30 stycznia 2017

Yo te quiero aunque no quieras

Benedict Holt
William

49 komentarzy:

  1. [Wow, jaka... Wow. Aż mi słów zabrakło, pierwszy raz widzę HTML z ukrytym tekstem zrobiony... Tak. Cudo, naprawdę.
    Haa, ja również się utożsamiam z tym pięknym, prawdziwym dopiskiem; „Pollyanna" to jeden z moich sentymentów.
    A ja tam uwielbiam imię Anna, z kolei Polly to taka... To imię dla grzecznej i poukładanej dziewczynki, Annę można odmieniać, przerabiać, kochać i głaskać, nienawidzić i doprowadzać do szaleństwa, o! Dlatego też moja panna Salieri zdecydowanie woli Annę!
    Jestem bardzo chętna na wątek! Poszukujesz jakiejś relacji może? C:]

    Pollyanna Salieri

    OdpowiedzUsuń
  2. [Nawet inaczej: Polly kojarzy mi się z taką wiejską gąską. :D
    Nie no, Anna raczej nie robi sobie wrogów, więc mogliby się tam kumplować, przyjaźnić, whatever, cała akcja z lisem i kotem również mi odpowiada, acz zaczęłabym już od momentu odrabiania tych strat, no a potem iść w motyw z tymi niemiłymi panami. Aczkolwiek jeśli stworzysz trzecią postać, to daj znać, może akurat tam zwiąże nam się coś automatycznie. c:]

    Pollyanna Salieri

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba jednak się znamy, mam wrażenie, ale pewności to nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie mógł tak po prostu mu uwierzyć. Roanowi trzeba było wiele czasu, zanim uznał kogoś za godnego, a nie zdarzyło się to już od dawna. Tym bardziej nie umiał teraz się przemóc, skoro chłopak skutecznie unikał odpowiedzi nawet na najprostsze pytania. Do seksu nie potrzebowali tak naprawdę słów, prawdopodobnie dlatego tak lubił tę aktywność fizyczną, ale kiedy słyszał takie słowa, wszystko się zmieniało. To nie tak, że dziewczyny nigdy mu nie mówiły, że go kochają. Potrafiły się zdobyć na coś takiego po jednej wspólnie spędzonej nocy, ale wiedział, że nie mają tego na myśli. Moment po prostu wydawał się odpowiedni na coś takiego. Od początku Roan ustalał zasadę, dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie chodzi mu o nic więcej, więc odchodził i nie wracał. Nie zatrzymały go marne wyznania. Nie umiał im zawierzyć, gdy nie mówiły prawdy, a jedynie dawały jakiemuś irracjonalnemu przywiązaniu sobą zawładnąć. Tym razem, właśnie z tym pierzonym dzieciakiem, było inaczej, bo nawet jeśli się tego wypierał, nawet jeśli jemu nie ufał, czuł, że słowa są prawdziwe. Przekonanie to jednak pozostało odepchnięte tak daleko, że z łatwością przysłoniła je irytacja całą sytuacją.
    Napiął mięśnie, gdy Ben złapał go za rękę, ale nic nie powiedział. Przewrócił w końcu oczami tak, że nawet w ciemności można było dostrzec białka, po czym podniósł się, by usiąść na brzegu łóżka. Otworzył głośno szufladę w swoim stoliku nocnym i zaczął w niej grzebać, szukając jednej konkretnej rzeczy. Zaklął pod nosem, myśląc, że już nawet tego nie da rady znaleźć, ale w końcu wyjął prostą mleczną świecę osadzoną na jakiejś podstawce. Postawił ją i chwilę później w jej świetle odpalił sobie papierosa. Pustą paczkę odrzucił na stolik razem z zapalniczką, po czym podniósł się i podszedł do okna, by zasłonić je ciężkimi grafitowymi zasłonami, przez które docierały do nich już stłumione światła błyskawic. Stał tak jakiś czas, opierając się tyłem o parapet i patrząc na chłopaka otoczonego miękką poświatą płomienia. Kącik jego ust drgnął, gdy Nora się podniosła i bez oglądania się za siebie zeskoczyła z kolan chłopaka, by następnie wylądować na podłodze. Roan wtedy widział jedynie małą plamkę, próbującą dostać się na drapak. Zdążył zauważyć, że było jej to ulubione miejsce na drzemkę. Nieco spokojniejszy dzięki nikotynie zgasił resztkę papierosa, pozostawiając peta na metalowej popielniczce stojącej na parapecie. Powoli pokonał dystans dzielący go od łóżka z dłońmi schowanymi w kieszeniach spodni i wzrokiem wbitym w podłogę, szukającym przeszkód, o które nie chciał się potknąć.
    - Połóż się – polecił mu, jeszcze nad nim stojąc.
    Kiedy w końcu wsunął się na łóżko, przyciągnął go do siebie nieco brutalnie, więc w efekcie Ben uderzył w jego tors całym swoim ciałem. Roana to niespecjalnie obeszło, bardziej przejmował się tym, co właśnie zrobił, ale wolał taki stan rzeczy niż trzęsącego się chłopaka, który takim zachowaniem działał mu na nerwy. Jedną ręką objął go w pasie, drugą wsunął pod jego głowę, by dłonią móc docisnąć ją do swojego torsu.
    - O to ci chodziło, prawda? Więc się uspokój albo ci wpierdolę – wymamrotał, opierając brodę o czubek jego głowy.

    Roan z pięknym pierwszym komentarzem pod nową kp

    OdpowiedzUsuń
  5. W jakiś niezrozumiały dla niego samego sposób jego organizm postanowił działać wbrew rozumowi, wprowadzając go w stan podobny do odprężenia. Powoli się uspokajał. Serce przestawało bić w rytmie tak typowym dla niego, zbyt szybkim, sfrustrowanym, podirytowanym. Chłopak wzbudzał w nim tak sprzeczne emocje i Roan nie był w stanie ich nawet rozpoznać przez większość czasu, nie miał chwili na zastanowienie, bo ich znajomość posuwała się za szybko. Nawet jeśli wydawało się, że jego nic kompletnie nie rusza, że tylko chce, by Ben go zostawił na dobre, paradoksalnie się do niego przez to zbliżał. Nie odpychałby tak uparcie od siebie kogoś, kto nie miałby potencjału, by coś w nim poruszyć i zburzyć te ściany, które zbudował dokoła własnego serca. Nie mógł sobie z nimi poradzić Scott, bo to nie na taki rodzaj miłości się zamknął Watson.
    Sam się poruszył, gdy poczuł, jak Ben zmienia nieznacznie pozycję. Odchylił się odrobinę, by spojrzeć mu w oczy, ale nie zdążył skupić na nich wzroku w nikłym świetle płomienia, zanim ten go pocałował. Wargi Roana pozostały jednak niewzruszone. Gest ten był kompletnie sprzeczny z tym, co działo się w jego głowie, więc nie potrafił tak po prostu zapomnieć o każdej nękającej myśli. Całe jego ciało krzyczało, by go odepchnął i już napinał mięśnie, szykował się do krzyku. Przeszkodził mu jednak ten cichy głos, który tak boleśnie docierał do jego wnętrza.
    - Za co? – spytał tym samym tonem.
    Zmrużył oczy, próbując dostrzec coś w tych należących do Bena, ale na jego twarz zaczął padać cień rzucany przez głowę Roana. Nie zauważył lekkiego zaczerwienienia. A jeśli by to zrobił, nie zareagowałby, kompletnie ignorując ten fakt. Nie mógł także widzieć, jak wiele emocji wypływa z niego samego i odbija się od oczu chłopaka. To ciągłe nurtujące pytanie czemu i praktycznie prośba, by przestał.

    |shitjestemdaleko

    OdpowiedzUsuń
  6. Drgnął, chcąc się odsunąć, ale będąc świadomym tego, że wtedy będzie czekało go nieprzyjemne spotkanie z podłogą, gdyż leżał o wiele za blisko krawędzi. Jego ciało samo się zaparło, nie pozwalając na tak poniżający upadek. Uchwycił się chłopaka, skupiając wzrok na jego twarzy, starając się dostrzec cos więcej niż przytłumione mrokiem uczucia. Czy to przez ciemność panującą dokoła, czy przez niego samego. Widział jego zmagania, naprawdę, ale po prostu nie umiał zaakceptować faktu, że nie kłamał, że wszystko dzieje się naprawdę. Przecież był niczym cień wiszący nad ludźmi, zabierający im szczęście i chęć do życia, przynoszący ból. Tylko masochista musiałby cokolwiek do niego czuć, zwłaszcza nie znając jego, tylko to co sam pozwalał zobaczyć. Benowi udawało się momentami wydobyć z niego spontaniczne reakcje o pozytywnym wydźwięku, ale nie mógł też tego zrozumieć, skoro nie wiedział, jakie Roan ma sposoby na ukrycie dobrych rzeczy, jakie robi. Wszystko otulał arogancją i bezczelnym uśmiechem.
    Przełknął ślinę i zamarł, nie potrafiąc nawet zamrugać. Na kilka sekund twarz chłopaka zniknęła mu z oczu, tonąc w ciemności, ale szybko się wyostrzyła i Roan poczuł jego delikatne palce na swojej twarzy. Zrobiło mu się chłodno i gorąco jednocześnie, a po plecach przebiegł go dreszcz. Te dwa słowa przypomniały mu o jednym z bardziej rozrywających serce wspomnień, jakie posiadał. Nagle przytłaczającą ciszę przerwał szum, który dochodził znikąd. Musiał go sobie wyobrazić, nie chcąc więcej niczego nie słyszeć, bo wtedy docierał do niego głos z głębin własnego serca.
    ”I;m so grateful for you, mi principe”
    Głos matki odbijał się echem po całym pokoju i Roan przez moment miał wrażenie, że Ben może go usłyszeć. Przed oczami zaczęła rozgrywać się znajoma scena, a sam w swoim jestestwie gdzieś zaginął, gdy wspomnienie zalało mu cały świat. Siedział z matką na łóżku i jedli śniadanie. Tak wyglądał każdy poranek, od kiedy zachorowała tak, że przez większość dnia leżała, nie mogąc się zbytnio ruszyć o własnych siłach. Robił jej jedzenie, zanosił je i potem siedzieli, rozmawiali tak długo, jak mogli. Jeśli był to środek tygodnia, szedł do szkoły, jeśli weekend, oglądali filmy i nie robili kompletnie nic. Przynajmniej ona nie robiła. Bo kiedy zasypiała, on wstawał ostrożnie, sprzątał wszystko, szykował obiad, rozkładał na talerzyku kolejną porcję lekarstw. Codziennie to samo. Urozmaicenia były niewielkie i praktycznie niezauważalne w dalszej perspektywie. Tego dnia była akurat środa i Roan miał z samego rana wyjątkowo trening, gdyż szykowali się do mistrzostw. Próbował ukryć fakt, że się śpieszy, ale chce i tak wszystko zrobić sam. Nie podobała mu się wtrącająca się we wszystko pielęgniarka. Mama oczywiście go uspokajała, przekonywała, by dał spokój i nic więcej nie robił, bo przecież „nie jest małym dzieckiem i może poczekać godzinę”. On natomiast twierdził, że nie może. Odstawił tacę na bok i podniósł się, by jeszcze przed ogarnięciem brudnych naczyń, poprawić jej poduszkę pod plecami. Właśnie wtedy złapała go za rękę i powiedziała te słowa z uśmiechem pełnym szczerej, bezwarunkowej miłości, która pozostawiła drugą poważną ranę na jego sercu. Nie mógł o tym myśleć. Nie chciał tego znowu czuć.
    - Nie – szepnął, niby patrząc na Bena, ale nie widząc go. Był zbyt daleko w swoim umyśle. – Nie – zabrał od niego ręce, zabrał całe ciało. Usiadł i zakrył uszy, jakby mógł tym uciszyć głos, który powtarzał w kółko to samo zdanie.

    |ksionże

    OdpowiedzUsuń
  7. Roan był jedną wielką sprzecznością. Nie lubił ciszy, bo wtedy na wierzch wydobywały się wspomnienia, nachodziły go myśli, powstawały nierealne scenariusze. Wtedy mogło zdarzyć się wszystko, czego nie chciał, a jednocześnie nie był dobry w słowach. Nie umiał wypowiadać się długo i pięknie, radząc sobie jedynie z opisami wydarzeń historycznych. Przedstawianie faktów szło mu o wiele łatwiej niż wyrażanie samego siebie, bo nawet nie wiedział, co się w nim działo. Nawet skomplikowane równania na fizyce wydawały się prostsze. Wszystko byle nie mówić o sobie, swoich uczuciach, o własnym życiu i tym, co przeszedł. Dlatego wszystko pokazywał, nawet nadmiernie, jeśli musiał, zbyt gwałtownie, brutalnie. Zwykłe „nie” było niewystarczającą opcją. Ludzie ignorowali znaczenie słów, zwracając uwagę na sposób ich wymawiana, na gesty, mimikę. Więc po co to w ogóle było? Czemu tak się unosił i przeklinał? Czemu zadawał mu tyle pytań? Prawdopodobnie dlatego, iż za każdym razem, gdy pokazywał mu, że nie chce go w swoim życiu, Ben się nie poddawał. Przy każdym spotkaniu przynajmniej dwa razy zranił tego dzieciaka, a on wciąż wracał. Nawet Roan sam prowokował takie sytuacje, choćby nieświadomie, chłopak przyjmował wszystko i nawet dawał mu więcej, niż sam chciałby wziąć. A przecież cały czas tylko brał.
    Nie umiał wrócić do gniewu, uczepiony tak otępiającego żalu, że nie potrafił oddzielić własnych myśli od tych przeklętych słów. Oddech mu przyspieszył, a serce zaczęło bić tak szybko, jakby właśnie przebiegł całe boisko kilkakrotnie. Wpatrywał się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni i skupiony na odrzuceniu każdego ogarniającego go uczucia, nie zauważył z początku ruchu Bena. Gdzieś kątem oka może i dostrzegł jego sylwetkę, ale póki ten nie pojawił się dokładnie naprzeciwko niego, fakt ten był bez znaczenia. Nagle dotarło do niego, że właśnie o to groźny Roan Watson przeżywa coś w rodzaju irracjonalnego ataku paniki w obecności jakiegoś pieprzonego dzieciaka, który z niewiadomych przyczyn dalej się przejmował. Wciąż i wciąż to udowadniał, a przecież nie miał ku temu podstaw. Zabrał powoli ręce z uszu, zbyt zszokowany nagłą czułością, by się jej oprzeć. Zamrugał, próbując po raz kolejny odgonić od siebie to wspomnienie. W końcu odetchnął głęboko i pozwolił sobie na chwilę akceptacji. Dłonie uniosły się w nieznanej sobie potrzebie objęcia drugiego człowieka, którym okazał się Ben. Chłopak, który był najdalszy od wszystkiego, czego Roan pomyślałby, że potrzebuje do spokoju. Przymknął powieki, a jego palce złapały za własną koszulkę wiszącą na ciele Holta z delikatnością do siebie niepodobną. Moment słabości nie trwał jednak długo i w końcu zmienił ich pozycje tak, że wisiał nad nim, wgniatając go w materac. Resztki smutku w ciemnych oczach zakryte zostały przez opadające na nie włosy.
    - Po prostu mi powiedz – szepnął, mając na myśli wszystko, co dotyczyło Bena. Po prostu potrzebował poznać prawdę, bo bez niej był jeszcze bardziej zagubiony i nawet jeśli widział, że słowa chłopaka mają pokrycie, po tak krótkim czasie ich znajomości nie umiał od razu w nie uwierzyć. – Kurwa – warknął, spuszczając nieznacznie głowę i zaciskając powieki. – Nie jestem jakąś zabawką, którą możesz naprawić, bo wydaje ci się, że mnie kochasz.

