24 sierpnia 2017

Czy Brat Zachariasz ukradł naszego kota?

— Merrick, teraz możemy to oficjalnie powiedzieć — odezwał się, a uśmiech na twarzy Jessie stał się jeszcze szerszy.
— Zdobyliśmy Północ! — krzyknęła, wznosząc ręce w górę i parskając wesołym śmiechem.
— Raczej zdobyłaś… — mruknął Zachariasz, kiwając głową z uznaniem. — Ja jestem jej mieszk... — Nie zdążył dokończyć myśli, a ich radość nie potrwała długo. Jessie zrobiła kilka kroków naprzód. I to był dosłownie moment. Chwila, w której poślizgnęła się na mokrym kamieniu i straciła równowagę. Runęła do przodu. Nie krzyczała, nie wołała o pomoc. Nie zdążyła. Jedynie upadła, uderzając głową w kamień. Usłyszała jeszcze głos Zachariasza, który dobiegał gdzieś z oddali. Widziała zamazane postacie, które się nad nią nachylały. Świat stawał się wielkimi, kolorowymi plamami, które po chwili zamieniły barwę. Najpierw stały się szare, potem ciemniejsze i jeszcze ciemniejsze. Aż w końcu nastała zupełna ciemność. I nawet głosy z oddali ucichły.
~.~
Kilka dni wcześniej...
Jej pokój przypomniał istną jaskinię chaosu. Na podłodze walały się zabazgrane kartki. Niektóre miały dokończone rysunki, niektóre zaczęte, a jeszcze inne były zupełnie puste. Na ścianach miała zawieszone swoje najlepsze prace. A mniej więcej na środku znajdowało się pięć, jej największych dzieł – czerwonoczarny, potężny smok, szary, dumny wilk, pomarańczowo-czerwono-zielono-żółty, radosny błazen, niemal złoty i wyglądający groźnie lew, a w samym centrum znajdowała się majestatyczna sowa w kolorach cyjanu oraz lapis-lazuri i jedynie jej oczy – zrobione z brązowych łapaczy snów – prezentowały się przerażająco i dziwnie pusto. I tylko nieliczni wiedzieli, co każdy z tych obrazków symbolizuje.
Pod oknem znajdował się materac, na którym nigdy nie panował porządek. Kołdra była skotłowana, poduszki w kompletnym nieładzie. Nawet się nie trudziła, aby zakryć to kocem, który też leżał piźnięty w kąt.
Jessie siedziała przy biurku, które jako jedyne było idealnie i perfekcyjnie uprzątnięte. Nic niepotrzebnego się na nim nie walało. W lewym kącie stał laptop, z które miała włączoną muzykę, przy której najlepiej jej się tworzyło. Pośrodku miała ustawioną kolekcję cienkopisów i ołówków. Cienkopisy ułożyła według kolorów – od najzimniejszych do najcieplejszych. Natomiast ołówki były ułożone twardością, od 12B poprzez HB i F, a na 9H kończąc. I chociaż nigdy nie była pedantką, to tylko takie ułożenie sprawiało, że dobrze jej się rysowało. W prawym kącie biurka stała lampka nocna w kształcie Boba z Minionków, która w tej chwili była jedynym źródłem światła.
— Meh, to nie to — mruknęła sama do siebie. Sięgnęła do myszki i przez chwilę zastanawiała się nad odpowiednim utworem, przy którym mogłaby się skupić na rysunku. Nic sensownego nie przyszło jej do głowy, więc odpaliła ostatnią piosenkę, jakiej słuchała. Z głośników popłynął głos wokalisty zespołu Hollywood Undead w utworze Day of the dead. Jessie nieco się rozluźniła, wzięła kilka głębokich oddechów i chwyciła ołówek.
Powoli kreśliła krzywe linie, obracała kartką, tworząc skomplikowane i oryginalne figury. Rysunek, póki co, nie przedstawiał niczego szczególnego. Ale Jessie miała już całość w swojej głowie. Teraz wystarczyło przelać to na papier. Nie śpieszyła się, a jej ruchy były powolne i precyzyjne. Chociaż stworzyła od groma różnych rysunków i obrazków, do których się nie przywiązywała, to bywały takie chwile jak, kiedy siadała, napełniona inspiracją i weną twórczą i zaczynała tworzyć. Te dzieła znacznie się różniły od tych, które wypuszczała spod swojej ręki na co dzień. Te były bardziej przemyślane, bardziej dokładne i bardziej staranne. Bez wątpienia mogłaby się nimi chwalić, gdyby tylko chciała. 
— Jessie? — Gdzieś w oddali usłyszała głos, który ją nawoływał. Nie przejęła się tym za bardzo. Była zbyt skupiona na swojej pracy. Zamknęła się w swoim świecie i nie dopuszczała do niego nikogo z zewnątrz. Przynajmniej nie do czasu, aż skończy. — Jassemine?! — Głos był głośniejszy, bardziej doniosły. I dziwnie znajomy, choć dawno nie słyszany. Zmarszczyła lekko brwi, wyraźnie niezadowolona.
