmięknie w jego ustach, a Adam przy okazji rozluźni chwyt w jego włosach, i dopiero wtedy się odsunął. Oblizał wargi, znów spoglądając w górę z cieniem uśmiechu. Jego kolana bolały, ale coś bolało bardziej i domagało się jeszcze większej uwagi. Tym razem nie zamierzał uciekać, by ulżyć sobie w samotności. Zrobili już tyle kroków w przód, że nie było sensu się cofać.
    Powoli się podniósł, przy okazji składając pocałunki na brzuchu i klatce piersiowej szesnastolatka. W końcu stanął tuż przed nim, chwycił jego podbródek i pocałował go, dzięki czemu Adam mógł posmakować samego siebie. Jego własna erekcja była już boleśnie twarda i w tym momencie wbijała się w udo chłopaka. Pomijając już to, że jeszcze nikt nigdy nie działał na niego tak, jak Adam, w tym momencie był podniecony niemal do granic.
    – Wszystko okej? – spytał, nieco napiętym głosem. – Ja... ja muszę... Przepraszam, ale muszę... – nie potrafił się wysłowić, co było u niego nieco niespotykane i wręcz szokujące. Jego myśli rozpierzchły się w wielu kierunkach i jedynym, na czym potrafił się teraz skupić, była jego własna erekcja.
    Jasne, miło byłoby poczuć choć dłoń Adama na sobie, ale nie chciał go do niczego zmuszać jeżeli ten nie był gotowy. Jak bardzo żałośnie wyglądałby, gdyby zaczął ocierać się o udo szesnastolatka? Na pewno ponad skalę. Odsunął więc swoje biodra, przerywając kolejny pocałunek. Ich spojrzenia znów spotkały się na krótką chwilę, nim Phoenix wtulił twarz w zagłębienie szyi Adama, a palce jego dłoni zacisnęły się na wzwodzie. Jęk, który wydostał się spomiędzy jego warg, zamienił się w imię ukochanego, powtarzane raz po raz.