    #drama

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy poczuł jego opuszek na swojej wardze, zdławił w sobie ochotę ugryzienia go, wzięcia do ust i ssania. Było łatwiej, skoro teraz na niego nie patrzył, ale jako męska jednostka i tak wykazywał się słabością na tym konkretnym polu. Wciąż go chciał. Pragnął ponad własne możliwości. Im dalej to ciągnął, tym bardziej niebezpieczna stawała się ta zabawa. Ben zagrażał mu w pełni świadomy własnych uczuć, które z zadziwiającą łatwością docierały do Rona, jednak jeszcze nie przebijały się przez mur jego serca. Był on ostatnią linią obrony. Gdyby został zburzony, marny organ chłopaka zapewne by nie wytrzymał. Ścisnąłby się tak bardzo, że pogrążyłby się w nicości przytłaczających emocji.
    Słysząc kolejne, nowe w jego ustach słowo, podniósł głowę, by spojrzeć na jego twarz. Do tej pory Roan żył w zaprzeczeniu i ignorancji, dbając jedynie o własne potrzeby. Coś w nim jednak drgnęło. Zobaczył dyskomfort, wylewający się na twarz chłopaka, który został skonfrontowany z przymusem mówienia. Nie miał przy sobie telefonu. Watson zacisnął zęby, gdy badał spojrzeniem oczy Bena, nie dając po sobie zdradzić, o czym myśli, oczekując przy tym, że nagle pozna całą prawdę. Że w jakiś sposób ją w nim dostrzeże. Odsunął się na chwilę i ponownie sięgnął do szuflady stolika, w której łatwiej było cokolwiek znaleźć, gdy padało na nią jakiekolwiek światło. Szybko wyciągnął czarny notes, w którym miał pozapisywane stare daty, nazwy, miejsca, imiona. Nic, co by miało dla chłopaka jakiekolwiek znaczenie. Od tak dawna go nie ruszał, że nie miał pewności, czy tam jest. Na sznureczku doczepiony był ołówek. Podał notes Benowi, a sam usiadł nieco dalej, krzyżując nogi.
    - Tak będzie ci łatwiej? – spytał, kryjąc tę obcą część troski pod maską arogancji. – Czemu zacząłeś się sprzedawać? Co ważniejsze, czemu, kurwa – zacisnął przy tym słowie na ułamek sekundy powieki – nie wziąłeś ode mnie pieniędzy?
    Dwa pytania. Wydawały mu się proste, z jednozdaniowymi odpowiedziami, nie wymagające zbyt wiele
    czasu na jej napisanie. Ale to był dopiero początek. Roanowi wydało się, że coś im w tym momencie sprzyja. W końcu mógł poznać prawdę.

    |janiepłaczetoty

    OdpowiedzUsuń
  9. Wpatrywał się w chłopaka z wyczekiwaniem, ale nie chciał go pośpieszać. Jeśli mógł w końcu dostać konkretne odpowiedzi, mógł poczekać, wytrzymać tę naglącą ciszę, która brzmiała zbyt głośno w jego uszach. Wzrok w pewnej chwili zawędrował mu na mały notes i wtedy Roan wyłączył się na świat. Znowu wracał do wspomnień, zanurzając się w towarzyszących im uczuciach. Zbyt dobrze pamiętał ten dzień, gdy pierwszy raz po niego sięgnął, gdyż był pod ręką, a Watson rozmawiał przez telefon. 24.10 – 10 rano – doktor Andrews. Echo dziecinnego zapału odbiło się o jego serce. Zawsze miał pamięć do dat i prawdopodobnie nie musiał zapisywać wszystkich umówionych wizyt matki w szpitalu, nazwiska doktorów.
    Mrugnął, gdy został wyrwany ze zgubnej głębi własnego umysłu przez podsunięcie pod nos przedmiotu, który rozpoczął reakcję domina. Zaczął czytać. Litery, słowa, zdania, a potem sens. Wszystko układało się w całość. Zacisnął zęby, aż drgnął mu mięsień szczęki. Nie wyobrażał sobie takiego życia. Nawet jeśli czuł, że niczego nie ma, w porównaniu do Bena posiadał za dużo. Oczy Roana drgnęły i prawie spojrzał na perkusję ustawioną przy przeciwległej ścianie. Muzyka stanowiła ogromną część jego życia i nie wyobrażał sobie bycia jej pozbawionym. Granie było niczym oddychanie.
    - Wtedy nie chodziło o ciebie. Nie zrobiłem nic dla ciebie. Justin jest popierdolony – skomentował, kręcąc głową. Powinien go uderzyć dużo wcześniej. – Po chuj do niego poszedłeś?
    Ponownie wcisnął mu notes. Skoro już rozmawiali, miał zamiar spytać się o więcej rzeczy. Taki dialog mu odpowiadał. Prosty, bez żadnych skomplikowanych zdań, które trzeba było analizować. Dlatego też zignorował ostatnie zapisane słowa, nie mając już siły na ciągnięcie bezsensownej rozmowy, która w najlepszym wypadku skończyłoby się wywaleniem Bena z domu.
    - Co z twoją rodziną? Nie dostajesz od nich pieniędzy? – dodał kolejne pytania do puli i zmarszczył brwi.

    |cośkrótkieteodpisy

    OdpowiedzUsuń
  10. Stonował własną osobowość, przynajmniej tę, którą wykreował na potrzeby przeżycia tragedii bez większego uszczerbku na zdrowiu. Odcięcie się od ludzi, zmuszenie ich do myślenia, że jest właśnie taki, nie było trudne. Niewielu znało go przez pierwszy rok nauki w Skyline, a już wtedy jego matka była w trakcie walki z chorobą, przez co powoli zanikał, stając się cieniem samego siebie. Pochłonął go jego własny gniew i żal, który rozprzestrzeniał się z czasem coraz bardziej, aż dosięgnął serca, pozostawiając miejsce jedynie dla dwóch najbliższych mu osób. Nie potrafił odtrącić McCallów, Scott za bardzo się starał, bo znał go nawet lepiej niż on sam siebie, a Nicky zawsze gdzieś tam była, podążając za nimi i powoli wkradając się w jego życie bez większego wysiłku. Jednak w jej przypadku był to progresywny proces, a Roan miał wtedy jakąkolwiek miłość do oddania, w każdym tego słowa znaczeniu. Nie miał pojęcia, jakim cudem ten dzieciak przed nim, używając zaledwie kilku słów zdołał przywrócić go choć na chwilę na ziemię. Nawet jeśli było to dla Watsona trudne, zrezygnował choć z części własnej zbroi właśnie na potrzeby przeprowadzenia tej rozmowy.
    Czytanie słów Bena było trudne. Chyba wolał, gdy ten się po prostu nie odzywał i dzięki temu miał nad nim kontrolę. Nad sobą także. Nie znając jego myśli, łatwiej mu było zaprzeczyć wszystkiemu, co widział. Mógł zbyć znaczenie każdego gestu, póki nie dotarły do niego konkretne słowa potwierdzające to, o czym myślał Roan, a co próbował odeprzeć. Zatrzymał się na chwilę na trzeciej kropce, odmawiając uwierzenia w sens tego zdania. Nigdy nie było tak źle. Zdarzało mu się pobić kilku chłopaków, nie oszczędzał ich, Justina tym bardziej jeszcze kilka godzin wcześniej, ale żadnego nie doprowadził do chęci samobójstwa. Słowami także tego nie zrobił, nawet jeśli był ogromnym chujem. Chciał niszczyć ludzi, to prawda, doprowadzać ich na skraj, by poczuli dokładnie to samo co on, ale nigdy do tego momentu. Przełknął śliną ślinę i uniósł nieświadomie rękę, by przejechać palcami po zaroście, jakby pilnował swojej twarzy. Nic nie mogło wyjść na wierzch.
    Nie współczuł. Nie przywiązywał się. Nie obchodzili go obcy ludzie.
    Uśmiechnął gorzko kącikiem ust w ledwie zauważalny sposób. Kurwa. Dla niego ostateczność wyglądała zupełnie inaczej niż dla Bena. Jeśli doszedł do momentu, w którym musiał się sprzedawać, było to za wiele. W takich chwilach powinien sięgnąć po ich pomoc, jeśli mogli mu takiej udzielić. Kurwa.
    - Więc cię zniszczyłem – zaczął powoli, dalej wpatrując się w zapisaną kartkę, ale z wyrazu jego twarzy nie dało się już niczego wyczytać. Jednak tylko do chwili, w której podniósł na niego wzrok i nagle w oczach pojawił się mu przebłysk niedowierzania, złość zmieszana z żalem, nawet powstrzymania w kilka sekund troska. – A ty uparcie twierdzisz, że mnie kochasz – podsumował, chcąc w pełni zrozumieć przekazane mu słowa.
    Przygryzł dolną wargę i wyciągnął rękę z notesem z pewną dozą delikatności w ruchach, której do tej pory mu brakowało. Nie chciał się na niego otwierać. Zapierał się całą siłą, jaką w sobie miał. Wciąż udawało mu się zachować potrzebny dystans, dzięki któremu mógłby uciec, a mimo to siedział z nim i kontynuował ich pokręconą rozmowę. Pokręcił głową i zabrał rękę. Ujął ją drugą dłonią, by w pełnej nieświadomości zacząć na nią naciskać kciukiem od wewnętrznej strony. Gest ten był niejakim przypomnieniem o samokontroli. Uciskał miejsce, które po pewnej kontuzji czasami stawało się otępiałe. Nie czuł nawet, w jakim stopniu używa swojej siły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Wolałbyś, żebym cię tam zostawił? – spytał, po czym odwrócił wzrok na świeczkę, która już spaliła się do połowy. – On… Nie chciałem, żeby cię miał – przyznał w końcu, starając się ubrać wszystkie swoje myśli i uczucia w jak najprostsze zdanie. Wrócił do niego ciemnym spojrzeniem i nacisnął na dłoń tak mocno, że palce same się poruszyły. – Tylko ja mogę cię niszczyć w taki sposób, dzieciaku – szeptał, ale ton głosu pozostał pewny i nieugięty. – Będziesz się dalej, kurwa, oddawał? I co wtedy? Będziesz myślał o mnie? I won’t have you if you let other people take you.

      |otrochędłuższe

      Usuń

  11. Jego słowa w żaden sposób nie miały wzbudzić w chłopaku nadziei na coś, czego być między nimi nie mogło. Nie wyznawał mu miłości, po prostu przedstawiał fakt. Przypisywanie jego słów jakimkolwiek wyższym uczuciu czy idei. Potrzeba Roana była bardzo prosta i podstawowa, sięgająca do głębi niego samego. Chciał go mieć. Tylko tyle. A może aż? Dla niego przez długi czas nie istniała nawet taka kategoria osób i sam fakt, że pożądał jego ciała na tyle, by się przyznać do prawdziwego celu własnych działań, było to czymś niewyobrażalnym. Nawet obserwowanie reakcji Bena go fascynowało. Watson powinien być przerażony tym faktem, ale gdy patrzył, jak w oczach chłopaka przewijają się coraz to nowe emocje, nie myślał o tym, jak bardzo na niego działają. I może właśnie to one, te dwie ciemniejsze od jego własnych orbity, w których nagle dostrzegł całą galaktykę, pozwoliły mu się zatracić.
    Podążył nieczytelnym dla chłopaka spojrzeniem za jego niespodziewanymi ruchami. Nie wiedział tak naprawdę, czego po takich słowach może oczekiwać od niego, bo sam nigdy nie był w podobnej sytuacji. Nagle znalazł się za blisko i był zbyt pewny siebie, nie dając Roanowi miejsca na wycofanie się, gdy trzymał dłoń na jego torsie. Bez świadomości nad własnym działaniem przestał uciskać dłoń, jednak nie rozłączał ich jeszcze w tamtym momencie. Patrzył na chłopaka i czekał na słowa, które już wiedział, że wypłynął z jego ust, gdy ten zachował się dokładnie tak samo za każdym razem przy podejmowaniu się próby odezwania do niego. Zmarszczył nieznacznie brwi. Najpierw starał się odgadnąć, co kryło się za grymasem na jego twarzy, potem myślał, że prawdopodobnie nie jest przyzwyczajony do swojej głosu, jeśli naprawdę nie odzywał się przez ten cały czas. W końcu drgnął, czując usta na swoich dłoniach i kiedy tylko zebrał się w sobie, zabrał od niego ręce. Poruszył się i nie mówiąc nic, sięgnął po świeczkę, po czym wstał.
    - No rusz się – ponaglił go, jakby wiedział, co właśnie zamierza. – Jestem głodny.
    To było mniejsze zło. Nie mógł się przyznać, że przez wyznanie Bena przeszło mu przez myśl pytanie, które kwestionowało, kiedy ostatni raz jadł. Przewrócił oczami i złapał go za rękę ciągnąc go za sobą do kuchni. Tym razem szedł pewnie, widząc już drogę, która ich dzieliła od upragnionego celu. Puścił go chwilę później, by otworzyć drzwi lodówki i zaklął. No tak, nie było przecież prądu.
    - Kurwa, ojciec mnie zabije – wymamrotał pod nosem, myśląc o tym całym jedzeniu, które mogło się zepsuć, jeśli zbyt długo by czekali.
    Wyjął z lodówki pierwsze lepsze rzeczy, które nadawały się do posmarowania nimi chleba. Odłożył na blat świeczkę i zabrał się za robienie kanapek. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

    |nawetniewiemczydobrakolejność

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie mógł dłużej trzymać ciężaru jego uczuć. Nawet jeśli uważał, że rozmowa nie została zakończona. Musiał przełożyć ją na inny dzień, kiedy ponownie zbierze siły. Nie było go już stać emocjonalnie na przyjęcie więcej z całej puli tego, co miał mu do zaoferowania Ben. Musiał odwrócić od niego swoja uwagę, zająć się czymś innym. Prawdopodobnie powinien w końcu sprawdzić te przeklęte korki, ale w tym momencie niewiele go obchodziły. Zaskakując samego siebie, zaczął się zastanawiać, kiedy po raz ostatni ten dzieciak jadł. Już wcześniej zauważył, że jest chudy, ale dopiero teraz, jak mu się wydawało, dotarł do źródła takiego stanu rzeczy. Zerknął na niego kątem oka, gdy ten kręcił się koło niego w kuchni i Roan nie umiał wymazać z umysłu obrazu przerażonej, wygłodniałej Nory, czekającej, aż w końcu wpadnie jej coś do pyszczka.
    - Jak masz tak nade mną stać, włącz lepiej jakąś muzykę z mojego telefonu – polecił mu, wskazując brudnym od nutelli nożem na przedmiot leżący na wysepce tuż obok doniczki z lawendą.
    Dawno nie wytrzymał tyle bez muzyki, gdy przez większość czasu panowała w domu cisza. Ojca praktycznie nigdy nie było i tak, więc częściej wyłączył płyty niż spotify, ale w tym momencie musiał się ograniczyć do tego, co działało bez prądu. Opłukał nóż, a dłonie wytarł w ciemne jeansy. Ułożył kanapki na dwóch talerzach i nawet nie patrząc na Bena, podsunął mu jeden pod nos, po czym usiadł jeden stołek dalej.
    - Nie lubię marnotrawić jedzenia – ostrzegł go dość ponurym głosem, zanim ugryzł pierwszy kęs. Dostrzegł wtedy także kubek, z którego nie zniknął choćby łyk kakao, więc sięgnął po niego i również podsunął go chłopakowi. – Wleje je w ciebie, jeśli będę musiał, więc lepiej mnie nie denerwuj.
    Posłał mu spojrzenie, które mówiło więcej niż same słowa. Był podirytowany i nie miał zamiaru się z nim męczyć. Do jego nastawienia dochodziła jednak pewna głębia, która migała gdzieś w tle, przejawiając się opiekuńczością. Zupełnie jakby zaadoptował kolejną przybłędę, ale ta działała mu niesamowicie na nerwy.

    |hm

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie traktował komórki jako czegoś świętego. Nie miał na niej niczego, czego musiałby się wstydzić. Dla niego był to głównie nośnik muzyki, bez której by długo nie wytrzymał. Póki mógł wsłuchiwać się w gwar miasta, jej brak był znośny, ale potem nastawała cisza i pozostanie z nią sam na sam nie wchodziło w grę. Stała się dla niego realnym zagrożeniem, kiedy zaczęła mieszać mu w głowie, wpychając myśli, które nie należały do niego. Były zbyt dołujące, depresyjne do tego momentu, w którym nie chciało mu się kompletnie nic robić. A i tak wstawał. Gdyby ponownie popadł w taki stan jak dwa lata temu, Scott z pewnością skopałby mu tyłek.
    Jadł spokojnie. Na tyle wolno, że wciąż przeżuwał kanapę, kiedy chłopak już skończył swoją. Nie patrzył się już na niego, a jedyną reakcją na wybór piosenki było lekkie uniesienie kącika ust, którego Ben nie mógł zobaczyć i przymknięcie powiek na sekundę dłużej niż wymagało tego normalne mrugnięcie. Wytarł usta i dopiero wtedy przekręcił głowę, a ich spojrzenia się spotkały. Zupełnie przypadkiem w tym właśnie momencie usłyszeli zdanie, które przywołało wspomnienie imprezy walentynkowej. Był to najbardziej zabawny punkt tamtego wieczoru. Nachylił się do Bena, oblizując kusząco usta i uniósł rękę, by przeczesać jego włosy swoimi długimi palcami.
    - Chcesz, żebym cię pieprzył? – spytał, wodząc wzrokiem od oczu do warg, jakby miał zamiar go pocałować, ale finalnie się odsunął. – Nie czuje się przekonany.
    Wstał i wziął oba talerze, by od razu włożyć je do zmywarki. Teoretycznie mógł je zostawić i sprzątaczka by się wszystkim zajęła, ale był przyzwyczajony do tego, że wszędzie poza swoim pokojem utrzymywał porządek. Najczystszy jednak pozostawał ten jeden pokój gościnny, który pozostawał niezmienny od dwóch lat. Odwrócił się przodem do niego, ale zachował dystans, opierając się o blat kuchenny, nie o wysepkę. Skrzyżował ręce i przez chwilę po prostu na niego patrzył, gdy muzyka sączyła się dalej z głośnika telefonu.
    - How do you want me? – spytał na chwilę przed refrenem. – And how bad do you want me?

    |nomoże

    OdpowiedzUsuń

  14. W miękkim świetle tańczącego płomienia oczy Roana błyszczały bursztynem, ciemniejąc na brzegach i zmieniając się w dymny kwarc. Przyglądał się chłopakowi spokojnie, bez zmian w mimice, nieporuszony i pewny siebie, gdy ten wstał, by powoli pokonać dzielący ich dystans. Muzyka wnikała w ciało Watsona, płynąc przez uszy do wnętrza, aż dotarła tak głęboko, że czuł każde uderzenie, słowo, nawet pojedynczy dźwięk. Cały jego umysł śpiewał, będąc w stanie dziwnego upojenia, które wzmocniła bliskość Bena. Zmrużył delikatnie oczy, gdy poczuł jego zapach, swój zapach. Chłopak pachniał kosmetykami, mydłem, żelem pod prysznic, czymkolwiek, Roan już nie rozróżniał, po prostu nagle dotarło do jego świadomości, że brał on nie tak dawno prysznic. Opuścił dłonie, chowając je do kieszeni własnych spodni i pozwolił się przyciągnąć, pochylając przy tym mimowolnie głowę. W podbrzuszu zaczęło wzrastać pożądanie, które rozlewało się na całe ciało i finalnie wkradło się do powiększonych źrenic. Odetchnął, zamykając powieki na krótką chwilę odczuwalnej przyjemności, gdy usta Bena odnalazły własny cel. Chciał go tak bardzo.
    Nie dotarł do niego fakt, że zmieniła się piosenka, w uszach zaszumiały mu słowa chłopaka, jednak nie uderzyły w niego z taką siłą, z jaką byłyby w stanie, gdyby powiedział je w innej sytuacji. Umysł Roana owiany był przyjemną mgiełką nieświadomości, która uchroniła jego serce. Ben właśnie wydobył z siebie kolejne wyznanie, ukryte pod kontekstem seksu, a on je zignorował. Przeszły przez jego umysł niczym niewyraźny szum.
    Objął go w pasie, a każda komórka w jego ciele płonęła, krzycząc o więcej. Nawet nie zarejestrował momentu, w którym się poruszył, by zmienić ich pozycję. Ciało Roana działało samo, gdy wsadzało Bena na blat. Dłonie rozsunęły jego nogi, by mógł między nimi stanąć. Zacisnął palce szczupłych acz umięśnionych udach. Chciał zabrać mu wszystko. Wzrok zatrzymał się na malince, którą pozostawił na nim Justin i nagle wezbrał w nim zły rodzaj frustracji. Nachylił się, wgryzając się w jego skórę, nie pozwalając na to, by tamten ślad pozostał dłużej widoczny, zakrywając go własnym.
    - I don’t do love – szepnął ochryple na bezdechu, gdy uchwycił się jakiejś cząstki świadomości.
    Sunął dłońmi coraz wyżej, aż odnalazł drogę pod koszulkę. Muskał opuszkami boki, szukając żeber, a następnie odnajdując sutki. Zaczął je dotykać, drażnić, szczypać, dostosowując ruchy palców do lizania, ssania i podgryzania skóry nad obojczykiem tuż obok poprzedniej malinki.