— Nie wiesz, że się puka? — warknęła, wyrwana ze swojego stanu. Odwróciła się na krześle i spojrzała na ojca, który z szerokim uśmiechem niedowierzania się w nią wpatrywał.
— Tak witasz się z ojcem?
— Tak, bo mi przeszkadzasz — mruknęła. Wywróciła oczami i z powrotem odwróciła się w kierunku biurka. Chwyciła ołówek, przymierzając się do kolejnej kreski. — Coś jeszcze? — zapytała wyraźnie zniecierpliwiona.
— Skarbie, musimy porozmawiać. Możemy?
— Ale nie mamy o czym rozmawiać. Ja wszystko rozumiem. Rozwodzisz się z matką, bo wolisz życie u boku kochanki, z którą masz syna. Ile ten Zachariasz ma? Pół roku? Rok? Może kilka tygodni?
— Dwadzieścia jeden…
— Dwadzieścia jeden tygodni? To nie aż taki mały.
— Dwadzieścia jeden lat… — Jessie trudno było czymś zaskoczyć. Ale ta wiadomość wprawiła ją w osłupienie. Wpatrywała się w ojca z niedowierzaniem, a ołówek, który wciąż trzymała w dłoni, upadł na podłogę.
— Zdradzasz mamę od przeszło dwudziestu jeden lat?!
— Nie zdradzam. Zdradziłem ją dawno temu. Ale twoja matka wie, że miałem romans. I, że z tego romansu powstał syn. Raz do roku go odwiedzałem, płaciłem na niego pieniądze, ale…
— Zapomniałeś nam o nim powiedzieć? Ja i Max żyliśmy w przekonaniu, że jesteśmy normalną rodziną. Rozumiesz, to? Normalną!
— Nigdy nie byliśmy normalną rodziną, Jessie. I im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.
— Ależ oczywiście, ojcze — warknęła, odwracając się na krześle w stronę biurka.
— Jessie, nie skończyliśmy rozmowy — powiedział, siłą obracając krzesło, aby córka na niego spojrzała. Ta spełniła jego polecenie. Twardo spojrzała mu w oczy, a kąciki ust wygięła w nieznacznym uśmiechu. — Przestań, Jessie. Czy tego chcesz, czy nie, mamy do pogadania. — Machnął na nią ręką i odwrócił się na pięcie, kiedy Jessie się nawet nie poruszyła. Nawet nie mrugnęła. — Jesteś taka sama jak twoja matka — warknął na odchodne. Dziewczyna odetchnęła głęboko i uśmiechnęła z zadowoleniem.
— Potraktuję to jako komplement! — zawołała, nim ojciec zamknął drzwi z drugiej strony.
~.~
Jessie wraz z Maxem stała nieopodal odpowiedniej bramki na lotnisku. Za niedługo miał rozpocząć się jej lot, przed którym - nie ukrywając - się denerwowała. Najgorzej było wystartować, a potem wylądować. To co działo się pomiędzy nie miało jakiegoś szczególnego znaczenia. W momencie, kiedy zaczynały łapać ją wątpliwości, to chwytała się jednej, prostej myśli - jeszcze się nie zdarzyło, aby jakiś samolot nie wrócił na ziemię.
— Na pewno masz wszystko?
— Taaak. Mam wszystko, co jest mi potrzebne.
— Portfel? Dokumenty? Ciepła kurtka? Płaszcz przeciwdeszczowy? Okulary przeciwsłoneczne? Jedzenie na drogę?
— Max... — jęknęła w końcu, wywracając oczami.
— Dobra, dobra. Wolę się upewnić, że wszystko masz.
— Na pewno mam.
— A telefon? Masz telefon? Pamiętaj, że obiecałaś dzwonić tak często jak się tylko da.
— Mam telefon w kiesze... — zacięła się, wsuwając dłonie do przednich kieszeni obcisłych spodni, które kupiła specjalnie na tę podróż. — Chyba znów go zgubiłam.
— Jessie...
— No dobra! Żartuję. Mam go tutaj — zaśmiała się, wyciągając urządzenie z tylnej kieszeni. Na oczach brata wrzuciła go do plecaka, który służył, jako bagaż podręczny. — Nie musisz się o mnie tak martwić, wiesz? To zaczyna być dziwne.
— Mam złe przeczucie. To wszystko. Pamiętasz, że ostatnio przeczucie się sprawdziło, prawda?
— Pamiętam, aż za dobrze. Zamknąłeś mnie na całą noc w budce z komiksami. I pojechałeś do Cassie. I nie raczyłeś odebrać telefonu. Trudno, abym tego nie pamiętała. Pół dnia i cała noc. Bez jedzenia i wody. Prawie dostałam klaustrofobii. — Max zaśmiał się pod nosem. Pociągnął za jeden z końców kolorowej chusty, aby nieco ją naprostować na ramionach siostry. — Idę, bo twoja czułość zaczyna mnie przerażać, wiesz? — Odsunęła się od brata.