    wszystko jest dobrze, maluchu

    OdpowiedzUsuń
  110. Phoenix nie przejmował się smakiem nasienia Adama. Połknąłby je nawet gdyby chłopak pozwolił mu się odsunąć i wcześniej go ostrzegł. Niemal roześmiał się, gdy Lawliet się skrzywił.
    W tym momencie liczyło się dla niego tylko osiągnięcie spełnienia. Skoro robił to sam, to chyba chciał by nadeszło jak najszybciej. Był trochę zły na siebie, że nie potrafił się powstrzymać, chociaż na chwilę. Znał jednak siebie i wiedział, że zwyczajnie by nie wytrzymał. To zabrnęło już zbyt daleko, by móc się cofnąć. Był zbyt podniecony.
    Scott zadrżał niekontrolowanie, gdy poczuł jego drobną i delikatną dłoń na swoim członku. Jęknął trochę głośniej niż dotychczas, nim mocno przygryzł dolną wargę. To było coś, czego pragnął, ale także coś, w co nie potrafił do końca uwierzyć. Musiał rozchylić powieki i spojrzeć w dół, by upewnić się, że wcale sobie tego nie wyobraził.
    – Adam – wymamrotał jego imię ledwo słyszalnym, łamiącym się głosem.
    Jedną dłoń ułożył na biodrze szesnastolatka, a drugą oparł o ścianę prysznica tuż za nim. Przez jakiś czas wzrok miał wbity w dłoń Adama, poruszającą się na jego erekcji. To było jednak za dużo, więc w końcu zamknął oczy. Nie trwało to długo, bo Phoenix nie potrzebował wiele. Nie tym razem. Prawda była taka, że niema doszedł, gdy tylko poczuł palce Adama oplatające erekcję. Jednak jakimś cudem udało mu się przedłużyć spełnienie.
    W końcu odpuścił. Doszedł z imieniem ukochanego na ustach. Wciąż drżał po przebytym orgazmie, który spokojnie mógł nazwać jednym z najlepszym w życiu, ale obrócił głowę w bok i rozchylił powieki. Zrobił to w idealnym momencie. Widok, który Phoenix ujrzał, był cholernie podniecający i mógł się założyć, że jego chłopiec na pewno się nawet nie domyślał, co wyprawiał z wnętrznościami Scotta. Gdyby tylko nie był tak wyczerpany...
    Chwycił dłoń Adama, odsuwając ją od jego twarzy i splótł razem ich palce, ani odrobinę nie przejmując się swoją spermą. Woda i tak za chwilę spłucze ją z ich rąk. Ledwo utrzymywał się na nogach i gdyby nie jego chłopiec, to na pewno już leżałby na podłodze. Chwilę zajęło mu, nim w końcu się uspokoił.
    – Kocham cię – wyszeptał, uśmiechając się odrobinę sennie.
    Pocałował go delikatnie i powoli, cholernie mocno ciesząc się z tej chwili, którą właśnie wspólnie dzielili. Odsunął się tylko po to, by sięgnąć po żel pod prysznic oraz szampon, który podał Adamowi. Nalał żelu na dłonie i jakby nigdy nic zaczął wodzić dłońmi po klatce piersiowej szesnastolatka, a potem kazał mu się odwrócić i umył mu także plecy. Siebie namydlił szybko, obiecując Adamowi, że to nie jest ostatni raz, kiedy biorą wspólny prysznic.
    Poczekał, aż woda spłucze z nich wszystko, przy okazji obdarzając Adama kolejnymi delikatnymi pocałunkami, nim zakręcił kurek. Nie mierzyli czasu, ale Nix wiedział, że minęło całkiem sporo czasu, więc wzrosło prawdopodobieństwo tego, że ktoś wpadnie do łazienki, by wziąć prysznic.
    To, co się pomiędzy nimi wydarzyło, było niezwykle intymne i wyjątkowe. Było czymś, czego Phoenix jeszcze nigdy z nikim nie przeżył i nie dzielił. Adam był jego pierwszym w tak wielu przypadkach, choć sam zainteresowany na pewno nie zdawał sobie z tego sprawy.

    Ty ich wyciągasz spod prysznica <3

    OdpowiedzUsuń
  111. Namydlając ciało Adama, uważnie przyglądał się siniakom, które zaczynał wyglądać coraz lepiej. Wciąż nieszczególnie dobrze, ale lepiej. Jego wzrok na dłużej, znacznie dłużej, zatrzymywał się na bliznach. Niestety nie miał wystarczająco dużo czasu, by obejrzeć je dokładnie. Te na udach zauważył już wcześniej, gdy tylko znalazł się przed szesnastolatkiem na kolanach, ale wtedy był zbyt... podniecony i chętny sprawić swojemu chłopcu jak najwięcej przyjemności, by zwrócić na nie większą uwagę. Obiecał sobie, że później, może nie od razu po powrocie do pokoju, ale kiedyś na pewno, przyjrzy się uważniej całemu ciału Adama.
    Śmiał się, gdy Adam zaczął go wycierać, ale musiał przyznać, że mu się to podobało. Nawet bardzo.
    Phoenix, po powrocie do pokoju, najchętniej poszedłby spać. Ostatnio spało mu się tak dobrze, nie dręczyły go żadne koszmary, więc chciał korzystać jak najwięcej. Z drugiej jednak strony, chciał spędzić czas ze swoim ukochanym. Jasne, to może i był ich pierwszy wspólny weekend, ale na pewno nie ostatni. Jeszcze mają wiele weekendów przed sobą.
    Podobało mu się to, że Adam poszedł z nim do pokoju, a nie wrócił do swojego. Nie miał nic przeciwko dwóm dodatkowym lokatorom, więc prawie zaproponował chłopakowi, by ten się do niego przeniósł. Prawie, bo chyba jeszcze było na to za wcześnie. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył.
    – Co powiesz na to, żebyśmy poszli na śniadanie? – zagadnął, z westchnieniem opadając na łóżko. – W takich chwilach żałuję, że nie zdecydowałem się na wynajęcie jakiegoś małego mieszkania. Mógłbym ci zrobić śniadanie do łóżka – mrugnął do niego. – Możemy pójść do szkolnej stołówki, oni zawsze mają tam jakieś jedzenie, albo możemy też wybrać się do kawiarni. Oczywiście z Lyśkiem. Dziś już go nie zostawimy.
    Jego wzrok chwilę wędrował po pokoju, aż w końcu spoczął na Adamie. Scott czuł się tak, jakby znali się dobrych kilka lat. Jakby ten prysznic nie był ich pierwszym wspólnym prysznicem, jakby był wspaniałą rutyną.
    – Wujek chciał mi wynająć jakieś mieszkanie blisko szkoły. Bał się, że nie będę się czuł dobrze w akademiku, ale nie, ja oczywiście uparłem się na akademik. Choć... to nawet dobrze, bardzo dobrze, że go nie posłuchałem – zaśmiał się.
    Gdyby mieszkał poza szkołą, możliwe, że nigdy nie poznałby Adama. A może, skoro to przeznaczenie, to i tak by się spotkali, prędzej czy później?
    Chwycił nadgarstek Adama i pociągnął go na łóżko. Objął go ramieniem, a dodatkowo jeszcze, by chłopak przypadkiem nie próbował mu uciec, przerzucił nogę przez jego uda.
    – To co, idziemy gdzieś na śniadanie, czy może zjemy razem z Lysandrem te jego mleczne bułeczki? – poruszył zabawnie brwiami, uśmiechając się.