    |ok

    OdpowiedzUsuń
  15. Byłoby łatwiej, gdyby całował jego usta, nie pozwalając mu dojść do głosu. Spijałby z niego każdy przebłysk jakiejkolwiek myśli, chęć na odezwanie się. Ironicznie cisza okazała się bezpieczniejsza. Nawet jeśli przez jego umysł przewijał się wtedy cichy głos, szepczący mu raniące słowa, wolał słuchać ich niż tych dwóch, które rodziły się w sercu chłopaka i umierały w tym należącym do Roana. Gdy Ben zmusił go do podniesienia głowy, pożądanie z oczu zmyła obojętność i dystans, który starał się narzucić. Przynajmniej ten emocjonalny, bo fizyczny dawno został złamany i nie miał chęci się ruszyć, czując jego ciało tak blisko. Mimo wszystko nie chciał się odsunąć, ale spiął mimowolnie mięśnie w niemej odpowiedzi. Nie mógł. Zabrał dłonie z jego ciała i ułożył je płasko na blacie po obu stronach ciała, podtrzymując nimi własne ciało.
    - Zamknij się – szepnął z wyczuwalnym napięciem w głosie. – Przestań – dodał głośniej. Powoli, nie odwracając wzroku, uniósł jedną rękę, by złapać go za nadgarstek. Resztki bursztynu uciekły z jego oczu, które wróciły do swojego typowego wyglądu. – Chcę cię i tylko tyle możesz mieć.
    Powiedzenie tego wymagało od niego zapanowania nad samym sobą, nad własnymi myślami i zalążkiem uczuć. Nie rozumiał, co się z nim działo, ale pragnienie było zbyt ogłuszające, by był w stanie je od tak odepchnąć. Nawet jeśli się opanował, czuł, jak świerzbią go ręce, by ponownie je położyć na ciele chłopaka.
    - Take it or leave it – powiedział głośniej i oderwał jego dłoń od swojej twarzy, by pocałować skórę nieświadomie w miejscu, w którym Ben się zranił jakiś czas wcześniej.

    |cotoza255słów

    OdpowiedzUsuń
  16. Gdzieś w nim tkwiła nadzieja, coś, czego by jej mianem nie określił, ale nie miał lepszego słowa. Oczekiwał. Tak, oczekiwał, że chłopak zostanie i będą mogli dokończyć to, co zaczęli. Dłonie na jego twarzy powinny to potwierdzać. Roan w swoim ułożonym chaosie pełnym niespodziewanych wzorców działań miał pewne zasady, które Benowi w pewien sposób choć na chwilę dawało się obejść. Pozostawił po sobie ślad, smugę na zgorzkniałej duszy. Watson zacisnął zęby, ale go nie zatrzymał i nawet zrobił pół kroku w tył, dając mu miejsce na zejście z blatu. Przez dłuższą chwilę się nie poruszył, stojąc z dłońmi opuszczonymi wzdłuż boków i wpatrując się w jakiś przypadkowy punkt ściany, który kilka sekund wcześniej zakryty był przez obecność Bena. Kiedy już opuścił pomieszczenie, nie miał na co patrzeć, na kogo, tracąc ostrość spojrzenia. Brzegi szafek się zatarły, a zamiast nich pojawiły się wspomnienia. Każda krzywda, jaką mu wyrządził, wszystkie przykre słowa, nawet cholerny zabandażowany nadgarstek, o którym kompletnie zdążył zapomnieć. Zniszczył go tak, jak chciał i tak oto był świadkiem tego, jak smakuje jego krew, gdy nie jest już w stanie wytrzymać ucisku dłoni Roana na swoim sercu. A on tylko wzmacniał uścisk, czekając, aż się okaże, czy jego słowa były prawdziwe. Wypowiedziane bądź też nie, nieważne, ciekawiło go to, jak utrzyma się w takim przekonaniu, skoro właśnie zaprzeczył wszystkiemu, co mu wyznał. Kochało się kogoś razem z jego złymi stronami, a on był taką całą chodzącą złą stroną. Można by było powiedzieć, że wysysa tlen potrzebny do życia, nawet jeśli tylko stoi obok ciebie.
    Popatrzył na świeczkę, której światło odbiło się w jego oczach, gasząc wszelką chęć na cokolwiek. Przechylił głowę na bok, po czym uniósł dłoń i polizał dwa latce., by szybko je złączyć, zakrywając płomień świecy. Złapał za telefon, którego wyświetlacz wciąż się świecił i wyłączył aplikację, która wybrała kolejną przypadkową piosenkę z tych, które zdążył zapisać u siebie na koncie. W efekcie zdążył usłyszeć ostre uderzenia w perkusję. Nawet nie zwrócił uwagę na to, jaki utwór się zaczynał. Włączył w komórce „latarkę” i korytarzem, stawiając krok po kroku.
    Nie chciał go spotkać. Zatrzymanie go mogło skończyć się różnie, a Roan był tym typem, który wykładał karty na stół. Przez to na trzeźwo był z naprawdę niewielką ilością osób, gdyż większość wtedy unikała go niczym ognia. Pijany Watson był zdecydowanie o wiele zabawniejszy, mniej depresyjny i ponury. Rozluźniony. Troski gdzieś ulatywały, wzmagając pragnienie bliskości, które umiał zaspokoić tylko w jeden sposób. To, że czuł je także teraz, było czymś niespotykanym w jego życiu przez ostatnie miesiące. Chciał je z siebie wydrapać, nie mogąc znieść napięcia, które pozostało, gdy chłopak się odsunął.
    Oblizał wargi, a następnie zacisnął zęby. A jednak szedł za szybko. Światło latarki padło na bose stopy Bena. Sunął nim po jego ciele coraz wyżej, aż dotarł do twarzy mokrej od łez i tam je zostawił. Przewrócił oczami.
    - Tak, kurwa, okazujesz wdzięczność – odezwał się i zrobił krok w jego stronę, nieznacznie przy tym opuszczając telefon. – Może byłem za miły, co?
    Zrobił ostatnie dwa kroki i stanął wystarczająco blisko, by złapać go za ramię. Pchnął go na ścianę obok wieszaka. Stanął nad nim, jednak już go nie dotykał. Opuścił ręce, a w jednej dalej ściskał telefon, który służył za latarkę.
    - Już mnie nie kochasz? – spytał, a kąciki jego ust uniosły się w aroganckim uśmieszku.

    |better

    OdpowiedzUsuń
  17. Kotłowały się w nim sprzeczne emocje. Głowa mówiła jedno, dusza rwała się do wyższych ideałów, a on ją zgniatał, tak jak świat zmiażdżył mu serce. Nie mógł sobie pozwolić na kolejne uczucia. Już się wystarczająco męczył z tymi, których doświadczał na co dzień. Nawet braterska miłość, chęć opieki i irracjonalna wdzięczność za przyjęcie do swojego życia na tyle lat ciążyły mu na barkach, a on czuł, jakby miały go wgnieść w ziemię. Czasem czuł lekkość. W chwilach uniesienia, gdy się upijał, gdy się pieprzył, nawet gdy niszczył komuś przypadkowemu życie, o ile tym właśnie pozostawała ta osoba, kimś obcym. Ben prawdopodobnie był w trakcie przekraczania tej linii, gdy po raz kolejny Roan kładł na nim swoje dłonie, spijał pocałunki z jego ust, naznaczał jego skórę choćby na kilka dni, by czerpać przyjemność z tego, jak ten rozmyślał o nim za każdym razem, gdy patrzył na każdą malinkę.
    Zrobił krok w tył pod wpływem pchnięcia. Stał tak, patrząc na niego, nie ruszając się, nie zdradzając własnych emocji, nad którymi udało mu się zapanować. Trzymał je ściśnięte, schowanie na dnie serca, gdzie umierały na chwilę, po czym wracały i znowu musiał z nimi walczyć. Pokręcił głową, dalej utrzymując ten sam półuśmieszek. Chłopak robił się coraz bardziej wygadany i choć jego głos niespecjalnie go obchodził, stwierdził w końcu, że naprawdę lepiej by było dla niego, gdyby pozostał niemową. Roan nie potrafił znieść siły jego słów, więc po prostu się ich wypierał, bo była to najprostsza droga, którą mógł podążyć. Otworzył usta, by coś powiedzieć, zranić go jeszcze bardziej, ale wargi Bena już go całowały, a on sam nie zdążył zareagować. Chłopak nagle padł przed nim z płaczem, co tylko pogorszyło sytuację. Watson zacisnął wargi i podniósł wzrok, jakby próbował dostrzec coś, cokolwiek, jakąś poradę, na owianym mrokiem suficie.
    - Kurwa – warknął w końcu i kucnął przed Benem, by złapać go wolną ręką za twarz.
    Odłożył na podłogę telefon i ponownie nastała ciemność, do której oczy nie potrafiły od razu przywyknąć. Badał palcami kąty i ostre kształty, z których była stworzona twarz chłopaka, sunął opuszkami po jego kościach policzkowych, naciskając na nie, by ten to poczuł. W końcu zatrzymał się na jego podbródku, przytrzymując go pewnie. Zamrugał i zmarszczył brwi, gdy udało mu się dostrzec jego oczy.
    - Uprzedzałem cię – zaczął powoli, cicho, jakby był to ich sekret. – Nie chciałeś słuchać, więc czemu, kurwa, płaczesz, co? Czemu znowu płaczesz? Przecież ci mówiłem, żebyś przestał, a ty dalej pieprzysz jakieś swoje wymysły.

    |powinnamzacząćilerazytomówił

    OdpowiedzUsuń
  18. Zacisnął zęby i nawet nie mrugnął, nie potrafiąc oderwać od niego spojrzenia. Patrzył, jak wykonuje kolejne czułe gesty, okazując nic poza delikatnością i zapewne resztką miłości, jaka pozostała w jego roztrzaskanym przez Roana sercu. Przecież właśnie do tego dążył, a jednak przyjmowanie takich czynów wydawało mu się coraz bardziej naturalne. Drgnął, choć sam nie miał pojęcia czemu. Jego ciało prawdopodobnie samo chciało odepchnąć chłopaka, ale jego umysł nie wysłał odpowiedniego polecenia, pozostając w zawieszeniu. Kurwa. Pozwolił mu na zbyt wiele, nawet jeśli zaznaczył, że nie mają na nic szansy. Z nim się nie dało stworzyć czegokolwiek. Wszystko w nim było ruiną, a nowe doznania, emocje, których od dawna nie czuł, pogarszały tylko sytuację, burząc także świat dokoła. Chwytał się przyziemnych potrzeb, licząc, że zaspokojenie ich uchroni go przed wewnętrzną potrzebą posiadania czegoś lepszego. Ben był przydatny właśnie do tego, do zapomnienia, zanurzenia się w pożądaniu i przeniesieniu każdego negatywnego uczucia do jego serca. Cały ten plan runął, gdy chłopak zabrał mu podstawowe filary. Zabrał dłonie, usta, własne ciało, bo Roan zniszczył go trochę za bardzo. Każde działanie odbiło się rykoszetem, uderzając w niego ze zdwojoną siłą, zabierając balans, który sobie tak zmyślnie wypracował. Po raz pierwszy ktoś oddał mu siebie w taki sposób i zabrał na chwilę później. Powinno go do boleć, ale czuł tylko rozdzierające odrętwienie, jakby długo nie korzystał z mięśni, a potem nagle dostał porządny wycisk.
    Usiadł na podłodze, nie mając nawet pojęcia, kiedy chłopak wyszedł. Roan wyłączył się na cały świat, nie potrafiąc czuć tego wszystkiego, do czego w normalnych okolicznościach doprowadziłby go Ben. Miał siłę przebicia, największą, gdyż nieświadomą, ale Watson żył w tak głębokim zaprzeczeniu, że trzeba było nim potrząsnąć znacznie mocniej. Odetchnął głęboko i w końcu zamrugał, słysząc echo bicia własnego serca. Uderzył się w pierś, zaciskając powieki i rzucając przekleństwa na bezdechu. Za wiele mogło go to kosztować, żaden obiekt pożądania nie był wart choćby garstki poświęcenia, jakim był w stanie się wykazać, gdy jeszcze był żywy. Codziennego funkcjonowania nie mógł tym nazwać. Złapał za telefon i podniósł się z podłogi. Potrzebował zaczerpnąć powietrza. Ruszył prędko do swojego pokoju, by natychmiast otworzyć okno. Tlen dotarł do jego płuc, wypełniając je, przynosząc chwilową ulgę, po czym osadził się na dnie razem z ziarenkiem niepewności. Rzucił się na łóżko, jednak wiedział, że nie da rady zasnąć. Włożył do uszu słuchawki i włączył playlistę ze swoimi ulubionymi piosenkami. Przestał słyszeć bicie własnego serca, a zamiast tego czuł w klatce piersiowej wibracje, kiedy Nora ułożyła się na nim i zaczęła mruczeć.

    |jestemwzdzięcznazaNoręwtakichmomentach

    OdpowiedzUsuń
  19. Dni mijały mu na nikomu nie potrzebnych lekcjach, wyciskających siódme poty treningach i mruczeniu kota wypełniającego pustkę w jego wielkim domu. Czy ojciec był, czy nie, sytuacja wyglądała tak samo. Wychodził rano do szkoły, gdzie siedział wyznaczoną ilość godzin, po czym wracał do puchatej kulki, która wydawała się już go kochać swoim całym maleńkim serduszkiem bardziej, niż był to w stanie znieść. Miał wrażenie, że nie daje jej wystarczająco wszystkiego, czegokolwiek. Prawdopodobnie miał sięgnąć punkt, w którym zacznie ją przekarmiać, myśląc, że wciąż je za mało. Na razie stosował się do zaleceń lekarza. Dawał Norze jeść kilka razy dziennie w niewielkich porcjach, a ona oblizywała się tak uroczo swoim różowym szorstkim języczkiem. Uwielbiała mleko. Była stereotypowym kotem pod tym względem, jak zauważył Roan. Nauczyła się także kilku rzeczy, takich, które sprawiały, że chłopakowi nie udało się powstrzymać rozprzestrzeniającej niczym wirus czułości względem niej. Jeśli leżeli na łóżku i nie przykrył jej kocem, upewniała się, że sama sobie takowy znajdzie, a we wszystkich przypadkach były do koszulki jej właściciela. Wdrapywała się na niego, drążyła drogę pod ubrania, łaskocząc go swoimi delikatnymi łapkami, gdy sunęła po skórze klatki piersiowej, aż wychylała pyszczek zza kołnierza i w takiej pozycji zasypiała, przeszkadzając mu w wykonaniu jakichkolwiek czynności innych poza leżeniem. Przecież nie mógł się ruszyć, kiedy miał tę małą przybłędę na sobie.
    Sprawiała, że był spokojniejszy. Przy niej naprawdę osiągał takie momenty, gdy po prostu dryfował, unosił się na fali nieoczekiwanej harmonii, która przejawiała się w miauknięciach i malutkim ciałku zwierzaka pod palcami. Trzymał ją dociśniętą do piersi, idąc przez korytarz, by podać jej kolejną dawkę jedzenia, gdy wpadł na ojca, ciało stałe, zimne i niewzruszone, szare oczy patrzące na niego z pogardą, owiniętą ciążącym dymem z cygara. Nawet jeśli Roan był kilka centymetrów niższy, stojąc naprzeciwko niego, czuł się znowu niczym dziecko. Za każdym razem wracał do tamtych lat, kiedy musiał się podporządkowywać całym sobą, nie kwestionując, nie pytając, chwytając się dłoni mamy w poszukiwaniu ratunku, który zawsze otrzymywał, dostając nawet o wiele więcej, miłość. Patrzył na mężczyznę ze świadomością, że oto stoi przed nim jego rodziciel, ale nie czuł się mu w żaden sposób wdzięczny ani zobowiązany. Stał się swoją własną osobą, zyskał pełnoletniość i nie musiał go znosić w żaden sposób. Mimo to mieszkał w tym przeklętym domu, zabierał jego pieniądze, nienawidząc każdej chwili, która mu o nim przypominała. Zacisnął zęby, a oko mu drgnęło ledwo widocznie, gdy ojciec machnął ręką w kierunku Nory.
    - Co to robi w moim domu? – zadał pytanie, a szorstkość w głosie nie pasowała do beznamiętności w spojrzeniu, choć w pewien sposób się uzupełniały.
    - To jest kot. Mój kot – odpowiedział mu, starając zachować się zimną krew. Nie wytrzymał jednak długo. Mężczyźnie wystarczyło kilka sekund, krzywy, przesiąknięty jadem uśmiech, który sam idealnie odtwarzał na własnych ustach i tak znajome spojrzenie, wyrażające arogancję. Okazywał mu tym samym, że uważa go za żałosnego. Przygarnął sobie kota na pocieszenie. Kącik ust Roana drgnął, gdy urósł w duchu, prostując się, przewyższając ojca nie tylko fizycznie, ale i metaforycznie, patrząc na niego dosłownie z góry, nie mając dla niego nawet resztki szacunku. – Nazwałem ją Nora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przygotował się na cios. Głowa nagle odleciała mu na bok, a całe ciało zaraz za nią uderzając plecami w ścianę. Kotka miauknęła żałośnie, poruszając się, chcąc uciec przed zagrożeniem, ale Roan był szybszy. Przytrzymał ją, uniemożliwiając Norze wyswobodzenie się, zapewniając przy tym, wszystkim, co miał, że jest bezpieczna. Nie pozwoliłby na to, by cokolwiek jej się stało. Rozdzielił jednak swoje priorytety. Sercem był przy kocie, tuląc ją niczym płaczące dziecko, a umysł zareagował na atak ojca w najbardziej irracjonalny z możliwych. Parsknął śmiechem, który rozległ się po hallu, odbijając od ścian i wracając do ich uszu. Pokręcił głową z rozbawieniem. Uczucie płynącej z wargi krwi ochłodziło jego poszargane nerwy, uświadamiając mu, że po raz kolejny stał się obiektem przemocy. Stanął na prostych nogach i oblizał usta, patrząc ojcu bezczelnie w oczy. Odwzorowywał jego tak dobrze znane zachowanie. Zyskiwał kontrolę.
      - Zatrzymam kota – zaczął powoli, ważąc własne słowa. – A w zamian nikt się o niczym nie dowie. Wystarczy plotka, żebyś stracił wizerunek troskliwego ojca i razem z nim wielu inwestorów.
      Wcześniej nie potrafił zdobyć się na takie słowa. Pokazywał mu poprzez swoje zachowanie, jak wielkich może przysporzyć mu problemów, ale najwidoczniej nie mógł inaczej tego załatwić. Zdobył się w końcu na odwagę i zachował kamienną twarz podszytą arogancją, nawet jeśli w środku się w nim gotowało. Cały wrzał, ale z Norą na rękach nie mógł zaczynać walki, której koniec końców by nie wygrał. Musiał myśleć przede wszystkim o niej.
      Roan nie czekał na reakcję ojca. Nie zobaczył, jak ten gasi cygaro na własnej dłoni, nawet nie mrugając. Zacisnął zęby i jego rysy w tak znajomy sposób przypominały ostre kształty syna. Mieli ze sobą więcej wspólnego, niż którykolwiek by przyznał, jednak zasadniczą różnicą były motywy takiego zachowania. O nich jednak żaden nigdy się nie dowiedział. Byli zbyt chaotyczni, burzliwy i gniewni, by usiąść, porozmawiać, rozwiązać problemy. Zamiast tego je gromadzili, dodając kolejne, pieczętując nienawiść pięściami.
      Kiedy drzwi pokoju się za nim zamknęły, Roan wypuścił podenerwowaną kotkę. Oparł się czołem o zimną ścianę i zacisnął powieki, starając się zapanować nad oddechem. Miał ochotę coś rozwalić, zburzyć świat w posadzkach i zakopać ojca pod jego gruzami. Zebrał potrzebne rzeczy do kieszeni kurtki - portfel, telefon, klucze, a słuchawki wsadził do uszu. Otulił Norę kocem i złożył na jej tyciej główce krótki pocałunek, zapewniając, że niedługo wrócił. Prawie znowu ją przeprosił. Nie chciał wychodzić, ale z drugiej strony potrzebował powietrza, a tutaj nie mógł oddychać. Otworzył okno, przez które się wysunął, skacząc z parapetu na ziemię, po tym jak ponownie je zamknął. Skrzywił się nieznacznie, odczuwając uderzenie w kostkach, ale dyskomfort szybko minął i ruszył przed siebie pustą ulicą, dziwnie pełną pięknych domów oraz drogich aut. Podniósł wzrok na niebo, by ujrzeć błękit przechodzący miękko w granat ze smugami w każdym odcieniu pomarańczowego.