— Po prostu uważaj na siebie, Jessie — powiedział i nie zważając na jej opór, przyciągnął ją do siebie i przytulił. — I postaraj się wrócić w jednym kawałku — dodał, głaskając ją po włosach.
~.~
Bawimy się bo nudno jest
I chyba nie ma już wyjścia
I naraz wszystkie gwiazdy zbledną
I naraz wszystko będzie jedno
Nie będzie nic, co jest jak jest
Bo stało się wszystko
Organek: Kate Moss

    — Jessie, to jest Zachariasz. Twój przyrodni i starszy brat. — Sama nie wiedziała, kogo spodziewała się ujrzeć. Ale chłopak, który przed nią stał, był oby, a jednocześnie dziwnie znajomy. Głębokie i brązowe oczy, włosy w kolorze nieco zrudziałego blondu i wysportowana sylwetka, której niejeden mógłby mu pozazdrościć. Przekręciła głowę delikatnie w bok, kiedy się uśmiechał. Znała ten uśmiech, aż za dobrze. Podobny widziała codziennie w lustrze.
— Jessie, słuchasz mnie? — Głos ojca wyrwał ją z chwilowego zamyślenia.
— Nie — odparła zgodnie z prawdą. Uśmiechnęła się niewinnie. — Zachariaszu, mówisz w jakieś odmianie angielskiego?
— Taak. Całkiem swobodnie się posługuję tym językiem — skinął lekko głową. Przeniósł wzrok z ojca na nią. — Chodźmy stąd. — Jessie ochoczo pokiwała głową i bez słowa poszła za bratem. To nie na niego była wściekła, więc nie miała zamiaru traktować go gorzej. W tej dziwnej sytuacji, tylko jej ojciec był winny. I tylko do niego mogła mieć jakieś pretensje.
Zachariasz zaprowadził ją do swojego pokoju. Wzrok Jessie niemal od razu spoczął na materacu, który zapewne był łóżkiem.
— Dlaczego śpisz na materacu? — zapytała, podchodząc do niego. Rzuciła bluzę w kąt i usiadła. Oparła się plecami o chłodną ścianę i mruknęła cicho. Dopiero teraz zaczynała odczuwać zmęczenie kilkugodzinnym lotem.
— Bo jest wygodniejszy. I nie zalegają się pod nim pająki. Czy to takie dziwne, że zamiast łóżka jest postawiony materac? Przecież właściwie na jedno wychodzi. Na ramie od łóżka i tak jest zawsze wsadzony materac. A tak, to jeden z kosztów odsze...
— Też śpię na materacu — przerwała mu wywód, mając dość jego gadania. Czy ludzie też mają dość, kiedy tak gadam? Uśmiechnęła się pod nosem. — Bo pod łóżkiem są potwory. A pod materacem już nie — zaśmiała się, wciąż wodząc wzrokiem po pokoju. — Wciąż mieszkasz z rodziną?
— Tylko przez wakacje. W roku akademickim wracam do Reykjaviku. Choć na następny rok przeniosę się do Chicago. Skoro moja mama i nasz tata mają tam razem zamieszkać...
— A teraz jesteśmy w...?
— Isafjordur, a dlaczego pytasz?
— Więc jesteśmy bardziej na północy, prawda?
— Bardziej to północny zachód.
— Ile zajmie nam dojechanie tam?
— To zależy, gdzie chcesz jechać Ale my nigdzie nie jedziemy.
— Jak nie chcesz jechać, to nie. Po prostu daj mi kluczyki od samochodu. Pojadę, przenocuję się w samochodzie i wrócę. Chcę zdobyć Północ. I wejść do Muzeum Śledzia.
— Jessie...
— Jesteś ze mną, czy przeciwko mnie? — zapytała, układając głowę na jednej z poduszek. Zamknęła oczy, a czekając na odpowiedź, zasnęła.
~.~
Budząc się, wiedziała, że jest już w lepszym świecie. Wierzyła, że po śmierci na ziemi, trafi do nieba, gdzie czekać ją będzie życie wieczne. Ta wieczność nieco ją przerażała, w końcu to było bardzo dużo czasu.
Ale czy niebo nie powinno być bardziej białe? Bardziej błękitne? I bardziej czyste? To co widziała przed sobą przypominało bardziej brudną biel. Zapach środków dezynfekujących i innych chemicznych wytworów również nie stanowił najlepszego połączenia. A w dodatku to głośne i irytujące pikanie... Nie tak chciała spędzić wieczność w Raju.
— Słyszysz mnie? — Najpierw usłyszała, a dopiero potem zobaczyła pochylającą się postać. — Halo? Słyszysz mnie?
— Odsuń się ode mnie — mruknęła mocno zachrypniętym głosem. Postać zaświeciła jej dziwnym i jasnym światełkiem w oczy, przez co jeszcze bardziej straciła ostrość widzenia. — Daj mi spokój — znów mruknęła. Ostrożnie podniosła lewą dłoń i przyłożyła ją sobie do czoła. Odkaszlnęła, krzywiąc się z bólu.