    przyznam, że śniadanko by się przydało XD

    OdpowiedzUsuń
  112. [Fajna karta m8 taka trochę ROZJECHANA NIE SĄDZISZ]

    OdpowiedzUsuń
  113. Phoenix zazwyczaj nie jadał śniadań. Robił to od czasu do czasu, tylko wtedy, gdy rzeczywiście miał coś do zjedzenia. Coś co nadawało się do zjedzenia na śniadanie. Tak samo było z obiadami - bardzo często (odkąd wrócił) szedł do stołówki (nigdy tam nie zostawał, od razu wracał do siebie) i brał pierwsze lepsze danie. Lubił gotować sam, ale w Skyline nie mógł tego robić nad czym naprawdę ubolewał. Nie był mistrzem kuchni, ale był całkiem dobry w te klocki, tak nieskromnie mówiąc.
    Najchętniej zamknąłby się z Adamem w pokoju i nie wychodził z niego aż do poniedziałku rano (pomijając oczywiście wyjścia do toalety), ale perspektywa pójścia do kawiarni na śniadanie była zbyt kusząca.
    – Okej, jestem za pójściem do tej kawiarenki – odparł, przymykając powieki, gdy Adam zaczął bawić się mokrymi kosmykami jego włosów.
    Było miło i przyjemnie, a do tego trochę sennie, ale do czasu. Brzuch Scotta zaburczał tak głośno, jakby chłopak nie jadł od kilku dni. W pierwszej chwili zrobiło mu się głupio, ale zaraz przypomniał sobie, że jest w towarzystwie Adama, jego Adama. A burczenie w brzuchu raczej nie było powodem do wstydu.
    Podniósł głowę i przez chwilę wpatrywał się w twarz ukochanego. Zaraz w jego głowie zaczęły pojawiać się obrazy tego, co wydarzyło się pod prysznicem. I choć bardzo chciał to powspominać, to wiedział, że nie może, nie teraz. Myślenie o tym nie skończyłoby się dobrze.
    – Zbieraj się, piękny, idziemy – zakomunikował, klepiąc szesnastolatka w udo. – Chyba nie chcesz, żebym umarł z głodu, co? – zaśmiał się.
    Samo zebranie się zajęło im całkiem sporo czasu (Phoenix oczywiście musiał się opatulić, jakby na dworze było co najmniej minus dwadzieścia stopni), więc gdy w końcu opuścili pokój było już po dziewiątej. Czas leciał nadzwyczaj szybko i Phoenix wiedział, że będzie lecieć jeszcze szybciej. Zamknął pokój na klucz, oczywiście upewniając się jakieś dziesięć razy, czy aby na pewno to zrobił, nim chwycił dłoń Adama i tradycyjnie splótł razem ich palce. Trzymanie Lawlieta za rękę nigdy mu się nie znudzi.
    – Ty prowadzisz, bo ja nie znam drogi – powiedział, gdy tylko opuścili budynek akademika.
    Scott niemal od razu pożałował, że oprócz grubej kurtki, wziął także bluzę i szalik. Czapę ściągnął pierwszą, potem czas przyszedł na szalik i rozpięcie kurtki.
    – Jest zima, dlaczego na dworze jest tak ciepło? To nie fair, powinno być zimno – mamrotał, bardziej sam do siebie, niż do Adama czy Lyśka, zatrzymując się, by schować czapkę i szalik do plecaka, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Trzymał w nim portfel, butelkę coli albo wody, jakiś batonik ewentualnie czekoladę i leki przeciwbólowe. A jak już w temacie leków jesteśmy... – Adam? A co... – odchrząknął. Może i to nie było jego sprawą, ale... Adam był jego chłopcem, a on zamierzał się troszczyć o swojego chłopca. – Co z twoimi lekami? Widziałem wczoraj w pizzerii, jak brałeś leki. Dziś już je wziąłeś, czy weźmiesz je później? I nie odbierz źle moich słów, ja po prostu się o ciebie martwię.