      Usuń
    2. Zanim dotarł do centrum, minęło kilka godzin, a przynajmniej tak mu się wydawało. Stracił poczucie czasu, nie docierało do niego, ile piosenek minęło, jak wiele razy już słuchał po raz kolejny Misery Of Mankind, uderzając glanami o ziemię w odpowiednim rytmie. Przedzierał się między ludźmi, sunąc niczym cień, zabierający ostatnie promienie słońca. Niewyraźne światła zlewały się w jedno, drażniąc jego zmysły. W pewnym momencie podniósł wzrok, czując na sobie spojrzenia, choć tak naprawdę nikt nie patrzył i wtedy jedna jedyna sylwetka kilkanaście metrów dalej stała się jedynym wyraźnym punktem. Wyjął powoli z uszu słuchawki i schował je zawinięte do kieszeni kurtki. Nie zatrzymywał się, odchodził od tłumu, kierując się ku chłopakowi. Nagle się zatrzymał. Ben go nie widział, stał tyłem to niego i wystarczyło wyciągnąć rękę, ale wtedy naszła go myśl. W swoim działaniu nie miał żadnego celu. Po co w ogóle do niego podszedł? Już robił krok w tył, chcąc się oddalić, pozostać niezauważonym, bo nie obchodziły go jakieś pieprzone ciuchy, które zostawił bądź zabrał. Wszystko jedno. Ale nagle dostrzegł pędzący pojazd i mięśnie same zadziałały, gdy zagrożenie stało się zbyt wysokie. Złapał chłopaka za ramiona i przyciągnął go do siebie, a przeszywający dźwięk klaksonu wybudził go z transu. Nachylił się nad ramieniem chłopaka, palce lewej dłoni zaciskał zbyt mocno na jego ramieniu, a drugą uniósł by wyszarpnąć mu słuchawki z uszu. Dopiero wtedy odwrócił go przodem do siebie, by spojrzeć mu w oczy.
      - Próbujesz się, kurwa, zabić? – warknął, czując w gardle gulę. Dalej ściskał w ręce kabelki, które prawie stały się powodem wypadku. – Co, może powiesz, że twoje życie i tak nie ma sensu? Ogarnij się. Cholera. – Puścił go, a słuchawki uderzyły o ziemię, gdy w swoim gniewie pchnął przy tym chłopaka na ścianę sklepu. – Jeśli nie masz kasy, powinieneś był się zgodzić na pierdolone spotkanie.

      |zaszalałam

      Usuń
  20. Nie miał tego na myśli. Dlatego właśnie tyle ludzi go nie lubiło, chowało jakąś urazę, a on im pozwalał, brnąc w ich uprzedzeniach i błędnych przekonaniach. Po prostu nie był dobry w słowa, bo nawet jeśli mówił szczerze, pozwalając emocjom na wypłynięcie na wierzch, nikt go nie rozumiał. Docierał do nich jedynie gniew, który w efekcie interpretowali sobie, jak chcieli. Układanie myśli w zdania było zbyt kłopotliwe. Chciał wytknąć chłopakowi, że jest głupi i lekkomyślny, skrzyczeć go za takie zachowanie. Skoro już zadziałał, musiał trzymać się swojej postawy, nawet jeśli nie przemyślał wszystkiego. Ciało i język poruszyły się, zanim dotarło do Roana, co się dzieje. Nie odzywanie się, nie robienie czegokolwiek było prostsze, gdyż wtedy pozostawał poza zasięgiem obcych rąk, nieprzychylnych spojrzeń, które zaczynał dostrzegać z większą częstotliwością oraz wiązanką słów potrafiącą doprowadzić go do utraty temperamentu. Powinien zostać we własnym gronie, nie dopuszczając nikogo więcej tak, jak to robił do tej pory, ale los prowadził do coraz to nowych spotkań z Benem i za każdym razem musiał udowadniać mu, że chce go tylko zniszczyć. Przynajmniej tak było do tej pory, póki nie został zaciągnięty do alejki, a chłopak rozpoczął to chore przedstawienie. Roan mógł chronić urażoną dumę bądź pozwolić mu żyć w takim przekonaniu, dzięki czemu ten zostawiłby go w spokoju już na zawsze. Byłoby o wiele prościej. Jednak Watson nie myślał racjonalnie za sprawą mężczyzny, po którym przejął nazwisko. Patrząc na chłopaka w takim stanie, poczuł, jakby oberwał w drugi policzek. W końcu sam do tego doprowadził swoimi czynami, ale nie podobało mu się to, że myślał, iż ma nad nim przewagę. Jakby był lepszy, bo przestał się sprzedawać. Uniósł ręce i pchnął Bena na przeciwległą ścianę, po czym naskoczył na niego, uderzając otwartymi dłońmi w mur po obu stronach jego głowy.
    - Uratowałem ci, kurwa, życie – wysyczał, mrużąc oczy i nachylając się nieznacznie, by jeszcze bardziej odgrodzić go od świata. Pozwalając mu się skupić wyłącznie na sobie. – O co ci tym razem chodzi, co? Nagle taki wygadany się zrobiłeś, dzieciaku? – zniżył głos wymawiając określenie, którym go nazywał. Zamknął na kilka sekund oczy i odetchnął, starając się zebrać potrzebne słowa. – Nie jestem… Jestem tu przez przypadek – oznajmił i nagle się odsunął, by oprzeć się plecami o ścianę, do której chwilę wcześniej był dociśnięty. – Cholera. Nie wiem, po co tracę czas – westchnął, kręcąc głową. Zacisnął dłonie w pięści i dopiero teraz tak naprawdę poczuł krew w ustach, więc uniósł rękę, by wytrzeć zaschnięte ślady na brodzie.

    |huh

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie był dupkiem, który nie znał czegoś takiego jak miłość. Roana sponiewierało życie, wyrwało mu serce i zdeptało na jego oczach, pozbawiając siły do walki o więcej. Dlatego skończył właśnie w taki sposób, zapierając się rękoma i nogami, byleby znowu nie popaść w ten stan. Nie mógł stracić kolejnej osoby. A kto zostałby przy kimś, kogo poznał, gdy był w takim stanie? Rodzeństwo McCallów znał długo i tylko oni rozumieli jego zachowanie, potrafili uzasadnić każdy krok, bo wiedzieli więcej niż inni. Wpuścił ich, pozwolił im zostać, mając nadzieję, że po tylu latach nic się nie zmieni. Zanim innym by w ten sposób zaufał, minęłoby pół jego życia i było to zbyt wyczerpujące przedsięwzięcie. Oddanie siebie komuś nowemu było po prostu kłopotliwe.
    Zapomniał o tej krwi. Nie była dla niego czymś niezwykłym, nawet jeśli starał się nie wdawać w bójki i ogólnie unikać ludzi. Nie potrzebował ich bardziej niż oni jego. Jeśli mógł polegać na Scotcie, wystarczało mu to. Teraz miał jeszcze Norę, więc tę troskliwą cząstkę miał gdzie ukierunkować. Zmrużył oczy, przyglądając się poczynaniom chłopaka. Nie miał pojęcia, czego szukał w tym swoim plecaku, ale gdy tego nie znalazł, Roan przewrócił oczami. Drgnął, widząc, jak wyciąga rękę, ale odchylił głowę, dopiero kiedy ten skończył wycierać mu krew z twarzy. Watsonowi nawet nie przeszkadzała. Powierzchowne rany były miłą odmianą dla tych rozrywających jego serce, zwłaszcza jeśli mógł wtedy choć na chwilę zapomnieć, skupiając się na fizycznym bólu. Ten był nieco za mały, rana ledwo szczypała, więc na długo nie odwróciła jego uwagi. Pokręcił głową, wpatrując się w niego zmęczonymi oczami.
    - Nie mam na to dzisiaj siły, dzieciaku – mruknął i schował ręce do kieszeni kurtki. Westchnął, wzruszając ramionami. Nagle cała adrenalina gdzieś uleciała, pozostawiając po sobie jedynie niesamowite zmęczenie. – Inaczej bym się nie dowiedział, czy kłamałeś – przyznał w końcu, odwracając wzrok i zaciskając dłonie w pięści. Odepchnął się od ściany z zamiarem odejścia. – Ale ty wiesz lepiej, prawda? Więc po co się, kurwa, pytasz?

    |zauważyłam,żepiszącRoanemjestdużo"nie"

    OdpowiedzUsuń
  22. Postawił pierwszy krok, odwracając wzrok od chłopaka, nie chcąc już nawet patrzeć na niego. Nie było sensu. Roana nie obchodziło, co ludzie myślą, więc tym bardziej nie powinien przejmować się jego opinią. Był sobą, wiedział, na co go stać i jakie są prawdziwe podstawy jego działań. A jednak. Im dłużej tam stał, tym bardziej odczuwał skrywaną potrzebę, przekonania Bena, że bardziej dali od prawdy być nie mógł, ale najpierw musiałby pogodzić się sam ze sobą, a było to niewykonalne zadanie. Przez całe życie ludzie wysysali z niego życie w taki bądź inny sposób, aż jedyna prawdziwa podpora się zawaliła i pozostał tylko grunt. Gdyby i jego nie miał, życie mogłoby skończyć się na wiele sposobów, faktycznych oraz metaforycznych.
    Mrugnął zaskoczony, po czym opuścił wzrok na powstrzymującą go przed odejściem dłoń chłopaka. Następnie powędrował spojrzeniem na drugą, która wykonała nieznany mu gest, ale mógł się domyślać, że jest to język migowy. Już znał jeden ruch ręką, właściwie palcem, oznaczający tak wiele, a tak nic nie znaczący dla niego, że odkrycie kolejnego nie zmieniło jego światopoglądu. Jednak oczy rozjaśniły się nieznacznie, wracając do tej czystej bursztynowej barwy, która je pokrywała, gdy żegnał się z wszechogarniającą złością. Patrzył na niego przez chwilę, nie odzywając się, nie myśląc nad tym, czy powinien się wyszarpać, bo ten zdążył już się odsunąć. Roan przewrócił oczami, choć był to ruch wyjątkowo praktycznie niezauważalny. Wcisnął dłonie głębiej do kieszeni, rozluźniając przy tym palce.
    - Jesteś popierdolony – stwierdził w końcu, a jego głos brzmiał obco, zbyt cichy i łagodny, niepasujący do użytych słów. Odchrząknął, kręcąc głową. Odwrócił się od chłopaka, stając przodem do widocznej w oddali, po skosie, ulicy pełnej ludzi. – Kiedy ostatnio jadłeś? Pewnie wydałeś kasę na te koty, co? – spytał go, jednak dając do zrozumienia, że nie oczekuje odpowiedzi. – Pieprzony dzieciak - mruknął do siebie pod nosem, kiedy ruszył przed siebie. – No chodź – polecił mu, nawet się nie odwracając.

    |Roanogarnijsię

    OdpowiedzUsuń
  23. Ojcu wystarczył najdrobniejszy powód, by rozpocząć z nim przepychankę, nawet jeśli jedynie w metaforycznym tego słowa znaczeniu. Czasem zdarzało się Roanowi doprowadzić go na skraj. Po dwóch latach nieustającego konfliktu, nauczył się, gdzie uderzyć, by zabolało. Sam sobie robił tym problem. Spodziewał się, że gdy tylko wróci do domu czekać go będzie powtórka z rozrywki, bo mimo posiadania argumentów, pan Watson musiał być świadomy, że jego syn nie miał dowodów. Przy swojej reputacji nikt by mu nie uwierzył w to, że ojciec go uderzył. Zbyt wiele razy wdał się w bójki, obrażenia na jego ciele przestały być czymś nowym, zdobiąc skórę niczym tatuaże. Dlatego też, prawdę mówiąc, w desperacji, uczepił się jedynego powodu, który prezentował się logicznie za tym, by jeszcze nie wracać do Mordoru. Na pierwszy plan wysunął własne egoistyczne potrzeby, które zasłaniały całą resztę.
    Szli ulicą w ciszy, a przez ich niemy spacer przebijało się echo miasta, które zakotwiczyło Roana w lepszym miejscu. Utrzymał się chwili obecnej, skupiając się na ludziach dokoła niego, bo nawet jeśli za nimi nie przepadał, ich bliskość przypominała mu, gdzie się znajduje. Wszedł w końcu do jednej ze swoich ulubionych knajpek. Nie był to bar, nie była to restauracja, ale miało powodzenie. Do płuc docierały piękne zapachy, sprawiając drodze oddechowej przyjemność, a żwawa muzyka wprawiała wszystkich w dobry nastrój. Nawet Roanowi drgnął kącik ust, gdy zerknął na przebranych grajków, podrygujących gdzieś z boku w wyznaczonym miejscu. Nagle przystanął, czując, jak coś się go chwyta, przywiera do niego i ściąga na ziemię. Ponownie powitał go przyziemny świat.
    - Co tak stoisz? – burknął i przewrócił oczami, po czym złapał go za ramię.
    Zaciągnął chłopaka do stolika w głębi pomieszczenia, z boku, w kącie. Był maleńki i niepozorny, idealny dla ich dwójki. W świetle różnokolorowych lampek oczy Watsona wydawała się o wiele weselsze, może nawet takie były, nie pasując do gwałtownych ruchów i
    odpychającej postawy. Usiadł na drewnianym krześle ze żłobionym w przeróżne wzory oparciem, a łokcie oparł o czerwony obrus, gdy przed twarzą uniósł kartę menu. Dosłownie rzucił na nią okiem, zanim zawołał kelnerkę. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego uroczo, zarzucając kruczoczarny warkocz na prawe ramię, odsłaniając nagą skórę na drugim.
    - To, co zawsze, powiększone – zamówił, zmuszając się do odwzajemnienia gestu.
    Skinęła głową, nawet nie potrzebując notatnika, by zapamiętać. Roan zawsze przychodził i zamawiał to samo, od kiedy pierwszy raz postawił tam stopę. Jeśli ktoś pracował w tej knajpce kilka miesięcy, znalazłem go. Odetchnął cicho, kiedy dziewczyna odeszła.
    - Skoro uciekłeś – zaczął, osuwając się nieznacznie na krześle, pozostawiając dłonie na stoliku i patrząc na chłopaka spod ciemnych rzęs. – Czemu odmówiłeś spotkania z klientem?