— Pamiętasz, co się stało? Jak się nazywasz? Gdzie jesteś? I co tutaj robisz?
— Nie. Tak. Chyba tak. I nie. — Powoli odwróciła głowę. Coraz wyraźniej wszystko widziała. I pomieszczenie, w którym się znajdowała, nie przypominało pokoju w niebie. Bardziej szpitalną salę. A mężczyzna w kitlu z całą pewnością nie był aniołem. — Zachariasz? — Chłopak odwrócił się w jej kierunku i posłał niepewny uśmiech. — Wyjaśnij mi, co się dzieje…
— Poślizgnęłaś się na kamieniu. — Zdążył jedynie powiedzieć, nim lekarz przerwał mu gestem ręki.
— Nie pamiętam, abym się poślizgnęła. Pamiętam, że byliśmy w Muzeum Śledzia. A potem poszliśmy nad takie dziwne jeziorko. I… nie pamiętam, co się dalej działo — powiedziała i językiem zwilżyła wargi.
— Zdobyłaś Północ. A jednak każda wyprawa wymaga ofiar — zaśmiał się, wymownie na nią patrząc. Dziewczyna również się zaśmiała, a potem skrzywiła, po raz kolejny czując nieprzyjemny ból głowy. Lekarz wykonał jeszcze kilka kontrolnych badań, zadał kilka ważnych pytań, a potem odszedł, pozwalając, aby Jessie mogła jeszcze odpoczywać.
— Dalej jesteśmy na Islandii? — zapytała, wygodniej układając się na poduszkach.
— No tak.
— To dlaczego on mówił… normalnie?
— Bo gdyby mówił po islandzku, to i tak byś go nie zrozumiała
— No racja… — Na chwilę zamknęła oczy, starając się przełknąć ślinę. — Przyniesiesz mi wodę gazowaną? I jakiś sok. Najlepiej pomarańczowy. I może jeszcze coś do jedzenia. Najlepiej coś lekkiego. Są takie maślane bułeczki. I jeszcze coś. Ale nie wiem co. Coś dobrego.
— Może jakąś sałatkę ci kupię?
— Cokolwiek. Jestem głodna.
~.~
— Martwię się o Jessie. — Niezręczną ciszę, która zapadła, przerwał Max. Przeniósł wzrok z drzwi do pokoju siostry na swoją narzeczoną.
— Przecież wiesz dobrze, tak samo jak ja, że nic jej nie jest — odpowiedziała Cassie, opierając się tyłkiem o parapet w kuchni.
— Nie znasz jej tak dobrze, jak ja. Na pewno jej coś dolega. Od tego powrotu i wypadku jest jakaś inna. Jakby mniej żywa.
— Wątpię w to, a ty przesadzasz. Może gdybyś nie zamknął jej w mieszkaniu na przeszło tydzień, to lepiej by wyglądała.— Na koniec dziewczyna wywróciła oczami, dając tym samym znak, że to koniec rozmowy. Tym bardziej, że do kuchni weszły dwie osoby. Blada Jessie w za dużym swetrze i kolorowych obcisłych spodniach dresowych i Zachariasz gotowy do podróży powrotnej.
— To ja się już zbieram. Muszę jeszcze dojechać na lotnisko — oznajmił, uśmiechając się niepewnie. Po wymienieniu wszystkich pożegnalnych formułek, wyszedł z mieszkania, a Jessie dokładnie zamknęła za nim drzwi. Jeszcze trzy razy się upewniła, że są na pewno zamknięte. I, że na pewno nikt ich nie otworzy. Podeszła do okna w kuchni, z którego było widać niezbyt ruchliwą ulicę. Taksówka musiała podjechać już jakiś czas temu, bo teraz Zachariasz wkładał swoje walizki.
— Czy Brat Zachariasz właśnie ukradł naszego kota?* — zapytała Cassie, wpatrując się w chłopaka, który już wsiadał do samochodu. Pomachał im na pożegnanie, jakby wiedział, że stoją w oknie i go obserwują.
— Nie ukradł, tylko ja mu go dałam — odpowiedziała Jessie, starając się wypatrzeć siedzącego wielkiego futrzaka w taksówce.
— Słucham?! Churchill był moim kotem! A ty go tak… tak po prostu oddałaś?! — Nieszczególnie przejęła się krzykami przyszłej bratowej. Nawet nie zaszczyciła jej spojrzeniem. Wpatrywała się w odjeżdżającą taksówkę i kręciła kosmyk włosów na palcu.
— Tak — odparła swobodnie, a kiedy pojazd odjechał, uśmiechnęła się szeroko. — Próbował zeżreć mojego najmłodszego synka. A po drugie i tak ciągle zapominałaś, aby go nakarmić. U Zachariasza będzie mu lepiej — wzruszyła ramionami, odchodząc od parapetu. — O! Tutaj jesteś — mruknęła na widok małego, czarnego szczurka, którego dostała w prezencie przeprosinowym od Zachariasza. 