    żaden wzgardzony! kochany kurczak <3

    i głupia owca

    OdpowiedzUsuń
  114. Faktycznie, Phoenix zwyczajnie zapomniał o tym, że jego chłopiec wciąż był poobijany. Czas pędził jak szalony, a jemu wydawało się, że ten upadek Adama na lodzie miał miejsce już dawno, bardzo dawno temu. Oczywiście przeprosił swojego chłopca i obiecał, że będzie bardziej na niego uważać. Nie chciał zrobić mu większej krzywdy.
    Mógł się założyć, że na pewno wyglądali śmiesznie - on w grubej kurtce, opatulony szalikiem, a Adam jedynie we flanelowej koszuli i owinięty szalikiem i bez butów (spokojnie, Scott już zdążył przyzwyczaić się do tego, że jego chłopiec nie lubi chodzić w butach, przyzwyczaił się i w pełni to akceptuje). Phoenix wolał jednak ubrać się za ciepło i potem rozebrać, niż zmarznąć (toż to by była prawdziwa tragedia, serio).
    Kąciki jego ust drgnęły, gdy dostrzegł ten niewinny uśmiech. Nie chciał prawić swojemu chłopcu morałów, ale teraz czuł się za niego w pewnym sensie odpowiedzialny. No i martwił się o niego. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby szesnastolatkowi coś się stało. Nawet jeżeli to byłoby coś, na co Phoenix nie miałby wpływu.
    – Przypomnę – powiedział, ledwo opanowując pragnienie przyciągnięcia Adama bliżej i pocałowania go. Nie teraz, nie tutaj. Będą mieli jeszcze na to dużo czasu. – Jeżeli nie masz nic przeciwko, to mogę ci codziennie o nich przypominać – wzruszył lekko ramionami.
    Scott jeszcze nigdy nie był w owej kawiarni, do której zaprowadzili go Lawliet i Lysiek, ale niemal od razu wydała u się być niezwykle przyjemnym miejscem. Miał swoją ulubioną, ale znajdowała się ona po drugiej stronie miasta, bardzo blisko osiedla, na którym kiedyś mieszkał, i którego nie zamierzał już nigdy odwiedzić. Serwowali tam wspaniałe desery i chętnie zabrałby tam Adama, ale na razie nie był jeszcze na to gotowy.
    Rozsiadł się wygodnie w fotelu, rozprostowując swoje długie nogi pod stolikiem. Podobało mu się tutaj. Wziął menu od Adama, odwzajemniając uśmiech.
    Nie mógł się zdecydować, co powinien zamówić, bo wszystko brzmiało pysznie (i zapewne właśnie takie było). Ostatecznie wybrał jakąś kanapkę, którą doradził mu Adam, a do tego kawę.
    – Podoba mi się tutaj – powiedział, gdy czekali na swoje zamówienia. – Jest tak przytulnie. No i wielkim plusem jest to, że możesz tu ze sobą zabierać Lyśka. A wiesz, że w centrum Chicago jest taka restauracja, która jest zarówno dla ludzi, jak i dla kotów oraz psów? Chodziłem tam, jak okazało się, że nie mogę mieć własnego zwierzaka. Kiedyś was tam zabiorę – zaśmiał się – i to nie plan, to obietnica.
    Oparł łokcie na stoliku, a podbródek na dłoniach, wpatrując się w Adama. Srebrzyste oczy były tak piękne, że ciężko było odwrócić od nich wzrok. A piegi... Phoenix uwielbiał te piegi. Sam miał kilka piegów, ale nigdy jakoś szczególnie nie zwracał na nie uwagi. Piegi Adama to była inna bajka.
    – Miałeś czas pozwiedzać Chicago? Jeśli chcesz, to kiedyś będziemy mogli wybrać się na zwiedzanie. Pokazałbym ci najciekawsze miejsca – zaproponował. – Co ty na to? – uśmiechnął się.