    |kochaszgo

    OdpowiedzUsuń

  24. Za jego działaniem wbrew pozorem nie kryły się żadne ukryte motywy, które tylko czekał, by mu ujawnić. Po prostu nie chciał wracać do domu, a Ben dawał mu wystarczający powód. Wmawiał sobie to przez cały czas, nawet jeśli jego świadomość nie dopuszczała tego, żeby był w stanie uwierzyć, że nie taka jest prawda. Stał uparcie przy swoim zdaniu, które tak naprawdę z nim samym miało niewiele wspólnego, nie z prawdziwym Roanem. Tamten dopuszczał do siebie ludzi, jeśli widział w nich potencjał, troszczył się i poświęcał całego siebie, gdy zachodziła taka potrzeba. Nie przyznawał się do tego, nie sądził, by była to prawda, ale zdążył już udowodnić, jak wiele potrafi zrobić dla bliskich mu osób. Teraz wykonał niewielki krok, na tyle mały, że sam nie zwrócił na niego uwagi. Zakrył go zaspokajaniem własnych potrzeb, arogancką postawą i raniącymi słowami, jednak tkwił w ambarasie, gdyż im bardziej odrzucał Bena, tym bliżej chłopak się znajdował. Za każdym razem bliżej. Watson musiał oczyścić atmosferę ze zbędnych niedomówień i pytań pozostawionych bez odpowiedzi.
    Nie zwrócił uwagi na kuszące ruchy bioder dziewczyny. Chyba się kiedyś z nią całował, może nawet powiedział coś miłego pod wpływem alkoholu, gdyż od pewnego wieczora otwarcie z nim flirtowała, uśmiechając się szeroko. Nie miała jednak w sobie niczego, co skłoniłoby go do zerknięcia na nią po raz kolejny. Gdy tylko się odwróciła, przeniósł z powrotem wzrok na chłopaka i zmarszczył brwi, czekając na odpowiedź. Spojrzenie miał nieugięte, mówiące, by się nie ociągał. Zaczął wybijać palcami przypadkowy rytm i dopiero po chwili zorientował się, że dotarł do refrenu Heavydirtysoul, więc przerwał. Kilka sekund później w końcu dostał do rąk telefon, który dał chłopakowi i tym gestem rozpoczął lawinę niechcianych uczuć. Nawet jeśli nikt tego nie widział, nawet on sam, zrobił dla niego o wiele za dużo, więc szukał kolejnych wymówek.
    Przynajmniej częściowo rozumiał słowa Bena. Wyłączenie się na świat potrafiło zdziałać cuda, gdy trzeba było bear unbearable. W ostatnim czasie jednak Roan coraz gorzej sobie z tym radził, a emocje jakimś cudem go zalewały i nawet przy ojcu nie dał rady się zebrać w sobie, nie tak jak dawniej, przez co powiedział pewne słowa, które normalnie zakopałby pod zgliszczami własnego serca.
    - Czemu ja? – spytał, zamiast odpowiedzieć na pytanie zadane mu przez chłopaka i podniósł na niego spojrzenie niemożliwe do odczytania. Sam nie wiedział, co chce osiągnąć. Zacisnął na chwilę zęby, po czym otworzył usta, jednak przez kilka sekund się nie odzywał. – Nie jestem miły – powiedział w końcu, przesuwając telefon w jego stronę, marszcząc przy tym nieznacznie obrus. – Nie trzeba ze mną rozmawiać, żeby wiedzieć, jaki jestem. Właśnie dlatego. Bo, kurwa, nie reagowałeś tak, jak powinieneś – odpowiedział mu na swój pokrętny sposób, po czym przełknął każde słowo, czując, jak się nimi dławi.

    |PRZECIEŻWIESZCZEMU

    OdpowiedzUsuń
  25. Mogły być inne osoby, Ben z pewnością nie był jedyny, choć był jednym i tyle powinno się dla niego liczyć. Roan nie rzucał się do łóżka ze wszystkimi, a już na pewno się nie narzucał, brał, jeśli zostało mu dane, bo nie czuł aż tak wielkie potrzeby posiadania kogoś. Wszystko do czasu, gdy zasmakował chłopaka siedzącego przed nim i cały idealny plan zaczął się sypać. Trzymanie się z daleka, nie mieszanie się w życie innych, ewentualnie niszczenie ich, jednak z użyciem pięści, nie samego siebie. Taką destrukcją wywołał reakcję, której nie był w stanie zatrzymać, gdy zdążyła wniknąć w jego żyły, spalić każdy nerw, tylko po to by odżyły na nowo, przywołując to obce uczucie. Emocje przeciekały mu przez idealnie oszkloną duszę, wsiąkały w nią i sunęły dalej, odnosząc sukcesy w swym planie zagłady. Prawdopodobnie był za słaby. Poza chłopakiem wszystko przebiegało jak zawsze, życie toczyło się dalej, ojciec go nienawidził i z wzajemnością, zespół odbywał swoje próby, kotka mruczała tak cudownie, że spał jako tako, nie budząc się w środku nocy zlany potem. Wszystko było tak samo, ale jednak coś się zmieniło. Myślał o wielkich zaszklonych oczach Nory i przypominał sobie, jak kiedyś spojrzał na niego Ben. Kurwa. Gdyby tylko pozwolił mu do siebie dotrzeć, okazałby się jego ostateczną zgubą, a role nieuchronnie by się odwróciły. Nawet jeśli nie był tego świadomy, dążył do zapobiegnięcia takiemu scenariuszowi. Jego serce nie potrafiło nikogo więcej pokochać, tak było wygodnie, odpowiadał mu ten stan rzeczy, więc się go trzymał, nie dając komukolwiek spróbować tego zmienić. Nie mógł pozwolić na to także jemu.
    Przewrócił oczami, unosząc się w stanie nieważkości własnych postanowień i pieprzonego rytmu wystukiwanego przez własne palce. Cały czas. Nie potrafił temu zaradzić. W miejscach publicznych nie umiał się odpowiednio skupić, dlatego chwytał się jednej rzeczy, która była mu znana i bliska. Muzyka zawsze stanowiła dla niego łącznik między własnymi myślami i światem zewnętrznym, który zdawał się tylko wtedy go rozumieć. Z czasem weszło mu w nawyk przypadkowe uderzanie palcami niczym pałeczkami o bębny. Ludzie dokoła stawali się jedynie szumem, który był na tyle wyraźny, by nie dopuścić niechcianych myśli, a jednocześnie na tyle cichy, że nie denerwował go. Tak mógł funkcjonować, przesiadując w knajpach i kawiarniach najróżniejszego typu, pisząc piosenki, rozkoszując się patrzeniem
    Podniósł wzrok ze swoich palców na kelnerkę. Nie mogła sobie po prostu odpuścić. Roan nie miał problemu z kontrolowaniem się względem ludzi, którzy nie byli jego ojcem albo Benem. Tylko oni wzbudzali w nim tak skrajne emocje, że nie był w stanie wytrzymać i musiał coś zrobić, cokolwiek, przez pierwszego walił w ściany, ryzykował życiem na motorze, a drugiego miał ochotę zgnieść, wziąć w ręce i ścisnąć tak mocno, by przestał oddychać. Odbierali mu powietrze, a Watson uważał je za jeden z potrzebniejszych aspektów w życiu. Skinął jej głową, ale patrzył gdzieś poza nią. Zarzuciła rudymi lokami, gdy się okręciła na pięcie dumna z siebie, myśląc, że coś osiągnęła, kiedy zostawiła na stole kartkę ze swoim numerem telefonu. Biedna miała nigdy już nie zamienić z nim słowa. Z doświadczenia Roan wiedział, że gdy zignorowało się dziewczynę w takiej sytuacji, nie podeszłaby drugi raz za żadne cuda świata. Jemu to odpowiadało. Złapał za papierek i zgniótł go w dłoni, po czym odrzucił na bok stolika. W jedną rękę wziąć quesedillę, a w drugą telefon, zajadając się swoim ulubionym przysmakiem i czytając te krótkie zdania napisane przez chłopaka. Przełknął kęs i odchrząknął. Spojrzał na chłopaka z czymś, co mogło wyglądać na podenerwowanie zmieszanie z rozbawieniem ale gdzieś w głębi czaił się smutek owiany zrezygnowaniem. Pokręcił głową i odłożył nadgryziony kawałek na swoją część talerza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Przeleciałem cię, a potem nie zapłaciłem. Rzeczywiście dużo – stwierdził cicho z cieniem rozgoryczonego uśmiechu igrającego na ustach. Oddał telefon Benowi, zerkając to na niego, to na jedzenie. - Kurwa. Po prostu jedz. Jeśli zagłodziłbyś się na śmierć, byłaby to moja wina, to będzie dość kłopotliwe – wymruczał, przeczesując swoimi długimi bladymi palcami kruczoczarne włosy.
      Nawet ich nie uczesał, gdy wychodził, tak samo jak zapomniał o krwi. Musiał wyglądać okropnie, ale skoro kelnereczka tak się ucieszyła na jego widok, nie mogło być aż tak źle. Złapał za swoją porcję, a drugą wcisnął chłopakowi w ręce. Posłał mu wymowne spojrzenie i umoczył quesedillę w sosie gwuacamole, jakby go instruował, jak się je coś takiego. Jadł spokojnie jak zawsze, nigdzie się nie śpieszył, aż nagle zamarł, gdy grana melodia ze skocznej zmieniła się w melancholijną i tak dobrze mu znaną. Bolesny uścisk objął jego serce, nie pozwalając mu na toczenie krwi, przez co na chwilę zrobiło mu się słabo.
      A la nanita nana nanita ella, nanita ella. Mi niña tiene sueño bendito sea, bendito sea.
      W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana jedynie wkurzająco kojącym głosem jakiejś dziewczyny, która dorwała się do mikrofonu. Roan zacisnął wolną dłoń w pięść, przypierając ją do stołu. Zęby uderzyły o siebie, napierając i zgrzytając. Odwrócił głowę na bok, patrząc w kierunku grajków, ale ich nie widząc. Powieka drgnęła mu niebezpiecznie, a wspomnienia napłynęły ponownie do jego umysłu. Tyle lat tu przychodził i coś takiego musiało się stać akurat tego wieczoru. Miał tak niesamowitego pecha. Przed oczami znowu pojawiła się matka, uśmiechnięta, ciepła, pełna światła i miłości. Czuł jej dotyk na swoim czole, gdy odgarniała spocone po koszmarze kosmyki swojego principe. W uszach przebijało się echo jej głosu i ból rozsadził mu klatkę piersiową, odbierając na dobre oddech.

      |czasamijesttakiinnocentWINK

      Usuń
  26. Nie zauważył jego spojrzenia. Nie pomyślałby, że ktokolwiek może mieć opory przed jedzeniem publicznie. On nie miał najmniejszych, jakoś nie robiło mu to różnicy, ale jedynie nie lubił jeść, gdy z kimś siedział, a ta osoba jedynie patrzyła. Musiała chociaż sprawiać pozory towarzysza posiłku. Ze Scottem tak naprawdę się obżerali, licząc na sprawność metabolizmu. W efekcie nie mogli narzekać, chyba że z przejedzenia. Roan naprawdę lubił takie wypady, czasem nawet cień uśmiechu igrał na jego ustach, gdy rozmawiali jak zawsze o wszystkim i o niczym, ale atmosfera sprawiała, że nieco się rozluźniał. Takie spotkania były dla niego komfortowe. Przy Benie natomiast siedział niby rozluźniony, jednak zmuszał się do takiej postawy, by nie pokazać własnego napięcia. Nowe sytuacje wprawiały go w dyskomfort, a przecież nie była to randka. Zabrał go tam, bo po prostu chciał to zrobić. Nie umiał znaleźć odpowiednich argumentów, więc nie zastanawiał się więcej nad własnymi motywami. Działania Roana czasami bywały nielogiczne, a to był właśnie taki przypadek.
    Fuentecita que corre clara y Sonora. Ruisenor que en la selva cantando y llora.
    Irracjonalne uczucie wezbrało w nim, kiedy zaczął rozmyślać. Tonął we wspomnieniu, które nie chciało opuścić jego serca, wylewając z siebie żal i tęsknotę. Życie bez niej było za trudne. Zbyt dzikie i chaotyczne. Nie miał nikogo, kto potrafiłby go uziemić, gdyż nawet McCallowi nie udawało się przywrócić mu pełnej kontroli. Roan utrzymywał ją przy nim dlatego, że całym swoim ciałem i umysłem skupiał się na chronieniu go przed zagrożeniami. Przestał oddychać, nie mając pojęcia, jak to się stało. Zaciskał zęby i pięść. Świat się zamazał, pożerając go w całości, ciągnąc coraz głębiej, aż stracił świadomość obecnej chwili.
    Nagle poczuł czyjeś ręce, usłyszał nieznaną mu muzykę, która zagłuszyła tak boleśnie zapamiętaną kołysankę. Mrugnął i odwrócił głowę w stronę chłopaka. Patrzył na niego przez chwilę, w której cień uciekał z piwnych oczu, ustępując miejsca klarowności. Zaczerpnął głęboki oddech. Ulga obmyła go całego. Ponownie zamrugał i jeszcze kilka sekund patrzył na twarz Bena, po czym przeniósł wzrok na jego dłoń ułożoną tak pewnie na własnej. Przełknął ślinę i rozchylił wargi, czerpiąc powietrze już całym sobą.
    - Jesteś poza rytmem – szepnął w końcu, gdy nerwy przekazały informację do mózgu, że stuka on palcami do tej konkretnej melodii.
    Holt robił to poprawnie, owszem, ale nie słysząc muzyki, nie mógł wiedzieć, czy uderza w odpowiednim momencie dopasowanym do tego, co słyszał w słuchawkach Roan. Kurwa. Czuł się tak cholernie bezbronny i słaby. Dobre wspomnienia, które krył w sobie, okazywały się mieć o wiele bardziej niszczącą siłę niż te bolesne. Żałosne. Siedział w knajpce, którą dobrze znał, jadł dobre jedzenie, otaczał go tłum ludzi, wpatrywał się w niego ten pieprzony dzieciak, a on tak się przed nim odkrył. W dodatku znalazł sposób na odciągnięcie go od lawiny przytłaczających myśli. Po prostu żałosne. A jednak patrząc na dłoń Bena, uśmiechnął się, delikatnie, niewidocznie, zaledwie cień ruchu zawładnął jego kącikami, ale towarzyszyła mu szczerość, której od dawna tam nie było. Szybko sobie to uświadomił i spoważniał, zabierając rękę. Wyjął słuchawki z uszu, z całych sił starając się odeprzeć ostatnie dźwięki piosenki. Podniósł się z miejsca, ale zatrzymał się w połowie ruchu.
    - Wezmę na wynos – powiedział mu, po czym ruszył do stanowiska kelnerów, żeby zapłacić i wziąć jakieś pudełko.
    Przeklinał pod nosem, czując niebezpieczne gorąco w piersi. Potarł otwartymi dłońmi o uda. Musiał pozbyć się wspomnienia jego dotyku, tej melodii, która była tak okropna, ale jednocześnie tak dobra, ratując go z opresji. Wszystko właśnie skomplikowało się jeszcze bardziej.

    |ahtepioseneczkipełnewspomnień

    OdpowiedzUsuń
  27. Dziewczyna dalej się w niego wpatrywała. Miał kolejny powód, by przestać tam przychodzić. Zamawianie do domu jedzenia brzmiało jak dobry plan, który miał zamiar zacząć sukcesywnie realizować. Potrzebował każdego możliwego powodu, byleby nie siedzieć w tamtym miejscu dłużej niż to konieczne, ale jednocześnie myślał o biednej Norze, którą musiał zamykać w swoim pokoju. Tym razem nawet użył klucza, byleby ojciec nie mógł się tam dostać. Kotka była grzeczna, więc nią się nie przejmował. Gdy Roan gdzieś wychodził, ona z reguły szła spać.
    - Zapraszamy ponownie – były to ostatnie słowa, jakie od niej usłyszał, zanim wyszedł ze spakowanym jedzeniem.
    Chłodne powietrze wypełniło jego płuca ulgą i spokojem. Było mu tam za duszno, gorąco, aż nie mógł oddychać. Wmawiał sobie, że to wszystko sprawa zbyt dużej ilości osób na takiej powierzchni, ale prawdziwy powód miał o wiele poważniejsze podłoże. Nie mógł się do niego przyznać, nawet przed samym sobą, więc nie spojrzał nawet na chłopaka, póki ten nie zwrócił na siebie jego uwagi. Zacieśnił palce na uchwycie foliowej torebki. Przewrócił oczami i westchnął.
    - Co tym razem? – spytał, czując podirytowanie, gdy Ben wciągnął go ponownie w świat pełen problemów patrząc na niego swoimi ciemnymi oczami. Wodził wzrokiem między nim, a knajpą, którą chwilę wcześniej opuścili. Nie maił bladego pojęcia, o co mogło mu chodzić. Miał dość. Wcisnął mu w ręce torebkę z jedzeniem, po czym wcisnął dłonie do kieszeni i pokręcił głową. – Nie chce mi się jeść. Zabierz sobie.
    Roan miał w domu jakieś jedzenie. Sprzątaczka nie tylko utrzymywała porządek, ale też pełną lodówkę. Tego mógł być pewny, jednak o spożyciu posiłków przez Bena nie wiedział nic. Był mimo wszystko pewny, że jemu te quesedille przydadzą się bardziej. Nie myślał nawet o tym, że sam za nie zapłacił. Do głowy mu nie przyszło, by podzielić rachunek. Przez chwilę patrzył gdzieś w bok, zbierając się w sobie do powiedzenia czegoś więcej.
    - Idź do domu – westchnął, grzebiąc w kieszeniach, szukając słuchawek i w końcu się do nich dokopując.