— Posłuchaj mnie, moja droga. Od teraz będziemy mieszkać tutaj razem. Więc dostosuj się chociaż troszkę. Nie miałaś najmniejszego prawa oddawać mojego kota. I nie życzę sobie, aby ten twój szczur i królik biegał po całym mieszkaniu! Trzymaj je w zamknięciu.
— A ja nie życzę sobie, abyś ty biegała po całym mieszkaniu — wywróciła oczami, kładąc sobie zwierzątko na ramieniu. — I widzisz. Obie mamy tutaj problem. A zresztą, jakby naprawdę zależało ci na tym kocie, to byś zadzwoniła do Zachariasza.
— To daj mi jego numer! Natychmiast! — Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Jessie, która rozłożyła ręce w bezradnym geście.
— Nie wiem, gdzie mam telefon — odpowiedziała i zniknęła za drzwiami swojego pokoju.
— Miałaś rację, skarbie — odezwał się Max, który do tej pory siedział cicho i się nie wtrącał. — Jessie wróciła. 
~.~
Po raz pierwszy od powrotu z Islandii spało jej się naprawdę dobrze. Żadnych nocnych pobudek, żadnych koszmarów, żadnego problemu z zaśnięciem, żadnego bólu głowy. 
Przebudziła się, kiedy na zegarze wybiła jedenasta. I chociaż zawsze musiała jeszcze odpocząć po spaniu i poleżeć, gapiąc się bezmyślnie w sufit, tak dziś nie miała na to najmniejszej ochoty. Przetarła dłonią twarz i nieco poprawiła włosy, które uparcie pchały jej się do oczu. Podniosła się z materaca i z uwagą rozejrzała po pokoju, mając nieodparte wrażenie, że przez tę noc coś się w nim zmieniło.
Machnęła na to ręką, dochodząc do wniosku, że pewnie tylko jej się wydaje. Przeciągnęła się, aż strzeliły jej kości i krzywiąc się, opuściła pokój. I dopiero wtedy usłyszała przyciszone głosy. Jeden na pewno należał do Maxa, a drugi do…
— Mama? — zapytała, patrząc na kobietę z niedowierzaniem. — Co ty tutaj robisz? — zadała pytanie, podchodząc do niej.
— Tak się witasz z własną mamą? Nie ładnie, oj nie ładnie, Jessie — zaśmiała się w odpowiedzi, patrząc uważnie na córkę. — I przebierz się — powiedziała, wskazując jej piżamę na którą składała się za duża i rozciągnięta koszulka i krótkie, nieco poplamione od farby spodenki. — Za godzinę wychodzimy na lunch.
— Kto jeszcze będzie?
— Wasz ojciec. Jego drugi syn wraz ze swoją matką. I jeszcze Cassie — wymieniła, a Jessie usiadła na oparciu kanapy. — A ty, skarbie, też byś mogła w końcu sobie kogoś znaleźć.
— Mamo… nie zaczynaj, dopiero wróciłaś — wywróciła oczami.
— Masz rację, skarbie. Nie powinnam się ciebie tak czepiać. Pretensje powinnam mieć jedynie do twojego ojca. Ale mam dla ciebie dobrą radę, nie szukaj kogoś na jego podobieństwo. Bo nie wyjdziesz na tym zbyt dobrze.
— Mamoo… — jęknęła cicho. — Przestań. I idź się lepiej przygotować, jeśli nie chcesz wypaść źle. — Kobieta, mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem, odwróciła się na pięcie i odeszła w kierunku pokoju Jessie.
— Wiesz co się szykuje? — mruknęła do brata, który od jej przybycia nawet słówka nie pisnął.
— Podobno jakieś wielkie zmiany. Ostatnio takie rodzinne spotkanie było na Boże Narodzenie., pamiętasz? Oznajmili, że przedłużają kontrakt. Nawet na moje urodziny nie przyjechali.
— Na moje rok temu też nie. Ojciec wysłał mi pocztówkę. A mama zamówiła tę jasną kieckę, która okazała się za duża — zaśmiała się. — Myślisz, że oni naprawdę się rozwiodą?
— Sam nie wiem. Ale to ty z nimi byłaś na Islandii. I jak ojciec zachowywał się w stosunku do Rakel?
— Tak… inaczej. Nie przypominam sobie, aby kiedyś z mamą był taki… no… odmieniony?
— Może szczęśliwy?
— Tsaak… Szczęśliwy — skinęła lekko głową. — Wiesz co jest najgorsze? Macochy zazwyczaj są wstrętnymi babami. I mają wstrętne dzieci. A Rakela jest naprawdę sympatyczną osobą. A Zachariasz…
— Ma tak samo nie po kolei w głowie jak ty — dokończył, patrząc na siostrę wymownie.
— W sumie racja — stwierdziła, odgarniając włosy za ucho. — Idę się przygotować. Zobaczymy czego mogą od nas chcieć. — Wstała z kanapy i lekko się zachwiała. Dotknęła dłonią czoła, a drugą przytrzymała się Maxa.
— Wszystko w porządku? — zapytał. — Jessie?