    nie komentujmy tego czegoś, ok?

    OdpowiedzUsuń
  115. Phoenix postanowił, że w następny weekend zabierze Adama i Lyśka do tej kawiarni dla zwierzaków. Było tam niemal tak samo przytulnie, jak tutaj (chyba, że ktoś miał uczulenie na sierść, lub zwyczajnie nie przepadał za kotami i psami).
    – Tak, tak, wiem, że ta kawiarnia nie jest przeznaczona dla kotów – powiedział, a zaraz dodał: – Nie dziwię jej się, że go pokochała.
    Phoenix uwielbiał zwierzęta niemal od zawsze, a jego marzenie o posiadaniu własnego czworonoga nigdy nie dawało mu spokoju. Był pewien w stu procentach, że kiedyś spełni to marzenie. Nie zdecydował jeszcze, czy wolałby psa, czy może jednak kota, ale w koncu się zdecyduje.
    – Świetnie – jego uśmiech stał się jeszcze większy. – Chicago to piękne miasto. Na pewno będziemy musieli pójść do Muzeum Historii Naturalnej. To świetne miejsce. Mam nadzieję, że Ci się spodoba. I Portage Park, i... – zawahał się, gdy dotarło do niego, że znów się rozgadał i na pewno zaczął już zanudzać Adama. – I wiele innych miejsc.
    Lubił Chicago. To było miasto, które miało bardzo dużo do zaoferowania, ale nigdy nie uważał go za miasto rodzinne. Jego miasto rodzinne było małą mieściną w Karolinie Południowej. Mieściną, którą uwielbiał i kochał całym sercem. Mieściną, do której koniecznie będzie musiał zabrać Adama. Nie tylko po to, by ten poznał wujka Scotta, choć tak, poznanie wujka byłoby zapewne głównym punktem programu.
    Własnie zamierał pochylić się do przodu, by skraść pocałunek, ale nie zdążył, bo otrzymali swoje zamówienia. Później będzie czas na pocałunki, o.
    Najpierw napił się kaw, która smakowała naprawdę dobrze, a potem podejrzliwie obejrzał kanapkę z każdej strony. Była naprawdę spora, z salami, z mozzarellą, papryką i oliwkami (poprosił o nie w ostatniej chwili - co miał poradzić na to, że naprawdę lubił oliwki?), a do tego na ciepło - istny raj na ziemi.
    Miał nadzieję, że reszta weekendu, jak i kolejne dni miną im równie miło i spokojnie. Scott nie pragnął niczego więcej, tylko szczęścia swojego chłopca (i jego kota oczywiście też). Reszta nie miała znaczenia. Liczyli się tylko oni obaj.