    |jeszczejeden

    OdpowiedzUsuń
  28. Wszystko jak zawsze było nie tak. Roan marzył o spokoju, o otaczających go ramionach matki, o wielu przyziemnych rzeczach, które stracił bezpowrotnie w chaosie własnego umysłu bądź w czarnej dziurze, jaka wytworzyła się w jego klatce piersiowej. Dusił się powietrzem, dławił słowami i szczerymi wyznaniami, nie pozwalając im się wydobyć z gardła. Pozostawały jedynie w duszy, odciskając piętno, gdy uczucia nie chciały go opuścić. Odczuwanie jakichkolwiek emocji zawsze było jego najsłabszym punktem, ponieważ musiał wyzbyć się pewnych kompletnie, by móc funkcjonować. Miłość go pochłaniała bez reszty tak jak nienawiść, która mimo wszystko okazała się mniej destrukcyjna. Istniały sposoby na wyżycie się, nie musząc znosić złamanego serca, które już zdążyło rozpaść się na kawałeczki przez utratę najdroższej mu osoby na świecie.
    Przez chwilę stał w miejscu i się nie ruszał, patrząc, jak chłopak odchodzi. Odetchnął głęboko, gdy ten był już wystarczająco daleko. Przymknął oczy na kilka sekund, po czym otworzył je i ruszył w przeciwną stronę, włączając sobie muzykę. Już miał wyłączyć wyświetlacz, ale w tej samej chwili pojawił się dymek z wiadomością. Wgryzł się w dolną wargę, krzywiąc się przy tym nieznacznie, gdy zęby trafiły na świeżą ranę. Zacisnął dłonie na telefonie i ekran stał się czarny. Nie odpisał. I nie miał zamiaru odpisywać. Obcy ucisk w klatce piersiowej nagle powrócił, więc schował komórkę do kieszeni kurtki. Nie mógł na nią patrzeć. W jakiś chory sposób potrzebował więcej, więcej jego łez, uśmiechu, ciała i po prostu jego, ale gdyby się do tego przyznał przed samym sobą, nie umiałby już tego zatrzymać. Zaprzeczyć jeszcze nie potrafił, więc milczenie okazało się najbezpieczniejszą opcją.
    Wrócił do domu kilka godzin później. Wkradł się do środka przez okno swojego pokoju, mając już w tym wprawę. Rzucił na stolik nocny paczkę papierosów kupioną tego wieczora i już pustą do połowy. Był nie tyle spokojny, co odczuwał niesamowite zmęczenie. Nie było nawet północy, ale ten dzień wyssał z niego wszelkie chęci. Zrzucił z siebie ciuchy i wsunął się pod kołdrę. Chwilę później dołączyła do niego Nora, wtulając się w zagłębienie jego szyi. Wtedy dopiero odczuł prawdziwy spokój. Był za nią naprawdę wdzięczny.

    |to u mnie jakaś 1/3 całości XD

    OdpowiedzUsuń
  29. Przez te kilka dni zmyślnie unikał ojca, choć nie było to o wiele trudniejsze niż wcześniej. Praktycznie nigdy go nie było, a gdy wracał siedział w gabinecie albo sprowadzał sobie jakieś laski, których imion zapewne nawet nie pamiętał. Jaki ojciec, taki syn, pomyślał z gorzkim uśmiechem Roan, zanim wsunął do uszu słuchawki i ustawił muzykę najgłośniej, jak się dało. Myślał, że dostanie szału. Z nieznanych sobie samemu przyczyn postanowił, że tym razem test z fizyki napisze zgodnie z własnymi umiejętnościami i wiedzą. Chciał dla odmiany naprawdę się przyłożyć, nie polegać jedynie na tym, co udało mu się przyswoić. Wszystko pisał tak, by zaliczyć, nie patrząc na to, jak dobrze mu szło. Starał się nawet dość często zaniżać sobie punkty, zaczynając pisać później niż pozostali, bo wiedział, że zadania będą proste. Fizyka przychodziła mu z łatwością. Wydawała się uporządkowana i jej problemy był w stanie rozwiązać. Nawet teoria go nie nudziła. Poznawał mechanizmy rządzące światem, układał je, porządkował w pamięci i rozumiał. Patrzył na otoczenie jak na jeden wielki eksperyment urządzony sobie przez siłę wyższą, w którą lubił wierzyć, niekoniecznie Boga, ale ogólnie. Wszystko musiało mieć swój cel, ale od reguły zdarzał się wyjątki. Nie żył po coś, po prostu egzystował, był tam, jednak nikomu na nic się nie zdawał.
    Nie mógł się skupić w domu. Jeśli miał spokój z ojcem, męczyła go Nora, zachowując się niczym małe dziecko, a on nie miał pojęcia o bobasach. Niewiele lepiej radził sobie ze zwierzętami i przez większość czasu zgadywał, czego potrzebuje kotka. Często udawało mu się trafić. Woda, jedzenie, kuweta, zabawa, głaskanie. Roan doszedł do wniosku, że koty są o wiele prostsze i przyjemniejsze w obsłudze od ludzi. Nie trzeba im było wiele i akurat jego zwierzak okazywał taką wdzięczność, że nie potrafił go odtrącić. Dlatego zdecydował się na naukę w bibliotece szkolnej. Kiedyś przesiadywał tam częściej. Teraz skupił się bardziej na zespole, co nie dawało mu tyle wolnego czasu, który i tak przez ostatnie tygodnie sukcesywnie tracił w niewyjaśniony sposób. Po głębszych przemyśleniach okazałoby się, że jest oczywisty powód takiego stanu rzeczy, ale nie poświęcał temu więcej uwagi.
    Wślizgnął się do biblioteki niezauważony zaraz po zajęciach, kiedy jeszcze siedziały tam same kujony, które nawet pewnie nie miały pojęcia, kim jest. Wszedł między dwa ostatnie regały, by oprzeć się o jeden plecami, a drugi, naprzeciwko, dotykał butem, gdy wyciągnął nogę. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło ani ile materiału zdążył przerobić. Siedział tak, tonąc w uporządkowanym, logicznym świecie, przedstawiającym się przejrzyściej niż ten, który miał na wyciągnięcie ręki. Przyciąganie elektromagnetyczne okazało się o wiele bardziej skomplikowane, niż myślał o nim do tej pory. Podręczniki nie zagłębiały się w ten temat tak dokładnie, ale Roan trzymał w rękach wydanie inne od tych używanych w liceum, coś bardziej skomplikowanego, poważniejszego. Traktowano w nim o teoriach Einsteina, przedstawiano równania, o których nie mówiło się na lekcjach. Fascynujące. Nagle dostrzegł kątem oka ruch, ale nie podniósł głowy, myśląc, że osoba odejdzie, widząc ciążącą chmurę okupującą to miejsce. Intruz jednak zrobił zupełnie co innego. Watson zmarszczył brwi, widząc ponad książką, jak ktoś przechodzi nad jego wyciągniętymi nogami. Pokusił się więc o zerknięcie, zaledwie muśnięcie ciała chłopaka spojrzeniem.
    When everything's made to be broken I just want you to know who I am.
    Nagle dotarły do niego słowa przebijające się przez linię melodyczną. Dotarły do jego umysłu, zmuszając go do wyjęcia słuchawek z uszu. Rzucił je na otwarte kartki podręcznika i przez chwilę Ben także mógł usłyszeć piosenkę przez to, jak głośno ustawiony miał dźwięk Roan. Przewrócił oczami. Był tak niesamowicie głupi i prawdopodobnie popadał w paranoję, ale tak długo uciekał, że nie wiedział, czy umiałby się zatrzymać.

    |Ben wie kim jesteś kochanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiech Bena nie zrobił na nim wrażenia.
      Roan opierał głowę o półkę, trzymając twarz prosto na linii kręgosłupa, jednak zerkał na chłopaka katem oka. Patrzył, jak sobie nie radzi z dosięgnięciem książki i mimowolnie kącik ust drgnął w rozbawieniu. Sam nie miał nigdy problemu z sięganiem czegokolwiek, od kiedy przestał być dzieckiem, więc takie sytuacje go bawiły. Ogólnie bawiła go niedola innych, a sposób, w jaki spojrzał na niego chłopak sprawił, że krzywy uśmiech tylko się poszerzył, choć w oczach gościła ponura obojętność na to, czy mu się uda, czy nie. Pokręcił głową z politowaniem. Biblioteka szkolna była ogromna z wysokim sufitem i współmiernymi do takiego stanu rzeczy regałami. Niektóre książki można było dosięgnąć jedynie ze śmiesznej drabiny, choć Roan nigdy nie był tak zdesperowany. Zawsze wszystko czego potrzebował, znajdywało się na wyciągnięcie ręki. Odłożył podręcznik oraz telefon ze słuchawkami na bok i westchnął cicho, po czym się podniósł. W dwóch długich krokach pokonał dzielący ich dystans, stając niebezpiecznie blisko niego, dociskając całe swoje ciało do jego boku. Wyciągnął rękę i podniósł wzrok, by wiedzieć, że sięga dobrą książkę. Zdążył już zauważyć, w co się wpatrywał Ben i osobiście wolał „Lot nad kukułczym gniazdem”, ale nie przyznałby się przed nim, że czytuje klasyków literatury. Z łatwością sięgnął po lekturę, ale mu jej nie podał. Zamiast tego stał w tej samej pozycji przez kilka sekund, otaczając chłopaka całym sobą, po czym nagle się odsunął. Oparł się plecami o ten sam regał, z którego zabrał książkę i otworzył ją na przypadkowej stronie. Sunął wzrokiem po linijkach wypełnionych tekstem, ale tak naprawdę go nie czytał.
      - Czemu ktoś chciałby czytać coś tak nudnego – mruknął pod nosem, niby to się zastanawiając na głos, jakby chłopaka wcale tam nie było, ale tak naprawdę chciał mu po prostu dokuczyć.
      Wzruszył ramionami i wyciągnął rękę, jednak wcale nie miał zamiaru wręczyć mu lektury. Uniósł książkę i odłożył ją z
      powrotem na miejsce. Znowu zawisł nad Benem, nie myśląc o tym, by się ruszyć. Odebrał mu każdą drogę ucieczki.

      |niktnicniewidział

      Usuń
  30. Myślał, że zobaczy, jak Ben się rozpada. Zakładał, że zacznie płakać albo się zdenerwuje, cokolwiek. Roan chciał się przez to poczuć lepiej. Myślał o tym przeklętym smsie od chłopaka i potrzebował namacalnego potwierdzenia jego prośby w nim zawartej, gdyż dobrze wiedział, że mogą nie mieć pokrycia. Dalej kwestionował wszystkie jego słowa, które przecież słyszał tak rzadko. Przeczytał ich niewiele więcej. Sam nie odzywał się specjalnie dużo, stawiając na czyny, jednak działania Holta kazały mu kwestionować wszystko, co do tej pory dowiedział się o ludziach. Nawet teraz go zaskakiwał. Stali prawie przyciśnięci do regału, odcięci od reszty biblioteki, ale ze świadomością, że w każdej chwili może ktoś tam przyjść. Nie mogło go to mniej obchodzić, bo poziom przejęcia Roana osiągnął wartość ujemną, kiedy usłyszał jego słowa. Dzwoniły mu w uszach, doprowadzając wyobraźnię do wielu nieprzyzwoitych wizji i prawdopodobnie był w stanie je ziścić, gdyż nie obchodził go świat, ale z jakiego powodu nie wiedział, czy chciał. A potem poczuł jego usta i musiał zacisnąć zęby oraz dłoń na najbliższej półce, by utrzymać balans. Zdecydowanie nie spodziewał się takiego zachowania. Wolną rękę zacisnął na biodrze Bena i pchnął go plecami na półki.
    - Nie masz godności, dzieciaku? – spytał, szeptając mu nad uchem. Zabrał dłoń z jego boku i złapał go nią za brodę, by odchylić twarz. Odsunął się na kilka centymetrów, wpatrując się teraz w oczy Bena, próbują wyczytać z nich odpowiedzi na niezadane pytania. – Chciałeś, żebym ci dał spokój, a teraz się do mnie dobierasz. Wróciłeś do oddawania siebie za jakieś pierdolone przysługi? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.
    Roan zawsze był bezpośredni. Nie umiejąc jednak przekazać wszystkiego tak, jak chciał słowami, dodawał gesty. Sunął kciukiem po delikatnej skórze, aż dotarł do ust, na których się zatrzymał. Badał opuszkiem fakturę jego warg, jakby mógł sprawdzić, czy używał ich w nieodpowiedni sposób. Taki, który nie dotyczył właśnie jego. Opuścił wzrok, śledząc nim ruchy własnego palca.
    - Obciągnąłbyś za taką błahostkę? – spytał, nie podnosząc wzroku, czując się jak zahipnotyzowany, gdy dotykał go w taki sposób.

    |FIESTA

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie miał już pojęcia, do czego dąży. Niby chciał go sprowokować, zobaczyć, jak dociera na krawędź i nie wytrzymuje, ciągłego bycia zapędzonym w róg. By w końcu puściły mu nerwy i odtrącił go raz na zawsze, bo tak było łatwiej. Z drugiej strony chciał więcej. Bardziej. Mocniej. Być bliżej. Odczuwał prawdopodobnie większą zachłanność niż Ben, jednak ich punkty widzenia były kompletnie inne, oni byli tak różni od siebie, jak tylko się dało, a jednocześnie łączyło ich tak wiele, że Roan mógł oszaleć, gdyby zaczął się nad tym zastanawiać. Już tracił panowanie, mogąc go mieć całego, nawet jeśli nie wiedział, czego tak naprawdę potrzebuje ani skąd brała się ta frustracja. Czuł się, jakby miał zaraz wyjść z własnej skóry, choć na razie świetnie sobie z tym radził, skupiając się na jednej rzeczy dotyczącej chłopaka. Jego ustach. A potem zaczęły się poruszać i formowały słowa, które docierały do Watsona z opóźnieniem, bo jego umysł musiał najpierw je przeanalizować.
    Zabrał powoli dłoń z jego ust, brody, policzka, wszystkiego i stał tak chwilę, trzymając ją uniesioną, zastanawiając się, co zrobić. Przeniósł wzrok na jego obojczyk, skórę, którą już nie raz gryzł, ssał i lizał, i pamiętał to uczucie, które teraz zacieśniało mu się w gardle. Skupił się na własnym oddechu, starając się pozostać niewzruszonym. Wystarczył jeden głupi gest, trzy słowa, może nawet mniej, by pozostały mu jedynie resztki samokontroli. Kurwa, byli przecież w bibliotece szkolnej.
    - Nie wiesz, czego chcesz – szepnął zadziwiająco łagodnie, niemalże na bezdechu. Wrócił spojrzeniem do jego oczu, gdy dłonie przeniosły się na jego koszulę i zaczęły rozpinać guziki. Jeden po drugim, powoli, badając reakcję. – Albo chcesz za dużo i, kurwa, wiesz dobrze, że nie…
    Pokręcił głową, a z gardła wydobył się cichy warkot pełen irytacji. Chciał go i mógł wykorzystać sytuację, bo nadarzyła się idealna okazja, ale wszystko szło nie tak. Jak zawsze. Nagle znalazł się w połowie drogi do rozpięcia koszuli Bena i w oczy rzuciła mu się koszulka, którą miał na sobie. Zacisnął zęby, wpatrując się w nią przez chwilę. W końcu przypomniał sobie, że rzeczywiście gdzieś ją zapodział, ale mając tysiące takich samych, jedna nie robiła różnicy.
    - Moja koszulka – stwierdził zaskoczony tym, iż chłopak ją nosi i nawet nie mógłby zaprzeczyć, że mu się to podobało, nawet jeśli wyraz jego twarzy mówił inaczej.

    |TWOJAKOSZULKATAK

    OdpowiedzUsuń
  32. Że nie mogę.
    Roan nie był w stanie tak po prostu się zmienić. Nigdy nie był specjalnie romantyczny czy wygadany, ale po śmierci matki zamknął się w sobie, nie dopuszczając kogokolwiek z zewnątrz. Każde działanie kończyło się powierzchownym zbliżeniem w jakiejkolwiek postaci, gdyż nie mógł nagle przywiązać się do kogoś, będąc w tak złym miejscu we własnej głowie i nie posiadając prawidłowo funkcjonującego serca. Dawanie stało się niemożliwe, więc brał, a gdy dostawał tyle emocji od Bena, przepełniały go i rozsadzały od środka. Prawdopodobnie mógłby kochać Roana tak, że starczyłoby dla nich obu i fakt, że ktokolwiek mógł nawet myśleć o darzeniu go takim uczuciem, był przerażający. Mógł jedynie zniszczyć coś tak pięknego i szczerego, jeśli nie celowo, przypadkiem. Zachowanie emocjonalnego dystansu zapewniało mu pozorną ochronę i wyszczerbiony komfort, który był notorycznie kwestionowany przez poczynania Holta. Dzieciak pokazywał mu całym sobą swoje myśli, pokazywał to, czego nie umiał wymówić i Watson naprawdę dobrze rozumiał ten aspekt, będąc jeszcze bardziej zaskoczonym. Nieważne co by powiedział, chłopak najwyraźniej mimo wszystko chciał mu się poddać, a on tak strasznie chciał skorzystać z możliwości.
    Ten cholerny dzieciak, którego nie chciał oddać w cudze ręce. Nawet myśl o kimś innym, pieprzącym go w ten sam sposób, wprawiała Roana w większe podirytowanie. To jego ręce powinny być na nim, jego usta i malinki. Tylko tyle.
    Wdychał jego zapach, oddychał nim. Nachylał się tak, że widział całe ciało chłopaka, gdy tylko opuszczał wzrok. Był gotowy zedrzeć z niego wszystkie ubrania, wsunąć się w niego, być bliżej, tak głęboko, że doprowadziłby sam siebie do szaleństwa. Choć już to robił, pozwalając mu na pewne rzeczy, których nie byli w stanie doświadczyć inni. Nie z nim. Roan w pewnym sensie dawał mu siebie, przymykając oko na czułość i delikatne gesty, mówiące więcej niż słowa. Nie powinien do nich dopuścić. Więc czemu tak się stało. Sytuacja, w której się znaleźli, mieszała mu w głowie, paląc wszystkie nerwy i tamując przepływ krwi. Czuł gorąco, serce mu waliło, a policzki różowiły się pod wpływem rosnącego pożądania. Krążenie jednak z nim nie współpracowało, przez co dłonie miał nieporównywalnie chłodniejsze od reszty ciała.
    Naparł na jego wargi, oddając pocałunek. Czuł się, jakby robili to poprzedniego dnia. Wszystko wydawało się tak znajome. Jego ciało, dotyk i gesty. Zdusił westchnienie wywołane przyjemnym ciepłem, kiedy chłopak pokierował jedną z jego rąk pod koszulkę. Zatrzymał się z czołem, napierającym na czoło Bena, z nosami tak blisko, że się stykały, a kiedy zamrugał, rzęsy musnęły policzki chłopaka. Oddychał ciężej niż kilka chwil wcześniej, nie potrafiąc już skoncentrować się na odpowiednim rytmie. Nawet coś w jego klatce piersiowej drgnęło ułomnie, nie dając o sobie zapomnieć. Otworzył oczy i spojrzał na jego twarz, na zamknięte powieki i zmarszczkę na czole, o której zapewne nie miał pojęcia, bo nawet nie była niesamowicie widoczna, ale po prostu był za blisko. Uniósł wolną rękę, ciągnąc za kołnierz koszulki, by ułatwić sobie dostęp. Podgryzał, ssał i lizał wrażliwą skórę nad obojczykiem, znacząc go tak, jak chciał.
    - Już jesteś mój – wyszeptał, mając na myśli niewiele, ale czując zdecydowanie za dużo, by się do tego kiedykolwiek przyznać.
    Naparł na jego ciało własnym, pchając biodra do przodu. Pokazywał mu tym samym, jak bardzo go chciał. Pragnął. Miał gdzieś to, że byli w bibliotece. Pieprzyć ludzi. Jeśli ktokolwiek by przyszedł, nie zawróciłby sobie tym głowy, a przynajmniej do momentu, w którym mogliby tak zostać. Każdy, kto próbowałby go od niego odciągnąć, oberwałby.
    - Kurwa – sapnął, nie mogąc znieść napięcia, jakie budowało się w jego podbrzuszu i skupiało całą jego uwagę, zamazując znaczenie słów Bena.