— Taak... Wszystko w porządku — powiedziała, a w jej głosie dało się wyczuć wahanie. — Już mi lepiej — zapewniła, posyłając mu słaby uśmiech oraz poprawiając włosy. — Mamo! — krzyknęła, idąc do swojego pokoju. — Wchodzę!
~.~
Od samego początku wiedziała, że ten lunch będzie jednym z najmniej przyjemnych przeżyć tegorocznych/ wakacji. Dobrze znała swoją rodzinę i wiedziała, że wcześniej, czy później, dojdzie do jakieś kłótni. Jej matka, która mogłaby zbić fortunę na dramatyzowaniu, nie miała zamiaru ukrywać, że lubi Rakelę i Zachariasza. Jej ojciec, który miał dość swojej żony, nie miał zamiaru dać się jej manipulować. Rakela, która była wpatrzona w Henry`ego Merricka, nie miała zamiaru odpuścić. Zachariasz na pewno stanie w obronie Rakeli. Natomiast Cassie, wpatrzona w Connie Merrick, stanie po jej stronie. I jedynie Jessie i Max mieli zamiar po prostu się dobrze najeść za nie swoje pieniądze.
— Co zamawiasz? — zapytała Jessie, pochylając się lekko nad kartą brata.
— Zupę krem z pomidorów. Naleśniki z sosem meksykańskim i lemoniadę malinową. A na deser… Ciasto o smaku ciasteczek i podwójne espresso— uśmiechnął się, zamykając kartę.
— To ja wezmę to samo. Tylko ja bym wolała podwójną latte z bitą śmietaną i cukrem trzcinowym. 
— Może wzięłabyś coś bardziej zdrowszego? — Connie uniosła wzrok. — Gdybyś jadła więcej owoców i warzyw, to na pewno byłabyś mniej blada. I szybciej wróciłyby ci siły, wiesz? Ale skoro wolisz sztuczny cukier, to twoja sprawa, córeczko.
— Skoro Jessie na to ma ochotę, to niech je… — Rakela wychyliła się zza karty dań.
— Nie mów mi, jak mam zachowywać się w stosunku do własnej córki. A Jessie niech je, to co chce.
— Może zostawmy kwestię jedzenia Jessie na boku? I porozmawiamy o tych ważniejszych sprawach? — zaproponowała Cassie.
— Racja, nie ma co tego dłużej przedłużać. Ja i Connie się rozwodzimy, co już zapewne wiecie. Była to nasza wspólna decyzja.
— Raczej twoja decyzja. To ty mnie zostawiłeś dla niej.
— A ty się zgodziłaś na rozwód bez orzekania o winie.
— Bo twój syn jest starszy od naszej córki.
— A twój kochanek w wieku naszego starszego syna. Ale bez względu na to kogo to wina, bierzemy rozwód. Ja wraz z Rakelą, Zachariaszem i Jessie zamieszkamy w nowym domu, tutaj w Chicago. Na ciebie, Max, chcemy przepisać to obecne mieszkanie, do którego Cassie już się wprowadziła.
— Dlaczego Jessie nie może mieszkać z nami? I tak od trzech lat mieszka ze mną. A teraz mieszkałaby ze mną i z Cassie. Nikomu by nie przeszkadzała.
— Max, obawiam się, że mimo wszystko, Jessie za niedługo zaczęłaby nam przeszkadzać. Albo my jej. A tak zamieszka ze swoim ojcem. Przecież nie ma w tym nic niezwykłego i strasznego.
— No właśnie. A jeszcze niedawno narzekałeś, że Jessie powinna mieszkać z rodzicami. Więc w końcu cię wysłuchaliśmy. Ja wróciłem na stałe i raczej nie będę już wyjeżdżał. A Connie przyjechała na jakiś czas. I przez ten czas zajmie obecny pokój Jessie.
— O tym, że macie wrócić i się nią zająć, mówiłem dwa lata temu. Kiedy były z nią prawdziwe problemy. Ale teraz?
— Max, burzysz się, a może Jessie chce zamieszkać z ojcem i jego nową rodziną? — Ton głosu Connie ociekał sarkazmem. Dopiero teraz uniosła spojrzenie. I zamiast ujrzeć córkę, zobaczyła dwa puste krzesła. — Gdzie jest Jessie i Zachariasz?
— Przed chwilą jeszcze tutaj byli… — Cassie rozejrzała się, lecz jedyne co ujrzała to odjeżdżający samochód Maxa za oknem.
~.~
— Demoralizujesz mnie — stwierdził Zachariasz, wsiadając do czarnego mercedesa Maxa. Jessie wsiadła na miejscu kierowcy i wsadziła kluczyk do stacyjki.
— Co? — mruknęła, pośpiesznie zapinając pas bezpieczeństwa. — Niby jak cię demoralizuję?
— Znowu, można powiedzieć, że kradniemy samochód. A ostatnio nasza wycieczka nie zakończyła się zbyt dobrze. — Jessie poprawiła lusterka i odpaliła silnik.