    bardzo, bardzo krótki i bezsensowny odpis

    OdpowiedzUsuń
  116. Przez te sześć tygodni, Phoenix tak bardzo przyzwyczaił się do obecności Adama, że teraz już naprawdę nie wyobrażał sobie funkcjonowania bez niego. Lubił jeść z nim lunch w szkole, lubił spacerować po Chicago (udało im się zwiedzić całkiem sporo miejsc, z czego był naprawdę zadowolony), lubił wszystko, co razem robili... ale uwielbiał czuć jego wargi na swoich, a przede wszystkim z nim (z Lyśkiem oczywiście też) spać. Nigdy nie sądził, że aż tak bardzo spodoba mu się spanie z kimś. Jeżeli chodziło o naukę, to było trochę gorzej, bo niestety uczyć się razem nie mogli, a nauczyciele ich (jednak głównie Phoenixa) nie oszczędzali. Nix nie mógł pozwolić sobie na opuszczenie się w nauce, musiał starać się, by nie wylecieć ze Skyline. No dobra, może i trochę przesadzał, może i nikt już by go nie wyrzucił, ale on za bardzo się bał, że będzie musiał opuścić szkołę, a co za tym idzie - Adama.

    Był piątek, ostatni dzień marca. Phoenix miał umówioną na ten dzień wizytę u lekarza, nad czym ubolewał, bo nie mógł wziąć Adama ze sobą. Znaczy mógł - ale nie chciał, by jego chłopiec spędził kilka godzin samotnie w poczekalni.
    Spotkali się w akademiku po lekcjach, a teraz kierowali się w stronę lodowiska. Scott jak zwykle się rozgadał, opowiadając o tym, co wydarzyło się na lekcjach. Był szczęśliwy, bo nie musiał już ubierać grubiej kurtki oraz nie musiał martwić się o to, że szesnastolatek przeziębi się, spacerując boso po śniegu.
    – Najchętniej poszedłbym z tobą na lodowisko – powiedział, gdy znaleźli się już przed budynkiem. – Tak bardzo nie chce mi się iść do tego lekarza – wymamrotał, obracając się w stronę Adama. – Mam nadzieję, że wrócę tak maksymalnie do dwudziestej – objął dłońmi jego twarz i pochylił się, by pocałować go na pożegnanie.
    Po ich pierwszym wspólnym weekendzie, Phoenix zdobył drugi klucz do swojego pokoju i podarował go Adamowi. Jego pokój nie był już tylko jego, ale teraz zaczął należeć także do Adama i Lyśka. Scott nie miałby nic przeciwko temu, by Lawliet przeniósł wszystkie swoje rzeczy, ale zdawał sobie sprawę z tego, że sto szóstka jest jednak za mała. Czasami zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej, gdyby pogadali z kim trzeba i przenieśli się do pokoju dwuosobowego. Mieliby wtedy więcej miejsca, mogliby złączyć dwa łóżka... Mieli jeszcze czas, by się nad tym zastanowić. Zwłaszcza, że Nix coraz częściej myślał o wynajęciu jakiegoś małego mieszkania. Nie był jednak pewien, czy Adam zgodziłby się z nim zamieszkać. Znali się dopiero (dla niego to było aż) sześć tygodni, może lepiej będzie jeszcze trochę z tym poczekać?
    Uśmiechnął się, opierając swoje czoło o jego.
    – Uważaj na siebie – poprosił, tak jak miał w zwyczaju. Nie chciał powtórki z tamtego upadku na lodzie, nie chciał, by jego chłopiec zrobił sobie większą krzywdę, więc niemal za każdym razem, gdy się rozstawali, powtarzał, by Adam na siebie uważał. – Do później?