    |musiałam udowodnić że nie jestem robotem wtf

    OdpowiedzUsuń
  33. Ponownie należenie do kogoś go przerażało. Myśl o oddaniu się w taki sposób, przywoływała zawsze uczucia związane z utratą najbliższej mu osoby. Nie był gotowy na kogoś nowego. Nienawidził odkrywać nowych terenów, ceniąc sobie znanych mu ludzi i bezpieczeństwo, jakie za sobą nieśli. Powrót do ichniejszego stanu rzeczy wydawał się niemożliwy, gdy wymagał od niego ponownego zaufania. Od zawsze był ostrożnie, nie ufając nieznajomym od razu, ale teraz przechodził sam siebie. Zaprzeczał wszystkiemu, co czuł, każdej pojedynczej emocji, byleby utrzymać zachwiany balans. Walczył o niego bez wytchnienia i zgniatał własne serce, by pozostało zniszczone. Mógł za to obwiniać wszystkich, oczekiwać, że oddadzą mu siebie, jakby miało mu to jakkolwiek poprawić samopoczucie, ale koniec końców nic się nie zmieniało. Tylko przy nim było inaczej. Intensywnie, wyniszczająco w tak piękny sposób, że chciał więcej za każdym razem, gdy go widział i po prostu cis niebezpiecznego, niemalże zwierzęcego przejmowało nad nim kontrolę.
    Poczucie posiadania Bena pod każdym możliwym względem było przytłaczające i zabijało go w jakiś chory sposób. Wykręcało mu wnętrzności i szarpało tę cząstkę duszy, która w nim pozostała na dobrej stronie. Wszystko w nim gniło, psując się w pewnym momencie definitywnie. Nie wyrósł ze strachu czy potrzeby przytulenia się do matki. Tęsknił za nią tak strasznie, że jakiekolwiek nawiązanie relacji nie mogło skończyć się dobrze. Łamał serca, bo jego zostało tak dogłębnie zdradzone przez światy, a jednak trzymał chłopakami w swoich ramionach, jakby takie zamiary mu nie przyświecały.
    Z cichym westchnieniem dał mu się oderwać od szyi i przekręcił głowę, oddając mu przyjemność składania na niej ścieżki pocałunków. Dociskał do miejsca tuż pod piersią swoją rękę, czując, jak pije mu serce. Szalejąc . Z przymkniętymi wciąż oczami, rozchylił wargi, oddychając przez nie głęboko, ale nie wydając z siebie przy tym żadnego dźwięku do chwili, gdy ten się poruszył i
    wypowiedział te kilka słów. W jednej sekundzie świat nabrał ostrości. Naparł dłonią na jego klatkę piersiową, odpychając go od siebie i w tej samej chwili się wyprostował. Zabrał w końcu ręce i zrobił krok w tył, trafiając na przeciwległy regał. Oddychał ciężko, zaciskając powieki, starając się w sobie zebrać. Kiedy już otworzył oczy i spojrzał na Bena zamigotał w nich cień bólu, który szybko zasłoniła frustracja.
    - Nigdy, kurwa, więcej nie będę czyjś – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Patrzył jeszcze przez chwilę na chłopaka, jakby oceniał sytuację. Dalej go pragnął. Był gotów pieprzyć go właśnie wtedy, tam, w kącie biblioteki za półkami, kryjąc się przez wzrokiem innych. Odsunął się, by sięgnąć po plecak, złapać za podręcznik oraz telefon. Pokręcił głową i zacisnął zęby, tak po prostu odchodząc. Zatrzymał się jednak na chwilę przed końcem tej półki, by zaszczycić go jeszcze jednym spojrzeniem. – Jesteś mój – powiedział dobitnie z zaborczym wyrazem wymalowanym na twarzy.

    |A MOŻE JESTEM DYSKRYMINACJA

    OdpowiedzUsuń
  34. Pamiętał swoje pierwsze łyżwy. Mama kupiła mu je, gdy stwierdziła, że jest wystarczająco duży, by wejść na lodowisko. Ona sama była już pełnoletnia, kiedy pierwszy raz zakosztowała takiego doznania. Właśnie dlatego przez całą godzinę nie puściła jego drobnej rączki. Nawet gdy ją o to prosił. "Ale, mamo, jestem już duży", mówił, mając cztery lata i pięć miesięcy. Próbował kopiować jej ruchy, poruszając nieco niezdarnie krótkimi nóżkami i zaciskając pulchne paluszki na delikatnych dłoniach. Uśmiechnęła się wtedy do niego, widząc, że się boi. Zawsze przed nią pokazywał, jak dzielny jest, nieważne, ile miał lat. Był "wystarczająco duży" i udowadniał to na każdym kroku. Często mówił rzeczy, których nie spodziewano by się po dziecku w tym wieku, bo Roan po prostu próbował zrównać się z mamą. Nie rozumiał wtedy, że nigdy nie mogło być to możliwe.
    - Muszę to zrobić sam - szepnął w końcu z determinacją wypisaną w wielkich jeszcze jasnych oczach. Policzki zaróżowiły się uroczo pod wpływem zimna i podkreślały jedynie jego samozaparcie. - Proszę.
    Nie miała wyjścia, więc go puściła, ale wciąż trzymała wyciągnięte ręce. Instynkt macierzyński zapierał się przed pozwoleniem jej dziecku, by upadło, choć wiedziała, że to nieuniknione. Prędzej czy później każdy upadał, a spotkanie z lodem nie należało do jakkolwiek przyjemnych. Serce biło jej równie szybko, co to należące do Roana, jednak mieli różne powody. Chłopiec poczuł wolność i rozdzierającą go ekscytację, która kotłowała się gdzieś w brzuchu. Uczucie było nieporównywalne do czegokolwiek innego i przez kolejne lata na palcach jednej ręki mógł policzyć doznania, które mogłyby przebić jazdę na łyżwach. Nawet mimo tego pierwszego przerażającego upadku, gdy nagle stracił grunt pod nogami i nie wiedział, co się dzieje. Skórę na dłoniach zdarł do krwi, a ból był czynnikiem, który wywołał w nim płacz. Mimo to uśmiechnął się do matki, która w panice, pozbierała go i zabrała z lodowiska. Siedzieli na trybunach, on tulący się do niej, ona obejmująca go ramionami.
    Tydzień później wrócili. Roan jeszcze bardziej zdeterminowany, uzbrojony w ochraniacze i rękawiczki, a jego mama spokojna, że z takim wyposażeniem nie stanie mu się nic złego. Zawsze tam była. Jeśli nie jechała obok, stała, patrząc, jak sobie radzi. Zostawała na treningach, a potem przychodziła na każdy mecz. Scott śmiał się, że jest jego magicznym talizmanem. Przynosiła mu szczęście. Jej obraz wypalił się w jego umyśle na tyle, że teraz wchodził na lodowisko, widząc ją na trybunach. Czasami słyszał, jak go dopinguje.
    Nawet teraz, gdy został sam, jeżdżąc bez celu z krążkiem, czuł na sobie jej spojrzenie. Jednak w tej sytuacji nie czuł się osaczony, wręcz przeciwnie, był spokojniejszy, bo wygrywając, robił coś dla niej, nie tylko dla siebie. Nie pozwolił, by lata wsparcia się zmarnowały. Trenował więc jeszcze ciężej. W końcu zszedł z lodowiska wykończony i z oczyszczonym umysłem. Zapomniał nawet o troskach poprzedniego dnia. Nie chciało mu się brać prysznica, więc jedynie zmienił spodnie, zostawiając czarną hokejówkę z białym numerem na plecach, założył normalne buty i opłukał czerwoną ze zmęczenia twarz. Mokrymi dłońmi przejechał po włosach, próbując choć trochę doprowadzić je do porządku, bo odstawały we wszystkie strony i gdy lepiej się im przyjrzeć, widać było, że są tłuste. Kumple z drużyny cały czas mu powtarzali, by je ściął, im więcej, tym gorzej, ale on nie chciał tego zrobić. Jego mama uważała, że w takiej długości wyglądał najlepiej. Ze sprzętem i ciuchami upchniętymi do ogromnej torby sportowej, wyszedł z szatni, niosąc kij hokejowy oparty o ramię. Szedł korytarzem, zmierzając do swojej szafki, potrzebując z niej podręcznika do historii. Poszedł na skróty i tym sposobem trafił na uchylone drzwi Sali gimnastycznej, z której do jego uszu trafiła muzyka. Zmarszczył brwi, nie pamiętając, by o tej porze odbywały się jakiekolwiek zajęcia pozalekcyjne. Przystanął w progu, nie wierząc własnym oczom. Oczywiście, że los musiał sprowadzić Bena ponownie na jego drodze.

    OdpowiedzUsuń
  35. Whatever I feel for you, you only seem to care about you. Is there any chance you could see me too? 'cause I love you.
    Pochylił głowę, uśmiechając się krzywo pod nosem. Zawsze zwracał uwagę na słowa, bo były one częścią piosenki. Nawet jeśli bardziej obchodziła go sama melodia, to, w jaki sposób mógłby się wyrazić, jak brzmiało każde uderzenie. Czy chłopak wybrał akurat taki utwór przez przypadek, czy zrobił to z myślą właśnie o nim, niepokoiło go, więc nie miał zamiaru zadać tego pytania. Odpowiedź zapewne wytrąciłaby go z równowagi, ale i tak w swojej głupocie zdecydował się na igranie z ogniem. Nie mógł patrzeć na emocje, wylewające się z Bena i nie był też w stanie odwrócić od niego wzroku, więc musiał przerwać jego taniec w ten bądź inny sposób.
    - Chciałeś porozmawiać – odezwał się w końcu, by zwrócić na siebie jego uwagę. Zsunął torbę z ramienia i wolna dłoń schował do kieszeni spodni, podwijając nieznacznie koszulkę. – Ustanowisz nowy rekord wypowiedzianych słów, co, dzieciaku?

    |czytobyłTENwątek?

    OdpowiedzUsuń
  36. Nie skupiał się na umiejętnościach Bena, kiedy na niego patrzył. Roan nie znał się na tańcu i nijak mógł ocenić, czy ten robi to dobrze, czy nie. Potrafił tylko czuć. Emocje zalewały go, własne mieszały się z tymi należącymi do chłopaka, gdy w swoich ruchach pokazywał wszystko, czego nie mógł powiedzieć. W pewien sposób odczuwał między nimi więź. Obaj wyrażali się na swój własny sposób na płaszczyznach, gdzie słowa nie wystarczały. Życie obu przepełniała muzyka, przepływała przez nich, umożliwiając ekspresję emocji, które nimi targały. Roan najlepiej wyżywał się przy ćwiczeniu gry na perkusji, uwalniając wtedy wszystkie negatywne myśli, oczyszczał się z uczuć. Jednak z drugiej strony potrafił też w grze okazać delikatność, ból i cierpienie. Wszystko to odbijało się w chłopaku, docierając do niego samego, przytłaczając go swoją prawdziwością. Mimo to twarz pozostała niewzruszona, a jedynie w aurze można było dostrzec pewne zachwianie, gdy dostrzegł zbierające się łzy w oczach Bena. Nie mógł ich znieść. Kurwa, nie patrz tak na mnie.
    Przewrócił oczami i zacisnął zęby. Sala gimnastyczna wydawał się mu równie dobrym miejscem co jakiekolwiek inne. Nie wiedział nawet, czemu zgodził się na jakąkolwiek rozmowę, a tym bardziej, czemu sam ją zainicjował. Sunął wzrokiem po ciele chłopaka, patrząc z boku, jak ten się porusza po pomieszczeniu, sprzątając po sobie. Roan w przeciwieństwie do niego, zostawił swoje miejsce treningu gorszym, niż je zastał. Po lodowisku leżały porozrzucane krążki, a bramki rozłożone po obu stronach. I tak tylko drużynę hokeja można było tam znaleźć. Ewentualnie kilku łyżwiarzy figurowych, którzy mieli własną siatkę godzin. Zawsze to oni mogli posprzątać. Sięgnął po torbę, ponownie zarzucając ją sobie na ramię, po czym ruszył za chłopakiem. W łazience odrzucił na bok wszystkie rzeczy, jakie miał ze sobą i oparł się tyłem o jedną z umywalek. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, zawieszając wyczekująco wzrok na Benie.
    - Nie mam całego dnia – powiedział wymownym tonem głosu. Westchnął i pochylił nieznacznie głowę, unosząc przy tym rękę, by przeczesać włosy. Nagle zamarzył mu się prysznic i poczuł się bardziej spocony, niż był w rzeczywistości. – Po prostu powiedz, co chciałeś. Kurde.

    |kurde

    OdpowiedzUsuń

  37. Ich znajomość rozwijała się w przerażającym tempie, a Roan swoim zachowaniem jednocześnie ją napędzał i powstrzymywał. Nie dając do siebie łatwego dostępu, potęgował jakiekolwiek uczucia, które tkwiły w nim gdzieś na dnie, bo Ben nieustannie wiercił w nim dziurę swoimi ciemnymi oczami. Stał przed nim, otwierając się na możliwość zranienia z naiwną nadzieją w sercu, która bawiła Watsona przez zwykłe przyzwyczajenie. Miał on już zakodowane w umyśle określone postępowanie w takich sytuacjach, a jednak było w niej coś innego. Chłopak nie był kolejną dziewczyną, nieznającą jego temperamentu i zaślepioną jego bierną popularnością. Która nie chciałaby chodzić z mrocznym, wysokim i przystojnym hokeistą? Grającym w dodatku w zespole. Ale rozwijał swoje talenty jedynie dzięki wsparciu matki i dobrze ulokowanych pieniądzach ojca, więc nie powinien być za nie uważany za lepszego, nawet jeśli uważał, że jest. Nie przekładało się to przekonanie jednak na umiejętności. To nie na nich budował swoja pewność siebie. Kiedyś jej praktycznie nie było, a potem stała się w pewnym sensie tarczą, od której odbijał się każdy zarzut, przemoc i obraźliwe słowa.
    Musiał być właśnie taki dla własnego dobra.
    Kącik jego ust drgnął nieprzychylnie. Wiedział, że ta rozmowa może wszystko niszczyć i prawdopodobnie powinien do tego dążyć, ale chciał go. W niewytłumaczalny dla samego siebie sposób pragnął. Nachylił się nad nim, patrząc mu prosto w oczy i uniósł dłoń, by złapać go za chustę.
    - Jesteś mój – odpowiedział szeptem, a jego głos był zachrypnięty, jakby dawno się nie odzywał. Miał zamiar ponownie przekroczyć granicę, gdyż Ben sam go prowokował do tego swoim zachowaniem. - Dasz mi zrobić wszystko, bo mnie kochasz, tak?

    |si

    OdpowiedzUsuń
  38. Brał, co chciał, twierdząc uparcie, że mu się to należy. Nic nie mogło zrekompensować mu straty, ale i tak próbował. Świat był mu winien o wiele więcej, niż mógł mu dać. Pustka w sercu wciąż pozostawała i powiększała się z każdym dniem, prowadząc do nieuchronnej zagłady Roana. Przez ten czas ratowali go Scott i Nicky. Jakoś udawało mu się dzięki nim zachować balans, ale nagle stracił grunt pod nogami. Przy Benie czuł się tak, jak wtedy gdy pierwszy raz jeździł na łyżwach i mama puściła jego ręce. Nie miał jej do podtrzymania, musiał to zrobić sam, ale zawodził i już nie wiedział, czy siebie, czy chłopaka. Prawdopodobnie ich obu, bo pozwolił w ogóle na to, że znaleźli się w obecnej sytuacji.
    Wpatrywał się w niego uważnie, śledząc wzrokiem płynące po policzkach łzy. Podobał mu się najbardziej, gdy płakał, ale z drugiej strony coś się w nim kotłowało, widząc go w takim stanie. To było piękne, jak bardzo potrafił go zranić w kilku słowach, zmiażdżyć jego serce jednym pocałunkiem. Ujął wolną ręką policzek Bena, a drugą pociągnął go za chustę bliżej siebie. Oblizał wargi i zmniejszył między nimi dystans, aż ich usta się spotkały. Całował go głęboko i gwałtownie, jakby mógł swoim językiem wydobyć z niego odpowiedź na każde niezadane pytanie. Przechylił głowę nieznacznie na bok i poruszył się, zmieniając ich pozycję. Nie przerywając pocałunku, przekręcił chłopaka tak, że dociskał go do umywalki, napierając na niego całym ciałem. Oderwał się w końcu od niego, od razu otwierając oczy i patrząc na ślinę, która ciągnęła się między ich wargami. Poluźnił nieznacznie uścisk i dopiero wtedy zauważył, że ciągnął Bena ku górze, zmuszając go do stanięcia na palcach, podczas gdy sam prawie że zginał się w pół, by go całować.
    - Mógłbym ci na to pozwolić – szepnął, sunąc kciukiem po linii jego kości policzkowych. Spuścił wzrok z jego oczu, wracając nim do ust. – Jeśli bylibyśmy sami.