— Nie kradniemy. Max powiedział, że kiedy sytuacja będzie tego wymagała, to mogę brać jego samochód. Tylko mam go nie rozbić, bo wtedy on zrobi ze mną to, co ja z nim — zaśmiała się, wyjeżdżając z parkingu i wskazując głową na samochód, w którym siedzieli. — Chyba, że chcesz brać udział w tym dramacie, który się tam rozgrywa. To proszę bardzo. Tylko daj mi klucze od domu. — Powiedziała, jedną ręką wyciągając telefon z torebki. Podłączyła go do radia samochodowego i zaczęła szukać jakieś piosenki.
— Nie. Ale dziwię się, że ty nie chcesz z nimi pogadać. Głównie temat dotyczy twojej przeprowadzki.
— Ale o czym tu rozmawiać? Oni już podjęli decyzję i ani ja, ani ty, ani tym bardziej Max nie ma tutaj nic do gadania.
— Nie wyglądasz na zadowoloną, Jessie.
— A jak mam być zadowolona? Od trzech lat mieszkałam sama z Maxem. Zresztą, kiedy mieszkałam z rodzicami, to albo nie było mamy, albo taty. Albo ich oboje. Ostatni raz widziałam ich na Boże Narodzenie. A przez telefon rozmawialiśmy przed wakacjami. — Mocniej zacisnęła dłoń na kierownicy. — A niedawno ojciec się zjawił i jak gdyby nigdy nic, oznajmił mi, że mam drugiego brata. Świetnie, nie?
— Ojciec mówił, że macie ze sobą bardzo dobry kontakt…
— Nieważne — mruknęła.
— No właśnie ważnie. Dziwnie się zachowujecie, a jak już zaczęłaś mówić, to dokończ. — Jessie jedynie spojrzała na brata. I w odpowiedzi włączyła Despasito. — Hóra*.
~.~
Jessie sprawnie zaparkowała samochód pod garażem. Zaciągnęła ręczny i wysiadła z samochodu. Spojrzała wyczekująco na Zachariasza, który po włączeniu muzyki przestał się do niej odzywać. Poczekała, aż chłopak wysiądzie i razem z nim podeszła do drzwi wejściowych. Dom nie prezentował się jakoś szczególnie zaskakująco. Ot, zwykły, piętrowy dom jednorodzinny, których na tej ulicy było całkiem sporo. Ogród prezentował się nieco lepiej. Najwyraźniej poprzedni właściciele dobrze zadbali o roślinność, bo od kolorowych kwiatków mieniło się w oczach.
— Myślałaś o tym, aby adoptować psa?
— Po co ci pies? Przecież masz kota. A ja mam szczura i królika. Chcesz otworzyć małe zoo?
— No… nie mam już tego kota — uśmiechnął się niewinnie. — Sprzedałem go, bo potrzebowałem pieniędzy. Zresztą, to był durny kot. Dziwne, że ktoś go w ogóle chciał. Skąd go Cassie dorwała?
— Nie wiem — wzruszyła lekko ramionami. Wzięła klucz do Zachariasza i wsadziła go do dziurki. Przekręciła, a kiedy zamek ustąpił, pchnęła drzwi.
Rozejrzała się po wnętrzu domu. Nie oczekiwała zbyt wiele, lecz nieco się zdziwiła. Kuchnia była nowocześnie wyposażona, choć różne odcienie szarości nieco ją przytłaczały. Korytarz wraz z salonem był w stanie kompletnej demolki.
— Chodź na górę. Tam są nasze pokoje — powiedział, wstępując na pierwszy schodek. Ten zatrzeszczał pod jego ciężarem. Po chwili Jessie do niego dołączyła.
— Prawo czy lewo? — zapytała, przechylając lekko głowę w bok.
— Mój jest na lewo. Rodziców na prawo, więc twój pewnie będzie na środku. Choć ojciec mówił, że masz dostać cały strych. Więc może będziesz miała pokój na strychu?
— Na strychu? — spojrzała na niego spod byka. — Ależ on subtelny... Gdzie jest wejście na ten strych? — Zachariasz wskazał na stare i odrapane drzwi. Jessie nacisnęła klamkę i nieco się zdziwiła, widząc za drzwiami kolejne schody. Te trzeszczały jeszcze bardziej. Wspięła się na górę, choć wciąż towarzyszyła jej obawa, że te lada chwila załamią się pod jej ciężarem i otworzyła kolejne drzwi, które wyglądały jakby miały się rozpaść.
Spodziewała się zastać prawdziwy strych. Z masą pajęczyn, kurzu, rozwalającymi się podłogami i ścianami. Jednak to co zobaczyła przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Skosy i ściany były pokryte ciemnymi panelami. Podłoga została wyłożona drewnianymi deskami, które wyglądały na stare i zniszczone. Jednak już po kilku krokach zorientowała się, że to tylko taki artystyczny zabieg. I tylko na jednej ze ścian, przy której znajdował się nowy i wygodnie wyglądający materac, położono fototapetę z Wieżą Eiffela. Na całym strychu panował przyjemny półmrok, a jedyne światło wpadało przez dwa niewielkie okna znajdujące się na skosach nad materacem.