    masło maślane :<

    OdpowiedzUsuń
  117. Phoenix wręcz nienawidził rozstawać się z Adamem. Najchętniej zabierałby go ze sobą wszędzie, tak samo jak wszędzie za nim chodził. Nie było to jednak możliwe, a do tego - podobno krótkie przerwy są potrzebne. Podobno.
    – Wiem, że zawsze uważasz, ale ja zawsze się o ciebie martwię – odparł z rozbawieniem.
    Uśmiechnął się lekko, dobrze wiedząc, że te kilka godzin rozłąki niczego nie zmienią. Scott kochał Adama, a Adama Scotta. Nixa wciąż męczyło to, że nie powiedział szesnastolatkowi o nagraniu, bo wciąż odkładał to na później. Uznawał to za błąd, o którym już prawie zapomniał. W tamtym okresie wydarzyło się zbyt wiele złego, by przejmował się głupim nagraniem.
    – Dzwoń, gdyby coś się działo – dodał jeszcze, nim niechętnie odsunął się i ruszył, odwracając się jeszcze kilka razy, by spojrzeć na swojego chłopca, nim skręcił za rogiem i zniknął za zabudowaniami.
    Zatrzymał się w po kilku minutach, mając wielką ochotę zawrócić. Nie miał pojęcia, skąd mu się to wzięło. Już wyciągał telefon, by zadzwonić do Adama, ale powstrzymał się, w duchu śmiejąc się z samego siebie. W końcu jednak ogarnął się i poszedł do lekarza. Pocieszał się tym, że mają przed sobą cały weekend, który spędzał tylko we trójkę. Scott obiecał Adamowi, że znów zabierze go do tej zwierzęcej kawiarni w centrum i może uda im się jeszcze coś pozwiedzać. A jeżeli nie, to spędzą czas w pokoju, bo to wcale nie była zła opcja.
    Tak jak się spodziewał, wizyta u lekarza strasznie się przedłużyła. Był zły, ale jego humor poprawił się, gdy znalazł się na terenie szkoły. Było kilka minut po dwudziestej, gdy Phoenix zajrzał na lodowisko. Był pewien niemal w stu procentach, że właśnie tam zastanie swojego chłopca. Ogarnął go dziwny niepokój, gdy okazało się, że hala jest pusta, więc niemal od razu poszedł do akademika. Wiedział, że skoro Adama nie było na lodowisku, to na pewno będzie w sto szóstce. Serce niemal mu stanęło, gdy zajrzał do ciemnego, a przede wszystkim pustego pokoju. Nie dość, że nie było Adama, to Lyśka również. Teraz już wiedział, że coś musiało się wydarzyć.
    Dopiero po chwili przyszło mu na myśl, że chłopak może być dwa pokoje dalej. Tylko co by tam robił? Przecież Lawliet już prawie wprowadził się do jego pokoju, a w swoim jedynie się uczył.
    Rzucił plecak na podłogę i opuścił pokój, od razu kierując się w stronę sto dziewiątki. Odetchnął z ulgą, gdy dostrzegł Adama.
    – Cholera, Adam, nie strasz mnie tak. Bałem się, że coś... – reszta słów ugrzęzła mu w gardle, gdy dotarło do niego, że chłopak płacze. – Adam... Adam, co się stało?