    |teraztyjesteśwtyleXD

    OdpowiedzUsuń
  39. Łazienka szkolna sama w sobie była niewygodna, a całowanie, gdy opierało się o umywalkę przy wzroście prawie dwóch metrów z osobą o dwadzieścia centymetrów niższą, należało do jego najmniej ulubionych zajęć. Mimo to ignorował dyskomfort, który zaczął z czasem odczuwać, bo całowanie Bena przyćmiewało go tym, jak bardzo było przyjemne. Przerażało go, że chciał więcej, cały czas więcej, aż w końcu może by się zaspokoił. Więc dał mu marną namiastkę uczucia, by został, póki Roan nie zadecydowałby, że czas to zakończyć. Definitywnie. Kiedy w końcu zaspokoiłby siebie i własne żądze, biorąc od Bena wszystko, co tylko się dało. Będąc tak blisko niego, nie myślał jasno, skupiony wyłącznie na frustracji i instynkcie. Działał wbrew sobie, nie słuchając swojego rozumu, potrzebując poczucia spełnienia. Przy chłopaku mógł je osiągnąć wyłącznie w jeden sposób, więc dążył do niego nieświadomie, zapominając o własnych planach, kiedy tylko dochodziło między nimi do zbliżenia. Pieprzony dzieciak, kurwa. Mówił takie rzeczy, a w Roanie się gotowało. Nie wiedział, jak ma znieść te słodkie słowa. Ranił go, wykorzystywał i brał, co chciał, a on mu dziękował. Odepchnięcie go i wykrzyknięcie w twarz, że jest popierdolony, wydawało się dobrym rozwiązaniem, jednak nie był w stanie myśleć na tyle jasno, żeby się na to zdobyć. Westchnął cicho i przymknął oczy, gdy poczuł zęby chłopaka, ciągnące w tak przyjemnie bolesny sposób jego wargę. Zanim się zorientował, miał na swojej twarzy jego dłonie, a czoła się zetknęły. Wdychał zapach Bena, sunąc dłońmi niżej, na szyję, na tors, na biodra, gdzie zacisnął mocniej palce, słysząc słowa, których się nie spodziewał. Otworzył oczy, a całe jego ciało się napięło, choć nie odsunął się od niego.
    - Zadajesz za dużo pytań, dzieciaku – wymamrotał głosem wyraźnie zdystansowanym. Nie mógł mu powiedzieć prawdy. Nikt. Pierwszy raz miał kogoś i chciał mieć. Nigdy wcześniej nie pozwolił na coś takiego, a przecież gdyby się postarał, mógłby znaleźć kogoś lepszego. Wiele osób by się o niego zabiło. Mimo to zdecydował się na Bena, na jego czułe gesty i zaskakującą delikatność, która potrafiła przerodzić się w gamę przeróżnych barw. – Możliwość trzymania mnie ci, kurwa, nie wystarcza?
    Nie czekał na odpowiedź. Ponownie złączył ich usta w pocałunku pełnym napięcia i głodu. Otarł się o niego, potrzebując znacznie więcej, niż właśnie dostawał. Chciał go całego. Właśnie w tamtym miejscu i w tamtym momencie. Sunął wargami coraz dalej, pozostawiając na jakiś czas usta Bena i przenosząc się na jego szyję, kosztując nowy smak. Obaj byli spoceni, a Roanowi ani trochę to nie przeszkadzało. Może nawet ten czynnik sprawiał, że był jeszcze bardziej podniecony.

    |.

    OdpowiedzUsuń
  40. Przyzwyczaił się do szkolnych łazienek. Przed treningami, po treningach, na przerwach i przez całą swoją edukację ich używał. Nie miał z nimi problemu, a te w Skyline były naprawdę przyzwoite. W końcu za coś płacili tacy rodzice jak jego ojciec. Roan bywał w o wiele mniej sanitarnych warunkach i żył z tym. Do takich miejsc zaliczała się chociażby szatnia, gdzie panował wieczny bałagan. Hokeiści nie należeli do najczystszych sportowców, nawet jeśli wszyscy dbali o swoją własną higienę, pozostawiali za sobą szlak papierków i innych śmieci. Watson potrafił utrzymać porządek, ale po prostu mu się nie chciało i niespecjalnie go przez to obchodził właśnie w tym momencie. Nie wiedział, ile osób znalazło się w takiej sytuacji, ale patrząc na własne doświadczenie, zapewne więcej niż by mógł przypuszczać.
    Słowo wypowiedziane przez Bena dotarło do niego z opóźnieniem. Umysł nie potrafił przyswajać informacji z taką samą prędkością, gdy czuł na sobie jego dłonie i sam trzymał go pewnie, zajmując się całowaniem jego szyi, w nowodostępnym miejscu. Pociągnął za chustę i wepchnął biodra, a na dnie jego gardła zabrzmiał pomruk. Szybko zmienił się jednak w niezadowolenie, kiedy Ben przekręcił głowę tak, by odebrać mu dostęp do swojej skóry.
    - Where do you want it? – spytał, przenosząc usta na płatek jego ucha, który przygryzł, zanim się odsunął. – Akademik jest obok. O tym myślałeś?
    Zrobił krok w tył, a kącik jego ust drgnął w pewnym siebie uśmiechu. Przyglądał mu się z błyskiem w oku przez chwilę, po czym poprawił swoją bluzę i przeczesał włosy. Nie odzywał się więcej. Schylił się po plecak, który chłopak upuścił i wsunął mu go na plecy. Następnie sięgnął po swoje rzeczy, zakładając torbę na jedno ramię, a o drugie opierając kij hokejowy, by wolną ręką ująć dłoń Bena i wyciągnąć go z łazienki. Już za dobrze znał drogę do pokoju chłopaka.

    |ONNAPRAWDĘJESTINNOCENTCZEMUNIKTNIEWIERZY

    OdpowiedzUsuń
  41. Swoją wysoką pozycję w hierarchii życia Roana zyskał Ben w momencie, w którym został przez niego nazwany jego. W tamtym momencie Watson w niejaki sposób obiecał mi, że przez ten okres, nie będzie sypiał z nikim innym. Nie powiedział tego wprost, takie słowa nie przeszłyby mu przez gardło. Taka relacja wydawała mu się zbyt bliska byciu w związku, a jednak właśnie w nią zabrnął, w pewnym sensie oddając mu także cząstkę samego siebie. Seks nie był najważniejszych elementem jego życia. Tylko dlatego mógł ograniczyć się do brania wszystkiego jedynie od Bena, skoro ten oddał mu się w pełni. Roan miał zatem zamiar brać bez umiaru, nie musząc już szukać w momentach napięcia wyzwolenia w kimś przypadkowym. Gdyby jednak nasunęła mu się taka okazja, ktoś wystarczająco sfrustrowany, nie wiedział, co by zrobił. Skupił się na własnie tym momencie.
    Było za późno, by ktokolwiek ich zauważył. Może pojedyncze osoby, nikt ważny, a nawet gdyby poszła plotka, zaprzeczyłby. O ile w ogóle by do niego dotarła. Roan specjalnie nie zwracał uwagi na takie głupoty. Teraz myślał jedynie o tym, by dotrzeć do pokoju i w końcu położyć na chłopaku swoje ręce.
    Puścił go dopiero pod drzwiami, czując rosnącą frustrację, gdy go nie czuł. Wpatrywał się w niego spod przymkniętych powiek, a wachlarz gęstych rzęs okalał jego oczu, sprawiając, że wyglądały na jeszcze ciemniejsze. Zdążył odłożyć swoje rzeczy, nawet nie pociągnął za koszulkę, zanim znowu byli na sobie. Łaknął jego ciała, chcąc jednocześnie drapać rany na duszy, pozostawiając po sobie blizny nie do zagojenia. Naznaczyć go na całe życie. Pozwolił mu się prowadzić, a gdy znaleźli się w łazience, uśmiechnął się ironicznie, ale szybko zagryzł dolną wargę przytłoczony doznaniami. Wszystko było gorące i zimne jednocześnie.
    - I want your mouth on me – wyszeptał między pocałunkami.
    Złapał za koszulkę Bena i ściągnął ją z niego, po czym zrobił to samo ze swoją bluzą. Przez myśl przeszło mu jedynie, że ma szczęście, iż następnego dnia nie ma
    treningu. Nachylił się do niego ponownie, pocałunek był równy jego gwałtowności i namiętności. Odpiął pasek i zamek spodni, ale ich nie ściągnął. Ujął jedną rękę chłopaka i położył ją na swojej erekcji, podczas gdy drugą wsunął w jego włosami, by pociągnąć za nie wymownie. Przerwał pocałunek i spojrzał na niego z góry, ale w bursztynowych źrenicach nie błyszczała wyższość. Mimo rosnącego napięcia przebijała się w nagła potrzeba bliskości, nie tylko posiadania, choć to uczucie dominowało w nim bezwarunkowo.

    |pewniedlatego

    OdpowiedzUsuń
  42. Utkwił spojrzenie w jego delikatnej twarzy, rozkoszując się uległością, jaką przejawiał. Mógł z nim zrobić wszystko i nie mógł zaprzeczyć, że odpowiadał mu taki stan rzeczy, nawet jeśli nic nie mogło go zdziwić. W sumie tak było lepiej. Mógł pozostać sobą, niewzruszonym Roanem, który brał, nie dając nic w zamian, nie pozwalając emocjom sobą zawładnąć. Całe ciało skupiało się jedynie na pożądaniu, na dopasowaniu swoich ruchów, by podnieść nogi, pozbyć się spodni, a następnie stanąć pewnie. Trzymał dalej rękę w jego włosach z zamiarem panowania nad intensywnością, z jaką Ben miał zamiar wziąć go w usta. Normalnie obciąganie dla Watsona było dobre, ale zawsze chwilę zajmowało mu, zanim był w pełni gotowy. Tym razem jednak nic nie było takie samo. Mógł się tego spodziewać po chłopaku, patrząc na ich wcześniejsze spotkania jako całość. Zawsze robił coś, co go wytrącało z codziennego rytmu, z przyzwyczajeń, z określonego nastawienia.
    Otworzył usta, a klatka piersiowa zaczęła się nierównomiernie unosić i opadać, gdy oddychał ledwie słyszalnie. Miał ochotę się zaśmiać, bo jego położenie okazało się o wiele gorsze, niż myślał, przepadając całkowicie dla zgubnych ust Holta. Roan starał się opanować, ale mógł tylko zacisnąć mocniej palce na włosach Bena i zacisnąć oczy. Westchnął ciężko, a głowa sama odchyliła się, uderzając o ścianę prysznica. Nagle nie wiedział, co zrobić z wolną ręką, o której sobie przypomniał. Ułożył ją na swojej szyi, drapiąc jej skórę palcami, nie potrafiąc powstrzymać jęku, gdy spojrzał w dół i ich spojrzenia się spotkały. Nieświadomie wypchnął nieznacznie biodra, ale w następnej sekundzie je cofnął, zdobywając się na resztki samokontroli. Sapnął i ponownie przymknął oczy, jednak tym razem pochylił głowę, której podbródek opadł na wierzch dłoni zatrzymanej gdzieś między szyją a obojczykiem.
    - Jestem tak cholernie blisko – wymamrotał na bezdechu, czując, jak orgazm zbliża się nieuchronnie.
    Palce trzymające Bena za włosy, nie pozwoliły mu na odsunięcie się. Nie pomyślał nawet o tym, by go puścić oszołomiony tym, jak niesamowicie czuł się z jego ustami na swoim penisie i nie rozumiał, jakim cudem zwykłe obciąganie może być takie. Doszedł w końcu z wiązanką przekleństw opadającą z warg do uszu chłopaka. Przytrzymał go w miejscu, zmuszając tym samym do przełknięcia spermy, nie widząc w tym niczego niewłaściwego. Oczekiwał tego od wszystkich. Jednak po raz pierwszy opanowało go tak błogie uniesienie, że kiedy się wysunął z jego ust, pociągnął Bena do góry. Pocałował chłopaka głęboko i leniwie, smakując siebie na jego języku. Świat wirował, zmieniając się w opadające na nich krople wody i znajomy dotyk drobniejszych rąk. Do tej pory robił to z jakiegoś poczucia, że podczas seksu wzmagało ono doznanie, oplecenie palcami członka swojego partnera na dany wieczór, jeśli był nim akurat mężczyzna. Teraz jednak został choć częściowo zaspokojony i tak naprawdę nie powinno go obchodzić, czy Ben dojdzie, a jednak poruszał dłonią tak, jakby robił to sam sobie, czasami przyspieszając, innym razem trzymając w ciaśniejszym uchwycie. Pchnął go na zamknięte drzwi kabiny i przerwał pocałunek, obserwując reakcję chłopaka, dostosowując własne ruchy do tego, jak mu się wydawało, że ten się czuje. Chciał zobaczyć jego twarz, gdy osiągnie szczyt stymulowany przez jego dłoń w tej właśnie pozycji, w tym właśnie miejscu.

    |Roar

    OdpowiedzUsuń
  43. Dźwięki, jakie wydawał z siebie chłopak sprawiały, że nakręcał się jeszcze bardziej, więc przyspieszył ruchy. Drugą ręką oparł się obok głowy chłopaka o szkło kabiny, dociskając do niej całe przedramię, prężąc mięśnie pleców, nachylając się do niego, żeby oprzeć własne czoło o jego. Przyglądał mu się pod takim kątem przez chwilę, rozkoszując się tym widokiem. Wzmocnił uścisk palców, by pokazać mu, że nie ma zamiaru przestać. Odchylił się na kilka centymetrów i westchnął cicho, wpatrując się w twarz Bena, która rozmyła się w ekstazie. Na ustach Roana pojawił się pewny siebie uśmiech, jednak szybko zniknął, słysząc to jedno przeklęte słowo. Zacisnął zęby, próbując opanować oddech, który wciąż był nierównomierny.
    - Po prostu… - zaczął, obejmując chłopaka powoli w pasie, by następnie pociągnąć go o krok dalej prosto pod natrysk prysznica. – Bądź cicho. I zamknij oczy.
    Odwrócił go plecami do siebie i sięgnął po szampon. Wylał odpowiednią ilość na dłoń, po czym rozsmarował płyn o drugą, by równomiernie rozprowadzić go po włosach Bena. Masował skórę jego głowy, sprawiając swoimi ruchami, że pojawiła się na niej piana, którą szybko zmyła woda. Zatrzymał się na chwilę z buteleczką żelu pod prysznic w dłoni. Pokręcił głową i nalał sobie odrobinę, by przemyć własne ciało, po czym wcisnął ją chłopakowi do rąk. Kiedy skończył, wyszedł spod prysznica bez słowa i zaczął się wycierać.

    |tochybamójnajkrótszyodpisdlaCiebie

    OdpowiedzUsuń
  44. Zostawienie go wydawało mu się naturalne. Zaspokoił się na tyle, że mu wystarczało, a widział, że chłopak jest zmęczony, więc nie miał po co zostawać. Mógł być chujem, ale nie był potworem, żeby go wykorzystywać jeszcze bardziej w takiej sytuacji. Zatrzymał się z ręcznikiem w dłoniach, jednak szybko go upuścił i popatrzył na swoje ciuchy porozrzucane po łazience. Wszystkie mokre. Przewrócił oczami poirytowany, po czym zaczął zbierać ubrania, by bez skrępowania swoją nagością rozwiesić je na czymś, co służyło Benowi za suszarkę. Roan uniósł brew, zastanawiając się, jak chłopak mógł tak żyć. Sam rzadko robił pranie, ale bez automatycznej suszarki, by zginął. Nie miał tyle cierpliwości, żeby czekać nie wiadomo ile na suche ubrania, ale w tym wypadku tylko takie wyjście posiadał. Wysunął się powoli z łazienki i po przekroczeniu progu trafił na Bena, trzymającego jego własne rzeczy, które ten zabrał mu jakiś czas wcześniej, a o których już zapomniał. Mrugnął i zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Szybko założył dresy, ale przed założeniem koszulki powstrzymała go dłoń Holta, a potem jego usta. Nie odwzajemnił pocałunku, zbyt zaskoczony taką prośbą i zachowaniem chłopaka. Odsunął się od niego, a na twarzy wymalowane miał szczere zmieszanie. Zacisnął palce na swojej koszulce i opuścił na nią spojrzenie na kilka sekund, by potem wrócić do oczu Bena. Watson zacisnął zęby, po czym zarzucił ten marny czarny kawałek materiału sobie na ramię, by wyciągnąć wolne dłonie do chłopaka. Pociągnął za jego koszulkę, jednym sprawnym ruchem pozbawiając go jej i z równą sprawnością założył mu tę własną, skradzioną.
    - Przestań, kurwa – mruknął i uniósł dłoń, zakrywając mu nią oczy. – Nie patrz tak na mnie.
    Minęły trzy wdechy i dwa wydechy wypełnione biciem ich serc, zanim nachylił się do niego i go pocałował. Z zamkniętymi ustami, napierając na dolną wargę, nie gryząc, nie pogłębiając, ale wylewając z siebie całą frustrację, do której zdążył go doprowadzić swoim zachowaniem. Po takich gestach ze strony Bena, utwierdzał się w przekonaniu, że to coś, co ma w klatce piersiowej, wcale nie jest sercem. Jego własne już dawno rozpadło się na kawałeczki. Zabrał rękę i odsunął się, bez słowa kierując się pod drzwi, gdzie zostawił swoje rzeczy. Wsunął na stopy buty, a z torby wygrzebał koszulkę. Stał tak chwilę, trzymając kij w typowej dla siebie manierze, z torbą na drugim ramieniu i przyglądał się chłopakowi.
    - You don’t look that bad like that – odezwał się w końcu z psotliwym uśmiechem, po czym odwrócił się i złapał za klamkę.

    |nadzisiajkoniec

    OdpowiedzUsuń