— Tu jest bosko… — powiedziała jedynie, szczerząc się szeroko. Odwróciła się w kierunku Zachariasza i odskoczyła, kiedy zamiast brata ujrzała ojca.
— Cieszę się, że przypadł ci do gustu — uśmiechnął się, a Jessie założyła ręce na wysokości piersi.
— Więc nie dość, że narzucasz mi mieszkanie z tobą, to jeszcze w dodatku wysyłasz mnie na strych?
— Co? Kto ci to powiedział? Nikt cię nie wyrzuci na strych. On jest twój i możesz zrobić z nim co chcesz. Pracownicę, sypialnię, salon, a nawet przytułek dla bezdomnych kotów. Ale pokój, który zarezerwowaliśmy dla ciebie, znajduje się gdzie indziej. Chodź, pokażę ci. — Jessie niechętnie kiwnęła głową i pomaszerowała za ojcem.
Pokój, przygotowany specjalnie dla Jessie, wbrew temu co mówił Zachariasz również znajdował się po lewej stronie korytarza. Zaraz po przekroczeniu progu, Jessie poczuła się nieco nieswojo. Porządek, który panował w pokoju, nieco ją przytłaczał. W niczym nie przypominał jej jaskini chaosu. Właściwie był pusty. Prócz drewnianej podłogi, szarych ścian i wielkiej na całą ścianę szafy w zabudowie, nic w nim nie było.
— Razem z Rakelą pomyśleliśmy, że chciałabyś sama urządzić ten pokój. Układ jest podobny do tego, który miałaś u Maxa, więc…
— Próbujecie się podlizać i mnie przekupić?
— Nie... No dobra, może trochę.
~.~
24.08.2017r.
Zachariasz pchnął drzwi, prowadzące na strych. Rozejrzał się po pomieszczeniu, starając się odszukać siostrę. W słabym promieniu świec, które były ustawione w dziwnym i nieco krzywym kręgu, niewiele było widać. Ale skoro nie było jej w pozostałej części domu, to musiała się tutaj ukrywać.
— Jessie? Jesteś gotowa? — zapytał, przechodząc obok drewnianej i chudej kolumny, która póki co nie była zmącona przez twórczość Jessie. — Mogłabyś chociaż odpowiedzieć, jak do ciebie mówię — mruknął, wciąż się rozglądając.
W końcu uniósł wzrok. Jessie stała wprost naprzeciw niego. Wyglądała niecodziennie w leginsach z motywem zachodu słońca i białym topie z nadrukiem Pusheena. Lecz jego niepokój wzbudziło coś innego – od połowy jej lewe przedramię i dłoń były pokryta dziwną, czerwoną mazią. Z obuszków palców pojedyncze kropelki skapywały na podłogę.
— Jessie, czy wszystko w porządku? — zapytał, widząc jak dziewczyna robi niewielkie kroki w jego stronę. Wyszła z cienia, w którym stała, i stanęła dostatecznie blisko, aby ścisnąć umazaną dłonią jego nadgarstek. — Jessie? — Uniósł lekko brew, a w odpowiedzi dostał nieznaczny uśmiech. Jeszcze mocniej zacisnęła dłoń. Trzymając go w ten sposób, powoli zmierzała w kierunku drzwi.
— Miłej imprezy — uśmiechnęła się radośnie, kiedy udało jej się wypchnąć chłopaka z pomieszczenia. — Tylko nie zapomnij przebrać koszuli, bo z tą czerwoną plamą nie wyglądasz zbyt dobrze — poradziła. — A! I jeszcze jedno! Wejdź tu jeszcze raz, bez pukania, a zrzucę cię z tych schodów. — Głową wskazała na schody i wąski korytarz. Nim brat zdążył jej odpowiedzieć, trzasnęła mu drzwiami przed nosem. Zasunęła rygiel i przewiesiła łańcuszek, aby mieć pewność, że nikt jej nie będzie przeszkadzał.
Wróciła na poprzednie miejsce. Usiadła w kącie i zanurzyła lewą rękę w wysokim pudełku z krwistoczerwoną farbą akrylową. Przesunęła dłonią w farbie, wciąż szukając srebrnej bransoletki, którą dostała na urodziny od Maxa i która jej się tam zapodziała.
— Wszystkiego najlepszego, Jessie — mruknęła do siebie.

[Hej! :)
To już chyba taka tradycja, że w końcu napiszę jakąś notkę. I oto po przeszło dwóch latach od stworzenia, Jessie doczekała się na swojej. W pierwszym pomyśle miała zginąć, ale nie miałam serca jej uśmiercać. Tak więc żyje i ma się całkiem dobrze. Trochę się w jej życiu zagmatwało, rodzina jej się powiększyła i doszedł jej rok życia, ale Jessie wciąż pozostanie Jessie :). 
Cytat z tytułu i ze środka notki pochodzi z VI tomu Darów Anioła C. Clare. 
* Hóra - kurwa.]