    przepraszam za to coś i przepraszam, że dopiero teraz

    OdpowiedzUsuń
  118. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  119. Chciał go dotknąć. Chciał zgarnąć go w swoje ramiona. Niemal wzdrygnął się, gdy chłopak odtrącił jego dłoń. Zrobił krok w tył, patrząc na Adama z niedowierzaniem. Zabolało. Cholernie mocno. Co prawda nie fizycznie, a psychicznie, ale zabolało. Nie potrafił znieść jego wzroku, który bolał równie mocno, ale nie odwrócił wzroku.
    – Adam, nie rozumiem. Czy coś się stało? Zrobiłem coś? Skrzywdziłem cię? – w jego głosie można było wyczuć coś, co było mieszanką niepewności, szoku, zranienia i przerażenia. Zaczął zastanawiać się, czy aby na pewno czegoś złego nie zrobił, ale nie. Na pewno nie.
    Nie miał pojęcia, co takiego się wydarzyło. Kochał swojego chłopca całym sercem i nigdy by go nie skrzywdził. Szczęścia Adama było dla niego najważniejsze.
    Zamierzał znów się do niego zbliżyć, znów spróbować go dotknąć, ale w ostatniej chwili jego wzrok padł na łóżko, na którym leżał telefon chłopaka.
    Kurwa
    Kurwa
    Kurwa
    Nie musiał oglądać tego nagrania, by dowiedzieć się, co to jest. Znał je aż za dobrze. Gdyby tylko mógł, to cofnąłby czas i nigdy się na to nie zgodził; nigdy nie nagrałby tego głupiego filmiku. Był młody i głupi. Każdy nastolatek popełnia błędy, prawda? To był tylko jeden, głupi błąd, którego mógł uniknąć, ale było już na to za późno. To nie było tak straszne, jak mówili o tym ludzie. Nie była to zadna seks taśma. Prędzej można by to było nazwać amatorskim prawie-porno. Nie było dnia, by nie żałował, że nie zasłonił sobie wtedy twarzy. Miał nadzieję, że wszyscy już o tym zapomnieli i ma jeszcze trochę czasu, nim będzie musiał o tym powiedzieć Adamowi. Mylił się. Tak bardzo się mylił...
    Prawda była taka, że niemal zupełnie zapomniał o tym nagraniu. Na początku ich znajomości wciąż i wciąż odkładał tę rozmowę, aż w końcu zapomniał o tym, że przecież powinien mu o tym powiedzieć, najlepiej jak najszybciej.
    Czuł się źle. Nie, czuł się tragicznie. Nie przewidział, że szesnastolatek zareaguje właśnie w taki sposób. Nawet nie bardzo to rozumiał. To tylko głupie nagranie, które powstało ponad półtora roku wcześniej. Zrozumiałby złość, ale to?
    – Powinienem powiedzieć ci o tym wcześniej. Wiedziałem, że będziesz zły, gdy w końcu się dowiesz... Wyjaśnię ci wszytko, tylko mnie wysłuchaj – pierwszy raz od dawna nie potrafił się wysłowić. Nie bardzo wiedział, od czego powinien zacząć. Nie wiedział nawet, czy Adam będzie chciał go wysłuchać.

    drama, drama, drama

    OdpowiedzUsuń
  120. Kolejne słowa Adama bolały jeszcze bardziej. Chciał coś powiedzieć - może coś o tym, że to nic nie znaczyło, że to było dawno i nie prawda, nawet jeżeli chłopak nie chciał go słuchać, ale zwyczajnie nie potrafił. Wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami. Czuł, że cały jego świat lada chwila legnie w gruzach. Adam w tak krótkim czasie stał się niemal całym jego światem... Scott wcale go nie okłamał. Mówił mu niemal o wszystkim. Nie powiedział mu tylko o nagraniu. Dawno niczego tak nie żałował, jak właśnie w tej chwili. Gdyby powiedział mu o tym wcześniej, może nawet kilka tygodni temu, to Adam na pewno by tak nie zareagował.
    Nie zamierzał pozwolić mu uciec. Był gotów powstrzymać go za wszelką cenę, nawet jeżeli usłyszy jeszcze gorsze słowa, które jeszcze bardziej go zranią. Scott musiał Adamowi wytłumaczyć wszystko na spokojnie, a Adam musiał go wysłuchać. Przecież to był tylko głupi filmik. Głupi, nic nieznaczący filmik.
    Krzyk chłopaka zaszokował go. Znieruchomiał i nim się ogarnął, Adam był już za drzwiami. Drzwiami, które zamknął na klucz.
    Cholera
    Dopadł do nich niemal natychmiast i zaczął walić w nie pięściami. Nie potrafił uwierzyć w to, że szesnastolatek naprawdę go zamknął. Błagał i prosił, niemal zdzierając sobie głos. Gdzie podziali się wszyscy inni uczniowie, mieszkający w akademiku, gdy ich potrzebował?
    Phoenix długo walił w drzwi, nim w końcu ktoś go usłyszał i łaskawie otworzył mu je otworzył. Był wściekły, na siebie, na Adama, a przede wszystkim na tego kogoś, kto wysłał Lawlietowi ten filmik. Wiedział, że ktoś musiał to zrobić, bo chłopak sam by go nie zdobył. Miał nawet pewne podejrzenia, co do tej os